Świadkowie XX wieku - Ludwik Wittgenstein

śro, 1 wrz 2004, 00:02:49

Autor: Grzegorz Gacki

Właśnie skończyły się wakacje. Dziś, jak co roku o tej porze, miliony młodych ludzi pójdą  do szkół pobierać nauki. Równo 100 lat temu, wraz z początkiem roku szkolnego 1904/1905 piętnastoletni Ludwik Wittgenstein wchodząc do szkoły spotkał Antychrysta.

Nie, nie to nie są żarty, ani czarny humor,ani propaganda satanistyczna. Ani początek nowego "Mistrza i Małgorzaty". On naprawdę go spotkał, co więcej ... spotykał go przez rok prawie, codziennie na korytarzu Realschule w Linzu. Jest niepodważalny dowód tego spotkania, fotografia.

Ten w lewym dolnym rogu, to właśnie Ludwik, późniejszy najoryginalnieszy i najgenialniejszy filozof XX wieku. Tamten w prawym górym to syn celnika, uczeń 3. klasy, młodszy od Wittensteina o 6 dni. Moja śp. babka do końca swoich dni nie nazwie go inaczej niż "Ancychryst". Między innymi z powodu innego dnia 1.września. Jej córka, a moja matka,nie poszła wtedy do szkoły. Nie były to wcale wagary ale nieobecność (i to wieloletnia) jak najbardziej usprawiedliwiona. Ale nie postać owego ostrzyżonego na krótko chłopaka (jeszcze bez grzywki i wąsików budzących później i śmiech, i grozę) jest obiektem mojego dzisiejszego opowiadania. Wróćmy do Ludwiga.

Ludwig Wittgenstein urodził się w roku 1889 w Austrii w jednej z najbogatszych rodzin ówczesnego świata, jako ósme i najmłodsze dziecko. Wittgensteinowie, ludzie niesamowicie majętni, mieli ogromne ambicje kulturalne, a nawet artystyczne (brat Paul był wybitnym pianistą. Rodzice przyjaźnili się lub wspierali materialnie takich wielkich artystów jak Johannes Brahms, Gustav Mahler, Gustav Klimt). Ojciec przewidział dla Ludwiga wykształcenie stricte techniczne - ktoś przecież musiał znać się na tym jak pracują maszyny w fabrykach należących do rodziny. Pokrywało się to z zainteresowaniami młodego człowieka, skierowanych w stronę matematyki, fizyki i nauk ściśle technicznych. Troskliwy ojciec nie przewidział tylko, że zainteresowania i talent syna wyjdą o wiele dalej poza budowę budowę maszyn włókienniczych. A ewolucja była niesamowita ale trzeba przynać konsekwenta.

W 1906 po maturze chce studiować fizykę u słynnego Boltzmana (tego od prawa Stefana-Boltzmana), na skutek samobójstwa mistrza jedzie do Berlina, by na tamtejszej politechnice studiować na kierunku inżynieryjno-mechanicznym. Cały ówczesny świat, nie tylko techniczny, żyje genialnym wynalazkiem braci Wright i osiągnięciami "wspaniałych mężczyzn na latających machinach". Ludwig też i wyjeżdża do Manchesteru, by tam studiować inżynierię-lotniczą, badać latawce, śmigło i konstruować silnik lotniczy. Do tego niezbędna jest znajomość wyższej matematyki, konkretnie rachunku różniczkowego. Aby zrozumieć latawce i opracować teorię podejmuje studia matematyczne. W ich ramach czyta "The Principles of Mathematics" Bertranda Russela, która to lektura przekonuje go, że tak naprawdę matematyka jest tylko częścią szerszej nauki zwanej logiką. Po co więc uczyć się matematyki, kiedy można poznać naukę ustalając reguły matematyczne i to u samego guru, czyli Russella i to w samym Cambridge. Na marginesie: książka autorstwa Russella i Whitehead'a "Principia Mathematica" liczyła sobie 3 tomy; sam Russell do końca swojego długiego, prawie stuletniego życia, twierdził, że tak naprawdę przeczytało ją w całości i zrozumiało, raptem 5, oprócz samych autorów, trzej z nich to byli Polacy (może ktoś z PT Czytelników wie którzy? Nagród w konkursie nie przewiduję, na audiotele też nie ma co dzwonić). Nie trzeba było dużo czasu, żeby młody geniusz, bo za takiego uchodził w Cambridge, zorientował się, że tak naprawdę logika to część filozofii. Po co więc....? Potem już nie zostało mu nic innego, jak tylko opracować swój własny system filozoficzno-logiczny, za pomocą którego dałoby się wyjaśnić wszystko. Zabrał się do pracy, nie zwracając uwagi na fakt, że za jakiś czas inny student, gruźlik Gavrilo Princip zastrzeli c-k arcyksięcia Ferdynanda i jego małżonkę, a to co nastąpi potem będzie szaleństwem nie mającym precedensu we wsześniejszej historii ludzkości. Wittegenstein bierze udział w tym szaleństwie i to na pierwszej linii frontu. Ten niedoszły konstruktor aeroplanów służy na kanonierce Goplana pływającej na Wiśle jako operator reflektora. Następnie zostaje przeniesiony na mniej niebezpieczne stanowisko, służy jako artylerzysta w garnizonie twierdzy Kraków. Artylerzystą jest już do końca wojny, na wszystkich frontach, na których walczy cesarsko-królewska armia: Galicja, Bukowina, Karpaty, Włochy. Trzy razy jest odznaczony najwyższym odznaczeniem: "Za odwagę", otrzymuje stopień oficerski, pod sam koniec wojny dostaje się do włoskiej niewoli, jest internowany w klasztorze na Monte Cassino, wychodzi z niewoli dopiero po Traktacie Wersalskim. Wojna pochłonęła życie wielu jego najbliższych przyjaciół (walczących nieraz po różnych stronach frontu), jego starszy brat Kurt popełnił samobójstwo, gdy poddani pod jego komendę pod sam koniec wojny żołnierze zbuntowali się, drugi brat - pianista Paul stracił rękę - to dla niego, potem pisali specjalne kompozycje m.in. Richard Strauss i Maurice Ravel, zerwane zostały kontakty z brytyjskim środowiskiem naukowym.

Przez cały czas działań wojennych, a później niewoli, Wittgenstein intensywnie pracuje. Myśli i prowadzi zapiski. Mają one dwojaki charakter. Jedne, skrzętnie chowane przed wojskową cenzurą, pisane szyfrem, to bardzo intymne dzienniki opisujące piekło wojny i dramat młodego człowieka w jego środku. Drugie notatki, to zupełnie oficjalna filozoficzna praca naukowa, której celem jest odpowiedź na pytanie: czy w świecie istnieje jakiś porządek a priori i na czym on polega, jak się wyraża? Zapiski te są co jakiś czas przemycane do wrogiej Anglii, do Russella z adnotacją: proszę opublikować w przypadku mojej śmierci.

Na szczęście do tego nie dochodzi i to one złożyły się na najpiękniejszą pracę filozoficzną jaką kiedykolwiek czytałem, słynny Tractatus logico-philosophicus, wydany ostatecznie w 1921. Dzieło zaiste genialne. Tak genialne, że na początku nikt go nie zrozumiał. Gdy Wittengstein przeczytał list wybitnego logika i matematyka Fregego, którego poprosił o komentarz do swojego dzieła, mruknął jedynie "er versteht kein Wort " ("nie rozumie ani słowa"). Skoro Frege, ojciec nowoczesnej logiki nic nie zrozumiał, no to jak mogli inni? A dzieło jest genialne w swojej strukturze. Wittenstein stawia bowiem 7 tez, które będą przedmiotem jego analizy:
 
Teza nr 1  Świat jest wszystkim, co jest faktem.
Teza nr 2 To co jest faktem - fakt - jest istnieniem stanów rzeczy.
Teza nr 3 Logicznym obrazem faktów jest myśl.
Teza nr 4 Myśl to zdanie sensowne.
Teza nr 5 Każde zdanie jest funkcją prawdziwościową zdań elementarnych.
Teza nr 6 Ogólna forma funkcji  prawdziwośćiowej ma postać [p, ξ, N(ξ)]. Jest to ogólna forma zdania.
Teza  nr 7  O czym nie można mówić trzeba milczeć.
 
Następnie każdą z tez Wittgenstein rozwija w podtezy.
 
I tak np. Teza nr  1 ma dwie podtezy:
 
1.1. Świat jest ogółem faktów, nie rzeczy
1.2. Świat rozpada się na fakty
 
Konsekwentnie; każda z podtez ma swoje podpodtezy:
 
1.1. Świat jest ogółem faktów, nie rzeczy
 
1.1.1 Świat jest wyznaczony przez fakty oraz przez to, że są to wszystkie fakty 
1.1.2 Ogół faktów wyznacza bowiem, co jest faktem, a także wszystko, co faktem nie jest)
1.1.3 Światem są fakty w przestrzeni logicznej.
 
 I tak dalej. Całość na mniej niż 80 stroniczkach. Kto chce niech czyta, choćby tutaj (w oryginale) lub po polsku. Mnie najbardziej podobają się rozwinięcia tezy 3, gdzie autor dochodzi do następujących konkluzji:
3 Logicznym obrazem faktów jest myśl.

3.001 "Pewien stan rzeczy jest do pomyślenia" znaczy: możemy utworzyć sobie jego obraz.

3.01 Ogół myśli prawdziwych jest obrazem świata.

3.02 Myśl zawiera możliwość pomyślanej sytuacji. Cokolwiek da się pomyśleć, jest też możliwe.

3.03 Nie można pomyśleć nic nielogicznego, gdyż inaczej trzeba by myśleć nielogicznie.

3.031 Mawiano, że Bóg może stworzyć wszystko, ale nic sprzecznego z prawami logiki. - Nie potrafilibyśmy bowiem powiedzieć, jak taki "nielogiczny" świat ma wyglądać.

Świetne, prawda?

Tractatus był jedynym dziełem filozoficznym Wittensteina opublikowanym za jego życia (drugim dziełem był "Słownik dla szkół podstawowych" z roku 1926, w którym próbował uczyć zasad ortografii i gramatyki w oparciu o analizę błędów popełnionych przez uczniów w wypracowaniach). Zaraz po jego ukazaniu się Wittgenstein zrzeka się praw do rodzinnej fortuny i zostaje nauczycielem wiejskim na całe 6 lat. Potem buduje dom dla swojej siostry w Wiedniu, robi różne rzeczy aby w 1929 roku ulec namowom przyjaciół i wykładać matematykę i logikę w Cambridge. Od roku 1939 kieruje katedrą filozofii z Cambridge, rezygnuje z pracy w 1947, umiera 29.kwietnia 1951.  Tuż po jego śmierci ukazuje się jego druga praca: Dociekania filozoficzne (Philosophische Untersuchungen/Philosophical Investigations). Dzieło tak odmienne od całej dotychczasowej twórczości Wittgensteina, że aż zastanawiające. To nie logiczny wykład, zestawienie tez, gdzie jedno wynika z drugiego a wszystko łączy się w spójną całość. Dociekania to dizeło chaotyczne i niespójne. Zbiór aforyzmów, zabaw i gier językowych. W Traktacie język miał za zadanie wyrazić prawdę lub fałsz a w Dociekaniach staje się środkiem komunikacji jednego człowieka z drugim, jest narzędziem "gier językowych" kszatłtujących "kształ życia" człowieka. Tam był racjonalizm, tu jest irracjonalizm. Tam wszystko policzone i zważone, tu rozrzucone i zlekceważone.  Próbka, dla tych co dziś idą do szkoły:

"233.Można by sobie wyobrazić taką naukę swego rodzaju arytmetyki: każde dziecko moze liczyć na swój sposób, byle tylko słuchało głosu wewnętrznego i do nie go się stosowało. Liczenie takie byłoby czymś w rodzaju komponowania"

Szkoda, że większość nauczycieli matematyki o Wittgensteine nie czytało! Sam uczył arytmetyki więc wiedział o czym mówi.

Większość spuścizny Wittgensteina pozostaje jeszcze nieopublikowana. Jest ona tak wielostronna, barwna i bogata, że zdumiewa po latach.

Czytając mój tekst można się zastanowić po co go napisałem. Nie chodziło mi tylko o wystraszenie PT Czytelników Antychrystem mogącym szwendać się po szkolnych korytarzach ani postulowanie nauki "nowej arytmetyki" (chociaż przydałoby się, przydało).

W Traktacie teza 6.432 głosi "Bóg nie objawia się w świecie". Najpierw mnie to oburzyło, potem zastanowiło. Siadłem i czytałem Wittgensteina. A co z tego wynikło, to już w następnym odcinku.

Artykuł został nadesłany przez Czytelnika VerbaDocent. Serdecznie dziękujemy.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20040831232449997