Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Świadkowie XX wieku - Mieczysław Kotlarczyk

Kiedyś, dawno temu, pewien obcokrajowiec zafascynowany postacią papieża Jana Pawła II poprosił aby wyjaśnić mu „polski kontekst” nauczania papieża. Czyli jak Polska wpłynęła na Niego i to co On mówił. Zastanowiłem się i odmówiłem. No bo jak wyjaśnić przenoskę kajaków w Pupach, widok na Połoninę Caryńską, zjazd na nartach w dół Hali Gąsienicowej? Jak objaśnić fenomen KUL, jedynego niemarksistowskiego uniwersytetu między Łabą a Cieśniną Beringa? Jak objaśnić fenomen Jasnej Góry czy Kalwarii Zebrzydowskiej? Jak w paru zdaniach zamknąć poezję Słowackiego czy Norwida? Dziś, już po śmierci Jana Pawła Wielkiego to nieodpowiedziane pytanie nie daje mi spokoju. Myślałem nad nim w ostatnim czasie bardzo intensywnie.

Doszedłem do wniosku, że w zrozumieniu wpływu jaki na Karola Wojtyłę wywarła Polska można sprowadzić do ludzi, których spotkał on na swoim szlaku życia. Jeśli dokładnie przyjrzymy się Jego wypowiedziom, szczególnie tym wygłaszanym przy różnych okazjach, często nieformalnych, zobaczymy, że ciągle powtarza się ten sam zestaw nazwisk, niezwykłych Polaków, których spotkał na swojej drodze życia, a którzy wywarli na Niego wpływ tak ogromny.

Wielokrotnie, przy różnych okazjach, przywoływał postacie: swoich najbliżyszych: matki, ojca, brata, wielkich książąt polskiego Kościoła: Adama Sapiehy i Stefana Wyszyńskiego, kolegów i koleżanki z czasów gimnazjalnych, ze szczególnym wyróżnieniem Jurka Klugiera, studentów owego niezwykłego rocznika polonistyki UJ, na którym spotkali się Wojtyła, Kydryński, Hołuj, Żukrowski a asystentem był Kazimierz Wyka, redakcję Tygodnika Powszechnego z redaktorem Turowiczem, środowisko KUL z prof. Swieżawskim i tak dalej. Z tych wszystkich wybitnych postaci, które przeszły do historii Polski wyróżnię dwie, które moim zdaniem wywarły największy wpływ na Karola Wojtyłę: Mieczysława Kotlarczyka i Jana Tyranowskiego. W powodzi wspomnień o ś.p. Janie Pawle Wielkim bardzo rzadko można wyłowić te dwie, tak istotne dla zrozumienia osobowości Największego Polaka, postacie. Jest więc moim obowiązkiem przypomnieć je w tym miejscu.

Mieczysław Kotlarczyk (1908-1978) był jednym z największych twórców polskiego teatru. Tworzyć przyszło mu w czasach, gdy narodowi polskiemu groziło najpierw śmiertelne zagrożenie eksterminacji fizycznej a potem zagrożenie duchowego zniszczenia wrogą ideologią. Z Karolem Wojtyłą spotkał się w Wadowicach „gdzieś na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych” (jak wspomni późniejszy papież), gdzie pracował jako nauczyciel i animator lokalnej kultury.

Od roku 1931 był dyrektorem i głównym reżyserem stałej, profesjonalnej sceny wadowickiej, Teatru Powszechnego. To na scenie tego teatru, debiutował jako profesjonalny aktor (podkreślam: profesjonalny, bo przedstawienie przyniosło wcale nie mały jak na ówczesne czasy dochód: 220 zł) Karol Wojtyła, w roli Zawilca w „Sułkowskim” Żeromskiego adaptowanym przez Kotlarczyka (kreował on rolę tytułową). To pod wpływem Kotlarczyka zapoznał się z wielką polską klasyką dramatyczną i poetycką: Słowacki, Wyspiański, Norwid, Krasiński. Kotlarczyk patronował życzliwie aktorskim i reżyserskim a nawet teatrologicznym studiom Wojtyły w Krakowie. Koniec lat trzydziestych rozłączył przyjaciół.

Przyszła, żona Kotlarczyka studiowała również w Krakowie, stąd częste przyjazdy i spotaknia z Karolem. „Spotykaliśmy się w imię wspólnych umiłowań. Dla mnie były to umiłowania młodzieńcze, dla Niego - wynikające z dojrzałego wyboru życiowego powołania i posłannictwa wobec chrześcijańskiej kultury narodu” powie o tych i innych spotkaniach Jan Paweł II.

Kotlarczyk wyjechał na Śląsk, gdzie objął dyrekcję teatru, Wojtyła do Krakowa na studia. Nieszczęsna historia złączyła ich na dłużej ponownie w roku 1941, gdy Kotlarczyk przeniósł się z Wadowic (włączonych do Reichu) do Krakowa i zamieszkał, wraz z żoną, w mieszkanku (dwa pokoje z kuchnią w suterynie) Wojtyły na Tynieckiej 10. To wtedy powstała idea Teatru Rapsodycznego, która ziściła się w formie podziemnej sceny, pojawiającej się w mieszkaniach prywatnych. Teatr „rapsodyczny”, którego początków należy doszukiwać się właśnie w czasach wadowickich, miał być teatrem Słowa-Myśli, teatrem konwersacyjnym, gdzie wszystkie elementy gry scenicznej: dekoracje, ruch, dzwięk, światło podporządkowane są słowu. Słowu wyrażającemu Myśl. Z drugiej strony Myśl miała inspirować Słowo i jednocześnie pochodzić od niego. Teatr nie poszukujący, w sensie awangardowym, ale teatr czerpiący z klasyki. Wydobywający z niej Myśl za pomocą Słowa. Przedstawienia rapsodyczne miały formę długich deklamacji, gdzie szczególną troską otoczona była jakość słowa. Jeśli dobrze wsłuchamy się w homilie Jana Pawła Wielkiego, to można w nich usłyszeć wyraźnie każdą sylabę,każdą zgłoskę, fantastyczne „Ł” przedniojęzykowe (tzw. Aktorskie), precyzyjne akcenty i harmoniczną rytmikę. To nie po to, by epatować maluczkich ale z szacunku dla Myśli, którą się wyraża. Słowo musi być adekwatne do Myśli.

Aktorów, którzy przeszli przez Teatr Rapsodyczny: Mieczysława Voigta, Barbarę Horawiankę, Danutę Michałowską, Augusta Kowalczyka czy Piotra Pawłowskiego można od razu rozpoznać po głosie. Jakiś czas temu specjalnie poświęciłem się i oglądałem jeden z niezliczonych a kretyńskich seriali telewizyjnych, po to tylko, by napawać uszy głosem Horawianki grającej jakąś drugoplanową rolę. Dziś już tylko Zapasiewicz jeszcze potrafi tak mówić. „Hic transit figura huius mundi”, więc łapczywie rzucajmy się na ostatki. Niedługo słowo aktor będzie kojarzyć się z trzema, maksymalnie czterema grymasami i dwudziestoma słowami (z tym połowa na „k”, „ch”, „p”), którymi „gwiazda” (z nadania kolorywych pisemek) „obleci” rolę.

1 listopada 1941 w prywatnym mieszkaniu państwa Dębowskich na Komorowskiego 7 odbyła się historyczna prapremiera "Króla-Ducha" Słowackiego, zawiązująca historię Teatru Rapsodycznego (1941-1967), nazywanego wtedy Pracownią 39, a później Teatrem Naszym. Trzon zespołu tworzyło sześć osób: Krystyna Dębowska, Mieczysław Kotlarczyk, Halina Królikiewicz, Danuta Michałowska, Tadeusz Ostaszewski i Karol Wojtyła. Karol Wojtyła zagrał w trzech, a niektórzy twierdzą, że w sześciu przedstawieniach premierowych. Uczestniczył w kilkuset próbach, zebraniach zespołu, z których każde groziło rozstrzelaniem na miejscu lub, w wersji optymistycznej, wizytą w niedalekim KL Auschwitz. Idea „dramatu rapsodycznego” jako „teatru problemu” wykuwała się w całonocnych rozmowach Wojtyły i Kotlarczyka w Krakowie nad którym powiewał Hakenkreuz. Jeśli nie zrozumie się tego fundamentalnego doświadzenia, przez które przeszli Kotlarczyk i Wojtyła, nic się nie zrozumie.

Teatralne drogi obu przyjaciół rozeszły się w końcu 1944, kiedy to Wojtyła ostatecznie zrezygnował (ku niepomiernemu żalowi Kotlarczyka) z kariery aktorskiej i przeniósł się na stałe do tajnego seminarium duchownego. „Świętej pamięci Mieczysław Kotlarczyk uważał, że moim powołaniem jest żywe słowo i teatr, a Pan Jezus uważał, że kapłaństwo, i jakoś pogodziliśmy się co do tego" – tak wspomni po latach Jan Paweł Wielki. Oznaczało to nawet rozszerzenie teatralnych zainteresowań późniejszego biskupa Rzymu. Pisywał regularnie dramaty, uczestniczył w kilku inscenizacjach teatralnych, zarówno jako aktor jak i reżyser, w latach czterdziestych w Krakowie, Niegowici, Rzymie. Pisał w Tygodniku Powszechnym na tematy teatralne(pod pseudonimami Andrzej Jawień, Paweł Jasień), głównie w oparciu o doświadczenia „teatru słowa”, na bieżąco koresponduje z Kotlarczykiem, wymieniając poglądy na temat bieżących „produkcji” Teatru Rapsodycznego. Wspierał Kotlarczyka i Teatr w trudnych chwilach, których nie brakowało.

W 1953 komunistyczne władze zamykają Teatr Rapsodyczny po raz pierwszy, w 1957, na fali „odwilży” reaktywują. W 1967, w atmosferze nagonki na Kościół obchodzący tysiąclecie chrztu Polski, tuż przed antyinteligencką awanturą marcową, przy aktywnym udziale organów bezpieczeństwa, Teatr Rapsodyczny zostaje zamknięty. Bezpośrednią przyczyną zwolnienia Kotalarczyka z pracy i zamknięcia teatru jest udział zespołu w mszy odprawianej przez abp Wojtyłę przy grobie św. Stanisława na Wawelu. Od tego momentu Kotlarczyk jest „dyrektorem bez teatru” zepchniętym na margines oficjalnego życia kulturalnego i pozbawionym środków do życia. Jego fundamentalna praca teatrologiczna „Sztuka żywego słowa. Dykcja, ekspresja, magia” wychodzi w Rzymie w 1975 roku z przedmową Karola Wojtyły. Mieczysław Kotlarczyk nie usłyszał swojego przyjaciela mówiącego: „Niech stąpi Duch Twój i odmieni oblicze ziemi, tej ziemi”. Zmarł w „roku dwóch konklawe” przed wyborem swojego przyjaciela na Stolicę Piotrową. Pochowany został na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie, tym samym na którym spoczywają: Karol Hubert Roztworowski, Jan Sztaudynger, Juliusz Osterwa i Wiesław Dymny.

Wydaje się, że teatr Kotlarczyka (i Wojtyły) przegrał. Po pierwsze, mecenas, jakim było państwo komunistyczne, nie widział potrzeby wspierania teatru opartego na klasyce narodowej (która co tu kryć niezbyt przychylnie odnosiła się do pewnego ościennego państwa), nie wyrażającego „jedynie słusznego światopoglądu naukowego”, a teatr nie może cały czas działać w warunkach konspiracji i ograniczonego dostępu do widza. Po drugie, zmieniły się czasy. Teatr słowa powoli przestawał być potrzebny, nie tylko w Polsce. Triumfy na światową skalę stały się udziałem teatrów Szajny, Tomaszewskiego, Grotowskiego, Swinarskiego, Kantora - teatrów tańca, ruchu, plastyki, dźwięku, skojarzeń i abstrakcji, theatrum, które postawiło sobie za cel dotarcie do widza wszelkimi dostępnymi środkami sztuki. Widz poszukiwał w teatrze innych doznań, niż te, które wynikały z długich deklamacji i celebracji słowa. Podstawowy postulat teatralny Kotlarczyka został jednak wypełniony. Słowo w teatrze zostało przeniesione przez najcięższe czasy, jakich przyszło doznawać polskiemu narodowi. A Najwznioślejsza Myśl zabrzmiała na całym świecie Słowem głoszonym przez najlepszego ucznia i najbliższego przyjaciela doktora Kotlarczyka.

Artykuł został nadesłany przez Czytelnika VerbaDocent. Serdecznie dziękujemy.



Opcje Artykułu

Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/200506151500079

No trackback comments for this entry.
Świadkowie XX wieku - Mieczysław Kotlarczyk | 2 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Świadkowie XX wieku - Mieczysław Kotlarczyk
creesn czw, 16 cze 2005, 23:41:47
Ze wszystkim sie zgadzam,przyszly papiez spotkal w swoim zyciu cudowne osoby ,ktore pomogly uksztaltowac  Jego charakter .Natomiast uwazam,ze najwiekszy wplyw na osobowosc Karola Wojtyly mial Jego ojciec,ktory Go wychowal.Podziwiam Go szczegolnie za to,ze  po smierci zony sam przejal wszystkie obowiazki zwiazane z rodzicielstwem,nie ozenil  sie ponownie.Jest w takiej decyzji wielka odwaga i wiara Jan Pawel II nieraz wspominal ojca,mowiac,ze czesto widzial Go na kolanach modlacego sie samotnie w domu.Wspanialy ojciec i wspanialy czlowiek.

---
Basia S.z Lodzi

 

Szukaj

Menu Użytkownika





Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń