Reinkarnacja - czyli: jest jeszcze lepiej, Panowie!

wto, 28 lis 2006, 22:25:56

Autor: Michał Monikowski

Poniższy tekst stanowi kontynuację oraz poszerzenie tez artykułu zamieszczonego tutaj 2 lata temu pod tytułem „Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!. Bezpośrednim bodźcem do napisania obecnego tekstu stały się obszerne cytaty zamieszczone pod tamtym artykułem. Zawarte w nich argumenty zasługują, jak uznałem, na szerszą odpowiedź. Serdecznie dziękuję „Łukaszowi” za zwrócenie mi na nie uwagi. Również „MedievalMan” (Andrzej), stały i zadomowiony gość tego Serwisu (i mój stary znajomy z niejednej tu dyskusji) parę miesięcy temu zasugerował powrót do tego tematu. Powracamy więc do niego ponownie (i zapewne nie po raz ostatni). Pod tekstem podane są linki do wszystkich stron proponowanych przez "Łukasza", a także parę innych, niemniej użytecznych.

Nie będziemy tu jakimś „tytułem rewanżu” próbowali montować tezy, według której np. wiara w fizyczne zmartwychwstanie ciał “okalecza człowieczeństwo poszczególnego człowieka niszcząc jego osobowość” (to też autentyczny cytat wyjęty z ust polskiego duchownego nt reinkarnacji...). W ogóle nie zamierzamy się tu ustosunkowywać do tezy o fizycznym zmartwychwstaniu ciał. Nie będziemy więc próbowali dokonywać jej oceny jako czegoś doskonałego, dobrego, złego czy nijakiego, zostawiając to samym wierzącym. Nie zamierzamy w związku z tym zestawiać całego tasiemca cytatów, od starożytnych po współczesne, wykpiwających teorię zmartwychwstania ciał (a byłoby co poczytać i z czego się pośmiać) choć zapełniłyby one niezłą broszurkę. Ustosunkujemy się jedynie do ataków na reinkarnację i do oceny tych ataków, nie próbując żadnego kontrataku czy „przeniesienia walki na terytorium przeciwnika”. Gdybyśmy bowiem to zrobili, zarzuconoby nam od razu obrazę uczuć religijnych i hipokryzję.

Dlaczego trwa?

Ileż to zawdzięczamy „poganom”! My i „ortodoksi”! Nie byłoby dzisiaj żadnej dyskusji o reinkarnacji między nimi a nami, nie byłoby zaangażowania całych nieraz ośrodków kościelnych, ba, nawet poszczególnych najwyższych rangą hierarchów. Nie byłoby w ogóle żadnej dyskusji na ten temat, gdyby nie ogromne dziedzictwo „pogańskie”, które my, heretycy, dzielimy wraz z „ortodoksami”. Bo żeby taka dyskusja stała się możliwa, to najpierw konieczny był koncept nieśmiertelnej duszy. A ten starożytni Żydzi przejęli wprost od pogan, najprawdopodobniej od Greków. Przejęli i zachowali go. I dzięki temu wszystkie trzy religie „niepogańskie” były w stanie rozwinąć całe filozofie bazowane na tym koncepcie przejętym od religii, o których niektórzy nasi ortodoksi twierdzą, że tak niewiele rzekomo mają z nimi wspólnego.

Wiedząc jak cienka jest ewidencja potępiania przez kościół chrześcijański idei reinkarnacyjnej, kardynał Schőnborn użył niedawno zadziwiającego argumentu. Mianowicie kościół nigdy formalnie jej nie potępił...

„nie dlatego, by mógł uważać ją za doktrynę do pogodzenia z wiarą chrześcijańską, lecz wprost przeciwnie, ponieważ reinkarnacja w tak oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom tej wiary, że potępienie nigdy nie wydawało się konieczne.”

Przyjrzyjmy się temu bliżej. Gdyby istotnie tak było, że reinkarnacja była nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to po prostu wiara w nią nie trzymałaby się go, a praktycznie rzecz biorąc trwa ona w nim bez przerwy. Byłoby to po prostu niewykonalne. Już sam fakt jednak, że jest ona nieprzerwanie w nim obecna, stanowi żywy i niepodważalny dowód, że godzi się ona z nim perfekcyjnie. Nie jest ona sprzeczna z żadną wartością chrześcijańską. Dosłownie z żadną.

Jeśli natomiast miałaby ona być nie do pogodzenia z naszą religią, to nie trzymałaby się ona jej tak jak nie trzyma się jej politeizm. Te dwa systemy: chrześcijaństwo i politeizm po prostu się siebie nie trzymają (no, mówi się co prawda o mormonach, że są politeistami, ale ich politeizm jest pozorny i powierzchowny). Politeizm trzyma się natomiast i to całkiem dobrze hinduizmu. Niekoniecznie dlatego, ze hinduizm nie może być czym innym niż politeizmem. Może, bowiem istnieje w nim także nurt monoteistyczny, a nawet panteistyczny.

Chrześcijaństwo od samego swego początku stykało się z kulturami politeistycznymi dokładnie tak, jak z reinkarnacjonizmem. Jednak reinkarnacjonizm zadomowił się w nim na stałe, podczas gdy politeizm nie.

Fakt, że politeizmu w chrześcijaństwie nie uświadczysz, jest z kolei niepodważalnym dowodem, że jest on z nim (przynajmniej teoretycznie) istotnie nie do pogodzenia. Jedną z przyczyn (choć nie jedyną, oczywiście) jest fakt, że chrześcijanie od początku i bez owijania w bawełnę stwierdzali, że ich zdaniem jest tylko jeden Bóg (ewentualnie dwóch lub jeden oraz demiurg). Postępowali oni zatem w sposób zupełnie odwrotny niż sugeruje kard. Schőnborn, według którego potępienie poglądu nie jest konieczne, jeśli pogląd ten w oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom (...) wiary”.

Nie da się tego powiedzieć o reinkarnacji, co do której takich zdecydowanych stwierdzeń nie było. Polemiści próbujący (tak jak chociażby o. Jacek Salij) podważyć sens reinkarnacjonizmu w naszej religii m.in. za pomocą cytatów biblijnych, stąpają tu po wyjątkowo śliskim gruncie, bo żaden cytat biblijny, jak wskazywaliśmy już w poprzednim artykule, nie zawiera niczego, co stanowiłoby jakąkolwiek ewidentną krytykę reinkarnacjonizmu. To, co zatem owi polemiści mogą nam przeciwstawić w tej mierze, to ich własne interpretacje poszczególnych, nielicznych (na ogół jednozdaniowych) cytatów. Nie inaczej wygląda to w owym słynnym, nieustannie przywoływanym cytacie z Listu do Hebrajczyków, do którego ustosunkowaliśmy się już 2 lata temu w artykule „Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!” :

“Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze "Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd" (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest właśnie swego rodzaju "wyrokiem". A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.”

To nasza interpretacja tego wersetu. Przeciwnicy reinkarnacji mają oczywiście swój własny sposób tłumaczenia tego fragmentu, co niewątpliwie potrafimy uszanować. Ba, nie wykluczamy i tego, że autor owego Listu sam nie wyznawał reinkarnacji. Sposób sformułowania tego zdania jak najbardziej uzasadnia i taką możliwość. Jednak nawet jeśli tak istotnie było, to nigdzie w jego tekście nie znajdziemy jakiegokolwiek potępienia takich wierzeń, dokładnie tak, jak nie znajdujemy ich gdziekolwiek indziej w całej Biblii, bo już nie tylko w Nowym Testamencie. Stąd też moje wcześniejsze określenie o „milczeniu grzmiącym niczym ciężkie działa”. Grzmiącym nie poparciem reinkarnacjonizmu, ale grzmiącym brakiem jego krytyki. Dlatego też poźniejsze pełne nieraz przysłowiowej „piany na ustach” tyrady innych zupełnie autorów z powołaniem się na teksty biblijne, stanowią zabieg w tym samym stopniu wątpliwy w sensie merytorycznym, co wręcz po prostu nieuczciwy.

Poglądy reinkarnacjonistyczne stanowią u nas stały już element tradycji i wszystko wskazuje na to, że tak już pozostanie. Probują liczni teologowie, hierarchowie i bibliści wykazać i udowodnić jej "obcość" u nas i wszyscy dobrze widzimy z jak beznadziejnym skutkiem: reinkarnacjonistów u nas coraz więcej. Skutek ten sam w sobie wykazuje ponad wszelką wątpliwość, że jeśli cokolwiek tu jest istotnie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to raczej próby "odkrojenia" odeń reinkarnacjonizmu. Zupełnie one zawodzą i stanowią całkowitą stratę czasu i energii. Skazane są (i były) na całkowitą klęskę i to już od samego zarania. Wypada jednak przyznać, że odegrały one też pozytywną role swego rodzaju "próby ognia" oraz testu, który reinkarnacjonizm zdał po prostu celująco, wychodząc zwycięsko z owych egzaminów i wodząc za nos swych "prześladowców" niczym Joanna d'Arc swoich sześcdziesięciu sędziów w Rouen. Reprezentuje ona upór i witalność godną owej dziewiętnastolatki z Lotaryngii. Ma jednakże nad ową zbrojną dziewicą ogromną przewagę: reinkarnacjonizmu nie da się spalić niczym żywego człowieka.

Czy jednak – brzmi uzasadnione pytanie – kościół chrześcijański nie powinien odrzucić reinkarnacji w celu zachowania pewnego niekwestionowanego fundamentu, pewnych granic, po przekroczeniu których chrześcijańska tożsamość staje pod znakiem zapytania?

Na ten argument udzielić można dwojakiej odpowiedzi, a obie jej części, traktujące o rozmaitych aspektach zagadnienia, doskonale się wzajemnie uzupełniają, jeśli nie wręcz zazębiają:

1. Właśnie po to istnieją rozmaite kościoły, denominacje, nawet sekty, by mogły one zachować, strzec i propagować rozmaite dogmaty, rozmaite interpretacje dogmatów, interpretacje wierzeń czy Biblii (i takie też zadania same sobie stawiają). Tak więc "rozmywaniem granic" nie ma specjalnego powodu się przejmować. Jest to, nawiasem, jeden z tych powodów, dla których nie należy tworzyć jednej wspólnej instytucji kościelnej z jedną hierarchią i doktrynalną urawniłowką. Historia uczy bowiem, że takie unifikacje, obok oczywistej sztuczności, przynoszą ze sobą pokusę - a co za tym idzie, również praktykę - uniformizacji, której owocem jest nietolerancja nawet w ramach jednego i tego samego kościola, "denominacyjny imperializm", który dokonał w przeszłości straszliwego spustoszenia i przyniósł ze sobą poźniej prawdziwie bolesne podziały i niejedną wojnę religijną chrześcijansko-chrześcijanska oraz wiele straszliwych zbrodni czyniących z kościoła kościoł-imitacje. Lepiej już, jeśli się denominacje kłocą niż żeby chrześcijanie mieli się wzajem nienawidzić.

2. Troska o granice dogmatyczne i obawa przed dogmatycznym relatywizmem przesłania znacznie ważniejszą kwestię: kwestię relatywizmu moralnego, która gubi się nieraz w gąszczu szarpaniny np. o prymat papieski, liczbę sakramentów oraz czy sakramenty są ważne tylko w jednym kościele i czy wolno przystępowac w kościele innym niż własny. Prowadzi się dziką kampanię dzielenia chrześcijan na chrześcijan i niechrześcijan. Owa mania "wykluczactwa" sięga już nieraz takich szczytów, że nawet podstawowe wspólne akcje o charytatywnym charakterze stają się niemożliwością. Miałem szereg lat temu okazję rozmawiać ze Świadkami Jehowy na temat takich wspólnych akcji i zapytałem, czy prowadzą takie akcje np. wspólnie z kościołem katolickim. Odpowiedzieli, że nie. Na pytanie zaś o powody tego stanu rzeczy stwierdzili, że m.in. dlatego ,że "nie uznajemy ich (t.j. KRK) dogmatu o Trójcy Świętej". My też nie mamy się tu czym poszczycić, bo nasze dytansowanie się od nich w kwestii wspólnej działalności motywowane jest tymi samymi powodami.

Stara, chrześcijańska tradycja…

Niejednokrotnie czytamy, że antropologia biblijna rzekomo wyklucza reinkarnację. Korzeni tej antropologii poszukiwać należałoby oczywiście już w Starym Testamencie.

Ale właśnie ten argument pośrednio dodatkowo uzbraja naszą tezę. Otóż fakty, które się przytacza (a których ja nie neguję, jeśli już, to raczej wręcz przeciwnie) świadczą jedynie o tym, że Żydzi z owego okresu nie znali (lub co najmniej mogli nie znać) pojęcia reinkarnacji. Nie dziwi to wcale: skoro bowiem później niż poganie posługiwać się zaczęli pojęciem nieśmiertelnej duszy, to i później też przyszło im zastanawiać się nad pojęciem reinkarnacji. Nie znając go zaś, nie mogli go odrzucać. Odrzucać bowiem da się jedynie coś, o czym się wie. Odrzucanie lub akceptacja (tudzież obojętność) były zatem dla nich możliwe tylko po tym, gdy koncepcja ta stala się dla nich dostępna. Stąd też dziś część z nich tego konceptu nie aprobuje, a część aprobuje, wszyscy oni jednak są Żydami. Byłoby raczej nieładnie z naszej strony pouczać judaistów co to jest "prawdziwy judaizm". Chyba, że jesteśmy gotowi z pokorą poddać się tyradzie np. sikha na temat tego, czy jesteśmy "prawdziwymi chrześcijanami" i dać się takiemu uturbanionemu Azjacie "wykluczyć" z naszej religii, jeśli on dojdzie do wniosku, że się już nie zaliczamy...

Argument o "wykluczeniu przez nieznajomość" jest zatem poważną pułapką.

Jeśli przed Kolumbem w Europie nikt nie wiedział o istnieniu Ameryki, to czy fakt tej niewiedzy wykluczał jej istnienie? I czy po jej odkryciu kwestią "ortodoksji" naukowej jest nieuznawanie możliwości istnienia tego kontynentu? Czy fakt, że nie spotykamy się na codzień z "kosmitami" stanowi dowód rozstrzygający o braku życia poza naszą planetą? Zgoda, historycznie rzecz biorąc systemy religijne i filozoficzne bazowały na założeniu, że gdzie indziej nie ma życia ludzkiego (lub podobnego). Nie da się jednak na tej podstawie wykluczyć innych możliwości, tak jak nie sposób kompromitować tych religii. Czy zatem wierzący w istnienie "kosmitów" to ludzie, którzy kompletnie błądzą?

Po to, by w cokolwiek wierzyć, nie trzeba dowodow, że wierzono tak już przed wiekami czy tysiącami lat. Naukowcy co prawda nie wykluczają, że koncepcje reinkarnacyjne mogły istnieć niemal od zarania historii ludzkości, ale nawet gdyby ich wtedy nie było, to co z tego? Chrześcijaństwo ani judaizm czy islam też nie istnieją "od zawsze", czy zatem należy je z tego powodu marginalizować?

Tak i z reinkarnacją: wierzyć w nią można, nawet gdyby jako koncepcja pojawiła się dopiero wczoraj. Gwoli ścisłości podkreślić warto jednak, że tak oczywiście nie jest. Samo chrześcijaństwo jest "młodzieniaszkiem" wobec tej koncepcji, co oznacza, że cała chrześcijańska tradycja i dogmatyka jest od niej młodsza. A w samym chrześcijaństwie (żeby już zbyt daleko w przeszłośc nie wychodzić) jest ona starsza niż zdecydowana większość tradycji, starsza niż wszystkie dogmaty. Wiara w nią czyni zatem z każdego chrześcijańskiego reinkarnacjonisty spadkobiercę tradycji:

- starszej niż dogmat o Trojcy Świętej,

- starszej niż doktryna o wspołistotności Pomazańca z Bogiem Ojcem, czyli:

- starszej niż cała kontrowersja ariańska,

- starszej niż Credo nicejsko-konstantynopolitańskie,

- starszej niż proklamowanie Marii "Matką Boską" (Theotokos),

- starszej niż wiara w Niepokalane Poczęcie oraz Wniebowzięcie (nie mówiąc już o dogmatach na ich temat, bo są one wręcz tworami "historii najnowszej", gdzie jeden z nich liczy sobie trochę tylko ponad pół wieku…),

- starszej niż jakikolwiek "Ojciec Kościoła",

- starszej niż kult jakiegokolwiek świętego,

- starszej niż papiestwo, a co za tym idzie:

- starszej niż wiara w papieską nieomylnośc (nie mówiąc już o dogmacie o tej nieomylności…)

- starszej niż znany nam kanon Pisma Świętego (zwłaszcza chrześcijański)…

- starszej niż jakiekolwiek potępienie Orygenesa,

- starszej niż którykolwiek sobór powszechny i jego ustalenia (nie mówiąc już o jakiejkolwiek współczesnej nam kampanii antyreinkarnacyjnej, prowadzonej przez którykolwiek ośrodek lub jakiegokolwiek ojca dominikańskiego...)

Możnaby tak długo jeszcze ciągnąć… Mówimy tu zatem - praktycznie rzecz biorąc - o reinkarnacji jako stałym i ugruntowanym elemencie chrześcijańskiej tradycji oraz depozytu wiary chrześcijańskiej, a nie o jakimś "obcym ciele". Obcym ciałem, jeśli chodzi o ścisłość, były u nas inkwizycja i zbrodnie popełniane w imie dogmatu i t.zw. "prawdziwej wiary". To one z chrześcijaństwem, jako ideą, nie miały absolutnie niczego wspólnego, tak jak pozbawione jest jego ducha "wykluczactwo" bazujące na tym, że ktoś nie uznaje takiego czy innego dogmatu lub wierzy sobie w reinkarnację. Jeśli cokolwiek zatem jest tu w stanie okaleczać chrześcijaństwo, to takie właśnie praktyki wykluczackie, a nie wiara w reinkarnację, która tej religii ani nie przyczynia żadnej szkody, ani też jej nie przyczyniała w przeszłości.

Stwierdziwszy zaś, że nasz rodzaj wiary chrześcijańskiej istnieje od zarania dziejów naszej religii, nie twierdzimy, że był to jedyny reprezentant chrystianizmu w przeszłości. Pod tym względem różnimy się od (niektórych) naszych ortodoksyjnych koreligionistów, którzy fakt istnienia w starożytnym chrześcijaństwie wrogów naszej wiary próbują uczynić jedynym chrześcijańskim punktem widzenia. Poszczególne zaś wypowiedzi takiego rodzaju z tamtego okresu mianują dowodem, że to kościół (cały?) jednoznacznie potępiał itd.

Kwestie biblijne "Drogą do nikąd"

Jak już wiemy, Biblia w ogóle niczego nie mówi na interesujący nas temat. Nie mówi, gdyż autorzy najstarszych jej ksiąg nie byli w stanie ustosunkować sie do niego, autorzy zaś pism późniejszych nie zdecydowali się tego uczynić. Jedyne, co pozostaje tym, którzy chcą argumentować "z pozycji biblijnych", to próba interpretacji poszczególnych fragmentów tekstów, a to - jak zobaczymy - wyjątkowo "śliska" sprawa.

Próba wykluczania jakiegoś poglądu z uwagi na to, że ktoś nie był w stanie się do niego ustosunkować, wydaje się zatem "nie fair" i to zarówno w stosunku do tego poglądu jak i w stosunku do tego kogoś. Starożytni Żydzi nie byli też w stanie ustosunkować się np. do późniejszych teorii dotyczących powstania wszechświata oraz "obrotów sfer niebieskich", o których to "obrotach" nie zdawali się mieć jakiegokolwiek pojęcia porównywalnego z obecnym.

Z tego też powodu wielu krytyków Biblii zakwalifikowalo Księgę Genezy niemalże "na szmelc" lub - w najlepszym wypadku - do muzeum, nie pozostawiając na niej "suchej nitki". Z drugiej jednak strony obrońcy Biblii, w tym "ortodoksi" (jeśli nie wręcz oni przede wszystkim) posługują się takimi współczesnymi (a więc też nieznanymi starożytnym autorom Pisma) interpretacjami, które, jeśli już nie wpisują wprost obecnych teorii do opisów Genezy, to co najmniej stwierdzają, że są one z nimi "niesprzeczne". Takie stanowisko stało się już "klasyką" współczesnego nam interpretowania i nauczania biblijnego, od lekcji religii dla uczniów podstawówki aż po uniwersytety. Istnieje przebogata literatura na ten temat, dostępna praktycznie wszędzie, której czytanie jest zalecane uczniom, studentom i profesorom. Autorzy tych pozycji dają nam praktyczny pokaz tego, że można - a nawet trzeba - przeinterpretowywać starożytne teksty biorąc pod uwagę późniejszy dorobek myślowy i naukowy.

Chrystus uczył teorii zmartwychwstania. Tak, to prawda. Ale czy on kiedykolwiek ostrzegał przed reinkarnacją? Ja rozumiem fizyczne zmartwychwstanie właśnie jako reinkarnację – w odróżnieniu od zmartwychwstania duchowego (czyli “ponownego narodzenia”), które następuje w trakcie tego samego życia cielesnego.

"Teraz jest dzien zbawienia" (2Kor 6;2) – to kolejny znakomity cytat po Hbr9,27: istotnie teraz jest dzień zbawienia, bo teraz odpowiadamy za swe życie. I trwa to przez cały czas, my już możemy zostac zbawieni, nie dopiero "przy końcu czasow". Sąd Ostateczny jest tak samo wieczny, jak zbawienie, odbywa się on zatem nieprzerwanie.

Baptistes na pytanie czy jest Eliaszem, odpowiedział "Nie" (Jn1;21). Co tylko potwierdza, że nie był tym "wniebowziętym" Eliaszem z ST (co akurat między nami nie budzi kontrowersji). Jeśli natomiast miał byc istotnie przereinkarnowanym, to - za przeproszeniem - niczego by o tym wiedział. Więc z argumentu nici.

Wersety z Jana 3;3-6 nie budzą kontrowersji między nami rownież. Jasne, że chodzi o ponowne duchowe narodzenie. Ale i tu mamy pewną niespodziankę: skoro "ciało rodzi ciało, a duch rodzi ducha", to może to oznaczac, że "narodzenie ducha" niekoniecznie musi byc rownoczesne z narodzeniem ciała… Choć naturalnie może ten fragment być interpretowany (zapewne lepiej interpretowany w całym kontekście) w ten sposób, że tak jak ciało rodzi się z ciała, tak narodzenie duchowe jest czymś innym, więc Nikodem nie musi „wskakiwać z powrotem” do łona swej matki...

Krótko mówiąc: śledzenie tekstów biblijnych w celu wykazania, czy są one za lub przeciw, jest drogą do nikąd. Poza tym oczywiście, na co wskazywaliśmy już niejednokrotnie: że nie potępiają one reinkarnacji, bo albo ich autorzy o niej nie słyszeli, albo nie decydowali się wystąpić przeciw niej. To jedyna konkluzja możliwa do wyciągnięcia z całą pewnością.

T.zw. „problemy praktyczne”

Dlaczego ktoś ma być karany w przyszłym życiu za coś, czego nie pamięta z poprzedniego? – zdają się pytać przeciwnicy reinkarnacjonizmu. No coż, reinkarnacjonistyczny fundamentalista mógłby tu odpowiedzieć fundamentaliście nie-reinkarnacjonistycznemu:

"On pamiętał w poprzednim życiu to, co zrobił i był wtedy już ostrzegany, że w przyszłym przyjdzie mu za to zapłacić."

Socjologicznie i psychologicznie miałoby to ten sam efekt, jak ostrzeżenie: "jeśli będziesz czynił źle, pójdziesz do piekła".

Oba te ostrzeżenia mają na celu skłonienie osoby do tego, by w miarę swych możliwości starała się żyć jak najlepiej.

Ale jeśli istotnie sprawa braku pamięci poprzedniego życia jest dla kogokolwiek tak istotna, że stanowi argument przeciw konceptowi reinkarnacji, to sami z pewnością wiemy o praktykach w naszym kościele, stanowiących wyjątkowo podobny "grzech":

Dlaczego to należy chrztem oczyszczać niemowlaka (lub w ogóle kogokolwiek, również osobę dorosłą)z grzechu pierworodnego, którego on nie popełnił i nawet nie miał warunków, by go popełnić? I dlaczego ma się to odbywać wtedy, gdy on - jako niemowlak właśnie - nie jest nawet w stanie zdawać sobie sprawy z konceptu istnienia czegoś takiego jak "grzech pierworodny"? Jeśli potrafimy odpowiedzieć na to pytanie - a w to akurat nie wątpię - to będziemy mieli odpowiedź na nasze wątpliwości odnośnie "praktycznych problemów" z reinkarnacją. Skoro bowiem możemy dźwigać w sobie ciężar grzechu całej ludzkości (mitycznego Adama), to jaki mamy mieć problem z dźwiganiem grzechów swego własnego poprzedniego wcielenia?

Czy nie można wierzyć równocześnie w zmartwychwstanie ciał i reinkarnację? Owszem, można. Służę własnym przykładem: w reinkarnację wierzę od co najmniej 20 lat (no, może 25). Z wiarą w zmartwychwstanie ciała (tego samego) rozstałem się jednak dopiero jakieś 3-4 lata temu. Czyli, że przez co najmniej 16-17 lat (jesli nie 22) wierzyłem w obie te rzeczy naraz. Można więc polegać na moim kilkunastoletnim (co najmniej) doświadczeniu w tej mierze, jeśli innego takiego (lub lepszego) przykładu nie ma akurat pod ręką… Choć można mieć: w poprzednim artykule na ten temat zacytowałem wypowiedź Orygenesa na rzecz preegzystencji dusz. Ojciec Jacek Salij u siebie cytuje inną wypowiedź tego samego człowieka, w której ten potępia „głupią wiarę w reinkarnację” (tak nawiasem: głupiej wiary w reinkarnację ja też nie pochwalam). Ten sam człowiek, dwie różne wypowiedzi. Która jest prawdziwsza? A może obie są jednakowo prawdziwe? Gdyby mnie ktoś szereg lat temu spytał czy wierzę w zmartwychwstanie ciał, odpowiedziałbym, że tak. I zapewne ten ktoś odniósłby wrażenie, że jestem przeciwnikiem wędrówki dusz. Popełniłby błąd...

Wielu ludzi zmienia swoje poglądy niejednokrotnie w ciągu życia. Wielu innych (jeśli nie większość) potrafi jednocześnie wierzyć w rzeczy, które, gdy traktowane bardzo sztywno, mogą uchodzić za sprzeczne. Pojęcia „zmartwychwstanie” i „reinkarnacja” są tak szerokie, że w zależności od ich rozumienia mogą albo się wzajemnie wykluczać albo wzajemnie uzupełniać. Można więc wierzyć tylko w zmartwychwstanie ciał, a w reinkarnację nie. Można też wierzyć tylko w reinkarnację, a w zmartwychwstanie ciał nie. Ale możliwe jest także, by wierzyć w reinkarnację, po której – przy końcu wszystkich czasów – nastąpi zmartwychwstanie wszystkich ciał. Jeśli się dobrze przyjrzeć temu ostatniemu poglądowi, to uderzy fakt, że nie jest on sprzeczny wcale z chrześcijańską ortodoksją. Jest od niej różny, ale nie jest sprzeczny (różnica i sprzeczność to dwie odmienne rzeczy...). Jest to jednym z powodów, dla których tylu chrześcijan obecnie wierzy w reinkarnację oraz w Sąd Ostateczny. Jak widać, ich poglądy nie są tak nielogiczne, jak się to wydaje niektórym spośród nas... W końcu “ortodoksi” też nie wierzą, że co chwila ktoś zmartwychwstaje, lecz że stanie się to dopiero przy końcu wszystkich czasów...

Wyobraźmy sobie jednak, że ktoś mógłby zapytać:

" No, dobrze, pisze pan, a ja dalej mam wąty. Może moje pytanie wyda się panu naiwne, ale ja naprawdę chciałbym wiedziec jak to możliwe wierzyć naraz w reinkarnację i zmartwychwstanie ciał? To które w końcu ciało będzie sądzone na Sądzie Ostatecznym, jeśli ten Sąd nie odbywa się bez przerwy, lecz (bo i to trzeba brać pod uwage, jeśli się jest uczciwym, panie heretyku!) będzie on miał miejsce tylko raz, przy końcu wszystkich czasów?"

Aaa! To bardzo proste: w takim wypadku na Sądzie stawi się dusza wraz ze wszystkimi ciałami, przez które przewędrowała. Tam oceni się ją oraz ciała zbiorczo. Jak bowiem, pisząc biografię jakiegoś człowieka, jesteśmy w stanie nie tylko podsumować jego całe życie, ale i poszczególne jego etapy, które mogą być zmienne, tak i na Sądzie oceni się nie tylko duszę, lecz również etapy jej ziemskiego bytowania.

"Game over!"

Miejsce poczesne wśród nas ma koncepcja reinkarnacyjna wręcz zapewnione. Proszę spojrzeć nieco szerzej. Proszę mianowicie postawić się na moment w pozycji kogoś, kto nie jest ani chrześcijaninem, ani buddysta itd. Nie zastanawiał się on zbytnio ani nad zmartwychwstaniem (tego samego) ciała, ani nad wędrowką dusz. Jak myślicie: który z tych dwóch konceptów łatwiej będzie mu przyjąć? Biorąc pod uwagę, że w nieśmiertelność duszy wierzą wierzący wszystkich religii, a w możliwość przywrocenia umarłego do życia - mało kto, wynik wydaje się być z góry przesądzony. W ten sposób łatwo pokazać, że koncept transmigracji duszy (ducha? Boskosci?) jest naturalnie i obiektywnie silniejszy od konceptu zmartwychwstania (tego samego) ciała. I to nie silniejszy "muskułami" oczywiście, ale intelektem właśnie (pod względem duchowym oba koncepty idą "łeb w łeb"). Wygra zatem silniejszy, a nie słabszy. Zwłaszcza, że pogląd taki znajduje pełne potwierdzenie w praktyce: jeśli ktoś nawraca się z hinduizmu lub buddyzmu na chrześcijaństwo, to niekoniecznie porzuca on wiarę reinkarnacyjną. Jeśli zaś jego nawrócenie odbywa się "w odwrotną stronę", to zawsze towarzyszy temu "przejście na reinkarnacjonizm", o ile wręcz przejście owo nie dokonało się już na długo przed konwersją!

Spójrzmy prawdzie w oczy: jedna czwarta populacji społeczeństw Zachodu wierzy w reinkarnację, co jest procentem ogromnym wobec istniejącej tam liczby buddystów i hinduistów. Nikt nigdy tam takiego konceptu nie narzucał. I liczba reinkarnacjonistów szybko wzrasta… A ilu buddystów i hinduistów wierzy w zmartwychwstanie ciała?

Gdy chodzi o walkę o miejsce reinkarnacjonizmu w chrześcijaństwie i o próby jego tam zmarginalizowania lub wyparcia stamtąd, to ciśnie mi się na usta właśnie owo podane w tytule "podrozdziału" stwierdzenie: jest "po meczu" ("game over!")… Zresztą i w skali globalnej wydaje się, że koncept zmartwychwstania (pojmowany literalnie) już przegrał z reinkarnacjonizmem. Daleko jeszcze do upadku ostatniej twierdzy i do "bezwarunkowej kapitulacji", ale po następnym pełnym pokoleniu lub najwyżej dwóch czy trzech… Kto wie: może spotkamy się wtedy po raz kolejny i dokończymy naszą dyskusję? Ktoś ją wszakże z pewnością dokończy i podsumuje ostatecznie

“Pantera” i M3

Gdy przeglądamy przeróżne polemiki z reinkarnacjonizmem, będące autorstwa “ortodoksyjnego”, stwierdzamy nieodmiennie coś, co stanowi niemal rytuał takich polemik. Mianowicie górnolotne i wzniosłe stwierdzenia (ba, niemalże wersety!) sławiące oficjalną wykładnię ortodoksji zestawia się tam z najbardziej literalistycznymi, najprostszymi, a nawet z najbardziej prymitywnymi wersjami reinkarnacjonizmu. Jest to w ogóle pewien rodzaj tendencji polemicznej, nie tylko w odniesieniu do omawianej problematyki i nie tylko współcześnie. Polemiści wszelkich epok lubili i lubią sobie swego przeciwnika sami tworzyć: dobierają jego cechy w sposób, w jaki lalkarz tworzy kukłę, by ją potem można było dowolnie obijać, kopać i deptać bez ryzyka, że ta kukła się zdenerwuje i skopie w końcu swego twórcę. W taki jednak sposób nie da się przedyskutować dosłownie niczego. Można co najwyżej malować egoistycznie swój własny portret niczym kolonialnego myśliwego, co to z angielskim białym kapeluszem kolonialnym (t.zw. “pith-hat”) w triumfalnej pozie staje przy ubitej zebrze, dla większego jeszcze efektu stawiając na niej stopę i oświadcza nam na dodatek z tupetem, że w ten sposób ubił nie tylko tę jedną zebrę, lecz cały gatunek, wraz z innymi koniowatymi, jak perszerony, araby czy mustangi... Przypomina to pewną niemiecką kronikę wojenną, której autorzy, pragnąc pokazać przewagę niemieckiej broni pancernej nad analogiczną bronią przeciwnika, zestawili ze sobą najnowszą wówczas „Panterę” z jakimś nieprawdopodobnym gratem amerykańskim (znanym jako M3). Widać było różnicę w sile ognia, w rozwijanej prędkości, w szczegółach projektu pancerza i podziwiać można było łatwość, z jaką „Pantera” pokonywała trudne nawet przeszkody terenowe, podczas gdy amerykański gruchot został w tyle i za nic nie umiał przeszkody pokonać, niczym skończony mazgaj... (fragment można obejrzeć tu, jeżeli kogo interesuje http://www.youtube.com/watch?v=qPn1xS54rKo ).

Przykładem takiego argumentowania jest choćby podnoszony często inny jeszcze „problem praktyczny”, mianowicie niemożliwości reinkarnacji, bo przecież ludzi przybywa, a skoro ma istnieć transmigracja dusz, to ta liczba nie mogłaby się zmieniać („więc szczęśliwi i weseli reinkarnacjęśmy zarżnęli!”). No cóż, jeśli kto zamierza tak nas „szachować”, to dajmy i jemu małę kostkę do zgryzienia i to tego samego rodzaju, co i on nam serwuje: ludzi istotnie przybywa. Ale ubywa zwierząt i roślin. Gdzie te bory nieprzebyte, co niegdyś rosły i tam, gdzie dziś pustynie? Wyginęły wszystkie dinozaury i nieprzeliczona liczba innych stworzeń. Jak tacy chętni do liczenia się z nami, to niechaj się teraz sami mozolą ze swoją własną „Wunderwaffe”, szczegółowo wyliczając ile to (dokładnie, co do sztuki!) wymarło dinozaurów, mamutów, pterodaktyli, owadów i paproci. A potem niechaj spróbują nam tryumfalnie obwieścić, że to my się mylimy, bo się liczby nie zgadzają! Droga wolna, proszę bardzo: the ball is now in their court!

Nieco bardziej wyrafinowaną odmianą powyższej metody “zestawiania ‘Pantery’ z M3” są powtarzane poglądy (również na kościelnych stronach internetowych), że reinkarnacja jest tak nielogiczna i bezmyślna, że nawet starożytni jej zwolennicy jak Platon „nie potrafili jej obronić”. Drodzy Autorzy takich nonsensów! Nie wpadliście na to, że gdyby istotnie tak było, to do dziś nie pozostałby dosłownie kamień na kamieniu z tego reinkarnacjonizmu, bo już tysiące lat temu rozprawionoby się z nim dokumentnie, tak jak Wy próbujecie (równie bezskutecznie) rozprawiać się z nim teraz i przy użyciu tych samych „argumentów”?

Groteskowo wyglądają próby stwierdzeń, że kościół chrześcijański zawsze (sic!) potępiał reinkarnację. Oczywiście „ortodoksyjni” polemiści za punkt wyjścia biorą tu swój własny ekskluzywistyczny osąd, że poza nimi, ich własnymi ojcami kościoła i ich zwolennikami nie ma i nie było już kościoła chrześcijańskiego. Ale nawet w tak zawężonym spektrum ich twierdzenia nie pokrywają się z rzeczywistością. Pokazaliśmy to już wcześniej na wybranych przykładach czołowych liderów „ortodoksyjnych”, których wypowiedzi nie zostały w tym celu wyrwane z kontekstu (oczywiście nie twierdzimy, że reinkarnacjonistami byli oni „zawsze”, „od początku” i „niezmiennie”; zwłaszcza skoro sami też nie „od zawsze” i nie „od początku” nimi jesteśmy); wskazaliśmy, że Orygenesa potępiono wśród „ortodoksów” dopiero 300 lat po jego śmierci, a to stało się w około połowie pierwszego tysiąclecia n.e. Próby wykazania rzekomej ostateczności owego potępienia prezentują się jeszcze gorzej. Zwłaszcza w świetle coraz większego rozpowszechniania się wiary w reinkarnację teza o owej „ostateczności” obnażona zostaje jako kompletna fikcja. Konieczność ciągłego odżegnywania kościoła od reinkarnacjonizmu obecnie nie jest niczym innym zatem, jak tylko głośnym potwierdzeniem, że „ostateczność” ta jest jak najbardziej daleka od rzeczywistości. Również merytoryczna jakość tych ataków pokazuje jak w gruncie rzeczy ubogie są argumenty atakujących. To częste zestawianie reinkarnacji w komentarzach jej przeciwników z „kłamstwami”, „fałszywą nauką”, „grzechami” i pełnymi potępienia cytatami z Biblii (które akurat o reinkarnacji nie mówią nic!), wszystko to świadczy o tym, że przeciwnicy naszych wierzeń gonią resztkami sił w swoim polowaniu na wyimaginowane czarownice. Cel takiej propagandy obnażany jest przez nią samą: zohydzić, spotwarzyć, oczernić, a potem jeszcze kłamstwo przypisać zaatakowanemu poglądowi.

Z naszego punktu widzenia jest to dla nas sytuacja wręcz znakomita. Naprawdę zatem: jest jeszcze lepiej, Panowie!


Kliknij, żeby powiększyć

Michał Monikowski

Użyteczne linki

http://catholica.pontifications.net/?p=1840 - Kard Schőnborn o reinkarnacji

http://www.archidiecezja.lodz.pl/czytelni/kulbat/t5_3.html -tekst ks. Waldemara Kulbata, krytyczny o reinkarnacji

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/V/VS/reinkar_zmartw.html -tekst z Opoki, krytycznie o reinkarnacji

dwa teksty Ojca Jacka Salija nt. Reinkarncji (krytyczne, rzecz jasna)

http://www.sekty.net/?n_id=224&P=0

http://www.sekty.net/?n_id=225

http://www.sekty.net/?n_id=226 tekst o psychologii, hipnozie i reinkarnacji (też krytyczny)

http://www.near-death.com/experiences/reincarnation01.html Dr Ian Stevenson i jego badania nad prawdopodobieństwem reinkarnacji

http://www.childpastlives.org/stevenson.htm Dr Ian Stevenson I problem poprzednich wcieleń pamiętanych przez dzieci

http://www.skepticreport.com/psychics/stevenson-belief.htm krytycznie o Stevensonie

http://www.healpastlives.com/future/rule/rudebunk.htm o poprzednich wcieleniach, pozytywnie

http://www.near-death.com/experiences/origen05.html reinkarnacja i judaizm

http://www.atmajyoti.org/ch_christian_insights_reincarnation.asp hinduski pogląd na reinkarnację w chrześcijaństwie

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20061126142556113