Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego

pon, 29 sty 2007, 09:09:43

Autor: Jacek Lehr

40-letni dominikanin, Tadeusz Bartoś, doktor filozofii, opuścił zakon. Tak naprawdę już dawno temu zrzucił habit św. Dominika i odciął się od soborowego uzasadnienia życia zakonnego. Upłynnił granice oddzielenia od świata i wyznaczył sobie miejsce całkowicie niezależne w Kościele. Niezależność stała się dla niego ważniejsza od miłości w takich jej wymiarach jak wierność i zaufanie.

Historia Bartosia na przekór jego intelektualnym ambicjom jest więc dość trywialna. Streścił ją doskonale jezuicki protagonista „ojca” Tadeusza: ks. Stanisław Obirek. - Dla mnie ważniejsza jest wolność niż miłość – otwarcie przyznał. Miłość i wolność są ważne, ale absolutna jest tylko miłość. Wolność jest środkiem – miłość celem. Eks-dominikanin poszedł śladem wielkich umysłów idealistycznych naszej epoki, które nie uznają w miłości prymatu i absolutu.

Ojciec Bartoś tłumaczy, że nie chce dłużej żyć w systemie kościelnej zależności, w którym gubi się poczucie wartości własnego życia. Krytykuje archaiczną strukturę funkcjonowania Kościoła, niedopasowaną do współczesnego świata. "Kościół nadmiernie skoncentrował się na samym sobie, na własnym trwaniu i przetrwaniu. Brak ewolucji życia zakonnego, jego mechaniczne odtwarzanie w kolejnych pokoleniach, pomimo olbrzymiej zmiany świata, w którym dziś żyjemy, wydaje zły owoc" - napisał.

W ostatnich latach w artykułach i wywiadach prezentował krytyczny stosunek do wielu zjawisk w Kościele, ale także wobec nauczania Kościoła, np. w stosunku do gejów. (Napięcie pomiędzy osobą a naturą, jakie niesie ich orientacja zostało potraktowane przez Bartosia z dyletancką chropowatością kawiarnianej refleksji, która pomija cały złożony bagaż dramatu ludzkiego. Co zatem mają powiedzieć geje, którzy z powodu swojej orientacji pozbawieni są ciepła rodziny i namiastki nieśmiertelności jaką daje posiadanie dzieci?)

Znamię głęboko zakorzenionej nieprawdy mają poglądy Bartosia odnośnie „przestarzałych struktur zakonnych”. Pominąwszy fakt, że Sobór Watykański II podtrzymuje tradycyjny model życia zakonnego (wraz z takimi atrybutami jak habit jako znak konsekracji), to przecież już same, znane Bartosiowi nowe ruchy życia konsekrowanego, jaskrawo przeczą jego poglądom. Jako jedyne mają bowiem powołania w Europie zachodniej te wspólnoty, które silnie odwołują się do tradycji.

Nie może być nieznana Bartosiowi wspólnota św. Jana założona przez dominikanina. To właśnie „szarzy” (od habitu, który obowiązkowo noszą) bracia - przemierzający Francję wzdłuż i wszerz przyciągają młodzież i inteligencję do Kościoła, a założony przez nich wolny uniwersytet w Paryżu skutecznie przekonuje środowiska akademickie do uznania wartości chrześcijańskich.

Dziwi postawa władz zakonnych eks-dominikanina. Wykładał w kolegiach dominikańskich w Krakowie i Warszawie. Był dyrektorem Dominikańskiego Studium Filozofii i Teologii w Warszawie. Miał więc olbrzymi wpływ na wychowywanie młodych pokoleń. Nie znalazł się w szeregach dominikanów nikt, kto by zawołał, że król jest nagi. Przecież w jego myśli – ochoczo prezentowanej na łamach Wyborczej – kryła się złowieszcza opozycja między wolnością a miłością, tak niezwykle przezwyciężona przez wybitne umysły dominikańskie.

Bartoś nie był wybitnym filozofem, ponieważ cofał intelektualny wysiłek zakonu do czasów sprzed Tomasza z Akwinu. Dla niego koncept umysłu odarty z realizmu jest daleko istotniejszy – bo własny. W pierwszej lepszej debacie z przedstawicielami dominikańskiego realizmu, choćby w wydaniu St. Jodard (francuski ośrodek myśli realistycznej) nie miałby szans na obronę swoich poglądów.

Tę sytuację może usprawiedliwić fakt, że były dominikanin z wielkim wdziękiem dialogował ze światem kultury. Był otwarty na słuchanie ludzi inaczej myślących i był lubiany przez nich, ponieważ „nie moralizował”.

I na tym koniec. W tym dialogu tracił swoją tożsamość katolicką. W ten dialog wniósł bagaż współczesnych ideologii, które go czynią powierzchownym. De facto mówił tym samym językiem z ludźmi, których poglądy podzielał i łajał tych, którzy myśleli z gruntu inaczej. Uroki tego dialogu ograniczone więc były przez liczne tabu.

Tadeusz Bartoś jest dzieckiem naszej epoki. A będąc jej nazbyt posłusznym, nigdy nie będzie się wielkim. Czeka go więc zapomnienie. Na czym polega jego podporządkowanie się modnym prądom? To nietrudno odgadnąć. Nie był na tyle przenikliwy, by zauważyć, że wchłonął ze współczesnej kultury wiele tez i haseł, które pochodzą wprost od filozofii idealistycznych. Są obowiązującym w kulturze systemem filozoficznym, któremu niełatwo się oprzeć. Jego realizm i zachwyt nad świętym Tomaszem z Akwinu był więc pozorny.

Trudno tu omówić wszystkie różnice między uprzywilejowaną przez Kościół filozofią realistyczną a idealizmem. Ale na jedną warto zwrócić uwagę – na prawdę. Dla Bartosia podążanie własną ścieżką jest wyrazem wierności. Czyż nie kryje się w tym twierdzeniu negacja rzeczywistości, która istnieje poza i ponad nami?

Ojciec Bartoś jako formator narobił wiele szkód w umysłach współbraci. Jeśli nie mają oni pójść jego śladami, trzeba je wychwycić i w wolnej debacie skonfrontować jego tezy ze standardami myślenia realistycznego.

Casus Bartosia to problem szerszy, choć to dominikanie są szczególnie powołani w Kościele do pielęgnowania myśli realistycznej.

Żyjemy w środowisku, w którym nurty idealistyczne narzucane są ludzkim umysłom za pośrednictwem kultury. Do zakonów trafiają adepci, którzy wyrastali kulturowo w środowisku idealistycznym. W polskich zakonach toczy się więc wojna kulturowa pomiędzy zwolennikami indywidualizmu a realizmu. Ci pierwsi mówią: ważne jest serce i indywidualny wybór. Ci drudzy zapytują: to po co żyjemy według wspólnego projektu.

Realizm wnosi w życie zakonne uszanowanie ludzkiej kondycji w jej duchowo-materialnych uwarunkowaniach. Po prostu to, co zewnętrzne w pewnym stopniu wspiera postawę wewnętrzną. I jakimś nieporozumieniem jest wprowadzanie opozycji między jedno a drugie.

Ważne więc są owe zewnętrzne czynniki odkrywane w poszczególnych charyzmatach. A odkryte domagają się konsekwentnej realizacji. Są znakiem nie z tego świata, więc nie można liczyć na to, że będą utylitarne i przyjemne.

Okazuje się, że nie będąc pragmatyczne stanowią silny bodziec dla świata i impuls do refleksji nad sensem życia, bo w istocie swej życie zakonne stawia w wirze codzienności wyraźne znaki zapytania, natury eschatologicznej.

Takim znakiem jest życie wspólne. Wspólne modlitwy, posiłki, rekreacja to niezastąpione świadectwo prymatu osoby nad efektem i afektem. (Afektem, bowiem miłość nie jest tylko uczuciem, jest duchowa – więc wolitywna; jest to jednak obowiązek płynący z impulsu wewnętrznego, choć podtrzymywany przez akt woli: kocham, bo chcę kochać. Prawdopodobnie ojciec Bartoś identyfikował miłość z uczuciem – poszedł za głosem „serca” z pominięciem aktu woli, dokonanego w przeszłości. Adoracja w miłości jest aktem woli – jest to najwyższy wyraz miłości. Taki akt miłości podjął Jezus na krzyżu, na przekór uczuciu rozgoryczenia. Benedykt XVI powie, że trzeba bronić miłości przed przypadkowością uczuć).

Być razem dla siebie – czy to nie jest koło ratunkowe rzucone rodzicom i ich dzieciom przez ludzi, którzy praktycznie wskazują jak dobrze być ze sobą, a nie obok siebie (prawdziwa zakonna rekreacja nie jest spędzaniem czasu obok siebie – przed telewizorem).

Nieocenioną wartością jest habit – jak wspomniałem - podniesiony przez sobór znak konsekracji. To ciekawe, że ten niezwykle istotny element ewangelizacji w epoce zdominowanej przez przekaz wizualny był z taką zaciekłością negowany w latach posoborowych. Nie mogę sobie tego wytłumaczyć inaczej jak działaniem szatana, który chciał usunąć z przestrzeni publicznej wszelkie odniesienia do wymiaru eschatologicznego – tak by ludzie nie zadawali już sobie pytań o cel swojego istnienia. Z punktu widzenia psychologii społecznej habit znakomicie pracuje na rzecz spójności grupy jaką jest wspólnota zakonna i sprzyja silniejszej identyfikacji z jej celami.

Zakony w Polsce żyją siłą kapłaństwa. Tylko, że ich powołaniem nie jest wyłącznie kapłaństwo, bo wtedy wystarczałby Kościołowi i wiernym kler diecezjalny. Kryzys tożsamości zakonnej jest na tyle głęboki, że nie można dłużej – bez szkody dla jakości życia konsekrowanego – cieszyć się ustabilizowaną liczbą powołań do kapłaństwa.

Dokumenty stolicy apostolskiej dają dość precyzyjną odpowiedź na pytanie jak przeciwdziałać impasowi w życiu konsekrowanym. Nie wystarczy poprzestać na liturgii, trzeba sięgnąć do – jakże bolesnej dla wszystkich aktywistów zakonnych – adoracji w ciszy. Formację należy oprzeć nie tylko na dobrej teologii. Podstawowym źródłem trudności osób konsekrowanych ulegających presji świata jest brak koherentnych propozycji filozoficznych. Kościół zaleca uprawianie filozofii realistycznej, która daje umysłowi możliwość odkrycia Boga (nie mylić z poznaniem go przez objawienie; filozof może odkryć istnienie bytu doskonałego, który tradycje religijne nazywają Bogiem) i dostarcza argumentacji zdolnej zdystansować siedem współczesnych propozycji idealistycznych. Są wśród nich pozytywizm, heglizm, egzystencjalizm, liberalizm. Zawierają one ziarna prawdy i są interesujące, ale negują zdolność umysłu do poznania prawdy obiektywnej i ustanawiają wolność ponad miłością. Wreszcie trzecią kariatydą odnowy zakonnej jest przestrzegany rytm życia wspólnego.

Ewangelia Jezusa Chrystusa, z której czerpią wszystkie zakonne charyzmaty i ustawodawstwo wewnętrznie przynagla każdą z osób konsekrowanych do podejmowania całego szeregu wyborów miłości. Życie konsekrowane utkane jest z nich, z tych codziennych bardzo suchych i w gruncie rzeczy heroicznych aktów. Miłość, bez tych małych wierności, rozlała by się jak przysłowiowe mleko. Z kolei same akty zakonne wypełniane bez miłości do Jezusa nie mają żadnej wartości. Takie jest mniej więcej streszczenie nauczania szczególnej mistrzyni życia zakonnego, św. Teresy od Dzieciątka Jezus.

Podoba mi się też uzasadnienie wierności życiu wspólnemu, jakie wyłożyła Matka Teresa z Kalkuty. Najpierw kochamy tych, którzy są najbliżej, dajemy im swój czas i obecność. Potem tę ludzką miłość wyniesioną z życia braterskiego niesiemy światu.

Być może ojciec Bartoś byłby dużo szczęśliwszy, gdyby zasięgnął rady tych dwóch kobiet.

"Nie odchodzę od refleksji nad religią. Pozostaję filozofem i teologiem - jeśli będzie mi to dane" – napisał. Żeby być teologiem, trzeba czasami otworzyć swoje serce na consensus doktrynalny i podporządkować pracę umysłu miłości. Żeby z kolei być filozofem, nie wystarczy wykładać historię filozofii i uprawiać działalność opiniotwórczą. Filozofia to umiłowanie prawdy nie subiektywnej, ale zgodnej z rzeczywistością. Z kolei, żeby być naprawdę sobą trzeba być wiernym swoim przyrzeczeniom.

Kryzys tożsamościowy ojca Bartosia nie kończy się dla niego, ani na nim. On, jak i jego współbracia z wszystkich zakonów potrzebują modlitwy polskich chrześcijan.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20070129090943932