Śmierć Ani

nie, 12 lis 2006, 14:38:05

Autor: Jacek Lehr

O Ani dowiedzieliśmy się z okazji jej śmierci. Szkoda, że nie wcześniej. Szkoda, że tak niewiele wiemy o jej przeżyciach, zapatrywaniach, relacjach. Śmierć przykuła naszą uwagę do tego stopnia, że zasłoniła życie. Czy mamy odwagę zapytać, co czują jej koledzy i koleżanki? Jaki jest ich świat przeżyć i relacji? Co w tym świecie da się przeformułować, by dzieci mogły być bliżej siebie – wzajemnie się szanować i rozumieć? Nigdy nie jest za późno, by zamiast potępiać - zaistnieć w świecie naszych dzieci i być może w ten sposób skutecznie zapobiec następnej tragedii. Tylko czy w dyskusji, jaka się rozpętała po śmierci Ani jest na takie pytania miejsce i czas?

Zaczęło się od Romana Giertycha. Minister Edukacji wykorzystał tragedię Ani do tego, by promować tradycjonalistyczne modele wychowania oraz własny wizerunek polityczny. Polityka edukacyjna, którą zaproponował, polega na wykluczeniach, dzieleniu i marginalizacji. „Getto ławkowe” obejmowałoby więc tych złych, zdemoralizowanych i zagrażających jakiejś idealnej całości. Minister objawił się nam jako obrońca wartości tradycyjnych, niszczonych przez agresywną młodzież.

Konserwatyści uciekający się do rozwiązań siłowych w imię tzw. bezpiecznej szkoły nie rozumieją, że wychowanie nie jest tresurą, lecz nakierowaniem na miłość osobową i społeczną. Chrześcijańska pedagogika w centrum stawia dobro konkretnej osoby i kieruje się zasadą, że w każdym człowieku można obudzić dążenie wzwyż. Nie ma lepszego sposobu na zamknięcie młodego człowieka w sobie, zabicie w nim wiary w siebie, w swoje możliwości i wiarę w innych ludzi, jak odizolowanie go.

Ewa Milewicz - słusznie czy niesłusznie – uznała dyskusję o szkole bezpieczniejszej (o czym należy dyskutować) za atak na paradygmat liberalny w pedagogice. Dostało się więc Kościołowi, za to że nie dopilnował, rodzinom tradycyjnym, że są niewydolne wychowawczo itd. Nie w ciemię bity arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, nieraz wychodzący naprzeciw doktrynerskim zapędom dziennikarzy z „Gazety Wyborczej”, odparł zarzuty publicystki. „By zrozumieć, czemu wierni nie słuchają dziś Kościoła, może trzeba się zastanowić, kto nim straszył przez całe lata? Kto przez lata podważał jego zaufanie społeczne?” – pyta hierarcha. I trudno się z nim nie zgodzić. Bo liberalny paradygmat: moja wolność kończy się tam, gdzie twoja się zaczyna w praktyce społecznej oznacza: moja wolność zaczyna się tam, gdzie twoja się zaczyna. Dlaczego? Z prostej przyczyny: nie ma prawdy. Jak nie ma prawdy, to nie ma dobra. Wspólny projekt na wolność przestaje istnieć – ostrzega Benedykt XVI. I wtedy wolności, na przekór deklaracjom, zaczynają ze sobą rywalizować. Jest to odśrodkowy mechanizm liberalizmu – uważa jeden z najwybitniejszych współczesnych filozofów, ojciec Marie Domnique Philippe.

Liberalizm zabija wiarę w siebie poprzez bardziej subtelną alienację. Umysł nie jest zdolny poznać prawdy obiektywnej. Nie ma więc nadziei na wolność, która budzi w młodym człowieku zdolność kochania i przekraczania siebie i daje siłę do przemiany rzeczywistości.

Rozwój osobowy w pedagogice zideologizowanej przez liberalizm lub tradycjonalizm jest ograniczony przez tabu: młodym ludziom nie wolno wkraczać w rejony poszukiwania prawdy albo też odmawia się im możliwości konfrontacji z własnymi zdolnościami w imię tradycyjnej poprawności.

Istnieje jednak „zdrowa nauka” ponad podziałami, które dyktuje poprawność polityczna, jakiejkolwiek ze stron sporu o wychowanie młodzieży. Gdybyż nasi tradycjonaliści wiedzieli, czym jest zjawisko reaktancji albo facylitacji, albo fińskiej szkoły, to zamiast przymusu, kontroli albo izolowania postawiliby na stymulację informatywną, towarzyszenie młodzieży i budowanie bliskich więzi. W fińskiej szkole młodzież skupiona jest w małych zespołach, daje się jej poczucie wolności wyboru i wspomaga darmowymi korepetycjami słabsze jednostki. Słabsi w szkole, to wybrańcy, którym poświęca się więcej czasu, a nie stygmatyzowani outsiderzy.

Zaś zwolennicy paradygmatu liberalnego w wychowaniu powinni przyjąć do wiadomości, że młodzież poszukuje wzorców, z którymi by się identyfikowała, ma potrzebę budowania wyrazistej tożsamości, nie jest jej obojętna religia w szkole i to wszystko, co składa się na poszukiwanie głębszego sensu życia. Młodzież - jednym słowem - chce odnaleźć prawdę, a nie wiele prawd i wiele podpowiedzi, których ostateczna nijakość przynosi niezadowolenie, poczucie pustki i oddalenia od rzeczywistości.

Anię zabiła pornografia

Co więc zabiło Anię? Odpowiedź jest prosta i uporczywie przez media pomijana. Anię zabiła pornografia. Psychologowie od dawna bili na alarm i wskazywali na konkretne przypadki – niestety mnożące się. Chwilkę po tragedii Ani wyszło na jaw, że w Domu Dziecka im. J. Korczaka w Kłobucku od kilku miesięcy zupełnie bezkarnie trzech chłopców gwałciło swoich młodszych kolegów. „Do zaspokajania sowich żądz wybierali najchętniej 6-letnich chłopców. Podobnych do tych z filmów pornograficznych, które oglądali wieczorami w świetlicy!” lub całkiem legalnie w młodzieżowych kanałach telewizyjnych, którym przewodzi najbardziej obsceniczna i brutalna MTV.

Modelowanie agresji poprzez obserwację wykazał już kilkadziesiąt lat temu A. Bandura. Od tego czasu jego badania zostały potwierdzone przez tysiące replikacji.

„W wielu pornograficznych filmach ofiara napaści portretowana jest tak, jakby skrycie owej napaści pożądała i znajdowała w niej przyjemność. Może to widzowi sugerować, że nawet jeśli kobieta wydaje się prześladowana, to w końcu życzliwie odniesie się do aktu agresji. Przyjemność, jaką rzekomo czerpie ofiara napaści, usprawiedliwia zachowanie agresora. Pokazywanie seksualnej napaści w takiej formie może być odbierane jako pociągające zarówno dla agresora, jak i dla ofiary. Przekonanie, że pod wpływem obrazów pornograficznych tylko gwałciciele wykazują pobudzenie do gwałtu i innych form agresji zostało zakwestionowane (Donnerstein, Linz, 1987). Neil Malamuth twierdzi, że agresywna pornografia zwiększa agresję mężczyzn wobec kobiet, ale ten sam materiał nie wydaje się wpływać na zwiększenie agresji wobec innych mężczyzn. Nasilenie agresji jest wyraźniejsze, kiedy agresja sprawia wrażenie pozytywnej dla ofiary zdarzenia. Badania dowiodły, że mężczyźni nie będący gwałcicielami wykazują zwiększone pobudzenie seksualne pod wpływem oglądania obrazów gwałtu (Malamuth, 1981).

Przypuszczalnie przemoc wobec kobiet nasila nie tylko pornografia. Może to nastąpić pod wpływem łatwo dostępnych obrazów pokazywanych w środkach masowego przekazu. Sceny przemocy i gwałtu występują w różnych filmach, nawet w "operach mydlanych". Badania pokazują, że zwiększona akceptacja gwałtu i interpersonalnej przemocy może też nastąpić za sprawą materiałów niepornograficznych, w których pokazywana jest pozytywna reakcja ofiary na przemoc. Prowadzi to do postrzegania męskiej agresji wobec kobiet jako dozwolonej, ponieważ sugeruje się, że kobiety znajdują w niej przyjemność (Donnerstein, Linz, 1987).

Zdaniem amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego, powracające obrazy przemocy i gwałtu mogą powodować wystąpienie i u odbiorców habituacji. Przyzwyczajenie do seksu i połączonej z nim przemocy może pociągać za sobą znaczące konsekwencje społeczne. Po pierwsze, powoduje poszukiwanie prymitywnych i silnych stymulacji. Po drugie, co jest znacznie ważniejsze, może wpływać na zachowania w codziennym życiu. Jeśli ludzie rzeczywiście zostają przyzwyczajeni do przemocy przez patrzenie na nią, jest mniej prawdopodobne, że właściwie zareagują na prawdziwą przemoc (Donnerstein, Linz, 1987).”

Nie jesteśmy bezradni

To, co zrobili z Anią jej koledzy, jest naśladownictwem obrazów, które dokleiły się do ich wyobraźni. Dlaczego liberalni dziennikarze nie przyjmują do wiadomości faktów naukowych i obsesyjnie kierują nasze poszukiwania winnych w zupełnie odwrotnym kierunku, aniżeli sugeruje to psychologia empiryczna? Bo chcą absolutnej wolności mediów? Przecież taka wolność prowadzi do zbrodni. Nie możemy się pod nią podpisać, bo za śmierć Ani odpowiemy jako całe społeczeństwo, zdemoralizowane, pokaleczone, bez wartości i wewnętrznej siły, by wolność skorelować z prawdą o dobru osoby i społeczności.

Warto w tym miejscu zacytować Przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, arcybiskupa Foleya: "Środowiska mediów, kreujące mody i style życia, przy współpracy z władzami, a przede wszystkim z własnymi odbiorcami, mogą doprowadzić do tego, aby umieli oni wybierać i oceniać właściwie prezentowane przez nie treści. Kontakt z pornografią, szczególnie dzieci i ludzi młodych, prowadzi do degradacji stosunków międzyludzkich, stwarza aspołeczne, oparte na przemocy, zachowania, niszczy moralność i uniemożliwia nawiązywanie dojrzałych związków uczuciowych, a także stwarza prawdziwe uzależnienie. Stanowcza rekcja na to zjawisko jest obowiązkiem nas wszystkich. Dwie trzecie włoskiej młodzieży w wieku 15-18 lat ma stały dostęp do pornografii poprzez wydawnictwa lub strony internetowe. W "niezwykle dochodowym" sektorze, jakim jest pornografia, pojawiają się nieustannie nowe nośniki. Ostatnio są nimi wideo-telefony komórkowe. Kościół powinien przyczynić się do formowania obywatelskiej wrażliwości na ochronę niepełnoletnich przed szkodliwymi wpływami pornografii oraz doprowadzić do powstawania mechanizmów samokontroli ze strony dorosłych, co pozbawi wpływów tych, którzy rozpowszechniają pornografię”.

Propozycja Foleya to dopiero początek drogi wyzwolenia się kultury od cynizmu i pogardy dla człowieka.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20061112010805600