Ścieżki wolności. Z Tadeuszem Bartosiem rozmawia Krzysztof Bielawski

wto, 23 sty 2007, 01:01:56

Autor: Joanna Gacka

Czym różni się wiara od światopoglądu? Czemu służy teologia? Kim jest Jezus i jakie jest zasadnicze przesłanie Jego życia? Dlaczego w Kościele katolickim nie ma demokracji? Jaki sens ma we współczesnym świecie celibat? Co daje nam spowiedź? Jaką pozycję w Kościele zajmuje kobieta? Czy sekularyzacja to przekleństwo czy raczej błogosławieństwo? Oto niektóre z pytań, jakie nadały ton rozmowie autorów o ideałach i rzeczywistości chrześcijaństwa, o cechach i konsekwencjach myślenia religijnego, o samodzielności i dojrzewaniu ludzkiego sumienia, a wreszcie — o potrzebie stawiania pytań… - takie tematy podejmuje Krzysztof Bielawski w rozmowie z Tadeuszem Bartosiem OP.

Przedstawiamy fragment książki "Ścieżki wolności", wydanej przez wydawnictwo Homini, we współpracy z Księgarnią św. Jacka.Kosciol.pl objął patronat medialny nad tą wartościową pozycją.

Krzysztof Bielawski:
Jakie jest podstawowe zadanie religii?

Tadeusz Bartoś:
Istnieją bardzo różne religie i w różnych epokach historycznych odmienne były ich zadania. Wolę mówić o chrześcijaństwie. Chrześcijaństwo widziane z pewnej perspektywy, można by powiedzieć „z lotu ptaka”, jest drogą. Tak mówiono w pierwszych wiekach. Jest drogą człowieka do Boga. Szczególna to droga, na której przewodnikiem jest Jezus i Jego Ewangelia. Celem tej drogi jest nowy świat, nowe życie w Bogu. Chrześcijaństwo jako religia ma więc wskazywać na to, co przekracza ludzkie granice, czego nie sposób ogarnąć. Bóg jest tajemnicą, która wyrywa człowieka z jego „teraz” i prowadzi ku nowości, ku temu, czego jeszcze nie ma, co jest zaledwie obietnicą. Wzorem tej drogi przez wiarę jest Abraham i jego wędrówka, w której — wezwany przez Boga — opuszcza rodzinny kraj, porzuca swój świat i wychodzi na spotkanie Nieznanego. Wyrusza w drogę ku Bogu.

A jakie jest zadanie teologii?
Najbardziej pierwotnym zadaniem teologii jest zapewne ukazanie prawdy i piękna religii, tego, że więź z Bogiem prowadzi ku głębszym wymiarom własnego człowieczeństwa. Wiara może być autentycznym zgłębianiem tajemnic Boga i ludzkiego losu. Teolog przygląda się tej wierze w duchu tradycji religijnej, w której został wychowany. Stawia pytania, które jemu samemu nie dają spokoju i nie dają spokoju słuchaczom czy czytelnikom. Odpowiedzi, których dostarcza, nie powinny zresztą być definitywne, raczej formułować należałoby je w postaci kolejnych pytań. Definitywna odpowiedź, ostateczne rozwiązanie kwestii jest bowiem jej zniesieniem, co uniemożliwia dalszą refleksję. Stąd rzetelność teologa w tym także się ujawnia, iż świadomy jest, że jego odpowiedzi są zawsze jakoś prowizoryczne, że reprezentują jedynie pewien etap jego przemyśleń.
Teologia dąży do poznania Boga, wiedząc jednocześnie, że jest On niepoznawalny. Dlatego nie ustaje w pytaniu o Niego. Gdybyśmy wyobrazili sobie teologa zafascynowanego swoją pracą, mógłby to być człowiek, który buduje myśl tak, by trwać w pytaniu o Boga. Pytanie jest przewodnikiem. Twórczość teologiczna w tym kontekście rozumiana być może jako zapis reakcji na pytania, w których teolog chce trwać.

Teologia ma jednak także funkcję krytyczną?
Rzeczywiście, teologia potrzebna jest po to, by religia mogła odnajdywać swe prawdziwe oblicze, by nie upadała w system zabobonów, by nie stawała się ideologią. Pełni więc jakąś funkcję kontrolną. Ma skłaniać do myślenia o wierze w taki sposób, aby ludzie rozumieli sens swojego zaangażowania religijnego. To wszystko jest oczywiście złożonym procesem w życiu każdego człowieka. Jest zawsze jakąś drogą.
W tym kontekście warto się zastanowić, jaka jest samoświadomość teologa. Może on występować jako ten, który służy wspólnocie. Wówczas teologia pełni funkcję praktyczną. Ma ludziom coś przekazywać, odsłaniać prawdziwą wiarę przeciwko wierze, która traci kontakt z fundamentami. Można jednak również wyobrazić sobie teologię jako stanowiącą pewien styl bycia człowiekiem religijnym dla samego teologa. Uprawianie teologii jest także sposobem przeżywania własnej wiary. Nie mam tu oczywiście jedynie na myśli zawodowych teologów. Takie ujęcie jest szerokie, pozwala na nazwanie teologiem każdego wierzącego, który chce świadomie przeżywać własną wiarę, dba o to, by ją rozumieć, chce, by religia nie była tylko zwyczajem, tradycją, a więc jedynie rytuałem, ale przemianą myślenia, odnowieniem ducha w myśleniu, jak o tym pisał święty Paweł [Ef 4, 23].

(…)

Czy mógłby ojciec powiedzieć coś więcej o tym procesie deinstytucjonalizacji religii? Jak on przebiegał w Europie?
Kiedyś religia organizowała ludziom życie doczesne, organizowała czas i przestrzeń ludzkiego bytowania, począwszy od organizacji wszystkich świąt. Tymczasem współcześnie religia nie jest potrzebna, by ludzie świętowali. Kiedyś religia była niezbędna, gwarantowała wysoki poziom edukacji. W samej tylko historii Polski funkcjonowała tak, przenosząc na rodzimy grunt zdobycze zachodniego świata. Jednak ruchy oświeceniowe przejęły po instytucjach kościelnych organizację systemu oświaty, opieki medycznej, ubezpieczeń społecznych, ochronek, tego wszystkiego, co stanowi o komforcie współczesnego życia. Odkąd te sfery życia społecznego są zorganizowane niezależnie, Kościół stanął przed problemem przyjęcia do wiadomości, choć trudno było z tym się pogodzić, że żyje już w innym świecie. Historia Piusa IX, świątobliwego skądinąd człowieka, jest bardzo pouczająca. Jego słynny Syllabus zakazywał wszystkich nowinek współczesnej cywilizacji. Dokument ten jest jakimś świadectwem przerażenia wizją świata, w którym obecność Kościoła we wszystkich wymiarach życia zostaje zredukowana. Przeciwko temu papież skrupulatnie protestuje. Głosi między innymi, iż błędem jest przekonanie, że zarząd szkoły może być w rękach władzy świeckiej, że władza świecka może anulować konkordat, że religia katolicka nie musi mieć statusu jedynej religii państwowej, że innowierca może odprawiać w kraju katolickim swoje nabożeństwa. Sprzeciwia się wolności prawnej wyznań, prawu ludzi do publicznego manifestowania swoich opinii, bo prowadzą one do zepsucia i obojętności religijnej. I wreszcie protestuje przeciwko sugestiom, że papież mógłby się pogodzić ze współczesną cywilizacją.
Te budzące dzisiaj dreszcz grozy sformułowania zrozumiemy lepiej, patrząc na kontekst historyczny owego procesu emancypacji, wszechstronnego pozbawiania Kościoła wpływu na życie publiczne, właśnie m.in. przez budowanie coraz większej liczby świeckich instytucji życia publicznego. Nie mówiąc już o włoskich ruchach wyzwoleńczych i likwidacji państwa watykańskiego w jego dotychczasowej postaci w 1870 roku, co okazało się dla papieży traumą na kilkadziesiąt lat.

Trzeba więc pogodzić się z tymi wszystkim zmianami?
Tak, ponieważ człowiek był, jest i będzie częścią historii i musi przyjmować do wiadomości własne ograniczenia. Jeśli ktoś dziś poddaje swoje życie regułom z wieku XIV czy XVI, czyli temu, co należy do tradycji przedoświeceniowej, poprzedzającej społeczną autonomizację jednostki, łatwo i słusznie może zostać uznany za dziwaka, swego rodzaju duchowego amisza. Jeśli ktoś świętuje tylko święta religijne, żadnych świeckich, bo odrzuca świecką rzeczywistość, nie na podstawie oceny merytorycznej, tylko na zasadzie pewnego przekonania religijnego, jeśli chce podporządkować swoje życie wyłącznie wymiarom religijnym, może stać się fundamentalistą. Radykalne odłamy religijne idą w tym kierunku. Fundamentalizm chrześcijański, żydowski, muzułmański, hinduski jest reakcją na sekularyzację. Choć dzieje się to ze szkodą dla ludzi. Nie da się normalnie żyć w kulturowej „zamrażarce historii”, nie ponosząc uszczerbku na zdrowiu psychicznym i fizycznym. Świat sekularyzuje się w sposób naturalny, co wpływa na obyczaje. Elementem sekularyzacji jest oczywisty proces osłabiania, tj. dezabsolutyzacji, instytucji religijnych. Stąd też bierze się nierzadko pojawiający się dysonans poznawczy, nieprzystawanie religijnych instytucji do mentalności aktualnej epoki.

Czy jednak chęć dostosowywania się do świata nie jest wyprzedawaniem skarbu chrześcijaństwa, gonieniem za nowością, modą, albo i polityczną poprawnością?
Niektórzy takie nieprzystawanie zwyczajów kościelnych uznają rzeczywiście za „znak sprzeciwu”. Potrzeba tu jednak pewnej roztropności. Ewangelię można głosić jedynie w konkretnej ludzkiej rzeczywistości historycznej i to wymaga dostosowania. Tak czynił Jezus i nie był to jakiś oportunizm czy wyprzedawanie siebie. O Ewangelii trzeba mówić językiem zrozumiałym dla współczesnego człowieka, posługiwać się symbolami z dzisiejszego świata. Trzeba więc rozumieć systemy symboliczne naszych czasów. Aby to było możliwe, konieczne jest zanurzenie w tym świecie, a nie izolacja. Trzeba umieć żyć zwykłym życiem zwykłego człowieka swoich czasów. To zresztą nic nowego. W XIII wieku św. Dominik, chcąc dotrzeć do ubogich katarów, chcąc z nimi rozmawiać, zaczął żyć tak jak ubodzy w tamtej epoce: zdjął buty i zszedł z konia. Wędrował boso i pieszo. Takie dostosowanie jest konieczne i nie ma nic wspólnego z tzw. political correctness.
Dlatego pozostaje dla wielu ludzi niezrozumiałe choćby to, że Kościół funkcjonuje jako organizm polityczny, jako państwo watykańskie o strukturze monarchii absolutnej, z papieżem jako głową państwa, które ma własne prawa państwowe, własny aparat dyplomatyczny, wojskowy. Pytają oni, czy religia musi mieć oblicze państwa. Czy nie jest to dziwne, czy Jezus byłby zachwycony zaistniałym stanem rzeczy? Na marginesie anegdota: prawo państwa watykańskiego obowiązuje na zasadzie precedensu, mówią więc niektórzy, że obowiązuje tam dalej kara śmierci, jako że przepis sprzed kilkuset lat nigdy nie został uchylony. To jedynie anegdota, ale wymowna, bo przypominająca, że choć dziś to państwo ma wymiar głównie symboliczny, to jeszcze dwieście lat temu było realną siłą polityczno-militarną.
Tak czy inaczej, centrum religii katolickiej zorganizowane zostało przed wiekami na modłę struktury państwowej, w której ramach papież dysponuje służbą dyplomatyczną, korzysta z przywilejów głowy państwa itd. Choć samo w sobie to nic złego, to jednak styl się liczy. Nie taki był styl Jezusa. Papież ma tytuł Namiestnika Chrystusa, a więc ma o Nim przypominać, być jakby Jego ikoną. Dlatego powinien brać pod uwagę w jakiś sposób, że Jezus sam siebie zdegradował klasowo, porzucając dobrze sytuowaną warstwę rzemieślniczą i wiążąc się z najniższą ówczesną warstwą, zwaną „miejscowymi”, albo „ubogimi ziemi” — am haarec.
Osobiście mam trudności ze zrozumieniem, jak bez wahania godzić można Kościół z posiadaniem państwa, choćby tak okrojonego. Być może jednak to zbyt idealistyczne wyobrażenie. Pragmatyka życia ma swoje prawa, a do niej należy także dźwiganie bagażu historii, który niekiedy okazuje się garbem.

(…)

Stawiając pytanie o posłuszeństwo i spoglądając na instytucje kościelne z perspektywy kulturowej, zobaczymy organizację, która w istocie wymaga od swoich członków całkowitego podporządkowania. Ma ono być nie tylko zewnętrzne, ale sięgać w głąb duszy. Jeden oddech, jeden rytm. Wszelka niezgoda jest synonimem odstępstwa. I choć w trudnych współczesnych czasach liberalizmu niezgoda może być tolerowana, to nie będzie pochwalana. Odrębność własnego zdania, polemika, krytyka wewnątrz instytucji kościelnych, jeśli nie zawsze bywa ukrócona, to raczej ze względu na liberalne obyczaje demokracji, a nie jako oznaka radosnego otwarcia na różnorodność stanowisk. Na szczęście istnieje swego rodzaju nacisk opinii publicznej, który zapobiega całkowitemu ukróceniu wewnętrznej debaty. Nacisk ten bywa skuteczny bardziej lub mniej. Jedni bardziej, inni mniej się tym przejmują.
Jednakże w głębszej warstwie duchowości katolicyzmu nowożytnego (nie tak było choćby w złotym wieku XIII-wiecznych dysput) wszelka krytyka i myślenie odmienne od dotychczasowego uznawane są za postawę antyreligijną, szkodliwą dla Kościoła, a więc bezbożną. Wolność myślenia piętnowana jest jako zło moralne, duchowa ułomność, grzech. Mówiłem już o tym w kontekście analizy funkcjonowania instytucji nadmiernie zhierarchizowanych, w których nie istnieje przestrzeń dialogu i wymiany. Przecież dopiero atmosfera wolności budzi do twórczego myślenia, a gdzie jej brak, myśl zastyga, pogrążona w różnych formach autocenzury.

W tej wizji bycie w Kościele jawi się jako perspektywa niezbyt przyjemna.
Tu jest pan w wielkim błędzie. Również poza Kościołem jest więcej, niż możemy sobie wyobrazić, ludzi, którzy nie chcą żadnej wolności myślenia, dla których jest to wprowadzanie chaosu, bezładu, anarchii. Walka z tzw. „anarchią” znajdzie w każdej epoce rzesze zwolenników. Różnorodne opinie, dyskusje, wszystko to jest odbierane jako coś męczącego, albo i niebezpiecznego. Autorytarne rozwiązania mają więcej zwolenników, niż nam się niekiedy wydaje. Mówiliśmy już o tym: uciekamy od wolności, patrzymy, komu by ją oddać. Kościół w tym względzie wydaje się często instytucją o wiele bardziej od innych wiarygodną, by przyjąć dar naszej wolności. To, co mówię, nie jest kpiną. To smutna, albo raczej realna, diagnoza naszej ludzkiej kondycji.
Dyskusje w Kościele, które próbuję w naszym kraju inicjować, wywołują w niejednym duchownym i świeckim uczucia gwałtowne: wściekłości inspirowanej przerażeniem. „Oto przychodzi wichrzyciel, chce zburzyć naszą spokojną przystań, rękę podnosi na jedyne źródło naszego bezpieczeństwa w tym okropnym świecie, kwestionuje naszą przytulną małą stabilizację”. Taka rola jest więc ambiwalentna.

Co więc robić? Tak źle i tak niedobrze?
Wolność to wielka wartość, stanowiąca o naszym człowieczeństwie. Dlatego budzi sprzeczne uczucia. Trochę jak Bóg, przeraża i zachwyca zarazem: jest zarówno mysterium tremendum, jak i mysterium fascinosum. Trzeba więc mozolnie podążać ścieżkami wolności. Nigdy z nich nie schodzić. To jedyny sposób. Jeśli strach człowieka ogarnia, trzeba mimo to zdobywać się na odwagę. To jedyna droga podnoszenia morale ludzkości, jedyny sposób na wychodzenie z kajdan prastarych instynktów, strachu i agresji. Przemiany instytucjonalne są istotnym i niezbędnym aspektem tej drogi. Jak mówiłem już wcześniej, nie wszystko zależy od jednostki i jej moralności. Istotna część ludzkich zachowań jest determinowana przez środowisko. Łudzimy się często co do zakresu naszej wolności. By zmieniać ludzi, trzeba także doskonalić ludzkie instytucje. W tym oczywiście także instytucje religijne.



Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20070123010156827