Arturo Perez-Reverte "Ostatnia bitwa templariusza"

nie, 26 wrz 2004, 22:47:40

Autor: Karol Ginter

Sięgnąłem po tę książkę zachęcony wcześniejszą lekturą "Klubu Dumas" tego samego autora. Dla niezorientowanych przypomnę, że na podstawie "Klubu Dumas" Polański nakręcił horror "Dziewiąte wrota". "Klub Dumas" ma niewiele zresztą wspólnego z filmem i może właśnie dlatego zrobił na mnie duże wrażenie.

"Ostatnia bitwa templariusza" jest jednak całkowicie odmienna. Nie tylko dlatego, że tam osią intrygi była obecność szatana na Ziemi, a recenzowana książka dotyczy obecności Boga. No ale zapędziłem się, zacznijmy zatem od początku.

Pewnej nocy tuż przed północą pewien hacker wdarł się do systemu komputerowego Watykanu. Przedostał się przez wszystkie linie ochronne i zostawił wiadomość bezpośrednio papieżowi, na jego osobistym komputerze. Zadał sobie tyle trudu, aby donieść, że stary, rozpadający się, barokowy kościół w Sewilli zabija. To bynajmniej nie żart. W wyniku tajemniczych wypadków zginęły tam dwie osoby. Watykan postanowił interweniować. Niekoniecznie po to, aby sprawę wyjaśnić, ale by ukarać winnych zamieszania. I tu wkracza do akcji ksiądz Lorenzo Quart. Ksiądz do zadań specjalnych. Wiem, że brzmi to cokolwiek zabawnie, ale wybaczmy to autorowi. Jak to bywa z ludźmi od zadań specjalnych, wykonują oni najbrudniejszą robotę. Tak samo jest i z księdzem Quartem. Nie ze wszystkich swoich dotychczasowych poczynań jest dumny. I choć to co robił, czynił dla dobra Kościoła, wciąż ma wyrzuty sumienia. Aż dziwne, iż autor nie pokusił się o przytoczenie znanej dewizy pewnego Hiszpana, założyciela zakonu jezuitów: Ad maiorem Dei gloria - Ku większej chwale Boga. W tym wypadku mógłby to sparafrazować: Ad maiorem Ecclesiae gloria - Ku większej chwale Kościoła. To bynajmniej nie to samo.
Autor daje krytyczny obraz Kościoła katolickiego. I tu ciekawostka. Najmroczniejszą postacią jest kardynał Jerzy Iwaszkiewicz. To on domaga się głów, a nie wyjaśnienia sprawy. Z ust bohaterów padają w jego stronę najcięższe oskarżenia. Zresztą samego papieża - Polaka oskarża się, że za jego pontyfikatu dokonał się w Kościele zwrot na prawo. To taki mały kamyczek do naszego ogródka. Pytanie tylko, czy jest to wyłącznie opinia autora, czy może raczej powielenie funkcjonującego na Zachodzie stereotypu polskiego, konserwatywnego Kościoła. Ale zostawmy ten temat. Wróćmy do naszego bohatera. Ksiądz Quart jest księdzem, który już dawno stracił wiarę. Pozostał żołnierzem, który wykonuje rozkazy. Zatracił się w rytuale swej pracy. Gra bez szemrania przypisaną mu rolę. Jest cyniczny. Nie znaczy to bynajmniej, że łamie reguły. Celebruje je, choć chyba tylko po to, by udowodnić siłę swego charakteru. Tym razem jednak w tej zbroi tytułowego templariusza pojawiły się rysy. Nie zdradzę dlaczego. Nie wyjaśnię też zagadki Kościoła. Powiem jedynie, iż zaskoczyła mnie tożsamość hackera. Głowiłem się nad tym, ale choć mam za sobą lekturę całej masy sensacji autorstwa MacLeana, Forsytha czy Ludluma, to tym razem kompletna klapa. Tym lepiej świadczy to o autorze.

W książce zafascynował mnie barwny sposób przedstawiania postaci. Co ciekawe narrator nie podsuwa nam ocen, lecz pozwala byśmy samodzielnie wyrobili sobie opinię. Nawet postaci łotrów są ukazane niejednoznacznie. Także i oni gonią za marzeniem. A że akurat są fajtłapowaci, a ich zbrodnicze pomysły rodzą się na bazie filmów obejrzanych ostatnio w telewizji, nie wróży to im powodzenia. Dialogi między tymi przedstawicielami marginesu są miejscami przezabawne. Bardzo ciekawą postacią tej łotrowskiej trójki jest ich przywódca, don Ibrahim. Ma za sobą barwną przeszłość, ale nie wiadomo do końca, co w nie jest prawdą, a co kłamstwem. Z pewnych wydarzeń można wnioskować, iż w jego opowieściach więcej jest zmyśleń, ale kto wie...

Książka ma w dużym stopniu charakter refleksyjny. Chyba nawet aż za bardzo. Stąd miejscami rozwlekłe dialogi. Chodzi o to, że główni bohaterowie w pewnym momencie stracili wiarę w Boga. Nie umieją jej w sobie odnaleźć. Szukają jej u innych, by odbudować swą własną. Z różnym skutkiem. Okazuje się, iż nikt tu nie jest bez skazy. Odniosłem jednak wrażenie, że sam autor zagubił gdzieś ideę przewodnią. Bohaterowie - krytycznie oceniający innych - do końca nie przestali odgrywać przypisanych im ról. Bunt był co najwyżej krótkotrwały. Nie wiedzą o co mają walczyć. Nie tyle idą przez życie, ile pozwalają mu się nieść naprzód. Tęsknią za czymś nieokreślonym. Niesprecyzowanym do końca marzeniem lub czymś, czego nie mogą mieć. A może właśnie kształtują swoje marzenia w ten sposób, by usprawiedliwić swą bierność i niechęć do radykalnych zmian. Jedyna osoba, która prze naprzód, robi to nie bacząc na nic i płaci za to odpowiednio. Jak na książkę z morałem przystało.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20040926224740449