Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Historia Taizé - cz. 2

Idea powołania do życia Wspólnoty z Taizé dojrzewała długo. Dziś zapoznamy się z etapem jej dziejów od duchowych poszukiwań młodego Rogera do osiedlenia się w Taizé. Dowiemy się także o jego działalności na rzecz ofiar wojny.

NA DRODZE DO WSPÓLNOTY

W pewnym momencie swych duchowych poszukiwań, gdy jego studia już zbliżały się do końca, Roger odczuł najwyraźniej silną potrzebę przeżycia dłuższego czasu w samotności. Zwrócił się z prośbą o możliwość odbycia rekolekcji do zakonników ze zgromadzenia kartuzjańskiego2 w Valsainte, Trudno dziś powiedzieć, co przekonało zakonników, by przyjąć w swych progach młodego protestanta (niewykluczone, że zakładali możliwość jego "nawrócenia" na rzymski katolicyzm - jest to jednak tylko moje własne przypuszczenie). Odpowiedzieli na jego prośbę pozytywnie i Roger na pewien czas zamieszkał w ich Kartuzji. Wielkie wrażenie zrobiło na nim ich życie modlitwy i wspólnoty. Swymi spostrzeżeniami dzielił się zapewne listownie z rodziną. Jego ojciec widząc ogromny entuzjazm swego syna, zaczął się nawet poważnie obawiać, że pod wpływem tych przeżyć zechce on faktycznie przejść na rzymski katolicyzm i wstąpić do zakonu kartuzów. Stary Pastor jednak niepotrzebnie się obawiał, że syn może nie wrócić, gdyż ściśle kontemplacyjne życie kartuzów jednak nie do końca mu odpowiadało. "Nie nadawałem się do takiego życia - wspomina ten czas po latach Brat Roger - Każdy (z zakonników) żył w swoim domku, a życie wspólne ograniczało się do jednego posiłku raz na tydzień i do wspólnej przechadzki raz na miesiąc. Patrzyłem z celi, jak przechadzali się tam i z powrotem po śniegu... Ale naprawdę zaskakiwało mnie ich życie modlitwy." Osobiście myślę, że jeszcze jeden aspekt duchowości kartuzjańskiej mógł przerazić Rogera. Medytacje zakonu mocno bowiem koncentrowały się wokół zagadnień związanych ze śmiercią. Milczenie Kartuzji przerywały wymieniane przez mnichów ponure pozdrowienia: "Memento mori" ("Pamiętaj o śmierci", "Pamiętaj, że umrzesz"). Sami zakonnicy najwięcej czasu spędzali w swoich domkach, gdzie mieli sypialnię i kaplicę, a spali w trumnach. Ściśle kontemplacyjny charakter zakonu sprawiał też, że praktycznie nie mieli kontaktu ze światem zewnętrznym oraz nie prowadzili działalności misyjnej czy duszpasterskiej... To doświadczenie przekonało Rogera, że jeśli chce coś rozpocząć, inicjatywę musi podjąć sam.
Wojenna zawierucha rozprzestrzeniała się coraz bardziej zbierając ogromne żniwo śmierci i cierpienia. Cóż działo się w sercu młodego człowieka? Jest to jego i Boga tajemnica, o której nie mówi. Musiało się jednak dziać wiele... Zimą 1939/1940 spędził kilka dni w krainie swej młodości, Jurze Szwajcarskiej. Szukał samotności z dala od ludzi, więc chętnie chodził tam, gdzie ich nie było. W ten sposób spędził wiele godzin. Przemyśliwał nad wyjazdem do rodzinnego kraju swej matki - Francji. Obserwował świat i zadając sobie pytania o istotę rozgrywającej się tragedii zastanawiał się nad tym, czy istnieje jakaś droga wiodąca do zrozumienia wszystkiego, co jest w drugim człowieku. "W młodości dziwiłem się widząc chrześcijan, którzy powołują się na Boga miłości, a tyle energii tracą na usprawiedliwianie wzajemnych opozycji. I powiedziałem sobie: aby przekazywać Chrystusa, czy istnieje bardziej przejrzysta rzeczywistość, niż dar składany z życia po to, by dzień po dniu, w konkretny sposób, dokonywało się pojednanie? To wtedy pomyślałem, że trzeba stworzyć wspólnotę, która składała by się z ludzi gotowych oddać całe życie i szukać zawsze pojednania." W innym wywiadzie Brat Roger formułuje myśl nieco inaczej, nieco do niej dodając: "Czułem, że coś mnie popycha do zrobienia wszystkiego, co możliwe, by zbudować życie wspólne, w którym pojednanie było by przeżywane dzień po dniu jako konkretna rzeczywistość." Powziął decyzję, by zacząć od samego siebie realizowanie zadanie zrozumienia wszystkiego, co jest w każdym człowieku. Podjął też postanowienie wyjazdu do Francji - kraju, który, jak mu się wówczas zdawało, otwierał przed nim szersze perspektywy niż rodzinna Szwajcaria. Pozostała jeszcze jedna ważna kwestia do rozwiązania: "Musiałem znaleźć jakiś dom - wspomina - gdzie mógłbym się modlić rano, w południe i wieczorem, ale gdzie mógłbym także przyjmować tych, co cierpią w skutek wojny, uciekają i ukrywają się."

POSZUKIWANIA

"W lecie 1940 roku powiedziałem sobie: trwa wojna, jest tyle nieszczęścia. - wspomina Brat Roger - To jest właściwy moment, by rozpocząć." Nim, zgodnie ze swym wcześniejszym postanowieniem, wyruszył do Francji poczynił pewne przygotowania. Początkowo poszukiwał miejsca na osiedlenie się poprzez jedną ze szwajcarskich agencji obrotu nieruchomościami. Gdy dostał informację, że znaleziono dom, który mógłby jemu odpowiadać, natychmiast udał się do jego właścicielki, zamieszkującej w Szwajcarii. Rychło okazało się jednak, że oferowana posiadłość położona jest w pobliżu bardzo ruchliwych tras: kolejowej i drogowej. Nie była by więc dobrym miejscem dla realizacji jego celów. Nie zrażona negatywną decyzją właścicielka wciągnęła jednak Rogera w dłuższą rozmowę. "Zapytała, co zamierzam zrobić z tym domem. Siadłem i spędziliśmy cały wieczór na rozmowie. (...) Na koniec naszej rozmowy ta pani wystąpiła z dziwną i piękną propozycją: 'Jeżeli Pan znajdzie coś innego, mogę panu pożyczyć pieniędzy'." Dwa dni po tym wieczorze dostał wizę i mógł się już spokojnie udać do Francji. W tą daleką podróż wyruszył na rowerze, gdyż wiele mostów było nieczynnych a kolej nie kursowała. Odwiedził najpierw oferowaną mu wcześniej posiadłość. Wizyta ta jednak potwierdziła wszystkie jego wątpliwości. Dotarł następnie w okolice Saint-Julien, gdzie znalazł dom, który go bardziej zainteresował. Ciekawostką tej posiadłości była niewielka kaplica, w której, według słów sędziwej właścicielki, odprawił niegdyś Mszę św. Franciszek Salezy, obecnie święty - patron misji. Dodatkowym atrybutem tej posiadłości były korzystne warunki finansowe. "Chciała mieć tylko minimum - wspomina Brat Roger - równowartość 100 franków szwajcarskich miesięcznie, co było śmiesznie mało za tak piękną posiadłość. Ale ja nie mogłem tam zostać: to było zbyt blisko Genewy. Byłbym wtedy cały czas w mieście. W tych warunkach nie była by możliwa jakakolwiek działalność." Obawiał się, że zbyt wiele czasu musiał by spędzać z rodziną, co mogło by rozbić jego plany. Nie chciał o tym jednak nikomu ze swych bliskich mówić, by ich nie ranić. Kolejna oferta znalazła się w okolicy Bourgen-Bresse. Dom ten jednak okazał się zbyt luksusowy. Roger coraz bardziej obawiał się, że jego poszukiwania okażą się bezskuteczne. Gdy znalazł się w pobliżu miejscowości Macon postanowił zwiedzić pozostałości słynnego opactwa w pobliskim Cluny (czyt. Klini)3. Opactwo to, powstałe w początkach X wieku, zapisało się na kartach historii daleko idącymi reformami życia zakonnego. Było ośrodkiem duchowym, kulturalnym i politycznym oddziaływującym silnie na cała Europę. Pod bezpośrednią władzą opata z Cluny pozostawała przez wieki większość klasztorów benedyktyńskich. Jego władza dorównywała papieskiej, a czasem... nawet ją przewyższała. Opaci kluniaccy bowiem mieli decydujący wpływ na obsadzenie tronu papieskiego i wielokrotnie wysuwali na ten urząd podległych sobie duchownych. Opactwo było w latach swej świetności tak bogate i wpływowe, że zwie się je niekiedy "państwem kluniackim". Było również potężne pod względem architektonicznym - główna bazylika ustępowała jedynie watykańskiej. Po Rewolucji Francuskiej zostało jednak niemal doszczętnie zburzone przez wrogów Kościoła, tak że do dnia dzisiejszego pozostały jedynie relikty (aczkolwiek imponujące!) jego dawnej świetności... Nie ruin jednak szukał młody Szwajcar. Pociągał go raczej fakt, że życie monastyczne w Cluny związane było z odnową w Kościele. Choć ukończył już studia pozostawało jeszcze przed nim napisanie pracy dyplomowej, którą chciał poświęcić życiu zakonnemu z czasów przed św. Benedyktem. W Cluny odnalazł biuro notariusza, by dowiedzieć się, czy przypadkiem gdzieś w pobliżu nie ma posiadłości, która mogły by go zainteresować. Okazało się, że może nabyć zamek w Mont, lub dom w Taizé. Zdecydował się odwiedzić oba te miejsca. Późnym rankiem, dnia 20 sierpnia 1940 roku, wkroczył na stromą ścieżkę prowadzącą do wsi Taizé.

PIERWSZE LATA W TAIZÉ

Taizé było bardzo biedną wioską. Drogi w tej okolicy były nie asfaltowane, a samo Taizé było na wpół wyludnione na skutek XIX wiecznej choroby winorośli (mieszkańcy wsi zajmowali się niegdyś głównie produkcją wina) oraz trwających działań wojennych. Było także prawdziwą "pustynią duchową". Pośrodku wsi wznosił się wprawdzie niewielki, romański kościółek z XII wieku, lecz księdza nie było w Taizé od czasów Rewolucji Francuskiej. Roger odnalazł dom wystawiony na sprzedaż. Jego właściciele, zubożała szlachecka rodzina de Brie, mieszkali w wielkiej biedzie w Lyonie. Dom był od dawna opuszczony. "Wszystko było bardzo dobrze utrzymane. - wspomina Brat Roger - Nieszczęście dotknęło ludzi, którzy tu żyli, ale było widać, że oni kochali to miejsce" Miejsce to spełniało wyznaczone przez niego "normy" - było ciche, spokojne, oddalone od ruchliwych dróg. Atutem, podobnie jak w przypadku odwiedzanej przez niego wcześniej posiadłości opodal Saint-Julien, były korzystne warunki finansowe (choć nie aż tak, gdyż tamten dom mógł przejść w jego posiadanie za bezcen). Wszystkie budynki (a więc dom, stodoły, piwnice, składy na wino, tłocznia, owczarnia i obora) wraz z ziemią mogły się stać jego własnością za sumę 13.000 franków szwajcarskich, co stanowiło równowartość dwóch średniej klasy samochodów. Posiadłość była niegdyś znacznie większa, lecz znaczna jej część wraz z dużą winnicą została już wcześniej sprzedana... A więc znalazło się "miejsce idealne"? Dla młodego Rogera nie było to jednak wówczas aż tak oczywiste. Szukał wprawdzie miejsca odosobnionego, cichego, ubogiego, ale... Taizé wydało mu się początkowo zbyt biedne i nie planował tam pozostać.
Zbliżało się południe - pora obiadu. Staruszka, która oprowadziła go po posiadłości, pani Pontblanc, zaprosiła Rogera do siebie na skromny posiłek. Podczas jedzenia rozmawiali. Gość podzielił się ze swoją gospodynią swoimi marzeniami. Gdy skończył jeść staruszka powiedziała: "Niech pan tutaj zostanie. Jesteśmy tacy samotni, we wsi nikt nie chce mieszkać, a zimy są ostre i długie." Te słowa przekonały go, że Taizé może być miejscem, do którego posyła go Bóg. Powrócił na krótko do Szwajcarii, by dokończyć formalności związane z pożyczką pieniędzy i zakupem domu. W słuszności tej transakcji utwierdził go własny ojciec mówiąc: "Bóg przemawia przez najuboższych. Powinieneś zawierzyć pokorze tej kobiety." Zachętę do pozostania w Taizé uzyskał także od ojca, który w swej mądrości dostrzegł w prośbie tej kobiety wezwanie samego Boga, który, jak argumentował, często przemawia przez najbiedniejszych.
W ten sposób Roger osiedlił się w Taizé. W tych niespokojnych czasach było to miejsce (jeszcze) względnie bezpieczne. Wieś bowiem znajdowała się w tzw. "Wolnej Strefie" będącej pod wpływami "Rządu Vichy" oraz marszałka Petaina. Nieopodal, bo zaledwie ok. 2 km na północ od Taizé przebiegała jednak "linia demarkacyjna" oddzielająca "Wolną Strefę" od okupowanego terytorium Francji. Fakt ten sprawiał, że przez Taizé i okolicę przechodziło wielu uchodźców uciekających przed wojną. Znajdowali oni schronienie w posiadłości nabytej przez Rogera Schulza. W ten sposób kontynuował on pełną współczucia gościnność, której nauczyła go swym przykładem jego babka. Sam żył mniej niż ubogo: żywił się zupą z pokrzyw i ślimakami, których w okolicy Taizé można było znaleźć bardzo wiele. Hodował też krowę, która dawała mu mleko. Uczył się też uprawy ziemi. Tym wszystkim dzielił się z ludźmi, którzy znajdowali u niego dach nad głową. Odkrył wówczas, że można przyjmować ludzi i dzielić się z nimi nawet wówczas, gdy samemu się nie ma prawie nic. Rychło też przekonał się, że tzw. "Wolna Strefa" wcale nie była do końca wolną. Jego działalność była dobrze znana hitlerowcom dzięki sprawnej siatce wywiadowczej, poprzez którą mieli także wpływ na miejscowe władze. "Zagrożenie aresztowaniem stawało się coraz bardziej uciążliwe. Policja przychodziła często. Policja w cywilu. - wspomina Brat Roger - Przypominam sobie pewien wieczór w 1942 roku... W obliczu strachu, który przeszywał wnętrzności, powiedziałem Bogu: jeśli chcesz, zabierz moje życie, ale spraw, by trwało to, co się tu zaczęło i niech się w Taizé narodzi wspólnota..." Przyjmując uchodźców nigdy nie pytał kim są i skąd pochodzą. Byli wśród nich Żydzi, Cyganie i inne narodowości (osobiście lubię myśleć, że wśród tych setek nieszczęśników byli także Polacy, co w końcu jest nawet dość prawdopodobne).

W grudniu tego samego roku w "Domu Cluny", jak swoją posiadłość nazwał Roger, zgromadzili się młodzi ludzie skupieni w "Wielkiej Wspólnocie". Spotkanie to na krótko jednak tylko zakłóciło normalne życie domu. Gdy przyjaciele opuścili Taizé Roger jak zawsze podejmował swych "gości" a trzy razy dziennie oddalał się na modlitwę do zacisznego oratorium, które sobie urządził. Tak było przez pierwsze dwa lata. Wytrwał pomimo zagrożenia, które było bardzo realne, choć czuwał nad nim gen. Filloneau, jego daleki krewny. W listopadzie 1942 r. udał się w podróż do Genewy, by znaleźć pieniądze na swą dalszą działalność. Gdy planował już powrót do Taizé dostał pilny telegram od przyjaciela z Cluny, Gastona Chaucharda, który ostrzegł go, by pozostał w Szwajcarii. W międzyczasie bowiem wojska hitlerowskie przekroczyły "linię demarkacyjną". W ciągu kilku dni od tego wydarzenia gestapo dwukrotnie przeprowadziło rewizję w "Domu Cluny". Po raz kolejny Bóg ocalił życie młodego Rogera. Można powiedzieć, że "tylko przez przypadek" nie było go w domu... Pamiętajmy jednak zawsze, że "przypadek jest to coś, co przypada od Pana Boga."

Historia Taize - cz. 1



Opcje Artykułu

Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20050902002011782

No trackback comments for this entry.
Historia Taizé - cz. 2 | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Menu Użytkownika





Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń