Historia Taize - cz. 1

czw, 1 wrz 2005, 01:16:07

Autor: Marcin Winiarski

Taizé (czyt: Teze:) - niewielka wioska położona na szczycie jednego ze wzgórz Burgundii. Do połowy XX wieku nie była oznaczona nawet na dość szczegółowych mapach regionu. Dziś znaleźć ją można niemal na każdej mapie. Z zapomnianej osady stała się jednym z najważniejszych miejsc dla chrześcijaństwa XX i XXI wieku. Wszystko za sprawą jednego człowieka i założonej przez niego w latach 40-tych wspólnoty monastycznej... Malutkie Taizé znane jest dziś na całym świecie. Każdego roku - tydzień po tygodniu - modli się tam, rozważa Słowo Boże i poszukuje dróg pojednania tysiące, przede wszystkim młodych, pielgrzymów z całego świata. Wielkie ich rzesze uczestniczą także w dorocznych Europejskich Spotkaniach Młodych. Ciągnie ich duchowość tego miejsca. Wielu opowiada później o Taizé dalszym - często sprawiając, że "iskierka" idzie dalej. Jednak by w pełni zrozumieć czym jest Taizé, warto poznać jego historię...

KORZENIE W DZIECIŃSTWIE

Korzeni tego, czym naprawdę jest Taizé, należy szukać w dzieciństwie założyciela Wspólnoty. Cofnijmy się więc w czasie o blisko 90 lat. 12 maja 1915 r. w małej szwajcarskiej wiosce Provence rozległ się krzyk dziecka. Na świat przyszedł mały Roger Louis Schutz-Marsauche. Jego ojciec, Charles Schutz, był pastorem ewangelickim. Od niedawna pełnił w miejscowej parafii posługę proboszcza. Matka natomiast, Amelie Marsauche, pochodziła ze starej francuskiej rodziny w której tradycje wiary protestanckiej sięgały samych początków Reformacji. Roger był dziewiątym ich dzieckiem a drugim synem. Pomiędzy braćmi była jednak tak duża różnica wieku, że w zasadzie Roger wychowywał się w gronie samych sióstr. Był więc w pewien sposób trochę odizolowany, może nawet osamotniony, ale nigdy tego szczególnie przykro nie odczuwał. Dom ich bowiem wypełniała głeboka, wzajemna miłość.

    Od najmłodszych swych lat Roger miał bliski kontakt z przyrodą. Uboga wieś Provence miała jedno bogactwo: zanurzona była w pięknie krajobrazu tzw. "Jury Szwajcarskiej". Dom Schutzów otoczony był pięknym ogrodem, pośród którego zieleni Roger spędzał wiele czasu. Zafascynowany pięknem kwiatów dbał też i o to, by nie zabrakło ich także we wnętrzu domostwa. Pokochał Roger otwarte przestrzenie. I ta miłość pozostała w nim już na zawsze. Wykazywał też zainteresowanie muzyką klasyczną (szczególnie cenił kompozycje Chopina, Bacha i Czajkowskiego) oraz książkami. Z zapałem przy różnych okazjach chłonął rodzinne opowieści. Jego wielkim marzeniem już z lat dziecinnych było, że w przyszłości zostanie pisarzem...

Dom Schutzów był prawdziwą ostoją spokoju, pobożności i miłości nie tylko do Boga, ale także do drugiego człowieka. Brat Roger niekiedy wspomina słowa swej matki: "Kiedy słyszę, że ktoś krzyczy, lub traci cierpliwość, odnoszę wrażenie, że nie jest normalny." Często pomagali ubogim parafianom - zwłaszcza przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy to przygotowywali dla nich prezenty. Charles Schutz był cenionym kaznodzieją i teologiem. Miał też pewną cechę, na którą niewielu badaczy "fenomenu Taizé" zwraca uwagę, a która, jak sądzę, mogła odegrać niemałą rolę w kształtowaniu ducha młodego Rogera. Brat Roger wspomina niekiedy mianowicie, że jego ojciec lubił nawiedzać kościoły różnych wyznań - w tym także katolickie - by spędzać tam dłuższy czas na modlitwie.

Największy wpływ na przyszłe życie młodego Rogera wywarła jednak jego babka ze strony matki. Stało się tak pomimo, że prawie jej nie znał, gdyż zmarła, gdy miał zaledwie 6 lat. W latach I Wojny Światowej, już jako wdowa, żyła ona na północy Francji. W pobliżu jej domu przebiegała linia frontu. Wielokrotnie namawiano ją do opuszczenia domu, ze względu na własne jej bezpieczeństwo. Bezskutecznie, choć budynek uszkodziły dwie bomby, które jednak nie wybuchły. Jej dom rychło stał się schroniskiem dla uciekinierów, dla których miała wiele współczucia i z którymi potrafiła podzielić się wszystkim, co miała - dając w ten sposób prawdziwie piękne i wspaniałe świadectwo życia w zgodzie z naukami Ewangelii. Na ewakuację zgodziła się bardzo późno, gdy już było wiadomo, że lada dzień Niemcy wkroczą do wsi. Jednym z ostatnich pociągów, w bydlęcym wagonie, odjechała do Paryża. Osiedliła się potem w miejscowości Dordogne, w południowo - zachodniej Francji. Widząc cierpienie setek tysięcy niewinnych ludzi i to, co sama przeżyła, żywiła głębokie pragnienie, by już nikt nigdy nie musiał przeżywać takiego koszmaru. Zastanawiała się też nad istotą całej tragedii dostrzegając, że po obu stronach frontu walczą chrześcijanie. "Niechby oni przynajmniej zechcieli się pojednać - myślała zapewne - żeby w ten sposób przeszkodzić następnej wojnie."

Postanowiła nie czekać dłużej, lecz zacząć od siebie samej. Około roku 1918 zaczęła uczestniczyć także w nabożeństwach i życiu miejscowej wspólnoty katolickiej, a nawet (najprawdopodobniej za aprobatą władz kościelnych) przyjmować także komunię. Znamienne, że ani nie zerwała przy tym ze swoim ewangelicyzmem, ani też (co może być nieco zaskakujące dla kogoś, kto zna realia tamtych czasów) nie stała się dla swoich współwyznawców symbolem zdrady.

"Nie starała się usprawiedliwić swojego postępowania ani dyskutować na ten temat, ale ja zrozumiałem, że uczęszczając do katolickiego kościoła dopełniła w sobie samej natychmiastowego aktu pojednania. Tak, jakby przeczuwała, że w Kościele katolickim Eucharystia jest źródłem jednomyślności w wierze. Moi rodzice doskonale ją rozumieli. Nie sądzę, żeby inne jej dzieci zwracały uwagę na to, co robiła. Dla mnie była ona świadkiem pojednania, ponieważ w samej sobie pojednała nurt wiary swego ewangelickiego pochodzenia z wiarą katolicką, nie stając się symbolem zaparcia się, nie raniąc swej rodziny" - wspomina po latach Brat Roger i dodaje: "Dwie postawy tej kobiety naznaczyły mnie na całe życie." "Dwie postawy", czyli z jednej strony gościnność i ogromna troska o skrzywdzonych, z drugiej zaś owo wewnętrzne pojednanie...

LATA SZKOLNE, CHOROBA I STUDIA - LATA POSZUKIWAŃ

    Nauczanie w stopniu podstawowym młody Roger przeszedł w swym domu rodzinnym. "Uczył mnie ojciec. On ogromnie lubił uczyć. - wspomina po latach Brat Roger - Moje starsze siostry miały guwernantkę. Sądzę, że w tym czasie dziadkowie musieli rodzicom pomagać finansowo."

W 1927 roku, gdy Roger miał 13 lat, rodzina Schutzów opuściła Provence. Pastorowi zaproponowano bowiem objęcie funkcji parafii w miasteczku Oron. Przyjął ją w świadomości, że w Provence niewiele więcej już osiągnie a pastorowanie w znacznie większej parafii, jak ta, którą jemu zaproponowano, było dla niego nowym duszpasterskim wyzwaniem. Jesienią następnego roku Roger zakończył "edukację domową" a rozpoczął naukę w gimnazjum w Moudon, mieście sąsiadującym z Oron. Było ono jednak na tyle odległe, że musiał zamieszkać na stancji. Rodzice wynajęli dla niego pokój w domu gorliwej katoliczki, pani Bioley - żyjącej skromnie wdowy mającej na utrzymaniu trzy dorastające córki. "Jest zrozumiałe, że skoro żyłem wśród katolików, przenikało we mnie to, co najszlachetniejsze i najistotniejsze w ich wierze." - wspomina założyciel Wspólnoty. Był to jednocześnie dla niego czas wielkiego kryzysu wiary - nie tyle agnostycyzmu, odrzucenia Boga, co raczej niezdolności do modlitwy. "Nie mogłem wątpić w istnienie Boga. Wątpiłem natomiast w obcowanie z Nim.

Uczciwość nie pozwalała mi się modlić. Modliłem się będąc dzieckiem, ale potem już nie potrafiłem. W obliczu tej niezdolności całą ufność położyłem w wierze moich rodziców i dziadków. Prawość matki i ojca zawsze była dla mnie wartością pod każdym względem podstawową. Wiedziałem, że oni byli zawsze uczciwi w wierze, jaką wyznawali. Myślałem po prostu, że oni mieli intuicję, której mnie brakowało. Istniał wewnętrzny świat w który nie umiałem przeniknąć, którego mi odmówiono."

Rodzina, u której mieszkał w Moudun, była, jak się już rzekło, uboga. "Tej rodzinie brakowało pieniędzy. - wspomina Roger - Bardzo dbałem o to, żeby rodzice nie dowiedzieli się, że pani Bioley z trudem ogrzewa pokój, gdzie się jadało. Nie brakowało tam natomiast ufności Bogu. Dni świat katolickich obchodziliśmy w rodzinie a ich wiara bardzo mnie poruszała. (...) Podziwiałem sposób, w jaki te kobiety przeżywały próbę ubóstwa." Najprawdopodobniej właśnie wychłodzenie spowodowane słabym ogrzewaniem pokoju, w którym mieszkał sprawiło, że Roger zachorował na gruźlicę płuc. W związku z tym na kilka lat musiał przerwać naukę. Jego stan zdrowia był niestabilny --były okresy, gdy pomimo choroby czuł się względnie dobrze, ale nadchodziły też chwile mocnych zapaści. Pewnego razu sytuacja była na tyle ciężka, że nad jego życiem zawisło niebezpieczeństwo. "Zabrano mnie do domu rodzinnego - tam miałem czekać na śmierć. Przygotowywałem się do odejścia bardzo pogodnie, jak to często bywa u młodych" - wspomina po latach. Bóg jednak pozwolił mu żyć, by mógł zrealizować wielki plan, jaki miał względem jego osoby.

Zrozumiałe jest, że był to dla niego bardzo trudny okres. Był to jednak równocześnie bardzo ważny czas dla jego wewnętrznego rozwoju. Przymusowa samotność okazała się bardzo stymulująca. Wiele czasu poświęcał lekturze książek, uczeniu się oraz długim spacerom po górach. "To były trudne lata, ale miałem wówczas świadomość, że buduję siebie, że siebie wykuwam.

Bóg miłości i współczucia nie jest sprawcą cierpienia, ale może się nim posłużyć. To, co twórcze, nie wyłania się wyłącznie z wydarzeń szczęśliwych. (...) Choroba wyraźnie przygotowała przyszłość, ponieważ wezwanie Boga wydawało się w tej chorobie tajemnie zawarte w jakiś dla mnie niezrozumiały sposób." Pragnął jak najszybciej podjąć przerwaną naukę, by przygotować się do wymarzonego zawodu pisarza, który chciał harmonijnie połączyć z pracą na roli... Jeszcze w czasie choroby i rekonwalescencji Roger napisał esej pt. "Evolution d'une jeunesse puritaine" ("Ewolucja pewnej purytańskiej młodości"), który jednak nie został szeroko ogłoszony.

Pastor Schutz nie chciał się pogodzić z wyborem syna - nie tak bowiem wyobrażał sobie jego przyszłość. Warto w tym miejscu wspomnieć, że pomimo wielkiego serca, otwartegu na bliźnich i Boga, nie był on człowiekiem z którym łatwo było dyskutować. A tym trudniej było go przekonać, że nie ma racji.

Pragnął, by podobnie jak on sam, także i jego syn podjął studia teologiczne. Ostatecznie Roger spełnił jego wolę i rozpoczął czteroletnie studia teologiczne równocześnie na dwóch renomowanych uczelniach: w Lozannie (Szwajcaria) i Strasburgu (Francja). "Znalazłem się w nieznanym świecie, gdzie niewiele rozumiałem. W świecie, którego nie wybrałem. Ktoś powiedział mi, że byłem jak człowiek, który przyszedł na koncert nie mając pojęcia o muzyce. I naprawdę tak było." Na studiach jego zainteresowanie wzbudziły tylko wykłady jednego z profesorów, który przybliżał swym słuchaczom postać i osobowość ks. Marcina Lutra sprzed Reformacji. Pomimo trwających nieustannie wątpliwości Roger kontynuował wytrwale podjęte studia. "Pewność przyszła - wspomina po latach - kiedy przeczytałem stare wydanie szesnastowiecznego tekstu, gdzie znalazłem następujące zdanie: 'To Chrystus pozwala nam poznać Boga; nie szukaj Go gdzie indziej; kiedy zrozumiesz Chrystusa, zrozumiesz Boga.' To był istotny punkt. Zrozumiałem, że ci, co mnie otaczali, poprzez Chrystusa widzieli i przenikali to, co niewidzialne, dostrzegali jakiś odblask tego, czego istota ludzka nie może zobaczyć."

W latach studiów Rogera jego rodzina przeżyła kolejny przełom. Pastor Charles Schutz już od pewnego czasu myślał o opuszczeniu swego urzędu w Oron i udaniu się na spoczynek. Stało się to wcześniej niż planował w atmosferze bardzo dlań nieprzyjemnej. Oto ci sami ludzie, którzy kiedyś prosili go o objęcie tej posługi przyszli do niego, by z niej go usunąć. Powód? Brat Roger wyjaśnia: "Już wkrótce po przeniesieniu się do Oron mego ojca zaczęto krytykować za to, że nie jest dość nowoczesny. Tymczasem on wcale nie miał zamiaru ulegać modzie, która panowała w tej epoce, a którą nazywano liberalizmem i modernizmem. Te koncepcje odrzucały cuda i Zmartwychwstanie. Mój ojciec inaczej pojmował Ewangelię, był to człowiek wiary."

W 1939 roku, na krótko przed wybuchem II Wojny Światowej, Charles Schutz przeszedł na wcześniejszą emeryturę i wraz z rodziną osiedlił się w Presinge, niedaleko Genewy. Pomimo wybuchu II Wojny Światowej Roger mógł spokojnie rozpocząć ostatni rok studiów. Pewnego dnia zaproponowano mu objęcie stanowiska prezesa Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Studentów, które istniało przy uczelni w Lozannie. Nie miał na to wielkiej ochoty, gdyż nie czuł się wcześniej dobrze w otoczeniu członków tej grupy. Uległ jednak ich prośbom. Miało się to w przyszłości okazać krokiem niezwykle ważnym. Sam Brat Roger uważa go obecnie za bardzo konstruktywne posunięcie, które pozwoliło mu nawiązać bliski kontakt z młodymi ludźmi. Bóg więc po raz kolejny nieco mocniej uchwycił "stery jego życia".

Chrześcijańskie Stowarzyszenie Studentów wiele czasu poświęcało poszukiwaniu źródeł, korzeni, podstaw wiary. "Nie chodziło tylko o samo badanie Pisma, ale również o własne rozważania na temat wiary" - mówi Brat Roger. Podczas spotkań grupy podejmowano także bardzo trudne zagadnienia, jak np. wzajemne relacje pomiędzy nauką a wiarą. Był to wówczas bardzo prężny ośrodek oddziaływania, gdyż spotkania Stowarzyszenia przyciągały wielu słuchaczy, także nie zrzeszonych. Z czasem z grona najaktywniejszych członków Stowarzyszenia zrodziła się z inicjatywy Rogera tzw. "Wielka Wspólnota".

Grupa ta stanowiła coś w rodzaju tercjarstwa1. Jej członkowie nie tylko spotykali się regularnie na, czasem niełatwych, dyskusjach, ale równocześnie uczestniczyli też często w rekolekcjach, które miały służyć wewnętrznemu wyciszeniu. Warto wspomnieć w tym miejscu słowa Brata Rogera, którymi motywował konieczność uczestnictwa w rekolekcjach, gdyż nie tylko są one aktualne i dzisiaj, lecz także poniekąd programują to, czym dziś jest Taizé: "Rekolekcje są potrzebne po to, by rozmawiać więcej z Bogiem a mniej ze stworzeniami." "Wielka Wspólnota" była ideą niezwykle istotną na drodze duchowej młodego Szwajcara. W pewien, rzekłbym, "merytoryczny", sposób stała się swego rodzaju "prototypem" mającej się narodzić wkrótce ekumenicznej Wspólnoty z Taizé. Coraz częściej bowiem Roger w samotności przemyśliwał czym w swej istocie jest, lub czym powinna być wspólnota jako taka.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20050901010759426