Kod da Vinci

czw, 25 maj 2006, 22:15:00

Autor: Łukasz Gawryś

Część ludzi książkę Dana Browna czytała. Niektórzy tylko o niej słyszeli, że jest niesamowita, inni ze kontrowersyjna, jeszcze inni pewnie spotkali się z ostrzeżeniami, że jest antykatolicka lub całkiem antychrześcijańska. Niezależnie od opinii o książce się mówiło i mówi, od spotkań przy piwie, poprzez poważne dyskusje historyczne czy religijne, aż po kazania z ambon, a liczba sprzedanych egzemplarzy dawno już przekroczyła 40 milionów. Można się było więc spodziewać, że przeniesienie jej na ekrany kin nastąpi szybko – tak też się stało i od 19 maja możemy oglądać jej adaptacje na dużym ekranie.

Pierwotnie, zniechęcony lekturą książki, nie miałem zamiaru wybierać się na film, jednak w nieoczekiwanym przypływie funduszy oraz mając niezwykle miłą koleżankę chętną obejrzeć go, w końcu i ja znalazłem się w kinowym fotelu.

O czym więc jest film? O tym samym o czym mówi książka, więc dla wszystkich, którzy ją przeczytali nie będzie on żadnym zaskoczeniem. Jakkolwiek, mimo całego szumu wokół niej, na pewno nie wszyscy ją znają...

Robert Langdon (grany w filmie przez Toma Hanksa) jest znanym na całym świecie profesorem symboliki religijnej. Przebywają w Paryżu ma się spotkać z kustoszem muzeum Luwru - Jacques Saunière. Jednak do spotkania nie dochodzi, a Langdon wyciągnięty przez policję z uroczystości promowania i podpisywania swojej książki, musi udać się do muzeum gdzie miało miejsce morderstwo jego niedoszłego rozmówcy. Zostaje tam wezwany pod pozorem rozszyfrowania symboli jakie zamordowany kustosz pozostawił koło siebie, jednak tak naprawdę to policja właśnie jego podejrzewa o morderstwo. Na miejscu spotyka Sophie Neveu (filmową Audrey Tautou), agentkę policji specjalizującą się w kodach i szyfrach. Razem próbują rozwiązać pozostawioną zagadkę pozostawią przez Saunière’a, do której wskazówki pozostawione są na obrazach tytułowego Leonarda da Vinci. Uciekając przed policją, tropy wiodą ich do tajnego stowarzyszenia, którego historia sięga aż do czasów Jezusa...

Jak już wspomniałem, pod względem treści film nie zawiera nic o czym nie mówi książka – co zapewne dobrze świadczy o jego wierności pierwowzorowi. Jednak to co było główną siła książki – czyli bogactwo zagadek, historyjek, tajemnic - to wszystko co sprawiało, że człowiek mógł poczuć dreszczyk emocji uczestnicząc w niezwykłym wydarzeniu odkrywania tego jest słabością filmu. Zawiera on tej całej „magii” dużo mniej, na rzecz dynamiki akcji. Jeżeli ktoś jest po lekturze książki to na pewno drugi raz już nie będzie tak przeżywał całego odkrywania tajemnic, bo na tym właśnie polega atrakcyjność, że „dotykamy” nowego, czegoś co widzimy pierwszy raz. Może to być przyjemny relaksujący film ale nie zostanie w takim człowieku na dłużej. Natomiast dla osoby, która książki nie zna film może się okazać strasznie płytki czy wręcz niezrozumiały. Postacie zachwycają się rzeczami, które są tylko wspomniane, wiele ciekawostek jest w filmie nie wspomniane. Jedyna zaleta (lub wadą) może być to, że zachęci ona ludzi do przeczytania książki... w celu zrozumienia filmu!

Największe zarzuty w stosunku do książki wysuwano pod adresem jej „historyczności”. Wielokrotnie książka pod płaszczykiem swojej sensacyjności wkłada w usta bohaterów słowa o historii chrześcijaństwa roszcząc sobie prawo (lub tak też można to odebrać) do podawania faktów historycznych. I tak od „specjalisty” od historii chrześcijaństwa – Teabinga – można usłyszeć, że cesarz Konstantyn ukształtował kanon Biblii, że koncepcja Jezusa – jako syna Bożego - powstała i została przegłosowana na soborze nicejskich również na polecenie cesarza itd. Takich miłych dla ucha kwiatków jest w książce wiele. Wszystko to pięknie się wpisuje w koncepcje pana Browna i jakże miło się to czyta o tym złym Kościele, który tak prześladuje szukających prawdy ludzi. Świat jest taki prosty! Szkoda, tylko, że z rzeczywistością to nie ma nic wspólnego. Reakcja na te „fakty” każdego człowieka który przeczytał choć jedna książkę na temat Kościoła starożytnego, zaczyna się od śmiechu a na załamywaniu rok kończąc. Tak jak w znanym przysłowiu: „Niby to i prawda, tyle że nie w Leningradzie, tylko w Moskwie, i nie rozdają rowerów, tylko kradną zegarki.”

W związku z krytyką jakiej została poddana książka na tym tle, można zauważyć pewne złagodzenie kwestii historycznych w filmie. Kiedy w powieści Langdon razem z Teabingiem „uświadamia” historycznie Sophie o początkach w chrześcijaństwa to już w ekranizacji Langdon podejmuje pewną krytykę „historyka”. Padają wręcz oskarżenia o wybiórczość w interpretacji faktów. Jednak nie zmienia to ogólnej wymowy filmu i tak samo możemy się dowiedzieć o fantazjach Browna na temat Biblii czy boskości Chrystusa. Tym bardziej przemawiają one do psychiki człowiek, gdy w filmie w takich chwilach przenosimy się w przeszłość widząc np. jak to chrześcijanie w czasach Konstantyna mordują pogan w zamieszkach itd. Co bardziej naiwnich ludzi pewnie to przekona, a potem przekonać kogoś, że to nie prawda w co juz uwierzyl takie proste nie jest...

Jeszcze inna idea, która zajmuje ważne miejsce zarówno w wersji papierowej jak i filmowej jest rola kobiety. Można mówić tu o zdecydowanym feminizmie autora, którego celem jest opowiedzieć nam w książce bajkę. Wygląda ona mniej więcej tak, zanim powstało chrześcijaństwo ludzie żyli w harmonii pomiędzy mężczyznami a kobietami, czczono bóstwa zarówno kobiecie jak i męskie – istniał taki pierwotny raj. Potem jednak przyszedł zły Kościół równowagę zniszczył a kobietę zniewolił, palił tą kobietę, bił i torturował. Na szczęście istnieje prawdziwe chrześcijaństwo, które tą równowagę zachowuję i ono musi jak w każdej bajce zwyciężyć. W filmie z racji ograniczonego czasu, reżyser temat napomina lecz w większości zamiast choćby pseudo-historycznych argumentów nadrabia kontrastem pomiędzy głównymi bohaterami. I tak Langdon to taka sierota. To go główka boli, to się boi windą jeździć, to trwa zanim zorientuje się o co chodzi, albo to właśnie jego pobiją. Sophie z kolei to sprytna kobieta, która często idzie na przedzie, samochodem do tylu pędzi pomiędzy tirami, jak trzeba to własnoręcznie wali głową mnicha w podłogę czy go leje po buzi kiedy jest związany. Ładnie się może to i wpisuje we współczesna jedynie słusznie obowiązującą ideologie, tylko, że nie każdemu musi to odpowiadać.

Film spotkał się masową krytyką Kościołów chrześcijańskich, na Białorusi jest nawet zakazany. Ja myślę jednak, że wiara żadnego człowieka nie jest nim zagrożona – świadomy chrześcijanin może się podenerwuje lub pośmieje (zależnie od charakteru), nieświadomemu paradoksalnie może to wyjść na dobre jeżeli zacznie dochodzić „jak to jest naprawdę”. Jeżeli miałbym wystawić filmowi ocenę to dałbym mu 3 (w skali szkolnej). Ostatecznie jeżeli czeka kogoś nudny wieczór, za oknem leje, a nie mamy nic ciekawego pod ręką to można film obejrzeć. Natomiast jeżeli ktoś chce iść na coś głębszego do kina to zdecydowanie Kod Leonarda nie jest dobrym pomysłem. Dużo ciekawszy i zdecydowanie bardziej warte obejrzenia są jeszcze grane w kinach „Jabłka Adama” – które serdecznie każdemu chrześcijaninowi i nie tylko polecam.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20060525221501500