I znowu lustracja

śro, 20 gru 2006, 01:22:57

Autor: Jacek Lehr

Choć Polacy są już zmęczeni tematem lustracji duchownych, to co rusz wypływa ona jako temat dyżurny. To nie my to Kościół jest winien tej sytuacji – twierdzi część środowisk dziennikarskich. Ale prawda jest taka, że zainteresowanie teczkami duchownych, czy rzekomymi teczkami duchownych próbują wśród wiernych wzbudzić dziennikarze. I wcale im to nie idzie łatwo, bo ludzie są zmęczeni odwracaniem ich uwagi od… Bożego Narodzenia.

Żeby zdobyć informację na temat zainteresowania i opinii wiernych na temat przeszłości arcybiskupa Wielgusa przepytałem około czterdziestu warszawiaków. Większość z nich stwierdziła, że nie ma dla nich znaczenia przeszłość biskupa, byle dobrze wykonywał swoją posługę teraz. Nie tylko zmęczenie materiału sprzyja zaniechaniu dociekań o przeszłość duchownych. Również napastliwość dziennikarzy i brak dowodów na to, że biskup krzywdził kogokolwiek.

Mają nam wystarczyć dramatyczne figury retoryczne: „nie będę bierzmował dziecka u biskupa donosiciela”, albo „racja jest po stronie katolików ścigających pedofili”. Słowo „prawda” w tych oskarżycielskich tekstach pojawia się w co trzecim zdaniu. A pojęcie „wierni mają prawo” w co drugim. Oskarżyciele biskupa Wielgusa posuwają się nawet do sugestii, że jest on karierowiczem, który za wszelką cenę chce zostać następcą prymasa. Na pytanie dlaczego wcześniej nie występowali ze swoimi rewelacjami na temat jego osoby, nie potrafią odpowiedzieć.

Dziennikarze przyznający się do katolicyzmu, oskarżający biskupa Wielgusa chętnie powołują się na postać amerykańskiego intelektualisty George’a Weigla. Weigl zanalizował błędy episkopatu amerykańskiego odnośnie pedofilii w Kościele. Naraził się tym wielu biskupom amerykańskim. Różnica jest taka, że zyskał przychylność pozostałej części episkopatu, a co najważniejsze swoje działania konsultował na bieżąco z Janem Pawłem II. Można powiedzie, że był nawet firmowany przez polskiego papieża, który brał tego amerykańskiego intelektualistę w obronę.

Ale nasi publicyści w swoim zacietrzewieniu dewaluują postać samego papieża Benedykta, któremu suponują udział w antylustracyjnym spisku. Papież faktycznie zaangażował swój autorytet w nominację nowego ordynariusza warszawskiego. Prawda jest droga sercu Benedykta XVI. Jeśli nie on sam to na pewno jego nuncjusz miał okazję wejrzeć w teczkę biskupa. Dosyć długo rozważano tę nominację.

W kwestii prawdy warto dokonać rozróżnienia między doniesieniami prasy, a pracą zespołu niezależnych historyków, którzy biorą pod uwagę cały kontekst otaczający oskarżaną postać. Nie wiem na co się zdecyduje arcybiskup Wielgus. Ale jakąkolwiek linię obrony by on nie przyjął wierni Kościoła katolickiego pozostaną z nim. Zarówno ci z Płocka, którzy już szczerze żałują jego odejścia, jak ci nowi, warszawscy. Nie dlatego, że są głupi, nie szukają prawdy, albo słuchają papieża bezkrytycznie – jak wmawiają im dziennikarze. Idą za swoją intuicją, a ta niezawodnie wskazuje, że od arcybiskupa Wielgusa można zaczerpnąć wiele mądrości i łask Bożych. Bo Bóg upodobał sobie w ubogich duchem – a tak można określić tego ciepłego i szlachetnego pasterza, teologa, tomistę. (Piszę to szczerze, bez „wazeliniasrtwa” ). Zresztą na jego potencjał intelektualny zwrócił uwagę Benedykt XVI.

Dziennikarze serwują nam kolejna odsłonę, w której mamy się nauczyć jak żyć, co czuć i co wybierać. Chyba tym razem nie posłuchamy. A Kościół - podkreślam po raz kolejny ustosunkowując się do zagadnienia lustracji - ma prawo do takiego rozliczania duchownych w sposób, który jest zgodny z jego naturą i zasadami moralnymi. Niech duchownych osądzą ich przełożeni.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20061220012257241