Ksiądz na bani - alkoholizm wśród duchowieństwa

sob, 23 kwi 2005, 22:48:07

Autor: Edmund Belter

Był styczeń 1995 roku. Wczesnym rankiem stanąłem przed bramą Krajowego Ośrodka Ruchu Trzeźwości im. Maksymiliana Marii Kolbego w Nałęczowie. Pod tą oficjalną nazwą krył się ośrodek odwykowy dla księży prowadzony przez ks. Henryka Korżę. Miałem przeprowadzić wywiad z ks. Dyrektorem. Rozmowa nasza odbyła się w kilku częściach. W przerwach mogłem poznawać ośrodek i jego “kuracjuszy”. Było ich wówczas w Nałęczowie dwunastu. Pochodzili z różnych diecezji i zakonów. Po wielu przepitych latach przełożeni skierowali ich na leczenie do ks. Korży. Podczas poobiedniego “kwadransa na dymek” poznałem ks. Roberta. Krótka rozmowa w palarni nałęczowskiego ośrodka była początkiem naszej, trwającej do dziś przyjaźni.

Od mojej wizyty w Nałęczowie minął rok. Odwiedziłem Roberta. Pracował wówczas jako pomoc duszpasterska w jednej z największych parafii w mieście. Po wieczornej Mszy św. w refektarzu przeszliśmy do przytulnego, dwupokojowego mieszkania Roberta. Przyszedł czas na “nocną Polaków rozmowę”. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem świadectwo księdza dotkniętego chorobą alkoholową.

- Mój pierwszy kontakt z alkoholem był w początkach szkoły średniej. Popijałem wówczas z kolegami piwo. W klasie maturalnej odstawiłem zupełnie alkohol. Zająłem się nauką. Wiedziałem już, że pójdę do seminarium - wspominał ks. Robert.
W czasie studiów seminaryjnych przy różnych okazjach popijał szampana, czasami koniak.

- Na jednej z wiejskich parafii miałem znajomego proboszcza. Dobry człowiek, ale za kołnierz nie wylewał. Gdzieś tak na czwartym roku, gdy go odwiedzałem poczęstował alkoholem. Może miał dosyć samotnego picia. Podczas jednej z takich wizyt pierwszy raz “urwał mi się film”. Po powrocie do seminarium miałem ogromne poczucie winy, ale nic nikomu nie mówiłem. Myślę, że wtedy już zaczął się mój problem.
Po święceniach władza duchowna skierowała młodego kapłana na wiejską parafię, by jako wikariusz pomógł starszemu, schorowanemu proboszczowi.

- To była niewielka, biedna parafia. Stary proboszcz prawie dwadzieścia lat pracował na niej sam. Trudno mi było znaleźć z nim wspólny język. Parafianie też traktowali mnie z dużą rezerwą. Dwa lata tam spędzone to okres samotnego, wieczornego picia. Wtedy jeszcze udawało mi się ukryć moje pijaństwo. Nigdy nie zaspałem na poranną Mszę św., nikt ze świeckich nie widział mnie pijanego.

Na drugiej parafii Robert miał już do picia kompana. Był nim kościelny. Człowiek rzadko trzeźwy. Po roku popijania z kościelnym sam poprosił biskupa ordynariusza o zmianę.

- Trzeci i czwarty wikariat jakoś przeszedł. Pijałem okresami, dużo lub bardzo dużo. Miałem trochę szczęścia, gdyż władza diecezjalna jeszcze o moim problemie nie wiedziała. Po kilku latach spędzonych na dużej miejskiej parafii otrzymałem pierwsze probostwo. Parafia była niewielka, ale stosunkowo bogata. Byłem sam, bez wikariusza. Na tym moim pierwszym i jak na razie ostatnim probostwie zaczął się horror. Niemal każdy dzień zaczynałem od “setki”. Spóźniałem się na poranną Mszę św., coraz częściej pijanego widzieli mnie świeccy. Chętnie uczestniczyłem w uroczystościach rodzinnych moich parafian. Przez pierwszą godzinę “oszczędzałem się”, później różnie bywało. Najczęściej odwozili mnie nieprzytomnego na plebanię. Z miesiąca na miesiąc staczałem się. Oczywiście, uważałem, że parafianie mnie lubią i szanują. Rzeczywistość była inna. Byłem dla nich pośmiewiskiem, takim pajacem. Celowo mnie podpuszczali, a potem mieli ubaw. Po sąsiednich parafiach zaczęły krążyć opowieści o moich “wyczynach”. W końcu doszły do kurii. Wezwał mnie na rozmowę ordynariusz. Poszedłem w zaparte. Wszystko zwaliłem na “nieżyczliwe Kościołowi języki”. Biskup jednak nie uwierzył. Postawił warunek: rozpocznę leczenie, albo suspensa (zawieszenie w czynnościach kapłańskich). Czułem się strasznie upokorzony. Wróciłem do parafii, spakowałem się i następnego dnia byłem już na kuracji odwykowej w zakładzie zamkniętym.

Po kilkutygodniowej kuracji Robert poprosił ordynariusza o roczny urlop. Wyjechał do domu rodzinnego. Pomagał starym rodzicom w gospodarstwie. Angażował się również w pomoc miejscowemu proboszczowi. Pod koniec urlopu zapił.

- To była tragedia. Piłem na umór przez miesiąc. Później zgłosiłem się do poradni odwykowej i poprosiłem biskupa o rozmowę. Wtedy zapadła decyzja o kuracji w Nałęczowie. Tam gdzie się poznaliśmy. W Ośrodku spędziłem 42 tygodnie. Po powrocie biskup pozwolił mi pracować jako pomoc duszpasterska.

Gdy Robert wrócił do diecezji zaangażował się w Ruch Anonimowych Alkoholików, kontynuował terapię, uczestniczył w rekolekcjach trzeźwościowych w sanktuarium W Hodyszewie na Podlasiu. Zachowywał abstynencję, trzeźwiał.

- Myślę, że dużo krzywdy robią nam, księżom świeccy. Często nie widzą w nas człowieka. Wysoko stawiają nam poprzeczkę, a z drugiej strony potrafią być okrutni w ocenie. Zresztą, również część księży szybko odsuwa się od kolegi mającego problemy z alkoholem. Nie chcą narazić się władzy, zaszkodzić sobie w karierze.

* * *

Pijący ksiądz budzi zgorszenie, jest obiektem plotek (często wymyślonych na poczekaniu przez żądne sensacji dewotki). Świeccy z satysfakcją sadysty lubują się w tworzeniu legend wokół osób duchownych. Liczą kapłańskie dzieci, opowiadają o orgiach na plebaniach, o pijackich wyczynach. Tak niewielu wie, co dzieje się za murami polskich, katolickich plebanii. Są parafianie, którzy za zaszczyt poczytują sobie wypicie alkoholu z proboszczem. Gdy ten wpada w uzależnienie, pozostawiają go na żer plotkom i pomówieniom. Łatwiej jest potępić pijusa w sutannie, niż podać mu pomocną dłoń.

Przed kilkoma laty metropolita lubelski, ks. abp Józef Życiński pisał:
- Chowamy głowę w piasek oraz staramy się zachować maksimum opanowania (...) udając, że nie widzimy problemu. Uważam, że dojrzałe podejście, szczera rozmowa, ekspresja życzliwości, zatroskanie i solidarność, połączone z duchem modlitwy, mogłoby stanowić chrześcijańską odpowiedź w obliczu kryzysów doświadczanych przez duszpasterzy.

* * *

W roku 1998 opublikowałem na łamach jednego z dzienników regionalnych  tekst o księżach dotkniętych chorobą alkoholową. Po jego ukazaniu zostałem odsądzony od czci i wiary przez niektóre środowiska katolickie. Przypięto mi łatę “antyklerykała”, a jeden z oszłomów, co to przez długie lata nosił PZPR -owską legitymację, wprost stwierdził, że “pluję na Kościół”. W redakcji interweniował również przedstawiciel miejscowego PAX - u, (obecnie Civitas Christiana). Paksowiec poprosił redakcję o niedrukowanie tekstów nieprzychylnych Kościołowi, bo one “obrażają uczucia religijne wiernych”. Po tych ks. Roberta. Podzieliłem się z nim reakcjami na tekst. Było mu smutno.

- Dojrzałość chrześcijańska nie polega na bezkrytycznym stosunku do kleru - powiedział - Dopóki problem księży alkoholików uważany będzie za temat tabu, dopóty kolejni księża będą zapijać się w samotności, będąc żerem dla dewotek i ludzi żądnych sensacji. Ci dobrzy katolicy, którzy tak skrytykowali twój tekst i stanęli “w obronie Kościoła” stanęliby w pierwszym rzędzie kamienujących chorego na chorobę alkoholową kapłana.

Dziś ks. Robert znowu jest proboszczem. Nie pije. Cieszy się szacunkiem parafian. Pomaga czynnym alkoholikom wyrwać się z zaklętego kręgu alkoholu. Często dzieli się świadectwem podczas rekolekcji, spotkań trzeźwościowych. Regularnie uczestniczy w mitingach AA. Jest szczęśliwymn człowiekiem, służącym Bogu i ludziom w trzeźwości.

Ps. Imię Księdza zostało zmienione.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20050420110007697