Oskar Schindler uratował 1100 Żydów, Irena Sendler - 2500 żydowskich dzieci

sob, 4 gru 2004, 00:26:20

Autor: Tadeusz Sołtys

W amerykańskich stanach Kansas i Missouri 10. marca ogłoszono dniem Ireny Sendler. W Polsce jej nazwiska próżno szukać w podręcznikach historii. Mieszkałaby zapomniana w domu bonifratrów na warszawskim Nowym Mieście, gdzyby nie cztery dziewczynki z amerykańskiego miasteczka Uniontown. Szukając tematu do szkolnego przedstawienia znalazły w archiwach notkę o Irenie Sendler, która podczas drugiej wojny światowej uratowała dwa i pół tysiąca żydowskich dzieci.

To chyba błąd maszynowy - zastanawiał się nauczyciel historii. Oskar Schindler, upamiętniony w filmie Spielberga, ocalił 1100 osób. Polki nikt nie znał. Sztuka napisana przez uczennice z Uniontown pokazała paradoks pamięci: człowiek, który dokonał wielkich rzeczy w strasznym świecie został zapomniany. Dziewięćdziesięciodwuletnia Irena Sendler obrusza się, kiedy ktoś nazywa ją bohaterką. "Ojciec mnie nauczył, że gdy człowiek tonie, trzeba mu podać rękę" - mówi.

(...)

Był rok 1942. Codziennie rano za bramą getta widziała dzieci żebrzące na ulicy o kawałek chleba. Kiedy wracała leżały martwe na chodniku, przykryte gazetą albo szarym papierem. "Nie wystarczy przemycać pod płaszczem jedzenie i lekarstwa - myślała - trzeba wyciągać te dzieci z piekła, ratować za wszelką cenę". Trwała już akcja likwidacji getta. Wywózki spowalniała tylko wydolność komór gazowych w Treblince. Nie wszyscy doczekali transportu. Jedną z przemysłowych metod zabijania był głód.

(...)

Irena Sendler i jej dziesięć łączniczek wchodziły do getta jako pielęgniarki. Niemcy pozwolili działać tam polskim urzędom sanitarnym w obawie przed rozlaniem się epidemii tyfusu poza mury getta. Grupa Ireny Sendler szukała sposobów przemycania dzieci. Najlepsze okazały się cztery drogi. Po pierwsze - ambulans. Kirowcą sanitarki był Antoni Dąbrowski (członek PPS), który codziennie jeździł do getta za środkami czystości. Dzieciom podawano środki nasenne, potem pakowano w worki i wywożono z getta jako ofiary tyfusu. Druga ścieżka ratunku prowadziła przez gmach sądów na Lesznie, który przylegał do muru getta. "Dotarłyśmy do dwóch woźnych. Otwierali nam drzwi od strony getta i prowadzili przez budynek na aryjską stronę" - opowiada Irena Sendler. Tę drogę szybko jednak poznali szmalcownicy, tam często polowali na ofiary. Dzieci wyprowadzano z getta także przez piwnice domów stojących po obu stronach murów i połączonych ukrytymi przejściami. Czwarta droga wiodła przez zajezdnię tramwajową po żydowskiej stronie. Mąż jednej z łączniczek był motorniczym. O szóstej rano znajdował w wagonie pod ławką karton z uśpionym dzieckiem i przewoził je na aryjską stronę. Dzieci szmuglowano również przez bramę getta: w workach i kubłach na śmieci. Elżbieta Ficowska, która od lat opiekuje się Ireną Sendler miała sześć miesięcy, kiedy wywieziono ją z getta ciężarówką, w skrzynce między cegłami.

(...)

Wiele dzieci trafiało pod opiekę sióstr zakonnych - przechowywano je w czterdziestu zakonnych sierocińcach. Michał Głowiński przeszedł przez trzy takie zakłady. Najwięcej dzieci - ponad pięćset - ocaliły siostry Rodziny Marii. Wszyscy ich podopieczni przeżyli. Siostry też uniknęły represji. Mniej szczęścia miały szarytki: w 1944. r. na Powązkach Niemcy oblali benzyną i spalili żywcem osiem sióstr za ukrywanie żydowskich dzieci.

W dniu imienin Ireny przyszło gestapo. Zabrali ją na Pawiak. Chcieli, żeby wydała dzieci: nazwiska, adresy. Irena Sendler nie chce opowiadać o biciu. Opowiada o grubym skoroszycie, który jej pokazano: pliki donosów i anonimów od znajomych i obcych ludzi. Były też chwile otuchy. Przyszedł gryps z Żegoty: "Robimy wszystko, żeby cię wyrwać z tego piekła".
"Jutro zostaniesz rozstrzelana - usłyszał od Niemców w lutym 1944. r., po trzech miesiącach Pawiaka. Nazajutrz wywieziono ją z grupą więźniów w aleję Szucha. Czekała na egzekucję, gdy zjawił się niemiecki żołnierz i zabrał ją na dodatkowe przesłuchanie. Na ulicy krzyknął po polsku: "Uciekaj!" Wmieszała się w tłum. Następnego dnia znalazła swoje nazwisko na liście rozstrzelanych. Irena Sendler do dziś nie wie, jak wysoki był okup, ilu Niemców trzeba było przekupić. "Żegota mnie ceniła, ale przede wszystkim chodziło o dzieci" - mówi. Tylko ona miała listę. Na wąskich bibułkach, żeby łatwo je było włożyć do butelki, spisywała dane: Helenka Rubinstein, nowe nazwisko - Nowacka i zaszyfrowany adres. Butelki zakopywała w ogródku jednej z łączniczek na ulicy Lekarskiej. "Gdybym zginęła, nie udałoby się odnaleźć tych dzieci" - wspomina.

Po powrocie z Pawiaka Irena Sendler wróciła do pracy pod fałszywym nazwiskiem. Po wojnie pracowała w opiece społecznej: tworzyła domy starców i sierot, dzienne pogotowia dla dzieci. Nękał ją Urząd Bezpieczeństwa. Była w ciąży, kiedy ją przesłuchiwano. Dziecko urodziło się za wcześnie i zmarło. W latach sześćdziesiątych jej córkę skreślono z listy studentów (obecnie jest polonistką). Irena Sendler po przejściu na emeryturę w 1967. r. pracowała jeszcze piętnaście lat w szkolnej bibliotece. W 1965. r. otrzymała tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, dopiero w 1983. r. mogła zasadzić własne drzewko w Yad Vashem.

Pełny tekst artykułu o Irenie Sendler autorstwa p. Aleksandry Zawłockiej znajduje się w tygodniku WPROST z 16. lutego 2003 r.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20041121212620883