Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Alergia

Co ma wspólnego alergia z teologią, Biblią i z czarami? Otóż w końcu średniowiecza celowo wywołano alergię w organizmie Kościoła. Na krótką metę celem tej alergii było ukrycie szalbierstw, bezeceństw i otwartego zaprzaństwa części ówczesnej elity, która oddawała się cudzołóstwu, wróżbom i astrologii oraz realnie oddawała cześć mamonie i diabłu. Długofalowo prowadziła do kompromitacji Kościoła, dając do ręki oręż jego przeciwnikom oraz umożliwiła jawną i nie skrępowaną działalność kultów satanistycznych, okultyzmu i tych, których Biblia rzeczywiście określa mianem czarowników.

Alergia, to choroba polegająca na selektywnym przewrażliwieniu systemu immunologicznego organizmu, który reaguje objawami chorobowymi na czynnik, na który jest uczulony, czyli tzw. alergen. Jednocześnie przeciwciała „przepuszczają” rzeczywiste wirusy i zarazki, co powoduje obniżoną odporność alergika na grypy, przeziębienia itp. Skutkiem alergii może być nawet śmierć spowodowana reakcjami objawowymi (np. opuchlizną) lub infekcją „przeoczoną” przez system ochronny organizmu.
Substancje wywołujące alergie są stosowane, jako bardzo skuteczna broń biologiczna.
I. Jak to się zaczęło

Jest końcówka XV wieku, rok 1496. Kolumb odkrył już Amerykę. Za lat 20 rozpocznie się Reformacja. W Europie trwa Renesans. W Kolonii w Niemczech dwaj dominikanie, Henryk Kraemer i Jacob Sprenger dają do oceny tutejszego uniwersytetu swoją książkę Malleus Maleficarum, czyli Młot na czarownice. Opracowanie mówiące jak zwalczać czarownice ma – podobnie jak jego autorzy – jak najgorszą opinię w świecie naukowym, ale jednocześnie ma też poparcie bulli papieskiej Innocentego VIII, wydanej w 1484 roku Summis desiderantes. Bulla jest jednak gremialnie ignorowana. Wszyscy zdają sobie sprawę z potwornej głupoty jej treści.

Samo „dzieło” Malleus Maleficarum powstało w 1474 roku. Przez dziesięć lat nie znalazł się nikt, kto by je poparł. Biskup Brescii w jednym z listów ostrzegał papieża przed wariatem Kreamerem i jego pracą. Według biskupa Kraemer był „wskutek starczego uwiądu całkowicie zdziecinniały”.
Kreamer i jego kolega, Sprenger dotarli jednak do papieża i postarali się – głównie stosując znany dziś także mail-bombing, czyli nękanie listami – aby Innocenty VIII poparł ich pracę oficjalnym stanowiskiem. Takie poparcie „na odczepnego” dostali w postaci bulli z 1484 roku.

Profesorowie kolońskiej uczelni nie chcąc się ośmieszać popieraniem idiotycznego dzieła, ale też boją się przeciwstawienia autorytetowi papieża. Delegują więc najgłupszego spośród siebie, Henryka Molitora, aby zrecenzował „dzieło”. Jeśli recenzja nie spodoba się hierarchii, zawsze będzie można odciąć się od głupka.
Molitor określany jest przez kolegów oraz przez studentów mianem „szarańcza”. Oddaje to jego poziom umysłowy i moralny. Pijaczyna i rozpustnik widzi w recenzji dzieła popartego przez papieża swoją życiową szansę. Niestety, i tym razem nie umie jej wykorzystać. Kiedy w lipcu 1496 roku usiłował zgwałcić swoją gospodynię, 34-letnią Elżbietę Schreber, musiał ratować się ucieczką przed procesem i karą śmierci.

Jednak nie dane mu było zaginąć w mrokach historii. W rynsztoku odnalazł go Kraemer i namówił do oskarżenia Elżbiety Schreber o czary. Sam Kraemer wystąpił w roli oskarżyciela. Elżbieta Schreber została skazana i spalona na stosie, a Młot na czarownice z 20-letnim opóźnieniem rozpoczął swoją straszliwą karierę. W latach 1496-1520 został wydany aż 14 razy.

II. Obłęd

Dziełko dwóch inkwizytorów trafiło na podatny grunt. Rozpętało się piekło. Doktor Jerzy Tomasz Bąbel tak opisuje skutki Młota na czarownice:
"Jej straszliwe oddziaływanie porównać można tylko z "Mein Kampf" Hitlera. Francuski psychitra Etienne Tillat określa owo dzieło jako traktat z dziedziny psychopatologii seksualnej czy pornografii, mieszaninę zboczonej wyobraźni, kompleksów seksualnych i manii prześladowczej. Za "wszystko zło tego świata" odpowiedzialnością obarczono potomkinie grzesznej Ewy, "oblubienice szatana" - czarownice. Ta straszliwa księga zapanowała nad wyobraźnią i lękami Europejczyków na kilka stuleci i zapoczątkowała proces masowych prześladowań.

Czarownicom przypisywano działanie na szkodę ludzi, kanibalizm, cielesne spółkowanie z diabłem na osławionych sabatach, sprowadzanie chorób, opętań, śmierci, impotencji, utraty płodności ludzi i zwierząt, profanacji hostii i mszy św., odbieranie mleka krowom a także sprowadzanie deszczu, gradu i elementarnych klęsk żywiołowych.
Na pierwszy ogień poszły położne i kobiety trudniące się medycyną ludową, samotne wdowy, żebraczki, niezrównoważone psychicznie staruszki, kobiety z gminu i najniższych warstw społecznych, potem machina sądownicza wyciągnęła szpony po mieszczki i szlachcianki.

Największe polowania na czarownice w zachodniej Europie a potem również w Ameryce trwały od XV do XVII w., i prowadzone były zarówno przez katolików jak i protestantów.
Powodem oskarżeń o czary był nie tylko fanatyzm i obskurantyzm religijny lecz często nienawiść, zazdrość, zawiedziona miłość lub chęć zawładnięcia majątkiem ofiary (oskarżyciel dostawał część majątku). Początkowo przesłuchiwaniami zajmowały się władze kościelne, inkwizytorzy, potem włączono do tego procederu również władze świeckie.
Kobieta oskarżona o czary nie miała najmniejszej szansy obrony, jeśli nie posiadała wysoko postawionych protektorów. Końcem każdego śledztwa była śmierć, bez względu na to czy oskarżona przyznawała się do winy czy też nie. Przesłuchiwanie rozpoczynało się serią pytań, po których przychodziła kolej na wymyślne tortury. Przerażona ofiara, albo od razu akceptowała akt oskarżenia, albo też broniąc swej niewinności cierpiała niewyobrażalne katusze zanim dopadła ją śmierć. Rozbierano ją do naga i golono wszystkie włosy na ciele, potem kłuto ją szpilkami szukając "diabelskiego znamienia", tj. miejsca nieczułego na ból, miażdżono dłonie i stopy, rozciągano ciało, palono je ogniem, katowano w straszliwych machinach. Spętane kobiety pławiono w wodzie, by sprawdzić czy nie toną. Te które się utopiły, były oczywiście uznane za niewinne. Sadyzm oprawców nie miał granic. Tylko nieliczne wytrzymały ból i zaprzeczały oszczerczym oskarżeniom. Dla prześladowców to właśnie było widomym znakiem pomocy szatańskiej. I te kobiety również szły na stos. Żądano wskazania współwinnych, zadenuncjowania innych "czarownic", aby rozpocząć nowy proces. Skatowane kobiety mówiły wszystko, co im podpowiedział udręczony cierpieniami mózg i okrutni oprawcy. Aresztowano następne ofiary, setki ofiar.

W Szkocji w jednym procesie w latach 1661-1662 przed sądem stanęło 664 osoby, w Salem w Ameryce - 162. Łańcuch oskarżeń w Würzburgu w 1629 r. doprowadził do oskarżenia dzieci, duchownych, kanclerza biskupa i wreszcie samego biskupa. Machina zbrodni nabierała rozpędu. W rozpalonej wyobraźni inkwizytorów i sędziów pojawiła się myśl o "światowym spisku Szatana".

Przeciwko "zbrodniom czarostwa" wypowiadała się cała intelektualna elita ówczesnej Europy. (...) W Europie 75% procesów o czary odbyło się w Świętym Cesarstwie Narodu Niemieckiego, we Francji i Szwajcarii. Ile ofiar pochłonęło szaleństwo polowań nikt nie wie. Badacze wahają się w określeniach od kilkuset tysięcy do kilku milionów. Bardzo często po zakończeniu śledztwa akta procesu palono na stosie razem z ofiarami, aby nie zachowała się pamięć o "oblubienicach szatana".

W r. 1610 zgasł ostatni stos w Holandii. Trzy lata potem w Polsce po wydaniu w tłumaczeniu Ząbkowica "Młota na czarownice" za poparciem króla Zygmunta III Wazy, szaleństwo polowań na czarownice owładnęło mieszkańcami Rzeczypospolitej na dwa wieki. Kres położył mu dopiero Sejm w 1776 r. w czasach panowania ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego.
W naszym kraju prawo chroniło szlachcianki. Na stosy szły więc przede wszystkim chłopki. Ostatnie samosądy odbyły się w 1793 r. w okolicach Poznania (stos), w 1836 r. w Chałupach i w 1872 w Dziurowie (pławienie czarownic). Wedle historyków na terenie dzisiejszej Polski zamordowano od 20-40 tys. kobiet (inne źródła: do 10 tys.). Ile ofiar było na wschodnich terenach dawnej Rzeczypospolitej nie wiadomo.(...)

Zasadniczo podejrzane były najczęściej kobiety i one stanowiły ok. 80-85% ofiar polowań, jednakże we Frankonii w efekcie tortur zastosowanych wobec niewinnych ofiar, podejrzani byli wszyscy, albowiem katowani wskazywali na coraz to innych sąsiadów i krewnych, współwinnych "zbrodni czarowstwa". Dochodziło do tego, że najbardziej oporni, broniący swej niewinności, pouczani byli przez swoich oprawców, "aby przyznawali się do wszystkiego, gdyż i tak marnie zginą, a zaoszczędzą sobie przed niechybną śmiercią męczarni..."

Wśród ofiar były stare kobiety i dziewczynki w wieku 7-10 lat, młodzież szkolna, studenci teologii, którzy mieli być wyświęconymi na księży, bogaci mieszczanie, rajcowie, pięciu burmistrzów, kanonicy i wikarzy oraz kanclerz Haar wraz z najbliższymi. Wymordowano całe klasy szkolne i całe rodziny."

III. Wbrew Kościołowi

Najstraszniejsze, że cały ten szał był całkowicie sprzeczny z podstawami, nauką i tradycją Kościoła. Choć praktyki magiczne w Biblii są zakazane, Nowy Testament nie daje żadnego przykładu, aby Jezus lub apostołowie użyli siły w stosunku do czarowników. W Ewangeliach nie ma o nich w ogóle mowy, w Dziejach Apostolskich czary wspomniane są trzy razy: Szymon z Samarii, który nawrócił się pod wpływem działalności Filipa w Samarii, a potem chciał kupić dar Ducha Świętego, by dokonywać cudów (Dz. Ap. 8:9-24); Elymas bar Joshua na Cyprze w Pafos, który usiłował odwieść prokonsula Sergiusza Pawła od wiary i został przeklęty przez apostoła Pawła (dz. Ap. 13:6-12), wreszcie w Efezie po nawróceniu nastąpiło masowe i dobrowolne niszczenie ksiąg czarnoksięskich (Dz. Ap. 19:19). O czarach pisze też apostoł Paweł (Gal. 5:20) wskazując je, jako uczynki ciała, które na Sądzie Ostatecznym spowodują potępienie grzesznika i przeciwstawiając je owocom Ducha. W tym samym kontekście o czarach pisze apostoł Jan w Apokalipsie (Ap. 9:21, 18:23; 21:8; 22:15).

Wypowiedzi Łukasza i Pawła są o tyle ważne, że napisali je ludzie wykształceni, a w przypadku Pawła na pewno nie łatwowierni. Obaj, co pokazują ich wypowiedzi i życie, byli trzeźwo myślący nie ulegający zabobonom. Ta cecha była zresztą powodem, dla którego Paweł pierwotnie prześladował Kościół.

Synod w Paderbornie (785 r.) nakazał karać śmiercią tych, coamieni przez diabła, wzorem pogan pomawiają mężczyznę lub niewiastę, że jest czarownikiem lub czarownicą, i palą ich na stosie".
"Canon Episcopi", instrukcja dla biskupów z 906 r. potępiła wiarę w nocne loty kobiet na zwierzętach. Ale jednocześnie nakazała, żeby wypędzać z gminy ludzi, którzy uprawiają wróżbiarstwo i praktyki czarownicze będące wynalazkiem diabelskim. Przy tym chodziło tu raczej o ekskomunikę, czyli wyłączenie ze społeczności kościelnej, niż o wygnanie fizyczne z terenu gminy, która jako pojęcie administracji świeckiej jeszcze wówczas nie istniała. Potwierdza takie rozumienie treść uchwał synodu w Elwirze (300-306r.), który magię zaliczał do tzw. trzech kanonicznych przestępstw (mord, cudzołóstwo, magia), decydujących o wykluczeniu z Kościoła, ale nie o karze śmierci.
W tę samą stronę poszedł Marcin Luter, który już w trakcie szału polowań zalecał, by osobom które zajmują się wróżbiarstwem i czarami nie podawać komunii dopóki nie porzucą bezbożnych praktyk. Jednoznacznie występował przy tym przeciw wyciąganiu wobec takich osób konsekwencji cywilnych.
Polowanie na czarownice było całkowicie sprzeczne z chrześcijańska nauką i wyrządziło Kościołowi potworne szkody, w zasadzie nie do odrobienia.

IV. Zasłona dymna

Mimo jednoznacznego potępienia polowań na czarownice w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, oskarżenie o czary dość szybko stało się bronią przeciw opozycji antypapieskiej. O czary oskarżono Waldensów – protoplastów Reformacji. Podobne oskarżenie wysunięto przeciw Templariuszom. Zarzucano im czary i herezję. W tym samym czasie kilkaset kilometrów dalej inni rycerze z krzyżami na płaszczach morderstwami, trucizną i przemocą poszerzali granice swego całkiem ziemskiego królestwa. Paweł Włodkowic, pierwszy polski prymas nazwał działalność krzyżaków „pruską herezją”. Wiele elementów ich działań da się zakwalifikować także, jako czary. Pod zarzutem czarów skazano i spalono także Joannę d’Arc. Kilkadziesiąt lat później ją zrehabilitowano, ale wtedy Joanna była już tylko pięknym symbolem i nie stanowiła zagrożenia dla nikogo. W dodatku skazali ją zwolennicy jednego papieża, a rehabilitowali stronnicy drugiego. Okres ten, to czasy schizmy, czyli rozłamu.

Cały obłęd polowania na czarownice staje się jeszcze bardziej złowieszczy, kiedy uświadomimy sobie, że Młot na czarownice poparł Innocenty VIII wsławiony m.in. nepotyzmem, orgiami na Kwirynale i mianowaniem na kardynała kilkuletniego Jana di Medici, późniejszego papieża Leona X. Za Innocentego VIII obyczaje duchowieństwa upadły tak nisko, że w efekcie wywołało to Reformację. Leon X, wsławiony m.in. wypowiedzią, że „baśń o Chrystusie” jest pożyteczna, bo pozwala mu się bogacić, ogłosił sprzedaż odpustów, która stała się bezpośrednim powodem wystąpienia Lutra.

Zachowane akta spraw świadczą dobitnie, że osoby skazane na śmierć za czary były z reguły niewinne. Jednocześnie przez cały ten czas jawnie lub skrycie, niemniej bez przeszkód rozwijał się kult satanistyczny. Formy jawne, to choćby wspomniana działalność astrologów na wszystkich prawie dworach monarszych i magnackich oraz prześladowanie Ewangelii i tych, co ją głosili: Wiklefa, Savonaroli, Husa. To także działalność Gillesa de Rais we Francji. Mocno wątpliwe, że działał sam. Raczej stał się z jakichś powodów niewygodny dla wspólników. Wielu ludzi, ze wszystkich sfer życia, angażowało się w satanizm mimo, że różnili się wiekiem, wykonywaną pracą i posiadanym wykształceniem. Forma ukryta, to choćby otwarty kult pieniądza, rozpusta i nepotyzm papieskich urzędników. Marcin Luter przerażony tym, co widział w Rzymie, nazwał papieża Leona X antychrystem, a Rzym nowym Babilonem. W tym samym zresztą czasie wraz z czarownicami i heretykami palono na stosach Biblię, jak dzieło diabelskie. To chyba jednoznacznie świadczy, kto zainspirował całą nagonkę.

Polowanie na czarownice stało się więc zasłoną dymną dla rzeczywistej działalności ówczesnych możnych zarówno duchownych, jak i świeckich. W czasie, kiedy biedne chłopki i mieszczki zmuszano torturami do przyznania się, że są czarownicami, na dworze cesarza Niemiec, Karola V w Pradze pracował alchemik i mag, a głównodowodzący wojsk katolickich, Wallenstein radził się astrologa.

Osobnym problemem jest udział protestantów w tym obłędzie. Jednakże, nie ma dowodów na to, by gdziekolwiek, protestanckie władze kościelne poparły polowania na czarownice. Była to raczej działalność miejscowych władz świeckich, jak w Słupsku, którym protestancka hierarchia duchowna, uzależniona od wyborów dokonywanych przez parafian nie mogła się przeciwstawić. Po drugie żadne protestanckie dzieło teologiczne takich polowań nie uzasadnia, a wręcz przeciwnie. Warto pamiętać, że to właśnie protestanci ucięli polowania na czarownice w Holandii (ostatni stos zapłonął w 1610 roku). W Turyngiii terror zakończyło zajęcie kraju przez protestanckie wojska Gustawa Adolfa, a rządzona przez protestancką szlachtę Polska Złotego Wieku w ogóle nie znała tego pojęcia. Stosy do Polski przyszły wraz z kontrreformacją, podobnie, jak do większości innych krajów. Ale też właśnie w krajach katolickich obłęd ten miał oficjalną pieczęć Kościoła. W tych samych krajach katolickich, w których utrzymywano astrologów, alchemików i magów.

V. Paralela

W 1950 roku senator Joseph Raymond McCarthy ogłosił, że służby specjalne ZSRR zinfiltrowały rząd amerykański, politykę, wojsko i kulturę. McCarthy twierdził, że dysponuje bezspornymi dowodami przeciw wielu ludziom z najściślejszej elity społeczeństwa USA. Jego twierdzenia wywołały prawdziwą histerię. Powołano specjalną komisję senatu, która zajmowała się sprawdzaniem prawomyślności obywateli. Dziełem komisji było m.in. wydalenie ze Stanów Charlesa Chaplina. Sam Chaplin zemścił się filmem „Król w Nowym Jorku”, w którym sparodiował komisję McCarthy’ego.

Ale były też ofiary poważniejsze. Małżeństwo Rosenbergów zostało skazane i stracone za sprzedanie ZSRR tajemnicy bomby atomowej. Alger Hiss, doradca Roosevelta w Jałcie, został skazany na długoletnie więzienie. Wielu wybitnych ludzi straciło pracę, trafiło do więzień lub popełniło samobójstwo w wyniku działalności McCarthy’ego. Do skazania wystarczyły poszlaki, a im bardziej oskarżony się bronił, tym bardziej był uznawany za winnego. Okres ten całkiem słusznie porównywany jest do okresu polowań na czarownice. W tym czasie powstała sztuka Czarownice z Salem, osnuta na wydarzeniach z XVII wieku, ale pełna aluzji do współczesności mccarthyzmu.

W 1954 roku w Senacie zażądano od senatora ujawnienia dokumentów, na które się powoływał. McCarthy nie potrafił tego zrobić. Ośmieszony wycofał się z polityki i zmarł trzy lata później.
Obłęd mccarthyzmu do tego stopnia skompromitował działalność służb specjalnych, a zwłaszcza FBI pełniącej rolę kontrwywiadu USA, że przez następne lata jakakolwiek próba mówienia o komunistycznym zagrożeniu była traktowana, jak bredzenie chorego. W latach 60-tych i 70-tych agentury państw komunistycznych robiły w Stanach co chciały. W czasie wojny wietnamskiej i walki o prawa obywatelskie czarnych obywateli USA komunistyczni agenci działali wręcz jawnie, a w latach prezydentury J. Cartera wykupywali i wywozili ze Stanów co tylko chcieli. Ten okres, lata 60-te i 70-te, to czas kolejnych sukcesów „postępu” na całym świecie zatrzymany dopiero za prezydentury R. Raegana.

W tym wszystkim najdziwniejsze jest, że McCarthy miał rację. Na najwyższych stanowiskach w rządzie USA, a także w prasie, filmie itp. rzeczywiście roiło się od świadomych i nieświadomych agentów i współpracowników wywiadu ZSRR. W okresie prezydentury Roosevelta wywiadowi sowieckiemu udało się m.in. zdobyć plany czołgów i samolotów, które posłużyły za podstawę konstrukcji tak rewelacyjnej broni Armii Czerwonej, jak: czołg T-34, samoloty Jakowlewa, Ławoczkina i Tupolewa, pistolet maszynowy PPSz, wyrzutnia rakiet „Katiusza” i wiele innych. Wywiad sowiecki w osobie Richarda Sorge nakierował uwagę Japonii na Stany Zjednoczone i dopilnował, by USA dały się zaskoczyć. Do dziś Amerykanie nie potrafią wyjaśnić kilkunastu „zbiegów okoliczności”, które doprowadziły do sukcesu ataku japońskiego na Pearl Harbour. Jednym z najdziwniejszych wydarzeń poprzedzających atak było posłanie rozkazu alarmu zwykłą pocztą, wskutek czego wiadomość, która powinna znaleźć się na Oahu na kilka godzin przed japońskim atakiem, dotarła do dowództwa Floty Pacyfiku, gdy na niebie szalały japońskie samoloty. Śledztwo, poza oczywistą niekompetencją dowodzących garnizonem Pearl Harbour, niczego nie wykazało. Jednak ilość niewyjaśnionych pytań i wątpliwości doprowadziła do powstania teorii o spisku w najwyższym gremium kierowniczym USA, chcącym doprowadzić do udziału Stanów w wojnie. Taki spisek rzeczywiście miał miejsce, ale jego mózg znajdował się w Moskwie, a nie w Waszyngtonie. Atak na Pearl Harbour wciągnął do wojny Stany Zjednoczone i zaangażował Japonię na Pacyfiku. Dzięki temu Stali mógł ciągnąć pod Moskwę świeże jednostki z Syberii, co zatrzymało niemiecką ofensywę i uratowało ZSRR.

W okresie II wojny wywiad sowiecki działał niemal jawnie, jako sojuszniczy, na terenie USA. W tym czasie udało mu się dotrzeć do najbliższego otoczenia Roosevelta, czego skutkiem była m.in. rezygnacja przez niego z zainteresowania losem Europy Wschodniej i Środkowej w Jałcie i zaciągnięcie zasłoną milczenia sprawy Katynia.

Po wojnie oficjalni przedstawiciele wywiadu ZSRR grzecznie pożegnali się i wyjechali, pozostawiając silną siatkę. Mimo, że następca Rosevelta, Harry Truman, usiłował szybko naprawiać skutki polityki poprzednika, stawiając Stalinowi tamę w Poczdamie i demonstracyjnie zrzucając bomby jądrowe na Hiroszimę i Nagasaki, przez następne kilka lat USA grzecznie chodziły „pod dyktando” ZSRR. Otrzeźwieniem była dopiero inwazja komunistycznej Korei Północnej na Koreę Południową w 1950 roku i próbny wybuch sowieckiej bomby atomowej w Semipałatyńsku. W jaki sposób w ciągu ledwie 5 lat zapóźniony technologicznie ZSRR wyprodukował najnowocześniejszą broń świata? Rosjanie dziś przyznają sami, że plany bomby atomowej uzyskali dzięki agenturze.
Ten fakt, ujawnienie posiadania supertajnej broni, której tajemnic Amerykanie strzegli przed najbliższymi sojusznikami, był niezwykle niebezpieczny dla sowieckiego wywiadu. Oczywiste było, że Amerykanie zrobią wszystko, żeby zdemaskować „kreta”, który wykradł te informacje. A jeśli to był bardzo ważny i rewelacyjnie zakonspirowany agent, to należało go ukryć, kierując pościg na fałszywy trop. W tym celu wywiad sowiecki prawdopodobnie posłużył się mało rozgarniętym i nie specjalnie wybijającym się senatorem. McCarthy w podsuniętych mu „dowodach” dostrzegł szansę dla siebie i rewelacyjnie odegrał wyznaczoną mu rolę. Jego ofiarą padli ludzie niewinni lub tacy, jak Hiss, który po okresie wojennej współpracy odmówił dalszego przekazywania informacji sowietom. Jednocześnie prawdziwi agenci pozostali poza zasięgiem, infiltrując skutecznie środowiska akademickie i mniejszości rasowych w USA.

Choć histeria, którą wywołał McCarthy była irracjonalna, przesłanki, na których się opierała, były całkowicie realne. Realna była infiltracja amerykańskiego społeczeństwa przez ZSRR. Realny także był strach wywołany zimną wojna, zbrojną ekspansją komunizmu, ujawnionymi częściowo sowieckimi zbrodniami (m.in. zbrodnią katyńską) i sowiecką bombą atomową.

W identyczny zresztą sposób w latach 70-tych rosyjska KGB rozbiła agenturę CIA i sparaliżowała kontrwywiad Agencji rękami... chorobliwie podejrzliwego szefa CIA.

VI. Realny strach


Podobnie, jak realne były przesłanki dające pożywkę mccartyzmowi, tak realne były podstawy lęku, na którym wyrosły polowania na czarownice. Wszyscy piszący o tym okresie nie mogą wyjść z zdumienia, że nie działo się to w głębokim średniowieczu, ale u progu nowożytności. W tym samym czasie, kiedy działali Kopernik, Galileusz i Kepler, kiedy Kolumb odkrywał Amerykę, kiedy Magellan opływał kulę ziemską, Erazm z Rotterdamu pisał o wolnej woli, a Luter odkrywał przed ludźmi piękno i racjonalizm Pisma Świętego.
Kiedy płonęły stosy działali Pascal, Kartezjusz i Newton, tworzyli Szekspir, Jan Łaski i Jan Amos Komenski.
To nie były czasy ciemnoty. Ludzie ci położyli podwaliny pod nowoczesność. Akademie, Uniwersytety i szkoły parafialne pracowały pełną parą, a prasa drukarska wybijała ścieżkę wolnemu słowu. Powstawały pierwsze parlamenty w Holandii, Anglii i Polsce zdobywając sobie znaczącą pozycję. Mimo to z jakiegoś powodu ludzi ogarnął paniczny strach przed mocami tajemnymi, a najtęższe umysły ówczesnej Europy pracowały nad uzasadnieniem polowań. Czemu?

Niecałe 50 lat przed opublikowaniem Młota na czarownice, w 1440 roku ówczesną Europą wstrząsnęła wieść o osądzeniu i skazaniu na śmierć marszałka Francji Gillesa de Rais. Bohater walki o wolność Francji, przyjaciel i towarzysz Joanny d’Arc okazał się krwawym Sinobrodym. W ciągu 8 lat Gilles de Rais zamordował 400 osób, w tym 100 dzieci obojga płci oraz swoje kolejne żony. Wszystkich złożył w ofierze szatanowi. Trudno powiedzieć, kiedy Gilles de Rais stał się satanistą, ale najprawdopodobniej był to skutek zbrodni popełnionej wobec Joanny d’Arc przez kościelny sąd. De Rais, wstrząśnięty fałszywymi oskarżeniami przeciw Joannie i jej tragiczną śmiercią obraził się na Kościół i Pana Boga i przeszedł na stronę szatana.

Wieść o tak potwornej zbrodni wstrząsnęła niewątpliwie opinią publiczną. W krajach dalej położonych, jak Polska, historia Gillesa de Rais traktowana była w kategoriach baśni – legła zresztą u podstaw legendy o Sinobrodym. Natomiast we Francji i w krajach najbliżej położonych: Anglii, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Szwajcarii wywołała przerażenie. Dla Anglików była potwierdzeniem słuszności wyroku wydanego na Joannę d’Arc: czarownica i jej wspólnik. W pozostałych krajach odbiła się echem. Francja, Niemcy i Szwajcaria „szczycą się” straceniem 75% skazanych za czary.
Dla współczesnych było oczywiste, że tak potężny wielmoża nie działał sam, że miał wspólników lub... wspólniczki. Lasy „zaroiły” się od czarownic i Bab Jag pożerających dzieci. Każde zaginione dziecko zaliczano na konto czarownic. Czarownice zajęły miejsce wilków, a Czerwonego Kapturka wyparli Jaś i Małgosia.
Gilles de Rais rzeczywiście nie działał sam. Od 135 lat bowiem istniał w Europie spisek innych ludzi żywiący słuszną niechęć do hierarchii kościelnej i systemu państwowego. Byli to dawni templariusze i ich potomkowie, spadkobiercy i uczniowie.
Kiedy po skazaniu za czary i herezję podpalano stos pod Wielkim Mistrzem Zakonu Rycerzy Świątyni Salomona, Jakubem de Molay, ten rzucił klątwę na króla Francji, Filipa Pięknego, papieża, Klemensa V i sędziego królewskiego, zapowiadając im, że w ciągu roku pozwie ich przed sąd Boży. Tak też się stało. Wszyscy trzej zmarli nagle i w tajemniczych okolicznościach przed upływem roku. Lud czcił Jakuba de Molay, jako świętego, ale nie ulega wątpliwości, że ktoś pomógł klątwie w spełnieniu. Nie mogła to być jedna osoba. Sprawa staje się jasna, kiedy uwzględni się, że wielu templariuszy uniknęło więzienia i ukryło się. Jedni z nich przyłączyli się do ruchów prereformacyjnych, inni wstąpili do joannitów i krzyżaków, wielu jednak utworzyło antypapieskie spiski dające początek dzisiejszej masonerii oraz ruchom satanistycznym. Bardzo prawdopodobne, że to oni właśnie nawiązali kontakt z Gillesem de Rais. Świadomość istnienia post-templariuszowskiego spisku była już wtedy dość powszechna. Zresztą, poza Francją niewiele osób wierzyło, że rzeczywiście klątwa rzucona przez Jakuba de Molay spełniła się sama. To oznaczało, że posłużono się trucizną, a tę z kolei w powszechnej świadomości zmonopolizowały wiedźmy. To wystarczyło. Spisek ludzi wrogo nastawionych do papiestwa, sprzymierzonych z czarownicami, zdolnych dosięgnąć ludzi w ówczesnym wyobrażeniu nieosiągalnych, jakimi byli król i papież i do tego potworna nawet wtedy, poruszająca wyobraźnię zbrodnia Gillesa de Rais. Strach padł na pół Europy. Wystarczyło zidentyfikować wroga i dać zgodę na jego zniszczenie. Reszta działa się sama.

Omawiając okres polowań na czarownice w Polsce Małgorzata Pilaszek przekonuje, że nie można zakładać, że mieszkańcy Rzeczypospolitej w ramach polowania działali irracjonalnie, podczas gdy w innych dziedzinach życia posługiwali się logiką iście kartezjańską. Nasi przodkowie byli ludźmi racjonalnymi. Nie działali bezzasadnie. Nie ma podstaw także, by wobec innych mieszkańców Europy wysuwać sugestie irracjonalności. Strach, który wyraził się szałem polowań był realny, a wywołały go równie realne wydarzenia.

VII. Realny spisek, fałszywa odpowiedź

Mimo trwającego przez trzysta lat polowania, poza Gillesem de Rais nie skazano bodaj żadnej osoby, której realnie udowodniono by praktyki satanistyczne i związane z tym zbrodnie. Jednocześnie na wielu dworach działali ludzie otwarcie zajmujący się magią, astrologią, alchemią itp. Ani papież ani cesarz nie zatrudniali astronomów, chemików i mechaników. Oficjalnie na ich dworach pracowali: astrolog, alchemik i mag. Osobna rzecz, że pod tymi zawodami ukrywali się często prawdziwi naukowcy, ale właśnie: ukrywali się. Przykładem może być Johann Kepler, który astronomią zajmował się „po godzinach” Oficjalnie był cesarskim astrologiem. Choć do czarów zaliczano wytwarzanie i podawanie trucizn, trucielki (czyli zgodnie z tą definicją, czarownice) mieszkały w pałacu papieskim (Lukrecja Borgia) i zasiadały na królewskich tronach (Katarzyna Medycejska).
Przez cały czas obłędnego polowania funkcjonowały jawne lub ukryte kulty satanistyczne, a ci, którzy występowali w roli oskarżycieli, sami powinni niejednokrotnie stanąć po stronie przeciwnej, jako oskarżeni.

Ostatnią czarownicę spalono oficjalnie w 1776 roku w Słupsku, należącym wówczas do Prus. W tym czasie półjawnie działał już w Anglii Klub Ognia Piekielnego – pierwsza znana z nazwy organizacja satanistyczna. W czasie Rewolucji Francuskiej okultyzm i wywoływanie duchów praktykowano jawnie i powszechnie, a państwo popierało iście satanistyczne ceremonie ku czci rozumu, które niczym właściwie nie różniły się od dzisiejszych „czarnych mszy”.
W obu przypadkach: polowań na czarownice i mccarthyzmu mamy bardzo podobny mechanizm wydarzeń. Jego główne składowe, to:
1. realnie istniejący spisek – w USA agentura ZSRR, w Europie antypapieski spisek postemplariuszowski
2. realne zagrożenie – w USA bronią nuklearną, w Europie zbrodniami satanistów, urealnionymi w Gillesie de Rais
3. gwałtowne uświadomienie zagrożenia – w USA sowiecką próbą nuklearną i najazdem komunistów na Koreę, w Europie ujawnieniem zbrodni Gillesa de Rais
4. wywołany tymi czynnikami realny strach w społeczeństwie
5. realne zagrożenie racjonalnego rozbicia spisku
6. nagłe wystąpienie miernot upatrujących w tym swoją szansę życiową, którego treść pozwala zidentyfikować źródło strachu i zniszczyć je
7. odpowiednie nagłośnienie tego wystąpienia przez zainteresowanych tym ludzi
8. skierowanie uwolnionej furii przerażonych ludzi na całkowicie fałszywe tory i skazywanie masowo niewinnych osób
9. jednoczesna swoboda działania ludzi rzeczywiście kwalifikujących się do postawienia przed trybunałem
10. w efekcie kompromitacja samej idei przeciwstawienia się złej działalności i pełna swoboda działania rzeczywistych winowajców.

Także historia czarownic z Salem sugeruje próbę ukrycia nielegalnego kultu voo-doo i handlu narkotykami (afera zaczęła się tym, że w czasie „zabawy” w voo-doo jedna z uczestniczek przedawkowała i nie obudziła się). Podejrzane jest m.in. to, że inicjator „zabawy”, murzyński niewolnik nie stanął przed sądem lecz był trzymany w więzieniu, gdzie „zeznawał”. Pomimo skazania 162 kobiet stracono na szczęście tylko kilka, gdyż interweniowały wyższe władze sądownicze. Wszystkie skazane natychmiast zrehabilitowano, a procesy unieważniono jako oparte na fałszywych przesłankach.

Jednakże dokładnie te same cechy można zauważyć przy hitlerowskiej nagonce na Żydów i czystkach stalinowskich. Ten sam mechanizm występuje w krajach trzeciego świata, kiedy miejscowe elity, okradające swoich obywateli, obwiniają za ich winę kraje rozwinięte.

Ten sam mechanizm obserwujemy także dziś, kiedy realny i uzasadniony strach przed pedofilią rozkręca coraz większą spiralę strachu, a do uznania za pedofila wystarczy dziś samo oskarżenie.


Wyjaśnienie:
Dlaczego o tym piszę? Przede wszystkim uważam, że dziś, kiedy rozkręcana jest antypedofilska histeria, kiedy najpierw rzuca się oskarżenia, a potem szuka dowodów, kiedy znowu tak łatwo zniszczyć człowieka niewygodnego, warto pomyśleć nad tym, do czego doprowadziły takie nagonki we wcześniejszych wiekach. Ci ludzie byli przekonani, że działają słusznie. To dopiero my wiemy, że byli w błędzie.
Jak nas ocenią nasze prawnuki?


Opcje Artykułu

Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20041102230612905

No trackback comments for this entry.
Alergia | 12 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Alergia
Amos śro, 3 lis 2004, 13:44:56
Z mieszanymi uczuciami czytałem ten długi wywód. Do samego końca nie wiedziałem o co chodzi jego autorowi. Ale gdy dobrnąłem do ostatnich zdań, to się ucieszyłem.
Cieszę się, że ktoś w końcu poruszył sprawę narastającej na świecie i w Polsce histerii antypedofilskiej, i że miał odwagę ostrzec przed jej skutkami.
Jednak nie wiem, czy ten artykuł to dobry sposób na poruszenie tej kwestii, bo miejscami ma on wydźwięk antykatolicki (nie wiem czy to było zamierzone, czy też tak wyszło - stąd moje mieszane uczucia, choć nie jestem katolikiem),a miejscami silnie antykomunistyczny, na czym zapewne skupi się uwaga czytelników, a intencja autora zostanie zagubiona...
 
Alergia
łacinnik śro, 3 lis 2004, 14:57:05

Pani Asiu, litości!

czy wy nie czytacie nadsyłanych artykułów przed ich publikacją.

Toż ten tzw. "artykuł" powinien znaleźć się w koszu a nie na waszym szacownym portalu. Fakty są w nim tak poprzeinaczane, że dosłownie ręce opadają.

zdegustowany,

Jacek

 
Alergia
Maciek śro, 3 lis 2004, 23:24:20

Jest dla mnie jasne, że każdy wyznawca chciałby, aby jego wyznanie było bez nagany. Jako luteranin wolę nie myśleć o tym, że Adolf Eichmann do końca życia był praktykującym ewangelikiem. Znacznie bardziej wolę być dumny z Dietricha Bohoeffera. Niestety, moje pragnienia nie zmienią faktów.

Doskonale rozumiem, że Pan Jacek chciałby widzieć swój Kościół Rzymsko-Katolicki nieskalanym i dziewiczym. Problem w tym, że nijak nie można zignorować rzeczywistości, bo prędzej, czy później nas dopadnie.

Jako ewangelik tak czy owak do Soboru Trydenckiego, który zadekretował ostatecznie rozłam postreformacyjny, jestem spadkobiercą Tradycji Katolickiej w całej jej rozciągłości. Zarówno w złym, jak i w dobrym. Wbrew praktykowanej gdzie niegdzie praktyce nie mogę wybierać z historii Kościoła tego, co mi pasuje, a odrzucać faktów niewygodnych. Nie mogę jednocześnie czuć dumy ze świętego Franciszka, a krucjaty traktować tak, jakby mnie nie dotyczyły.

To samo dotyczy polowań na czarownice. Ten obłęd wciągnął nas wszystkich i bez względu na ilość ofiar (bo dla faktu zbrodni nie ma znaczenia, czy było ich milion, czy tysiąc) musimy jako chrześcijanie poradzić sobie z tym problemem.

 

Od jakiegoś czasu w kwestii polowań na czarownice istnieje dość osobliwy ping-pong. Protestanci oskarżają katolików, a katolicy protestantów. Ateiści i sataniści stoją z boku zacierając ręce, bo im naprawdę wszystko jedno, kto dostarczył im argumentów przeciw chrześcijaństwu. A naprawdę winni jesteśmy wszyscy.

 

Dla jasności sformułuję jeszcze raz tezę, bo może zrobiłem to zbyt niejasno:

za polowania na czarownice odpowiada rozwinięta w tym czasie silna siatka satanistyczna istniejąca w najwyższych kręgach społeczeństwa Francji i ościennych krajów. Celem bezpośrednim było odwrócenie uwagi opinii publicznej zaalarmowanej zdemaskowaniem zbrodni Gilesa de Rais i skierowanie furii społeczeństwa na cele zastępcze. W efekcie prowokacji osiągnięto znacznie więcej: po pierwsze kompromitację samej idei zwalczania czarownictwa, po drugie kompromitację Kościoła jako instytucji.

Żeby przekonać się, że tak właśnie się stało wystarczy poczytać „mędrców” Oświecenia.

Że taka prowokacja jest możliwa wykazałem na przykładzie senatora McCarthy’ego.

 

Paralela między działalnością McCarthy’ego a polowaniami nie jest mojego autorstwa. Zwrot „polowanie na czarownice” jest stałym związkiem frazeologicznym określającym walkę z urojonym wrogiem, której ofiarą padają niewinni ludzie. Paralela ta jest zawarta także w sztuce Arthura Millera „Czarownice z Salem”.

Opisałem pewien mechanizm społeczny, który (jak wszystkie prawa socjologii) działa zawsze i wszędzie bez względu na kulturę i epokę. Zresztą, wbrew zarzutowi, nie pisałem o różnych kulturach, bo Ameryka XVIII i połowy XX wieku była nadal częścią kultury zachodnio-europejskiej. Szczególną, ale częścią. Radykalne zmiany pod tym względem nastąpiły w okresie wojny wietnamskiej.

Polowania na czarownice przetoczyły się przez trzy, a nawet cztery wielkie epoki: średniowiecze, Renesans, barok i Oświecenie, a echem odbiły się w romantyźmie (chociażby "Jeździec bez głowy" Irwinga Washingtona). Zarzut mieszania epok jest więc również pozbawiony podstaw.

 

Czy tekst jest antykatolicki? Myślę, że nie. Owszem jest krytyczny wobec ówczesnej hierarchii Kościoła, szczególnie papieży. Ale przecież:

  1. wykazuję, że polowania na czarownice były sprzeczne z Tradycją i nauką Kościoła,
  2. wykazuję, że miały racjonalne podstawy i pewne uzasadnienie,
  3. nigdzie nie atakuję nauki Kościoła,
  4. analogiczne zdanie co do tego okresu ma... Kościół Rzymsko-Katolicki, który poprzez papieża zrehabilitował choćby Jana Husa, czy przyznał rację wystąpieniu Lutra (wspólna deklaracja o usprawiedliwieniu z wiary).

Okres ten, to wielka tragedia zachodniego chrześcijaństwa, której źródeł szukamy do dziś.

Mimo krytycznego zdania, sądzę, że przedstawiłem najbardziej prokatolickie stanowisko spośród wszystkich niekatolickich autorów. Co więcej, jego podstawowa teza i paralela jaką przeprowadziłem do współczesnej nagonki na pedofili dostarcza argumentów radykalnym środowiskom katolickim broniącym choćby księdza prałata Henryka Jankowskiego. Powinien więc być katolikom na rękę.

 

Czy tekst jest antykomunistyczny? Pisząc o senatorze McCarthym oparłem się na tekście Wojciecha Orlińskiego „Wzlot i upadek senatora McCarthy’ego” kwartalnik Lewą Nogą nr 1-2/96 (7-8). Trudno chyba pismo skrajnej lewicy uważać za antykomunistyczne.

Inni autorzy i źródła, to Vittorio Messori „Czarne karty Kościoła”, dr Stanisław Krajski (jeden z publicystów „Naszego Dziennika”, Jan Wierusz Kowalski, Janusz Tazbir, Małgorzata Pilaszek („Procesy czarownic w Polsce w XVI – XVII w.”), praca obroniona na PAT "Socjologiczno - kulturowe aspekty współczesnego satanizmu. Na podstawie wybranych gier komputerowych, czy zajmujący się kultami pogańskimi Jerzy Tomasz Bąbel. Myślę więc, że spectrum autorów jest dość szerokie. Należy jeszcze dodać artykuły we „WPROST”, „POLITYCE” i „TIME” oraz źródła satanistyczne i wiccanistyczne (choćby po to, żeby ustalić, czym są czary w oczach samych zainteresowanych) i mniej więcej mamy obraz źródeł.

Myślę, że zamiast się oburzać, warto czasem wczytać się w tekst i po szkolnemu dociec, co autor myślał, kiedy pisał.

 

 
Alergia
Amos czw, 4 lis 2004, 11:14:39
Ja się nie oburzam i doceniam pana intencje panie Macieju. Chciałem tylko zwrócić uwagę, że dla wielu czytelników będzie to kolejny atak na Kościół Katolicki i w tym kierunku zwrócą ewentualną dyskusję nt. artykułu, a pominą zupełnie clou tego tekstu, czyli pokazanie mechanizmu społecznej histerii i zwrócenie uwagi, że podobnie może być w przypadku walki z pedofilami...
Wypowiedź Łacinnika dobrze ilustruje, to o co mi chodzi...
 
Alergia
milka czw, 4 lis 2004, 11:35:42
dzieki macku!
ze tak sie natrudziles i naprodukowales ten wybitny tekst. czytalam ze smakowitym apetytem. dawno nie czytalam cos ciekawego. co ciebie tak pobudzilo aby opisac taka sprawe? co cie do tego sklonilo? napisz troche wiecej, bede wiernie odczytwac nastepne odcinki
moje serdeczne pozdrowienia i dziekowania
maral
 
Alergia
dexterowa nie, 7 maj 2006, 14:19:05
Studiuje historie i chcialabym poznac tytuly ksiazek, z jakich kozystal autor.Szczegolnie interesuje mnie skad zaczerpnal informacje ze Mlot na czarownice powstal w 1474 roku. Jak rowniez skad posiadal wiadomosci na temat Henryka Molitora. Pisze prace dotyczaca Mlota na czarownice i wiadomosci te bylyby mi bardzo przydatne. Bibliografie prosze slac na e-mail dexterowa@o2.pl dziekuje
 

Szukaj

Menu Użytkownika






Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń