Afera maturalna w Radomiu

nie, 16 maj 2004, 14:33:57

Autor: Grzegorz Gacki

Afera maturalna w Radomiu zasługuje na miano największych afer maturalnych w kraju. Nie dlatego, że brali w niej udział maturzyści-parlamentarzyści, którzy do perfekcji mają opanowane techniki ściągania, podglądania (vide casus Błochowiak-Ziobro), oszukiwania i plagiatowania, bo nie brali. Nie dlatego, że stawki były rekordowe, bo  były ale tak naprawdę nikt, poza paroma wtajemniczonymi nie wiedzieł o nich. Nie dlatego, że pisały o niej media, bo nie pisały. Niespodziewanie dla wszystkich  główni "aferzyści" zaliczeni zostali do panteonu bohaterów narodowych.

Dlaczego o tej wielkiej aferze nic nie słychać? Dlaczego nie odzywają się głosy protestów? Dlaczego sprawy nie bada prokuratura, nie sypią się głowy i dymisje? Ano dlatego, że mówiąc językiem prawniczym "sprawa uległa przedawnieniu" i to dość dawno, bo miała miejsce  ponad 100  lat temu, w roku 1890 prowincjonalnym Radomiu, w tamtejszym Gimnazjum Rządowym, zdjęcie którego możemy oglądać na widokówce z tamtych czasów. Jest apogeum "nocy Apuchtinowskiej" (od nazwiska A.L.Apuchtina, warszawskiego kuratora oświatowego w latach 1879-97), gdy rusyfikacyjne działania władz carskich dochodą do absurdu.  Czynownicy imperium robią wszystko na odwrót wskazówkom Sołowjowa. Nie wolno przyjować Polaków na posady nauczycielskie, próbuje się narzucić cyrylicę do polskiej pisowni, Chodzi im o to, by nie tylko wyrugować polskość ale, żeby zrealizować program totalnego wychowania (takie słowa włąśnie padają - pedagogika radziecka miała głębokie korzenie), ograniczenia do minimum wpływu rodziny, środowiska, Kościoła i wszystkiego, co mogłoby tchnąć w młodzież myśl niezależną. Nie dość,  że w szkole nie ma języka polskiego (nazwanego w biurokratyczynym slangu: "językiem miejscowym"), to jeszcze uczniom nie wolno posługiwać się nim prywatnie, w szkole ani poza nią.  Ba, nie wolno im posiadać książek, podręczników, gazet, tekstów innych niż te, które są "dozwolone przez Władze". Nie wolno im chodzić do bibliotek, a generał Hurko poleca właścicielom czytelni iż "nie wolno im wypożyczać książek uczniom rządowych zakładów naukowych". Życie pozalekcyjne poddane jest rygorom surowych i szczegółowych regulaminów, inwigilacji, w której uczestniczą razem funkcjonariusze państwowi: szpicel  i nauczycie, często w praktyce nie można odróżnić jednego od drugiego. Za najdrobniejsze wykroczenia grożą kary, z wyrzuceniem z "wilczym biletm" włącznie. Nauka, edukacja  traktowana jest jako narzędzie represji i dyskryminacji.
 
Ale tubylcy w tym "Kraju Priwiślańskim"  mają w sobie taką dziwną cechę, wyróżniająca ich spośród wszystkich narodów świata. Im bardziej czegoś im zakazywać, tym bardziej oni to robią.  We wszystkich szkołach "Kraju Priwiślańskiego", w tym w Gimanazjum Rządowym w Radomiu, powstają samorzutnie i spontanicznie kółka samokształceniowe. Uczniowie sami się uczą tego, czego zabrania się im w szkole. Czyta się nawet zakazane dzieła rosyjskie. Powstają nielegalne biblioteki, liczące po kilkaset tomów zakazanej literatury, towarzystwa naukowe. Nie ograniczają się tylko do działalności samokształceniowej. Stopniowo wychodzą "na zewnątrz": bojkot znienawidzonych nauczycieli, obchody rocznic patriotycznych i świąt narodowych, manifestacje antycarskie. Stopniowo kółka kontaktują  się ze sobą, koordynują swoją działalność, powstaje sieć (czemu paradoksalnie sprzyja polityka carskich urzędników: najbardziej aktywnych uczniów wyrzuca się z jednej szkoły, idą do drugiej). Wśród uczniów panuje atmosfera solidarności wobec wspólnego wroga: carskiego apartu represyjno-edukacyjnego. Wzorem rosyjskiej Narodnej Woli kiełkuje myśl rewolucyjna i radykalna społecznie.
 
W takiej atmosferze zbliża się matura 1890. W "Kraju Priwiślańskim"  pojawia się plotka (nie wiadomo na ile prawdziwa), że petersburskie Ministerstwo Oświaty "szykuje pasztet".Najważniejszą częścią matury (dla przypomnienia: zdawało się ją ze wszystkich przedmiotów, których nauczano w szkole) była praca pisemna z języka rosyjskiego. Z tym Polacy, którzy "programowo" unikali nauki rosyjskiego (autor tego tekstu zna tę metodę z własnej autopsji) boją  się tej części matury jak ognia. A w roku 1890 temat "wyszykowany" w Petersburgu ma być wyjątkowo trudny i do tego ponoć są instrukcje, by prace oceniać bez taryfy ulgowej, wręcz jak najostrzej, tak aby przy okazji matury wyeliminować wszystkich nieprawomyślnych "Poliaczków". Temat wypracowania maturalnego przygotowano w Petersburgu, przesłano do kancelarii Apuchtina, a ona rozsyła  go  w zalakowanych kopertach do dyrektorów wszystkich kongresowych gimnazjów, ci zamykają je w sejfach.
W środowiskach maturzystów rodzi się szalona idea: temat trzeba poznać. Sprawę koordynują dwa środowiska: radomskie i piotrkowskie. Pomysł jak z filmu krymihalnego: otworzyć sejf, wyciągnąć kopertę, otworzyć ją, przepisać temat, zamknąć kopertę, włożyć ją do sejfu, sejf zamknąć. Wytypowany uczeń - prymus radomskiego gimnazjum, ma  napisać wypracowania, które mają być rozesłane po wszystkich szkołach w całym kraju. Chętnych do wykonania akcji nie brakuje ale tu trzeba mieć prawidziwych fachowców: kasiarza i fałszerza, który potrafi otworzyć kopertę tak, by nie naruszyć lakowej pieczęci. Fachowcy tacy są, chcą niebagatelnej kwoty 4000 rubli. Wśród wszystkich gimnazjów  zaboru rosyjskiego robi się zrzutkę. Na miejsce akcji wybiera się Piotrków, dyrektor tamtejszego gimnazjum wykazuje wyraźną słabość do wysokoprocentowych trunków i kobiet nienajcięższych obyczajów. Z funduszów "samokształceniowych" organizuje się bankiet w Piotrkowie, na który trafia dyrektor. Alkohol i kobiety robią swoje, w tym czasie jeden z uczniów włamuje się do gabinetu dyrektora (robi to nie całkowicie za darmo - ma otrzymać specjalnie przygotowane dla niego wypracowanie), do gry wchodzą kasiarz z fałszerzem. Wszysto idzie zgodnie z planem. Wchodzący rano do gabinetu dyrektor niczego  nie zauważa. Radomski prymus zabiera się do roboty, gońcy rozwożą  prace po całym kraju.Wszystko idzie jak po maśle.
 
Niestety, na dzień przed maturą, "sprawa się rypła". W Lublinie szpicle donieśli o jakiejś zbiórce pieniędzy, sprawą zainteresowały się stosowne władze, zaczęto przesłuchiwać uczniów, ktoś nie wytrzymał. Na dzień przed maturą zmieniono temat, kilkunastu najbardziej aktywnych organizatorów (katolików, protestantów, żydów) nie dopuszczono do matury, wyrzucając ich ze szkoły. Ów radomski prymus to  Kazimierz Kelles-Krauz (1872-1905), protestant, poźniej socjolog, profesor Sorbony i Uniwerstytetu Brukselskiego, autor prawa"retrospekcji przewrotowej", wg którego ideały wysuwane przez różne ruchy reformatorskie celem zmiany istniejących norm społecznych są zawsze podobne do norm obowiązujących w przeszłości, związany z PPS, teoretyk i działacz polskiego i międzynarodowego ruchu socjalistycznego. On również został wyrzucony ze szkoły, maturę zdał jako ekstern w innym mieście rok później. Ponieważ nie wolno mu było studiować na terenie Rosji, pojechał na dalsze nauki do Paryża.
 
Kółka jednak nie zginęły, uczestniczący w ich pracach  uczniowie poszli w świat. Różne były ich życiorysy. Kazimierz Kelles-Krauz, Stanisław Grabski, Tadeusz Siemiradzki, ks. Władysław Korniłowicz to jedni z wielu. Ale to już inna historia.

Artykuł został nadesłany przez Czytelnika VerbaDocent. Serdecznie dziękujemy.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20040516143357972