Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

"W krainie serca ten zabłądzi, kto chciałby ją obejść bez ludzi"

Spełniając prośbę czytelników, umieszczamy kolejną relację ks. Jarosława - misjonarza, który wraz z bp. Mazurem został niesprawiedliwie deportowany z Rosji przez tamtejsze władze. Tym razem prezentujemy tekst w formie listu. Tekst o Rosji, o Syberii - o różnych rasach i narodowościach, wśród których przyszło mieszkać i pracować naszemu księdzu: tekst o Koreańczykach, Ormianach, Kałmukach, Afrykańczykach, Niemcach, Tunguzach, Polakach, Ukraińcach, Niwchach i Japończykach. Tekst - i owszem, długi - ale tym bardziej godzien polecenia i przeczytania.



Lud Boży

Od dwóch miesięcy koresponduję z zagadkowym kolegą - zdaje się, że ma na imię Wojtek. Pracuje w Telekomunikacji, a misje (również wschodnie) nie są mu obojętne ani obce. Ma talent, posyła mi czasem krótkie i dobitne formy prozą na pograniczu opowieści, modlitwy czy traktatu - językiem lapidarnym, dosadnym, wręcz kuchennym, co tylko dodaje smaku. Prosił mnie na początku znajomości, bym nie podpisywał się „x. Jarek” (bo wiadomo kim jestem) i  nie zachęcał do klepania zdrowasiek (bo są lepsze sposoby). Można by pomyśleć: „protestant czy co?” Ja jednak myślę, ze ten człowiek to taki „nowiutki chrześcijanin-kategoryczny” (by nie pisać „z Odnowu” lub „neofita”). Jego rady są celne, rzetelne i twórcze. Piszę tekst, który on podsunął mi, dbając bym mniej pisał o geografii, przyrodzie i architekturze, a więcej o ludziach. Niech to będzie dodatek do cyklu wierszy o kościołach jakie niedawno wyszły spod mego pióra na fali nostalgii... może tym razem będzie mniej zgrzytów w odbiorze.

Do rzeczy!

I. Ludy Kaukaskie

1.Koreańczycy etc.

Wymienię w tej kategorii dwie grupy skośnookich azjatów, którzy ku memu zaskoczeniu licznie zamieszkują północny Kaukaz. Są to Kałmucy (ponad 100 tys.) i Koreańczycy (60 tys). Przez 7 lat mieszkałem na przedmieściach Rostowa (najpierw w Batajsku, a potem w Azowie), gdzie liczne osiedla koreańskie (Kojsug, Kuleszówka) nadają przedziwny koloryt tej okolicy.

Jadąc autobusem, wzdłuż drogi widać papierowe, plastikowe lub „pazłotkowe” (z cieniutkiej folii metalowej) slumsy ogrodników, którzy na całe lato opuszczają swe dostatnie mieszkania w mieście i sadzą cebule, arbuzy etc. Sprzedając je dosłownie tam gdzie wyrosły, droga zamienia się w wielokilometrowy egzotyczny rynek jak z wietnamskich filmów... Kombinowałem jak ten atut wykorzystać w pracy. Od pierwszego dnia pobytu  w Rosji (lipiec 1992) słyszałem niezmienne gromy z wysokich prawosławnych ambon i gazet, że katolicy „polują na ruskich” i przeciągają ich na swoja wiarę. Miałem wiec atut, ze mieszkam otoczony Koreańczykami i nawet z czasem  udało mi się dla nich sprowadzić kapłana z Seulu. Posłał go na skutek moich natrętnych listów kardynał Stefan Kim i miałem okazje osobiście rok temu podziękować mu za to, w jego seulskim biurze na terenie Seminarium. O. Augustyn przyjechał dopiero w 1995 roku i utknął w Moskwie, bo tam też znalazł nie mniejsza diasporę studentów i polityków z Południowej Korei, stąd nauka rosyjskiego okazała się żmudna i niepotrzebna. Ja tymczasem opiekowałem się na dobry początek jedną mieszaną koreańsko - ukraińską rodziną. Oni dostarczyli mi podręcznik do nauki języka koreańskiego i obiecali zapoznać z miejscowym pastorem (moksa). Walentyna Ukrainka i trojka dzieci: Staś, Alonka i Oksana to jedni z pierwszych i najgorliwszych Batajskich parafian. Wiktor - ojciec dzieci – Koreańczyk, mieszkał z córkami w odległej dzielnicy więc poza chrztem i pierwszą komunią niewiele mogłem dla nich zrobić, gdy sporadycznie odwiedzały mamę. Staś natomiast od najmłodszych lat miał komeżkę i nie odstępował ode mnie. Przychodził na zmianę z babcią Joanną albo z mamą i to on dopingował obie, by drogi do kaplicy nie zapominały. Złośliwi mówili, że przychodzą, „bo są biedni”, ja jednak widziałem w Walentynie człowieka poszukującego, wręcz swego rodzaju „osiedlową wróżkę”. Karty, pasjanse, astrologia, zodiak to rzeczy jakie pasjonują większość Rosjan zwłaszcza na południu.

Walentyna zaprzyjaźniła się z jedną z sióstr misjonarek i była niezawodnym wsparciem przy rejestracji parafii podobnie jak opisywana przeze mnie niegdyś Baszkirka Irina i ślepy kozak Sergiej. To są wszystko biedni ludzie, których dobrze pamiętam i którzy przyciągali innych swoim rosnącym entuzjazmem do malej domowej wspólnoty sióstr misjonarek.
Kolejnym bywalcem i z czasem franciszkańskim postulantem był Tolik (pół cygan) którego ojczym Mojżesz (katolik od dziecka) - też Koreańczyk - rozczytywał się w cotygodniowej gazecie katolickiej, jaką regularnie dostawaliśmy z Seulu ale do kościoła przychodził rzadko. Robiła to jego żona cyganka. Ich wspólne dziecko - mały Władek - podobnie jak Staś pojawiał się często z mamą i również o nich mówiono, że są to „ryżowi chrześcijanie”, choć na miły Bóg nie tak znów wiele mieliśmy tych darów, by to miało decydować. Tolik przyprowadził do parafii swoje przyrodnie rodzeństwo (też „metysów”), bardzo przystojna parkę: Edik najczęściej zjawiał się nocą na długie rozmowy o narkomanach, którzy go wciągali w swój proceder i od których chciał się wyzwolić. Dawałem mu drobne zajęcia w parafii jak sprzątanie, malowanie, by miał azyl i kieszonkowe ale nie wiem czy zrobiłem dobrze bo chłopak jednak się wciągnął w narkotyki (na południu łatwo dostępne konopie i haszysz) i kilka razy trafiał do aresztu. Dzięki niemu zapoznałem się z miejscową milicją a nawet kuratorką. Byłem poręczycielem gdy go zwalniano. Jego siostra też obracała się w podobnym światku, a ojciec Mojżesz tracił ostatni grosz by ją często wysyłać do Taszkientu, do krewnych. Jej wyjazdy nasiliły się  zwłaszcza gdy „położył na nią oko” pewien koreański bandyta, podobno największy w okolicy „mafiozo z autorytetem”. Dziewczyna szykowała się do chrztu, ale póki tam byłem - nic z tego nie wyszło, zbyt często wyjeżdżała i katecheza zrywała się ciągle. Widać z tego, że parafia nie była typowa i że trafiało do niej wiele osób z marginesu... owszem byli i porządni obywatele, jak pani Bronia rodem z Lubelszczyzny, którą w te krainy zaciągnął pewien partyzant radziecki. Jej kilkoro dzieci wyrosło na Lubelszczyźnie i tam byli ochrzczeni, ale na parafii zjawiali się rzadko. Był też jej sąsiad i imiennik pan Bronek - poeta, którego sąsiedzi nazywali Boria. Znał na pamięć setki własnych wierszy i mógł je recytować z głowy... w marcu 1994 pięknie się ubrał na przyjazd biskupa ale zamieszanie jakie wtedy wywołała obecność kozaków, pomieszało mu szyki. Potem z trudem przychodził do nas bo kulał i tracił wzrok. Lubił też popić sobie. Wiele razy mnie prosił, bym go po katolicku pogrzebał ale nie dane mi było... Pewnie mu się już zmarło bo wtedy miał pod 80-tkę i słabe zdrowie. Był w parafii nawet Włoch, ale jego zdrowie jeszcze gorsze niż Bronka, poza tym poznaliśmy się zbyt późno. Było też kilka niemieckich i białoruskich rodzin. Nie zapomnę staruszki Beaty, rodem z Taganroga. Opowiadała jak to w czasach carskich, gdy się urodziła - głupawy urzędnik zapisał jej polską narodowość do metryki tylko dlatego, że poprzednie pytanie było o wyznanie. Gdy padła odpowiedz katoliczka, nie pytając dalej napisał Polka (sic!). Katolików w Rosji nadal utożsamiają z polskością. Pewna Ukrainka opowiadała mi, jak o naszej pracy z pogardą wyraził się w cerkwi miejscowy batiuszka i jak słuchając jego ogłoszenia radowała się w sercu, bo inaczej nie dowiedziała by się o istnieniu parafii. Mieliśmy kłopot z tą babcia, bo choć nie potrafiła mówić po polsku, to od wszystkich żądała by różaniec był tylko po polsku. Swym wymogiem objęła również cyganów, Koreańczyków, Baszkirów i Komi (tak, tak - przychodziła nawet babcia Maria z Sykrywkaru, przywieziona tu w młodości - a jest to ugrofiński lud przypominający zewnętrznie - ale i w sposobie bycia też - rasę eskimoską). Z czasem dopiero się zorientowałem, jak bardzo deprymowała ona młodzież, indagując po co przychodzą do kościoła jeśli Polakami nie są!
Wracając do moich małych rozbójników, to pisałem kiedyś, ze czuję się wśród nich jak ich wódz, Janosik albo Rumcajs. Jeden z nielicznych Rosjan (Maksym Zabołocki), którego matka listonoszka również zaprzyjaźniła się z siostrami jako jedna z pierwszych, zostawiała Maksima u nas całymi dniami, bo tak miała spokojniejszą dusze. Jej nie kochający i niekochany mąż nigdy „nie wysychał”. Maksym miał miłą powierzchowność i budził zaufanie, Nalegał byśmy go czym prędzej posłali do zakonu razem z Tolikiem, ale w tajemnicy naśladował ojca i szybko się uzależnił od alkoholu. Kiedyś wyniósł z parafii ozdobny kielich, licząc że z zyskiem sprzeda. Siostry zgłosiły sprawę na milicję i chłopak zamiast do zakonu trafił za kratki, o czym pisała miejscowa prasa. Potem wyszło na jaw że mama też jest złodziejką, bo zabierała emerytom ich pensje, podpisując się za nich na liście i kłamiąc, że „państwo nie daje”. Widząc co się dzieje, oraz by zająć czymś młodzież, napisaliśmy do Włoch propozycję projektu, by zorganizować świetlicę dla chuliganów, gdzie ćwiczyliby popularną atletykę i w ten sposób unikali „grup ryzyka”. O dziwo ten pierwszy projekt „Caritas Priazowie” otrzymał aplauz i z początku w parafialnym garażum, a potem w sali dzierżawionej w centrum miasta, mogliśmy kontynuować akcje z zyskiem - bo sprzęt był extra nowoczesny i nawet dorośli chcieli poćwiczyć! Ci musieli płacić wejściówki. Stąd można było opłacić koszt dzierżawy i dokupywać kolejny sprzęt.
Tak oto w kościele zaistniał Caritas dbający nie tylko o dusze, ale i ciała dzieciarni. W tym samym okresie zaczęły się wyjazdy na zawody sportowe AWF  do Warszawy, na Parafiadę. Inicjatywa polonijna, ale żartowałem do dzieci, by zawsze mówili w Warszawie, że są Polakami, bo ich ojciec (po rosyjsku znaczy też ksiądz) - czyli ja - jest Polakiem.
Koszty pierwszego pobytu pokryła Wspólnota Polska, następny Caritas Polska, ostatni wyjazd opłaciłem „z intencji”. Niełatwo robić dobre uczynki w pojedynkę. Sponsorzy są, ale jak ich znaleźć - tej sztuki uczyłem się długo i nadal się jej uczę.
W tych dniach właśnie a dokładnie w marcu 1997 dotarł do nas po wielu perypetiach ojciec Augustyn Ko, z krótka wizytą. Zebrało się na spotkanie kilkunastu młodych Koreańczyków, metysów i Rosjan. Był w tej grupie również 16-letni Artur, syn zamordowanego milionera. Fortuny Koreańczyków w wielu wypadkach pochodzą z narko-przemysłu i Artur z mamą musieli się długo ukrywać, by uniknąć losu młodego ojca i męża. Żyli w zupełnej nędzy, ale widać było w ich zachowaniu pewną szlachetność i dumę. Chłopców przyciągała bardzo otwarta postawa pewnej młodej siostry z Litwy, również Walentyny oraz liczne wyjazdy na rekolekcje.
W 1999 roku domek sióstr i kaplica stały się mieszkaniem dla Wadima Nabojczenko, młodego Tatarzyna (tak sam określił swe pochodzenie), który jako jeden z niewielu spośród moich wychowanków „wyszedł na ludzi”. Skończył studia, ożenił się z nasza chórzystką Azową i zostal dyrektorem Caritas Priazowie - a nawet (ze względu na znajomość angielskiego) - Regionalnym Koordynatorem Caritas Południowej Rosji.
Jestem dumny z tego, ze posiane ziarno padło na dobry grunt i choć słyszę, że na nabożeństwa zbiera się teraz mało ludzi, bo nie ma tam już sióstr, a Staś z mamą Walentyną ponoć „poszli do Jehowych”, to jednak pamięć ich wysiłków i kierunek nadane przeze mnie trwa. Echa pracy Caritas odczuwa cała okolica. Salezjanie, którzy objęli parafie w Centrum Rostowa przejęli też inną inicjatywę, jaką dawno temu podjąłem by obalić mit, ze katolicy „polują na ruskich”. W centralnej rostowskiej parafii przeważali „ciemnoskórzy”, śniadzi Ormianie rodem z Gruzji i studenci z krajów latynoskich oraz afrykańskich.

Teraz opowiem o nich.

2. Ormianie.

Ormianie, katolicy pochodzą z Gruzji a właściwie z Turcji z Artwinu. Tak ich czasami nazywamy szlachetnie „Artwinscy”. Pogardliwa nazwa w środowisku „Erewańskich Ormian” to „franki”, czyli ci za poszli do łacinników, w czasach wojen krzyżowych. Są bardzo przemieszani, stąd śniadość, jak u prawdziwych Turków. Ich dialekt zawiera tak wiele słówek tureckich, ze inni Ormianie ich nie rozumieją. Są też i gruzińskie słówka i akcent, bo tam znaleźli czasowy azyl, nim zjawili się w Rosji. Najbardziej polubiłem rodzinę Petrosjanow. Ich przodkowie byli księżmi (obrządek ormiański dopuszcza żonatych mężczyzn do kapłaństwa), stad przydomek „ter”(kapłan) przed ich nazwiskiem. Są dumni z tego powodu i do dziś pełnią ważną rolę tak w gruzińskiej wspólnocie w miasteczku Chalbpila, jak i  w rostowskiej.
Dwaj Petrosjanowie Hovannes i Wiktor. Hovannes (Janek) to mały, krepy, łysawy, buńczuczny i krzykliwy instruktor nauki jazdy, z trudem wysławiający się po rosyjsku sangwinik. Często odwoził siostry po Mszy św. do odległej koreańskiej dzielnicy. Wiktor – budowniczy - zjawiał się w Rostowie sporadycznie, by odwiedzić syna Petrosa studiującego w Rosji i mieszkającego u Hovannesa w domu, w dzielnicy Rostow Zachód. Lato Wiktor spędzał  za kręgiem polarnym w Norylsku, na zimę wracał do Gruzji (poplątane losy ludzkie), zawsze robił przystanek u Hovannesa i tak się zapoznaliśmy. Ich krewnych Adamianow i Szirchonianow potem spotykałem w Irkucku i nawet na Kamczatce. Gotowi pójść na koniec świata „za chlebem” - bo źle im się żyje w rozrywanej wojną Gruzji. Wojna á propos nie przypadkowa, bo to kara dla Szewardnadze, że „zachciało mu się niepodległości”. Tego Moskwa nigdy nie wybacza i jątrzy, łatwe do rozdrapania rany kaukaskiego tygla narodów. Ludzie bardzo pobożni i bogobojni. Ormianin zapala świece i w geście kapłana, bez skrępowania wysoko podnosi oczy i dłonie wypowiadając drogocenne słowo „Astwadz”(Bóg).
Hovannes na przykład wzruszał mnie swymi spowiedziami. Wpadał często na chwilkę do „Teatru Lalek” gdzie mieliśmy początkowo nabożeństwa. Stawał w kolejce i po spowiedzi, szybko przepraszając, że „zerwał się z pracy” uciekał potem jak z procy nie doczekawszy Mszy św. Widać było niekłamaną, dziecięcą radość. W tym był jakiś zabobon, albo ukryty dla mnie sens, coś ze starej tradycji ojców. Spośród napotykanych na mej drodze kapłańskiej dorosłych ludzi nikt i nigdzie nie traktował tak spowiedzi. To jedyne w swoim rodzaju wspomnienie misyjne.
Wielu z ich przodków oddało życie za wiarę. Są z tego dumni. Ktoś z nich przyniósł do teatru stare zdjęcie młodego księdza, nazywając go wujkiem i komentując, że uciekł do Watykanu w czasach Chruszczowa i był tam kardynałem! Sprawdziłem, był taki kardynał, nietuzinkowy (Agadzanian?) i mówiło się, że to godny kandydat na następcę papieża, jego pociotek jednak jak kamień w wodę zniknął. Nie widziałem go więcej.
Dzieci Hovannesa: Nerses i Karine i Wiktora – Petros (student) nie odstępowały mnie podobnie jak Koreańczyk Staś i widzieliśmy się prawie każdego dnia zarówno w centralnej parafii, jak i na przedmieściach w Batajsku. Gotowi byli pomagać przy pracy, czy przy zabawie. Zorganizowali mi ryzykowną i nielegalną pewnie wyprawę do Gruzji, dwukrotnie w 1993-1994 przez ogarniętą wojna Osetie. Trzeba było poprosić o błogosławieństwo rodziców Petrosa na pójście do Seminarium. On sam nie potrafił ich przekonać, więc prosił mnie bym się do nich udał z tą misją. Podjąłem się tego ryzyka, bo lubiłem tego chłopca. Od rozterki zapadła mu twarz, oczy zrobiły się wielkie, a oczodoły trupio głębokie. Pozostał mi ten przypadek w pamięci jako przykład, że można się zakochać w Kościele do łez. Modlił się dużo w tej sprawie i płakał. Ormiańskie dzieci strasznie są przywiązane do rodziców. Więzy rodzinne nawet względem odległych krewnych są nieporównywalnie silniejsze niż u Słowian. Taki też jest staroświecki (nabożny) stosunek do kapłanów. Moją wizytę uszanowali i zgodzili się na jego wyjazd do Polski, co wiązało się z dużym wyrzeczeniem: przerwą w drogich (płatnych) studiach w Rostowie i z zerwaniem zaręczyn. Zaręczyny były umówione jeszcze w latach dziecięcych przez rodziców. Dokładnie tak jak w czasach średniowiecznych. Petros dwa lata spędził w Krakowie w Seminarium Salezjańskim, ale przyłapał się na tym, że narzeczonej nie potrafi wyrzucić z serca. Uczciwie się przyznał, że kocha Weronikę Szirchonian, którą dla niego przeznaczyli już dawno rodzice i nie potrafi tego uczucia w sobie zwyciężyć. Salezjanie byli wzruszeni szczerością prymusa, który nie owijał w bawełnę i do dziś jest wzorowym parafianinem, ojcem wielu dzieci. Dawno tam nie byłem, szczegółów nie znam.
Nerses, mój piętaszek, syn Hovannesa jakiś czas wzorując się na Petrosie chciał być franciszkaninem. Nawet napisał podanie o przyjęcie do zakonu, ale afera skończyła się z takim samym skutkiem. Poszedł na świeckie studia, znalazł piękną Ormiankę (pewnie przy pośrednictwie rodziców) i choć zawsze miał wygląd inwalidy, poruszał się niepewnie jakby na sprężynach albo na protezach (skutek cerebralnego paraliżu porodowego), to nigdy nie tracił humoru i pogody ducha, stąd jego życiowy sukces. Nie wiem co porabia Karine, ale wiem, że zawsze była do dyspozycji sióstr, gdy te robiły przedstawienia, gdy potrzebowano dziewczynki do sypania kwiatów.

3.Murzyni

Pisałem wielokroć, wspomnę raz jeszcze:
Apolinary i Wilhelmina z Tanzanii, bardzo religijna para studiujących w Rosji Afrykańczyków. Przy budowie małej drewnianej rostowskiej kaplicy Apolinary jako inżynier czuwał cały czas na budowie, pomagając też jako tłumacz przybyłym na czas budowy pracownikom z Niemiec. Był tam francuskojęzyczny student medycyny z Togo, którego rodzony brat był kapłanem, kilka miesięcy dyżurował u sióstr tłumacząc z włoskiego i francuskiego nazwy podarowanych nam z Włoch lekarstw i sposób ich użycia. Potrzebne to było, aby można bez ryzyka nieprawidłowego użycia przekazać je lekarzom prywatnym lub do szpitali. Leki były tak dobre, że zgłaszali się do nas po nie medycy z całego województwa. Był to okres głębokiego kryzysu, wręcz zapaści w lecznictwie. Zagraniczne leki były na wagę złota. Oczywiście nie braliśmy za nie grosza. Przedłużeniem tej akcji jest dziś Apteka Caritas w Taganrogu prowadzona przez innego parafianina Sergieja, który zdaje się ma żydowskie pochodzenie, choć nigdy nie wspominał o tym. Sam odszukał nas w Rostowie i zawsze był aktywnym i przebojowym parafianinem. Reprezentował nas na Kongresie Eucharystycznym we Wrocławiu w 1997 roku.
Wracając do murzynów, to oni właśnie „grali pierwsze skrzypce” przy organizacji kolędy i w liturgii niedzielnej jako... chórek parafialny! Oni też w ciągu tygodnia chętnie odwiedzali siostry w Batajsku, wspomnianej koreańskiej dzielnicy, by sobie popracować, pojeść i pośpiewać (3 razy „p”).

4.Kałmucy

Od 1994 roku zacząłem odwiedzać „Staro–Mongołów”, jedyny buddyjski naród Europy. W Eliscie odszukałem brata Pawła, chłopaka, który ochrzcił się we Lwowie u Biskupa Rafała, kilka lat wcześniej i już jako katolik i braciszek zakonny doprowadził do spotkania prezydenta Kalmucji Kirsana Ilumzinowa (swego szkolnego kolegi) z Papieżem. Od tej pory w tej egzotycznej Republice, gdzie obecnie pracują Franciszkanie, katolicy są postrzegani jako wiara tradycyjna i „legityma” - czego w wielu miejscach Rosji nie uświadczysz. Wielokroć odwiedzałem Pawła w domu. Owszem, zewnętrznie przypominał Koreańczyka, choć twarz miał bardzo śniada, a uśmiech powściągliwy. Bawił mnie jego polski język, którym władał poprawnie ale w spowolnionym tempie, jakby robiąc wysiłek by go odzyskać z głębi szarych komórek. Być może to tylko efekt azjatyckiej zadumy towarzyszącej wypowiadaniu ważnych sądów, lub oznaka szacunku dla rozmówcy... może jedno i drugie ... i trzecie. Paweł miał wiele talentów, ale dwa duże problemy... Jego średnia siostra traciła odruch oddechu i trzeba się było wystarać o przeszczep... on ofiarowywał swoje płuco. Operacja miała się odbyć w USA, częściowo sponsorował ja Kirsan Ilumzinow. Drugi problem to romans z piękna Kałmuczką Kariną. Paweł chciał ją delegować do zakonu, sam właśnie tylko co odbył postulat franciszkański, ale platoniczność tego związku została poddana ostrej próbie czasu. Nic chyba nie wyszło z ich zakonnych planów. Tym niemniej Paweł zrobił wiele. Załatwił mi audiencje u Prezydenta Ilumzinowa, przedstawił władzom miejscowego Uniwersytetu - przez co mogłem wystąpić kilkakroć w środowisku studenckim. Zapoznał z polską rodziną Morozowiczów, gdzie ochrzcił sam dwójkę dziewcząt, na długo przedtem zanim pojawił się tu jakikolwiek kapłan katolicki. W późniejszym okresie wspierał moralnie franciszkanów, którzy uzyskali bez problemu pobyt stały i inne przywileje w Kalmucji. Inny Kalmuk jakiego mi brat Paweł przedstawił, to banita. Oficer sowieckiej milicji. Sława - pięćdziesięciolatek żyjący jak mnich tylko „trawieniem Biblii”. Potrafił od rana do nocy ślęczeć nad Biblia, nie dbając o chleb. Przynosili mu go znajomi protestanci, od których odszedł, bo zraniono jego „zapał misyjny”. Zabroniono mu zabierania głosu w zborze Mormonów, do których czuł słabość. Polubił jednak katolików. Chyba właśnie dlatego, że woziłem go ze sobą wszędzie po parafiach a nawet do Polski, pozwalając mu przemawiać. On to bardzo sobie cenił i nie nadużywał mego zaufania. Miał spory dar żywego świadectwa.
W 1995 roku pięknie wystąpił w Radio Niepokalanów i potem powtórzył swój sukces w Toruniu wołając: „Polacy, dajcie nam więcej misjonarzy! Jeśli nie dacie nam misjonarzy, to my będziemy wam posyłać złodziei i terrorystów! Nic innego nie potrafimy wam dać. Nauczcie nas kochać Chrystusa i będziemy wam wdzięczni.”
Owszem, trzeba było te słowa tłumaczyć polskim słuchaczom, ale dla tych co znają trochę rosyjski, zwielokrotniało to efekt. Dodam, ze Sława odszedł z milicji, gdy próbowano z niego wydusić fałszywe zeznania po głośnym mordzie w Eliscie, którego był świadkiem. Najpierw jego koledzy milicjanci zgwałcili na posterunku kobietę, a potem próbowali zatrzeć ślady, gdy zmarła. Z trudem Sława zachował własne życie i przypisuje to interwencji Boga, toteż mając do wyboru Allacha, Buddę i Chrystusa, żyjąc na Kaukazie na styku kultur i w atmosferze tych trzech religii i ras, szczerze i niespodzianie dla samego siebie wyznał, ze chce iść za Chrystusem i widziałem nieraz, ze był konsekwentny z zapałem prawdziwego azjaty. Myślę, ze nadal mieszka przy parafii w Eliscie, jako zwykły zakrystianin, jak to było niegdyś.

5.Niemcy

Z Niemcami spotykałem się w Rosji ciągle. Najwięcej spotkałem ich w Wołgodońsku i w Czicie. W Wołgodońsku parafia zawiązała się dzięki Towarzystwu „Wiedergeburt”. Wieloletni jej szef to Edward Henrykowicz Peters, postać znana w mieście. Był człowiekiem partyjnym, deputatem w miejscowej Dumie (sejmiku). Wszędzie go było pełno: przystojny, wodzirej, nauczył się nieźle grać na bajanie, miał wprawne dłonie do stolarki i metaloplastyki. Wymarzony wódz dla miejscowej diaspory. Jego żona Rosjanka, zdawała się o wiele od niego starsza i mało atrakcyjna. Być może dlatego znikał on chętnie z domu angażując się w sprawy publiczne. Córka studiowała germanistykę w Wołgogradzie. Na nabożeństwa przychodził sporadycznie, jak mi kiedyś wyznał, z trudem się pogodził z myślą, że z braku środków oddać musiał komuś „palmę pierwszeństwa” w Towarzystwie Niemieckim. Sytuacje pogarszał fakt, ze byłem Polakiem. Nastąpił paradoks, o jakim mi się nie śniło... zająłem jednak jego miejsce. Nie miał już sił ani pieniędzy, by dalej utrzymywać biuro Centrum Kulturalnego. Składki były niskie bo wiele osób wyjeżdżało do ojczyzny przodków... zostawali najbiedniejsi, najmniej zaradni. Sam zaproponował, bym wziął pod opiekę zamierające Towarzystwo. Być może spodziewał się, że moje wysiłki spalą na panewce, po dwóch jednak latach zaczął się pokazywać w kościele, ku mojej ogromnej radości. Stało się to wtedy, gdy wzniesiono solidną kaplicę z płyt pilśniowych. „Rostowska metoda”. Zrobili to ochotnicy z Bawarii, którzy swą obecnością uskrzydlili miejscowa diasporę. Dostaliśmy ziemie w najpiękniejszym zakątku miasta, nieopodal Centrum Kulturalnego i w pobliżu jego domu. Do dziś mnie to wzrusza, jak Pan Bóg prowadził mnie z pomocą tego ateisty, by zamierający ruch „Odrodzenie” uchronić od nędzy i upadku, wyprowadzić z drogich dzierżawionych pomieszczeń do własnej solidnej - jak na rosyjskie warunki - kaplicy i z pomocą INNYCH Niemców wołżańskich takich jak Weber, Groo, Hirsz odzyskać w mieście rangę wiodącej wspólnoty narodowej i religijnej. Prawda jest, ze Stalin budował miasto od zera. Było tu zesłanych 400 niemieckich rodzin. Niedaleko od kościoła istnieje dzielnica baraków, gdzie istniała komendantura i gdzie mieszkali budowniczowie kanału Wołga-Don, zalewu Cymlanskiego i elektrowni wodnej. Nowa fala Niemców osiedliła się w latach osiemdziesiątych, gdy zaczęto budowę drugiej elektrowni... tym razem atomowej. Dawano bez kolejki mieszkania i dobre zarobki. Mój przyjazd do Wołgodońska zbiegł się z głębokim kryzysem, gdy budowę elektrowni zamrożono i większość specjalistów 300 tys. miasta widma, w tym moich Niemców straciło prace i nadzieje. Żyli tylko mrzonkami o rychlej emigracji do Niemiec. Pojawienie się parafii w tym czasie, stało się jedną z głównych atrakcji w mieście, nie tylko dla Niemców. Oni dali początek wspólnocie, a po nich inni ośmielili się. Również i dziś - choć nadal nie ma tam stałego kapłana - zbierają się regularnie i są dumni ze swego kościoła. Pisza do mnie, a ja przekazuję Wam ich tęsknotę za Chrystusem, który do nich zawitał, gdy zdawało się, ze cały świat zapomniał o tym „mieście-gułagu” i że ono zniknie z kart historii.

  

II. Ludy Syberyjskie

1. Niemcy i Tunguzi c.d.


Jak wspomniałem, podobnie sprawy potoczyły się w Syberii, w Zabajkalu, na chińskiej granicy. Głównym sprawca cudu był tym razem człowiek o imieniu Wladimir Florianowicz, który zachował się dokładnie tak jak Peters, z tą różnicą że właściwie nigdy nie zazdrościł mi wpływów wśród parafian – dopełnialiśmy się, jak wikariusz z proboszczem i nasze role zmieniały się w zależności od sytuacji. Wagner uczył się szybko.
Wybrałem go i jego małżonkę dla tego akapitu, jako typową syberyjską parę, pełną kontrastu, tragedii, a jednocześnie kolorytu i wdzięku. Tatiana - rosła i silna kobieta. Typowa sybiraczka z wyrazistymi cechami Tunguskiej krwi w rysach twarzy i bezpośredniości. Ich troje dzieci - Lena, Richard i Swietłana - przy uważnym wpatrywaniu się, to przypominały chwilami śniadych Ormian, to Kałmuków... dość na tym, że miałem w tej rodzinie przegląd rasowy całej swej misyjnej drogi. Ojciec Wagnera był katolickim ministrantem w dzieciństwie, mama – luteranka, a rodzice Tatiany należeli do tubylczego kozactwa. Oboje zapoznali się na studiach i zajmowali wysokie stanowiska w mieście. On w adwokaturze, ona w ruchu związkowym tzw. Profsojuzy. Ona wzięła na siebie miejscowy Caritas, on całą resztę spraw parafialnych. Ja byłem do odprawiania Mszy św. I od pomysłów ewangelizacyjnych, które oni w lot podchwytywali.
 Był prawnikiem, katechizm Kościoła Katolickiego połknął jak pigułkę i mógł głosić Chrystusa nie gorzej niż wspomniany Sława-milicjant z Kalmucji.
Mało tego, ze wprowadził partiami do parafii wszystkich czitinskich Niemców (ze dwie setki), ale jeszcze zarejestrował wspólnotę luterańską i pomógł z rejestracją miejscowym buddystom.
Oprowadził mnie w ekspresowym tempie po historycznej i decydującej o przyszłości wielu dusz „ewangelizacyjnej kolędzie-katechezie” w 30 domach, w każdym dając charakterystykę naszego kościoła i wspierając moje argumenty za tym, by chodzili regularnie na spotkania. Wystarał się o plac i budynki w stanie surowym do zagospodarowania dla księży i sióstr, a także na cele Caritas. Cały rok spędził też w Chabarowsku, by i tam pomóc miejscowym Niemcom w wędrówce do Boga, a klerowi w poszukiwaniu placu pod kościół. Kapłani z USA, uwikłani w „nieuczciwe manewry” podesłanych im kapusi, tłumaczy i pseudo-doradców, od dawna czekali na kogoś uczciwego, ale wspomniana klika nie dała Wagnerowi osiągnąć nic poza tym, że otrzymaliśmy bogaty materiał do medytacji o wspomnianych uwikłaniach i przyspieszono nagonkę na biskupa czy mnie... bo choć ja mieszkałem na Sachalinie, a biskup Mazur w Irkucku, to jednak argumenty do naszego wyrzucenia fabrykowano w Chabarowsku właśnie. Okazało się miedzy innymi, że starosta z Chabarowskiej katolickiej parafii, organizator Towarzystwa polskiego, szef Legionu Maryi etc., jest najprawdopodobniej (wersja Wagnera) pułkownikiem KGB i przełożonym wielu innych urzędników, którym musieliśmy się w pas kłaniać starając się o ziemie pod kościół i inne sprawy... nie musieliśmy się starać, gdyby starosta użył swej realnej władzy na nasza korzyść. Działał jednak ewidentnie przeciw nam i kłamał wielokroć „w żywe oczy”. Owszem dochodziło do niesamowitych scen. Posądzano Wagnera o wiele rzeczy... jak na przykład powiązania z bandytami... Tak adwokaci spotykają różnych ludzi na swej drodze! Wagner położył na szalę całą swoją reputację i talent, by wyprowadzić kościół na Dalekim Wschodzie z niebezpiecznego labiryntu. Obawiam się, ze mocno nadszarpnął zdrowie i kieszeń pomagając mi przez te lata. Ucierpiały na tym też relacje z najbliższymi. Popadł w niełaski swej własnej małżonki i dwu wyrozumiałych ale dorastających córek, które z trudem godziły się na wyrzeczenia jakie on podjął dla idei. Ja jednak mam  w sercu nadzieję i przekonanie, że wszystko było warto, że to nie były przypadki, że tak jak ateistę Petersa, milicjanta Sławę, narkomana Edika i kilku murzynów - podobnie i Wagnera, Pan Jezus wybrał sobie, by w Syberii odnowić i bronić swe Mistyczne Ciało, by zebrać je na nowo w modlącą się wspólnotę wolnych choć do niedawna pogardzanych ludzi.

2.Polacy

Niepostrzeżenie obcując z Niemcami zmieniliśmy klimat. Niemcy i Polacy, typowi Europejczycy, z kręgu zachodniej kultury są równie typowi dla Syberii, jak Tunguzi, Buriaci, Tuwijcy, Czukcze czy Nanjcy.
Wagner rodem z Saratowa znad Wołgi, a obecnie mieszkaniec Zabajkalskiej  Czity, wspierał nie tylko luteran i buddystów. Dał także projekt statutów dla Polonii w Czicie. Pracowałem tam tylko pół roku, więc nie wiem na czym stanęło, ale ponieważ są tam „siostry starowiejskie” i dwaj księża z Rzeszowa, to jestem pewien, że ten temat nie ucichnął. Jak pisałem niegdyś, w Czicie mieszkało 80 dekabrystów. Opiekował się nimi otyły polski oficer Lemparski, którego zawsze wspominali dobrym słowem, za to że wstawiał się nieraz u cara Mikołaja I o złagodzenie rygorów katorgi. Miedzy innymi, udało się uzyskać zgodę na korespondencje, a potem przyjazd żon dekabrystów, bo niektóre chciały się osiedlić na zewnątrz obozu, by ich często odwiedzać. Zdarzało się, że dekabryści dostawali tak wiele pieniędzy z domu, że stać ich było na „wynajmowanie” żołnierzy, którzy ich dozorowali, by oni właśnie wykonywali przepisane rygorem katorgi - ciężkie roboty w miejsce zesłańców - którzy tymczasem w kajdankach (oczywiście), ale w białych rękawiczkach grali sobie w karty, lub układali kawały. Snuli plany o reformie, niereformowalnego imperium. Taka chwilami paradoksalna i dziś jest Syberia, pośród mrozów czasami przebłyska słońce i właśnie starania misjonarzy powodują, że „tradycje Lemparskiego” powracają i katorga chwilami zamienia się w sielankę. Co nie zmienia faktu, że ludzie nadal są daleko i w kajdanach.

Inny znany Polak z Czity, to błogosławiony Antoni Leszczewicz, a ze współczesnych pewna bibliotekarka z Uniwersytetu - zdaje się - pani Jadwiga. Nasz parafialny archiwista Sergiej odszukał notatkę z początku XX wieku, jak to mama pani Jadwigi zgłosiła się do urzędu, by ją skreślono z listy parafii prawosławnej, na którą ją wciągnięto bez jej zgody i by przywrócono jej i jej dzieciom status katoliczki. Nestorka Czitinskiej biblioteki zgodziła się uczestniczyć przy odrodzeniu parafii i miała też skłonić ku nam swego syna i córkę. Dwoje podstarzałych polonusów, którym o dziwo nie przyszło do głowy, by zostawić mamę i założyć rodzinę... co dalej nie wiem.
Ciekawostkę opowiem ze spotkania z biskupem Mazurem. Było to 18 listopada 1999 roku, był mróz trzaskający ponad 30 stopni, bezśnieżna pogoda... W centrum nauki języka niemieckiego, w jednej z klas, ponad 60 osób po raz pierwszy uczestniczyło w liturgii, a wśród nich parę osób polskiego pochodzenia. Jeden z pracowników miejscowego Uniwersytetu, odbierał z rak biskupa ryngraf MB Częstochowskiej jako członek lokalnej Polonii. Ten moment spodobał się dziennikarzom i miejscowa telewizja pokazywała go po kilkakroć.
Najbliższa rodzina młodego profesora, wystraszyła się że to zaszkodzi jego naukowej karierze i na „naradzie rodzinnej” zabroniono młodemu entuzjaście chodzenia do kościoła! AD 1999!!!
Wolność religii i sumienia w wydaniu syberyjskim.
A teraz opowiem inną anedgodtkę, jak to polonie zbieraliśmy na Sachalinie.
Pani Cecylia Janowna z Cichońskich Dimowa z Korsakowa, na pytanie czy pamięta kolędy odpowiedziała mi twierdząco. Gdy zanuciłem jej melodie „Cicha noc” wykrzyknęła wzruszona:
„No tak Sidzukana!... ale myśmy to śpiewali po japońsku.”

3. Ukraińcy

Nie mniej europejski naród, który zapewne jest drugą ilościowo diasporą Syberii i Dalekiego Wschodu. Niestety łatwo się rusyfikuje i tak naprawdę Sybirak podający się za Rosjanina, równie dobrze mógłby podać ukraińską narodowość. Niestety być Ukraińcem w tych okolicach, nie mniej ciąży na karierze niż polskość czy niemieckość. Ja miałem diasporę w Aniwie. Kilka rodzin z jednego gniazda, z zachodniej Ukrainy wysiedlonych do Kuzbasu (Kemerowo), a stamtąd przyjechali dobrowolnie na Sachalin, w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy. Na Sachalinie i Kamczatce krócej się czekało na mieszkanie, większe były dodatki za szkodliwy klimat i krótszy czas oczekiwania na emeryturę. Moje parafianki z Aniwy - dwie siostry, Luba i Nadia, obie Jarosławny - wiekiem rówieśniczki ze mną, w małym powiatowym miasteczku stworzyły konkurencyjna wspólnotę z własnym kościółkiem za niespełna 10 tys. dolarów podarowanych z Alaski. Wykupiliśmy sklep, którego połowa była już kościołem metodystycznym. Budynek jak wiadomo nie tak ważny, ale to jak Nadia z Lubą go wypucowały, jak organizowały swoich braci i przyjaciół spędzając tam każdą wolna chwile - to nawet pracowitych Koreańczyków-metodystów zadziwiło.
Młodszy brat Luby i Nadii – Piotr, za ich namową przez cały rok woził mnie w każdy weekend do oddalonego o 60km Chełmska, nie biorąc ani grosza. Z rana zajeżdżałem do Aniwy, 35km sam, a tam zmienialiśmy się za kierownicą i mogłem spokojnie obmyślać kazanie, które wygłaszałem w samo południe. Wieczorem, w drodze powrotnej, to samo kazanie mówiłem w Aniwie, a parafianki obsługiwały stoły. Choć msza trwała od 6-tej do 7-mej wieczór to ja wracałem do domu o północy, bo tyle zawsze było tematów i potraw, jak na Boże Narodzenie.
Parafian przeważnie 10-20 osób ale przecież nie to najważniejsze. Za parę lat i tam będą tłumy. Od czegoś trzeba było przecież zacząć. Zaczęło się od dwóch pobożnych kobiet i kilku zakochanych w nich mężczyzn.

4.Niwchowie

Owszem poznałem Niwchów.
Poznałem Władimira Sangi, pisarza, uczonego - a prywatnie szamana i wodza kilkutysięcznej społeczności Niwchów Sachalina. Był ze mną nazbyt oficjalny, by coś konkretnego planować.
Chodziło mi jak zwykle na początek o przyjacielski układ. Taki nastąpił. Pani Galina Lok, malutka garbata Niwcha, opiekunka koła seniorek, zgodziła się zorganizować dla mnie spotkanie kolędowe i kilka innych imprez w Muzeum w Noglikach. Pofatygowała się też do Chabarowska na jedno ze spotkań katechetycznych, gdzie złożyła piękne świadectwo o swoim ginącym narodzie.
Jej bratanica mieszka na Sycylii. Znalazła tam sobie męża i pewnie jest katoliczką. Niwchowie Sachalina wspominają z wdzięcznością Bronisława Piłsudskiego, a obecnie pana Majewicza z Poznania. Ginący to naród, ale przyjazny. Mam nadzieję, że moje z Niwchami spotkania to ciąg dalszy nitki porozumienia, jaką nasi katorżnicy zawsze mieli z tubylcami.

5. Japończycy

Do dziś na swoich mapach rysują pół Sachalina i wysp Kurylskich jako swoje terytorium.
Nic dziwnego - śladów ich obecności jest tu pełno. Zaciera się je, a one przebłyskują coraz bardziej. Jest na Sachalinie konsulat generalny, który co roku organizuje projekcje filmów japońskich. Przychodzą tłumy Rosjan, przychodziłem i ja.
Opowiem o pewnej Japonce z „Iziuminki”.
Nazwę ja Sudzuki-san, choć przedstawiała się jako Zoja-Japonka.
Karmiliśmy bezdomnych w malej knajpie na ulicy Purkajewa, trzy razy w tygodniu. To była akcja Caritas. Czasami 60 osób, czasami 100. Zależy jaka pora roku. Wiele osób z rozbitymi nosami, bez prawdziwej ludzkiej twarzy, odmrożeni, brodaci, śmierdzący. Obok płatnego personelu, w kawiarence zawsze pracowało dwoje lub troje wolontariuszy z parafii, nierzadko byli to księża, parafianie lub siostry. Ostatnio jest to domena sióstr Matki Teresy z Kalkuty, które przyjechały z Korei w momencie, gdy ja szykowałem się do wyjazdu na urlop. Zamieszkały w posesji, która była moim domem przez 3 lata.
Pewna pani ze wschodnimi rysami wyróżniała się w tym towarzystwie. Robiła sobie makijaż jak gejsza (tłusty), podśpiewywała sobie pod nosem, elegancko ubrana przedstawiała się nam zawsze jako Zoja-japonka. Moi parafianie Koreańczycy spierali się ze to niemożliwe, że japończycy dbają o swoich ludzi i nikt nie pozostaje bezdomny, a jednak. To była wykształcona osoba i nie jedyna wśród naszych bezdomnych. Sudzuki-san miała już pod 80-tkę, wiec wiele z tego co mówiła, traktowaliśmy jako starczy marazm. Ja jednak dobrze ją sobie zapamiętałem jako symbol przetrwania. Pomimo tak licznych starań, Japonia na Sachalinie wciąż jest obecna poprzez tragedie porzuconych jednostek. Podobnie jak i polskość, którą niespodzianie można tam spotkać w każdym zakątku Syberii, tak również jakiś japoński grób, nieopisaną tragedię.

Epilog

Tak oto panie Wojtku w sposób zdawkowy, skrótowy i banalny opisałem nie tylko ludzi, ale i pewne narody z jakimi stykał mnie los. Konkretne osoby za którymi tęsknię niesamowicie i jestem gotów zaprzeć się siebie samego by z nimi pobyć choć chwilę.
Pamiętam ten moment, tę noc 10 września 2002 na lotnisku w Chabarowsku, gdy zabroniono mi podać dłoń spotykającym mnie parafianom. Robiłem notatki, rysunki, pisałem pocztówki do nich wszystkich, nie spałem... walczyłem z pokusą, by wyskoczyć z 2 pietra i pobiec do nich. Niestety, byłem pod konwojem i następnego dnia rano zaprowadzono mnie do kas, gdzie pomimo, iż była to deportacja, zabrano mi ostatnie moje oszczędności na opłatę biletu, by stworzyć pozory, że do Japonii wracam dobrowolnie.
Od takiej wolności, zwariować można.
W białych rękawiczkach, ale mimo wszystko w kajdankach.
I teraz to uczucie mnie nie opuszcza, że 150 lat po uwolnieniu dekabrystów z Czity, ich los nadal dzieli wiele osób. Ja jestem jedna z nich.


Jarek Wiśniewski
Lugansk  - Makiejewka
10 – 17 września 2003



Opcje Artykułu

Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20030920005436228

No trackback comments for this entry.
"W krainie serca ten zabłądzi, kto chciałby ją obejść bez ludzi" | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Menu Użytkownika





Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń