Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Historia Taize - cz. 3

Taizé to dziś ogromne dzieło o światowym zasięgu i znacznych wpływach. Nie takie jednak miało być wedle pierwszych założeń brata Rogera. Miała to być mała wspólnota monastyczna... Tym razem przyjrzymy się jej początkom, pierwszym kontaktom z Kościołem rzymsko – katolickim oraz pierwszym młodym, którzy zaczęli to miejsce odwiedzać.

NARODZINY WSPÓLNOTY

Ten, jakże tragiczny, czas miał być jednak też czasem iście błogosławionym. W oddaleniu od Taizé Roger bowiem nie zaniedbywał niczego czym żył w swym domu. Tak, jak wcześniej, tak i wówczas, trzy razy dziennie modlił się a jego domowe oratorium zastępowała mu boczna kaplica genewskiej katedry. Nie był też już sam. Towarzyszyli mu każdego dnia przyjaciele z "Wielkiej Wspólnoty". Dwaj spośród nich - Pierre Souvarrian i Max Thurian - dali się porwać jego ideałom, odczuli Boże powołanie i przygotowywali się, by wraz z Rogerem założyć Wspólnotę. W działaniach Rogera uczestniczyła też najmłodsza spośród jego sióstr, utalentowana muzycznie Genevieve (czyt. Żenewiew), która w trakcie wspólnych modlitw posługiwała grą na organach.

Jesienią 1941 r. Roger Schutz opublikował niewielką broszurkę pt. "Notes explicatives" ("Uwagi wyjaśniające"), stanowiącą zarys tego, czym miała by być Wspólnota, którą pragnął stworzyć. Ciekawostką niewątpliwie jest, że książeczka ta została wydana w Lyonie dzięki ks. Couturier4 , którego krótko wcześniej gościł w Taizé. Podkreślił w niej Roger trzy zasady, którymi sam żył już dawno:
1. "Niechaj w twoim dniu pracę i odpoczynek ożywia Słowo Boże."
2. "We wszystkim zachowaj wewnętrzną ciszę po to, by trwać w Chrystusie."
3. "Daj się przeniknąć duchem Błogosławieństw: radością, miłosierdziem i prostotą."


Ideę tą rozwinął w roku 1944 w książce pt. "Introduction a la vie communautarie" ("Wprowadzenie do życia wspólnotowego"). Pozycje te były w rzeczywistości tylko zarysami. Prawdziwa "Reguła Taizé" powstała bowiem dopiero zimą 1952/53. W Genewie Roger mieszkał w niewielkim mieszkanku przy ulicy Puits-Sain-Pierre, niedaleko katedry. Wprowadzili się do niego także Pierre i Max, a krótko po nich dołączył także Daniel de Montmollin. W ten sposób, choć nie w samym Taizé, lecz "na emigracji", narodziła się prawdziwa Wspólnota. Był to czas pracy intelektualnej.

Max, młody student teologii katolickiej, przygotował tezę uniwersytecką na temat liturgii. Roger natomiast mógł spokojnie podjąć pracę nad przerwaną kilka lat wcześniej rozprawą dyplomową na temat: "Ideał monastyczny sprzed świętego Benedykta i jego zgodność z Ewangelią". "Twierdzi w niej, że można prowadzić życie monastyczne pozostając wiernym Ewangelii, co w sferach protestanckich nie zawsze było dobrze przyjmowane. Obronił tę pracę 30 kwietnia 1943 roku.

Tego samego roku Roger został ordynowany5 na pastora; fakt ten kilka lat później oceniał z niejakim zażenowaniem jako coś, co w pewien sposób 'nie było potrzebne'; wolał być bratem, nikim więcej."6 Bracia mogli powrócić do "Domu Cluny" w Taizé dopiero jesienią 1944 roku, po wyzwoleniu Francji spod hitlerowskiej okupacji. Wojna zbliżała się ku końcowi. Przez Taizé nie przechodzili już emigranci. W Braciach jednak była wielka potrzeba posługi uciśnionym. Odkryli, że w pobliżu utworzone zostały dwa obozy dla jeńców niemieckich. Decyzja była szybka - postanowili, choć dziś może się to wydawać dziwne, a wówczas dla wielu ludzi musiało być naprawdę szokujące, się nimi zaopiekować, na co uzyskali pozwolenie odpowiednich władz. Był to z ich strony gest pojednania i przebaczenia zarazem. Wspierali ich przede wszystkim żywnościowo - odwiedzali ich a nawet niektórych spośród nic, za osobnym pozwoleniem, gościli u siebie.

Początki życia w Taizé były niezwykle trudne. Nie jeden raz Bracia stawali w obliczu braku żywności, środków finansowych itp. Od samego początku postanowili nie przyjmować darów od innych ludzi, jak czyniły to niegdyś z reguły klasztory katolickie. Brat Roger bowiem podświadomie odczuwał, że wiele racji miał jego ojciec przestrzegając go, że w ten sposób stał by się w znacznej części zależny od innych. Od samego początku wprowadzono też inną zasadę, która może być nieco zaskakująca. Bracia, na skutek przykrych doświadczeń, postanowili nie przyjmować nawet prawnie należnych im spadków rodzinnych. Postanowili w całości utrzymywać siebie i swych podopiecznych z pracy własnych rąk.

W założeniach Brata Rogera Wspólnota miała być nieliczna. Miała się składać z maksymalnie 12 Braci wywodzących się zasadniczo z ewangelickiego wyznania, którzy modlili by się o pojednanie chrześcijan różnych wyznań i pokój na świecie. II Wojna Światowa przyniosła wiele tragedii. Cierpiały miliony ludzi dorosłych. Największa jednak była bodajże tragedia tysięcy osieroconych dzieci. Problem ten nie uszedł uwadze Braci, którzy zapragnęli zaopiekować się nimi. Wkrótce w sąsiedniej wsi, Massilly, osiedliła się starsza siostra Rogera - Genevieve wraz z 25 chłopcami formalnie zaadoptowanymi przez Wspólnotę. Dziś są to już dorośli ludzie, którzy mają własne dzieci. Wciąż jednak odczuwają związek z Taizé, odwiedzają siedzibę Wspólnoty, a Geneviev traktowana jest przez ich potomstwo jak babcia.

Od samego początku Taizé było miejscem bardzo radosnym, przepełnionym śmiechem, jakże innym od ponurych Kartuzji. "Było nas wprawdzie niewielu, ale śmiejąc się byliśmy zdolni przetrzymać wiele niełatwych momentów. - wspomina po latach Brat Roger - Śmiech grał ważną rolę w naszym życiu i nie trzeba było wiele, żeby wybuchał, nawet w czasie wspólnej modlitwy. Ani przez jeden dzień nie zwątpiliśmy w możliwość życia we wspólnocie, ale wszystko potoczyło się inaczej, niż oczekiwaliśmy." W 1947 roku, dzięki nabytym umiejętnościom rolniczym Wspólnota stała się samowystarczalna. W pierwszym okresie życia Wspólnoty "Dom Cluny" w Taizé kilkakrotnie był miejscem spotkań akademickiej "Wielkiej Wspólnoty", która jednak krótko później przestała istnieć. W roku 1949 siedmiu pierwszych braci, w tym: Roger, Pierre, Max i Daniel, złożyli swe śluby zakonne na całe życie zobowiązujące do zachowania celibatu, uznania posługi przeora i życia we wspólnocie dóbr materialnych i duchowych.

Bracia i ich goście gromadzili się w tych czasach w kaplicy urządzonej na poddaszu domu. Było tam jednak bardzo mało miejsca, po prostu było ciasno. Tymczasem wiejski kościółek w Taizé stał pusty. Brat Roger zwrócił się w tej sprawie do miejscowego dziekana, proboszcza parafii w Saint-Gengoux, ks. Dutroncy, którego znał jeszcze z pierwszych swych lat spędzonych w Taizé. Bliskie były temu duchownemu ideały, jakimi żyła Wspólnota z Taizé. Dlatego z serca udzielił im pozwolenia na użytkowanie kościoła, do którego w ten sposób po latach opuszczenia wróciło życie duchowe. Było to wielkim wydarzeniem dla Wspólnoty i Brata Rogera, który w sposób szczególny cenił sobie stare, romańskie kościoły ze względu na to, że posiadały długą tradycję i, jak sam stwierdza, "wiarę Kościoła potwierdziły w nich wieki."

Powróciło życie duchowe... Niestety - najpierw na krótko. Nie wszystkim bowiem, jak się okazał, podobało się że "niekatolicka" Wspólnota zajęła dla siebie kościół. Bracia zwrócili się więc ponownie z prośbą o udostępnienie kościoła - tym razem adresatem były Kuria Diecezjalna w Autun, na terenie której leży Taizé oraz Archidiecezja Lyońskiej, której podlega biskupstwo w Autun.

Biskup przyjął prośbę ze zrozumieniem, lecz wahał się nieco z podjęciem decyzji w tej, jakże niecodziennej, sprawie. Zwrócił się z nią do nuncjusza apostolskiego we Francji, abp Angela Giuseppe Roncalli'ego (późniejszego papieża Jana XXIII). Po zapoznaniu się ze sprawą udzielił on simultaneum7 zezwalając jednocześnie na dalsze odprawianie w tej świątyni także Mszy św. Decyzja nuncjusza apostolskiego w sprawie kościółka w Taize sprawiła, że Wspólnocie udało się nawiązać bardzo przyjazne stosunki z biskupstwem w Autun, choć, jak stwierdza sam Brat Roger, ostatnie obawy miejscowego ordynariusza związane z reakcją "Świętego Oficjum"8 rozwiał dopiero Sobór Watykański II.

"Aż do Soboru nigdy nie był osobiście obecny przy modlitwach Braci, a jeżeli ktoś z katolików chciał brać w nich udział, musiał się zwracać do biskupa ze specjalną prośbą. Była to dość skomplikowana procedura i bracia nie śmieli jaj nadużywać. Przez długi czas znajdowali się w trudnej sytuacji: w poczuciu lojalności wobec biskupa musieli zamykać drzwi kościoła przed katolikami, którzy chcieli do niego wejść na wspólną modlitwę."

Atmosfera zaiste nie była zbyt sprzyjająca. Gdy w 1948 r. w Amsterdamie powstało wielkie, ekumeniczne dzieło zrzeszające wiele kościołów niekatolickich - Światowa Rada Kościołów - "Święte Oficjum" zakazało katolikom brania udziału w spotkaniach ekumenicznych. W tym niełatwym momencie Brat Roger, zachęcony przez arcybiskupa lyońskiego, kard. Gerliera, wraz z Bratem Maxem udali się do Rzymu, gdzie zostali przyjęci na audiencji przez papieża Piusa XII oraz spotkali się z kard. Pizzardo - przewodniczącym Świętego Oficjum, jego współpracownikiem - abp. Ottavianim, abp. Montini - podsekretarzem stanu (przyszłym papieżem Pawłem VI) oraz o. Boyerem, któremu papież powierzył pieczę nad sprawami ekumenizmu. W rok później Święte Oficjum zmieniło nieco swoje stanowisko i pozwoliło biskupom rozsądzać kwestie, czy katolicy z terenu danej diecezji mogą włączać się w ruch ekumeniczny nie ściągając na siebie kar kościelnych.

Trudno nie dostrzec w tym wydarzeniu pierwszego znaczącego wpływu Wspólnoty z Taizé na światową ekumenię i coraz dalej idące przemiany w łonie Kościoła rzymsko-katolickiego. "Ochłodzenie" przyszło jednak nadspodziewanie szybko - z chwilą ogłoszenia przez Piusa XII dogmatu o Wniebowzięciu Maryi. Brat Roger ani Wspólnota nie mieli większych zastrzeżeń co do samej doktryny. Ich obawę rodziło jednak to, że ogłoszona na mocy "papieskiej nieomylności" mogła pogłębić przepaść między katolikami a chrześcijanami innych wyznań. Tak się rzeczywiście stało, co Brat Roger komentuje słowami: "Zaznaliśmy długiej zimy".

Był to duży cios dla liczącej wówczas dziewięć osób Wspólnoty, która drogę poszukiwania jedności chrześcijan różnych wyznań widziała od początku poprzez odnowienie kontaktów i powiązanie się z "Kościołem rzymskim". Wydarzenie to spowodowało, że również część protestantów zaczęła krytycznie przyglądać się posunięciom Braci. Niekiedy atakowano ich za zbytnie zbliżenie się do "Kościoła rzymskiego", który wciąż był traktowany jako nie żyjący (a przynajmniej nie do końca) wiarą ewangeliczną. "Wielokrotnie namawiano nas - wspomina Brat Roger - byśmy założyli nowy Kościół. Takie przedsięwzięcie zadało by jednak kłam naszemu poszukiwaniu pojednania. Nie chcieliśmy wznawiać procesu, który się rozwijał przez całą historię Reformacji, a który polega na tworzeniu nowego Kościoła za każdym razem, kiedy źle się dzieje lub kiedy pojawia się jakaś nowa inicjatywa. Ci, którzy stworzyli nowy Kościół mieli początkowo wiele zapału, ale później pojawiały się na nowo te same problemy."

PIERWSI MŁODZI W TAIZÉ

  Pierwsi młodzi zaczęli Taizé odwiedzać na początku lat 50-tych, kiedy to Wspólnota z Taizé stała się znana dzięki swym ekumenicznym zabiegom. Początkowo ruch pielgrzymów był niewielki. Przyjeżdżało kilka, kilkanaście osób, by uczestniczyć we wspólnych modlitwach. Bardzo szybko nieduży, wiejski kościółek okazał się zbyt małym, by móc pomieścić wszystkich przybywających, którzy zjeżdżali do Taizé już nie tylko z całej Francji, ale także z innych krajów Europy Zachodniej.

Bracia, którzy pragnęli żyć w ciszy i prostocie, zaczęli trochę obawiać się tego, co się działo. Sprawy bowiem "trochę wymknęły się spod kontroli" i zaczęły biec nie według wizji Brata Rogera, lecz ścieżkami wytyczonymi przez Boga. Nie chcieli jednak postąpić wbrew przyjętemu "świętemu prawu gościnności" - tym bardziej, że doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że młodzi przybywali do nich nie tyle z ciekawości, co raczej z wielkiej duchowej potrzeby, głodu modlitwy. Chcąc pogodzić swoje życie z nową sytuacją zaplanowali, by w odległości ok. 4 km. od Taizé stworzyć dla młodych miejsce spotkań.

W ten sposób w Cormatin, opodal niewielkiej, opuszczonej kapliczki powstał "dom dla gości". Pod koniec lat 50-tych do Taizé przybyła grupa młodych Niemców skupionych w organizacji Suhnzaichen9. Zaproponowali oni Braciom budowę nowego, znacznie większego kościoła w samym Taizé. Zaoferowali się nie tylko zdobyć pieniądze potrzebne na ten cel, ale także znaleźć ochotników, którzy zgodzili by się pracować przy wznoszeniu tego dzieła. Brat Roger długo nie chciał nawet słyszeć o projekcie. Ostatecznie jednak zgodził się spojrzeć na makietę i plany, jakie kilka lat temu nakreślił jeden z Braci jako swą pracę dyplomową (studiował na wydziale architektury) i z dużym wahaniem podpisał wreszcie zgodę na budowę, którą rozpoczęto w roku 1960.

Dość długo Brat Roger nie godził się odwiedzić placu budowy. Gdy wreszcie jednak to uczynił był przerażony ogromem wznoszonego obiektu. Patrząc na plany bowiem nie sądził, iż w rzeczywistoci światynia będzie aż tak duża. Jeśli się powiedziało "a", trzeba jednak powiedzieć także "b" a potem i dalsze litery...

Budowę nowego kościoła, któremu sam Brat Roger nadał nazwę "Kościoła Pojednania", ukończono latem 1962 roku. Uroczysta inauguracja nowej świątyni skupiła przedstawicieli wielu kościołów chrześcijańskich wschodu i zachodu. Brat Roger powiedział wówczas: "Ci, którzy przybywają do Taizé, świadomie lub nieświadomie, szukają czegoś, co ich przekracza. Jeżeli proszą nas o chleb, czy damy im kamienie do oglądania? Oby oni odwiedziwszy ten kościół Pojednania mogli zapamiętać nie mury, ale raczej wezwanie do pojednania i uczynić je powszednim chlebem własnego życia."

Jego słowa były wówczas pełne nadziei, że z tego, czego się tak bardzo obawiał, będzie pożytek dla młodych, których w swym sercu bardzo miłował. A obawiał się przede wszystkim ogromu nowego kościoła. W głębi duszy miał chyba jeszcze nadzieję, którą po cichu żywił jeszcze w latach 50-tych, że zainteresowanie Taizé wśród młodzieży okaże się tylko przelotną modą, która z czasem osłabnie, by wreszcie całkiem zaniknąć. Od samego początku nie pragnął zainteresowania świata Wspólnotą. Bóg jednak miał plan. Młodych z Taizé nie ubywało, lecz akurat odwrotnie - przyjeżdżało ich coraz więcej. Już w Wielkanoc 1963 roku "Kościół Pojednania" okazał się... zbyt ciasny!!!

"Zawsze chcieliśmy przyjmować gości, ale tak szybki rozwój był bardzo daleki od naszych początkowych wyobrażeń." - mówi Brat Roger i kontynuuje myśl w innym wywiadzie: "Gdybyście wiedzieli, jak bardzo jesteśmy tym z Braćmi zadziwieni... Dlaczego tylu młodych? Przyjeżdżają nawet w środku zimy. Odkrywamy, że z wielką prostotą serca i nawet, gdy jest bardzo mało środków materialnych, można urządzić ewangeliczną gościnę, do której nie sądziliśmy, że jesteśmy zdolni." Bracia przyjmując młodych nie chcą, by tworzyli oni wokół Wspólnoty ruch, czy organizację. Kontynuują w pewien sposób zasady działania "Wielkiej Wspólnoty" z lat 40-tych a którą można ująć w słowa: zgoda na związanie się wspólnym poszukiwaniem, ale bez tworzenia grupy, która miała by własną strukturę i zamykała by się w sobie.

Chcą, by młodzi, doświadczywszy tego, co przeżyli w Taizé powracali do swych wspólnot, parafii, społeczności i tam podejmowali działania... Trzeba było zrobić coś, by móc przystosować kościół do potrzeb tak ogromnej rzeszy pielgrzymów. Postanowiono uczynić to najtańszymi i najprostszymi środkami. Bracia zdecydowali się na rozebranie fasady świątyni i powiększenie jej o specjalne, dostawne namioty. Jednak i to okazało się być tylko półśrodkiem. Z czasem trzeba było naprawdę rozbudować kościół. Stało się to jednak dopiero w roku 1992.

Zastanawiając się nad fenomenem Taizé i zadaniami Braci w tej nowej, danej im przez Boga, rzeczywistości, Brat Roger mówi: "Wielu młodych doznaje dzisiaj zniechęcenia. Chcieli byśmy bardzo, by we wspólnej modlitwie, poprzez refleksję i ciszę, pogłębiając źródła wiary, odkrywali sens swojego życia. Chcielibyśmy szukać z nimi, jak odzyskać zapał, jak się przygotować do podejmowania odpowiedzialnych zadań. Gdyby otwarto moje serce, znaleziono by w nim między innymi to pytanie: gdzie są te rzesze młodych, które już nie przychodzą na modlitwę do kościołów parafialnych? Ci młodzi nie żywią wrogości do Kościoła, ale to Kościół jakby był dla nich nieobecny, nieciekawy. Jeśli chodzi o tych, którzy przyjeżdżają do Taizé, to chcielibyśmy, żeby zrozumieli Chrystusa nie w oderwaniu od Kościoła, lecz Chrystusa w komunii Jego Ciała, właśnie w Jego Kościele."

Historia Taize - cz. 1

Historia Taizé - cz. 2



Opcje Artykułu

Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20050906012949306

No trackback comments for this entry.
Historia Taize - cz. 3 | 8 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
alternatywne źródło wiedzy o Taize
Crusader wto, 6 wrz 2005, 17:30:17
http://www.antyk.org.pl/wiara/taize/taize.htm

---
nie miłuje Pana Jezusa ten, kto odrzuca Matkę Jego !

Królowo Polski, Pani z Ostrej Bramy módl się za nami !!!
Wszechpośredniczko Łask módl się za nami !!!

 

Szukaj

Menu Użytkownika





Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń