Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Zacząć od parlamentu

Wiele już powiedziano i napisano o funkcjonowaniu Sejmu i Senatu. Wiele atramentu wylano też na ocenę ordynacji wyborczej. Od czasu do czasu następują jej zmiany, które zdają się niewielu satysfakcjonować. Proponowane są coraz to nowe rozwiązania, mające ulepszyć obecny system. Warto się jednak zastanowić nad kwestią ewidentnie umykającą uwadze reformatorów: nad kwestią rzeczywistego powodu braku zadowolenia pracą parlamentu. I od tej kwestii należy zacząć reformę.




W ogólnym zarysie system wyborczy wygląda tak: kandydaci startują w wyborach w swoich okręgach wyborczych (lub w okręgach, do których zostali wyznaczeni przez swoje partie). Głosowanie następuje w lokalach obwodowych komisji wyborczych i tam, po zakończeniu głosowania i po zamknięciu lokali, następuje pierwsze liczenie oddanych głosów. Po czym rezultaty głosowania spisuje się w protokole, podpisanym następnie przez członków komisji wyborczej. Protokół przesyłany jest następnie do komisji okręgowej, która też spisuje protokół, tyle że obejmujący wyniki głosowania we wszystkich obwodowych lokalach wyborczych danego okręgu. Powstaje kolejny protokół, który następnie wędruje do Państwowej Komisji Wyborczej w Warszawie, a ta podaje do wiadomości publicznej ostateczne wyniki wyborów. Ci z kandydatów, którzy uzyskali największą liczbę głosów w swoich okręgach, stają się posłami i senatorami. I nie byłoby w tym niczego dziwnego ani niestosownego, gdyby nie fakt, że ani wybrani parlamentarzyści (poza wyjątkami), ani tym bardziej ich wyborcy, nie mają wielkiego pojęcia o tym, czym konkretnie będą się ci ludzie zajmowali w parlamencie i w jakiej komisji sejmowej będą pracowali oraz czy się do jakiejkolwiek komisji tak naprawdę w ogóle nadają.

Ten negatywny rezultat spowodowany jest oczywiście faktem, że obecny system wyborczy bazowany jest na wyborczym regionalizmie oraz na podstawie politycznej oceny kandydatów, a nie na ich przydatności zawodowej do pełnienia funkcji posła lub senatora, funkcji polegającej w głównej mierze na opracowywaniu praw obowiązujących w poszczególnych dziedzinach życia politycznego i gospodarczego kraju. Kampanie wyborcze koncentrują się w związku z tym nie na przydatności i konkretnych umiejętności kandydatów, lecz na dosłownie czymkolwiek, co czyni ich osobami znanymi: mieliśmy już w Sejmie ludzi o znanych nazwiskach, ale małej przydatności do stanowienia praw.


Mieliśmy tam działaczy politycznych i związkowych, którzy zapewne byli dobrzy w wykłócaniu się o wyższe zarobki dla robotników czy w pisaniu artykułów politycznych i felietonów atakujących konkurencyjne partie polityczne. Mieliśmy tam nawet lokalnych działaczy „wypływających” dzięki obiecywaniu niezorientowanym wyborcom np. zadbania o remont lokalnej szkoły, jeśli ci ich wybiorą do sejmu. W praktyce „dobry” jest niemal każdy chwyt, by skupić na sobie zainteresowanie elektoratu i w ten sposób wyjść zwycięsko z tej swoistej „wolnoamerykanki” wyborczej. System taki z całą pewnością odpowiada idei awansu społecznego kandydatów oraz robienia przez nich kariery politycznej. Mamy jednak uzasadnione wątpliwości co do tego, czy równocześnie koresponduje on z aktualnymi potrzebami legislacyjnymi państwa, a zatem z potrzebami, których zaspokojenie stanowi naczelne zadanie parlamentu.

Obecny system parlamentarny jest bazowany na kombinacji zasady reprezentacji regionalnych z kryterium przynależności politycznej kandydatów na parlamentarzystów.

Ten pierwszy czynnik stanowi zaszłość historyczną z czasów, gdy poszczególne regiony, czy też – jak wówczas mawiano- „ziemie” kraju były w dużej mierze suwerenne suwerennością rządzących nimi rodów magnackich i szlacheckich. Szlachta zbierała się na całym szeregu lokalnych „sejmów” i „sejmików” (czyli „zebrań”), by tam radzić o lokalnych zagadnieniach i delimitacji wzajemnych interesów. Gdy przychodziło natomiast do radzenia w skali całej Rzczypospolitej, to wówczas na tych sejmach lokalni arystokraci wybierali reprezentantów spośród samych siebie i wysyłali ich do Piotrkowa na Sejm krajowy.

Ta zasada funkcjonuje nadal, tyle że oczywiście prawa wyborcze rozszerzone zostały na ogół obywateli. Jednak wiele się od czasów przedrozbiorowej Rzeczypospolitej zmieniło. Przede wszystkim nie ma już suwerennych regionów w Polsce, która nie jest nawet państwem federalnym i w którym nie ma już ani Sejmu Śląskiego ani nawet ograniczonej autonomii jakiegokolwiek regionu. A nie ma, bo ta niby „zregionalizowana” reprezentacja skupiona w Sejmie nie zamierza niczego takiego wprowadzić. System „reprezentacji regionów” staje się w coraz bardziej oczywisty sposób zwykłą fikcją. Jednym (choć nie jedynym) z przejawów owej fikcji jest dobór kandydatów na „posła danej ziemi”... spoza tej „ziemi”.

Kiedyś opozycja demokratyczna w PRL wytykała rządzącej PZPR zwyczaj t.zw. przywożenia kandydatów „w teczkach” z Warszawy. Tymczasem już w pierwszych demokratycznych wyborach do Sejmu i Senatu z roku 1989 to „Solidarność” wystawiając swoją reprezentację, tę ówczesną t.zw. „drużynę Lecha” (Wałęsy) złożyła jej skład w dużej mierze właśnie z ludzi „przywiezionych w teczkach” do poszczególnych regionów i nie wywodzących się z nich w ogóle, a nawet nie mających jakichkolwiek związków z nimi. Tak np Adam Michnik startował wtedy z... Bytomia na Górnym Śląsku, a z Katowic (na senatora) Andrzej Wielowieyski z Warszawy. Jedynym bodaj związkiem Andrzeja Wielowieyskiego z Katowicami było to, że czasami jego artykuły publikowane były na łamach katowickiego „Gościa Niedzielnego”. A to i tak były związki „o całe niebo” silniejsze od „związków” Adama Michnika z Bytomiem. Jednak faktem pozostaje, że kandydaci spoza regionów często wygrywają wybory, dokładnie tak jak wówczas wygrali je Wielowieyski i Michnik. Obecnie zwyczaj „przywożenia kandydata w teczce” wcale nie jest w zaniku. Wręcz przeciwnie: jest on rozpowszechniony dokładnie tak jak kiedyś „za komuny”, tyle że na ogół nie używa się już określeń typu „przywieziony w teczce”.

Przykłady powyższe same pokazują dowodnie, że dobór posłów na zasadzie regionalnej już się przeżył. Tym bardziej, że o wyborze posła na Sejm decydować mają przecież jego umiejętności, a nie fakt pochodzenia z jakiegoś regionu i zamieszkiwania w nim. Zwyczaj ten dodatkowo jeszcze godzi w zasadę równości wyborów, bo oznacza on, że głosy wyborców wcale nie są równe wobec siebie. Niejednokrotnie bowiem wybrani zostają kandydaci uzyskujący stosunkwo niską liczbę głosów, gdy w tym samym czasie gdzie indziej „przepadają” osoby legitymujące sią znacznie większym poparciem wyborców.

Natomiast posadowienie systemu wyborczego na „geografii partyjno-politycznej” jest zagadnieniem zupełnie innym. Nie można się spodziewać, że owa „geografia partyjna” zaniknie, bo nie znikną w systemie demokratycznym partie polityczne ani ich decydujący udział w wystawianiu i lansowaniu kandydatów na posłów i senatorów. O ile jednak „regionalizm wyborczy” jest jedynie przeżytkiem, sprytnie manipulowanym (to wykorzystywanym, to znów omijanym) przez partie polityczne, to z kolei upartyjnienie całego systemu ordynacji wyborczej (ba, nawet samego indywidualnego aktu wyborczego!) stało się niemal zarazą tego systemu, doprowadzając do tego, że o dostaniu się do Sejmu decydują nie tyle indywidualne umiejętności, wiedza i mądrość kandydata, ale jego „plecy” partyjne. Pod tym względem niewiele się zmieniło od czasów „komuny”. Jedyna istotna różnica polega tu na tym, że zamiast jednej „komuny” decydującej, jest takich „komun” zatrzęsienie, a wszystkie postępują pod tym względem w sposób zbliżony do siebie.

Przyłożenie tak wielkiej wagi na „pochodzenie polityczne” kandydata przy jednoczesnym pomijaniu tego, jakie umiejętności on (lub ona) sobą reprezentuje, jest niemal tym samym, co wybieranie go ze względu na jego „pochodzenie wyznaniowe” - też przy niebaczeniu na wiedzę i umiejętności.

Poza tymi dwoma czynnikami mamy do czynienia z jeszcze jednym. Pragnąc stworzyć system wyborczy jak najbardziej odpowiadający potrzebom swoich krajów, politycy i prawnicy głowią się nad tym, czy lepszy jest system „proporcjonalny” czy „większościowy”. Pojawiła się, coraz popularniejsza, koncepcja „Jednomandatowych Okręgów Wyborczych” (JOW), CBOS opublikował swego czasu już nawet wyniki ankiety temu poświęconej. Nie umniejszając niczym znaczenia ani dyskusji na ten temat ani znaczenia samego problemu, warto jednak dodać, że żadne takie rozwiązanie nie dotyka najważniejszej kwestii całej sprawy.

Autorzy pomysłów mają sporo racji, wskazując na kwestie powszechności, równości, bezpośredniości oraz proporcjonalności wyborów. Nie dotykają oni natomiast tego, co najważniejsze: przydatności kandydata do pracy nad stanowieniem prawa. Wierzymy, że im lepszy „rzemieślnik”, tym lepszy będzie jego „produkt”. Szarpanie się o nową ordynację wyborczą ma sens tylko wtedy, gdy zapewni ona dobór najlepszych posłów. Wszelkie inne kwestie nie rozwiążą tutaj absolutnie niczego. Pragnienie zmian jest samo w sobie reakcją na kiepskie rezultaty pracy parlamentu. Czemu zatem zastępować stare, nieefektywne rozwiązania nowymi, równie nieefektywnymi? Czy po to, aby po jakimś czasie zamieniać je znowu na inne... przynoszące tak samo mierny efekt?

Co zatem można zrobić, aby - nie rezygnując z demokratycznej zasady praw wyborczych – zreformować obecną ordynację tak, aby wybierać przede wszystkim fachowców do parlamentu, który niechby się już wreszcie dzięki temu stał „kolegium ekspertów”, zamiast być jedynie coraz bardziej pożałowania godnym „jarmarkiem partyjnym”?

Można zrobić jedno: przesunąć posadowienie systemu z regionalnego na ogólnokrajowy, a kryterium doboru parlamentarzystów z partyjnego na zawodowe. Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie „jak to zrobić?” I na to pytanie też mamy odpowiedź: poprzez zmianę wyboru posłów „w ciemno” do Sejmu na wybór ich bezpośrednio do danych komisji sejmowych.

Obydwa te elementy nowego, zreformowanego systemu (czyli profesjonalizm i ogólnokrajowość) są zresztą nieodłączne: nie można wprowadzać kryterium zawodowego przy jednoczesnym regionalizmie, bo byłoby to niepraktyczne. Gdyby bowiem zechcieć te dwie różne zasady ze sobą połączyć, to liczba kandydatów obsadzających wszystkie komisje sejmowe w każdym regionie byłaby zbyt wielka, by umożliwiała ona sprawny wybór. Postawienie zatem na kryterium zawodowe po prostu zmusza do skierowania się w stronę ogólnopolskiego wyboru, kosztem niepraktycznej i coraz bardziej manipulowanej zasady regionalnej, spoza której coraz jawniej wyziera interes partyjny.

Wybór zatem jest tutaj następujący: albo dobór zawodowców w skali ogólnokrajowej, albo iluzja regionalizmu (który dla autonomii regionów i tak nic nie robi) i wszechobecny interes partyjny. Na obecnym etapie nie mamy najmniejszej wątpliwości co do tego, która z tych zasad powinna otrzymać pierwszeństwo.

A co daje nam taką niezachwianą pewność, że zreformowana ordynacja zaowocuje – by się „brzydko” wyrazić – lepszym „materiałem poselskim”? To, że wybór bezpośredni do komisji sejmowej zmusi kandydatów do przedstawienia swego własnego dorobku zawodowego jako jedynego argumentu na rzecz jego wyboru, w miejsce niekończących się filipik i partyjnej demagogii, która – w braku rzeczywistych argumentów – przynajmniej daje kandydatowi „ersatz” propagandowy, dzięki któremu ma on w ogóle coś do opowiadania podczas swoich spotkań wyborczych. Bez tego ersatzu bądzie musiał on po prostu mówić więcej o sobie i swoich osiągniąciach zawodowych, swoim doświadczeniu i dorobku, pamiętając, że jego bezpośredni oponenci staną wobec takiej samej konieczności i wobec tego również postawią na jedną kartę – kartę własnych zasług, bo innej karty mieć po prostu nie będą.

Będą oni nadal wystawiani w większości przez partie polityczne, ale „amunicja” stosowana przez nich w walce wyborczej zmieni się jakościowo na lepsze – zmuszając w końcu establishment polityczny do wystawiania kandydatów wartościowych pod względem zawodowym, a nie jedynie według partyjnych układów. Zlikwidowany zostanie równocześnie wynikający z regionalizacji wyborów element nierówności głosów wyborczych, gdyż oddane na kandydatów głosy liczone będą w skali ogólnokrajowej. Zasada doboru parlamentarzystów według ich umiejętności przyczyni się zatem do likwidacji praktyki istnienia „równych i równiejszych” ze względu na uzyskaną liczbę głosów. Obecny system pozwala jednak nie tylko na istnienie „równych” czy „równiejszych”. Wiemy, że mamy nawet „najrówniejszych”. Przypatrzmy się temu bliżej. Ustęp 1 artykułu 133 ordynacji wyborczej przewiduje:

„W podziale mandatów w okręgach wyborczych uwzględnia się wyłącznie okręgowe listy kandydatów na posłów tych komitetów wyborczych, których listy otrzymały co najmniej 5% ważnie oddanych głosów w skali kraju.”

Nie byłoby w tym zapewne niczego dziwnego, ale już w ustępie 1 następnego artykułu, 134, tworzy się wyjątki od tej reguły:

„Komitety wyborcze utworzone przez wyborców zrzeszonych w zarejestrowanych organizacjach mniejszości narodowych mogą korzystać ze zwolnienia list tych komitetów z warunku, o którym mowa w art. 133 ust. 1, jeżeli złożą Państwowej Komisji Wyborczej oświadczenie w tej sprawie najpóźniej w 5 dniu przed dniem wyborów.”

Czyli na tych kandydatów w ogóle mało kto może głosować, a do parlamentu wejdą i tak... I wystarczy im do tego, że będą np. „dobrymi Niemcami” czy „dobrymi Białorusinami”. W trosce o właściwy dobór parlamentarzystów, ta ostatnia zasada musi zostać natychmiast unieważniona. I to nie dlatego, że chodzi o osoby innej narodowości niż polska. Lecz dlatego, że zasada ta przedkłada niepolskie pochodzenie narodowe kandydata ponad jego umiejętności – a co za tym idzie – ponad jego wartość jako konstruktywnego współtworzyciela praw w tym kraju.

Przecież nie istnieje w ordynacji jakikolwiek artykuł czy ustęp mówiący o specjalnym uprzywilejowaniu np mniejszości religijnych, których reprezentanci mieliby gwarantowane mandaty nawet, jeśli ta mniejszość nie przekracza 5% populacji. Nikt nie próbuje nawet ustalać „proporcji”, według których przyznawanoby mandaty członkom KEA czy KER albo mniejszości islamskiej. Tak samo, jak nikt nie rezerwuje specjalnie mandatów dla Zydów (obojętnie już czy traktowanych pod względem religijnym czy rasowym). Ustalanie tego rodzaju zasad z pewnością przekroczyłoby wszelkie granice rozsądku. Dlaczego zatem utrzymywać je wobec mniejszości narodowych?


Nie mamy niczego przeciw temu, by również osoby o korzeniach innych niż polskie udzielały się w pracach polskiego sejmu i senatu. Niechaj jednak wchodzą tam jako dobrzy eksperci, a nie jako „dobrzy nie-Polacy”. Ta sprawa zresztą ma swój szerszy wydźwięk, jeśli chodzi o kwestie praw mniejszości w Polsce. Nie wątpimy, że w razie upowszechnienia niniejszego postulatu, pojawią się pod jego adresem głosy krytyczne, zarzucające mu „nacjonalizm”, „ksenofobię” czy wręcz „rasizm”. O tym, że zarzuty takie byłyby co najmniej niepoważne, można się łatwo przekonać, przyglądając się bliżej stanowi obecnemu. Bardzo często zdarza się, że gdy przedstawiciele mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie zgłaszają postulat ustawienia w ich miejscowościach tablic z dwujęzycznymi ich nazwami (polską i niemiecką), są oni atakowani publicznie, a na ich postulatach przysłowiowej „suchej nitki” nie pozostawiają właśnie ci, którzy co chwila podkreślają konieczność „walki z ksenofobią”... Innymi słowy: dawanie pierwszeństwa kandydatowi na posła, bo jest Niemcem, jest „dobre”, bo takie „tolerancyjne” i „nie-ksenofobiczne”, ale jakby np. na tablicy z nazwą „Strzelce” pojawiła się obok również nazwa „Strelitz”, to już tu się kończy upodobanie dla tolerancji, a ksenofobia przybiera wręcz na sile...
O co zatem chodzi w naszym postulacie? O to, by pochodzenie etniczne kandydata nie miało znaczenia przy jego wyborze do parlamentu, a kryterium tego wyboru spoczywało wyłącznie na jego przydatności do pracy w tym organie ustawodawczym, obojętnie jakie będzie miał on rysy twarzy oraz oczy skośne w obojętnie którą stronę... oraz aby jednocześnie mniejszości miały możliwość korzystania, w miejscach swych skupisk, z własnego dorobku kulturowego, którego częścią jest między innymi nazewnictwo. Zależy nam bowiem zarówno na prawach mniejszości etnicznych jak i na tym, aby położyć kres gwarantowanemu obecnie ustawowo marnotrawstwu mandatów poselskich przyznawanych za pochodzenie zamiast za zasługi.

Przyjrzyjmy się zatem jak, w skrócie, wyglądać miałyby poszczególne etapy walki o mandaty parlamentarne. Nie wprowadzają one żadnej komplikacji w stosunku do systemu obecnego, natomiast dają szereg nowych i istotnych korzyści:

  1. Wyłanianie kandydatów. Partie polityczne i inne organizacje czynią to, co zawsze, z tą wszakże różnicą, że zwracają większą niż dotychczas uwagę na osiągnięcia zawodowe kandydata, co stanowi już pierwszą bezpośrednią korzyść nowego systemu.

  2. Rejestracja wyłonionych kandydatów. Według obecnie obowiązującej ordynacji, każdy kandydat ma prawo ubiegać się tylko o jeden mandat i tylko z jednego okręgu wyborczego. Nowy system dokłada jeszcze jeden warunek: tylko do jednej komisji sejmowej, co oznacza, że kandydat decyduje się ubiegać o mandat w tej komisji, do pracy w której uważa się za przygotowanego najlepiej. To już druga bezpośrednia korzyść płynąca z nowego systemu.

  3. Kampania wyborcza. Kandydaci prowadzą kampanię mając na uwadze, że o ich wyborze decydować będzie w nieporównanie większym stopniu ich własny dorobek zawodowy niż dotychczas. Będą zmuszeni do koncentrowania się na nim właśnie, co stanowi trzeci już zysk nowego systemu. Spotęgowany będzie on dodatkowo faktem, że konkurentami jego będą nie tylko inni kandydaci z tego samego okręgu, ale także kandydaci startujący gdzie indziej w Polsce. Stąd wypływa kolejna korzyść: koncentracja na własnych osiągnięciach zmniejszy stopień stosowania „propagandy negatywnej” wobec konkurentów – będzie na to mniej czasu, tym bardziej, że wielu kontrkandydatów będzie mu nieznanych, w związku z czym nie może on ich nawet zbytnio atakować. Nie łudzimy się, by dało się negatywne elementy walki wyborczej całkowicie zlikwidować. Pozostaną one i będą niemniej zażarte, ale zmniejszy się ich ilość. Inne jeszcze korzyści – tym razem dla wyborców – będą te, że w ten sposób lepiej będą mogli poznać swoich kandydatów oraz stopniowo lepiej zaczną się także orientować w zadaniach parlamentu i problemach przezeń rozstrzyganych.

  4. Wybory. Wyborcy będą głosować w swoich okręgach wyborczych. Procedura samego głosowania nie ulegnie zmianie. Mając znaną sobie liczbę kandydatów, wyborcy głosować będą przyznając swoje preferencje. Zmianie ulegnie natomiast podliczanie oddanych głosów. Po uzyskaniu od okręgowych komisji wyborczych rezultatów głosowania w okręgach, Państwowa Komisja Wyborcza ustali ostateczne wyniki wyborów, zestawiając wyniki ogólnokrajowe dla każdej z komisji sejmowych z osobna. Wynikająca z tego ogólnopolskiego podliczania głosów dodatkowa korzyść polegać będzie na tym, że w odróżnieniu tak od obowiązującej ordynacji jak i innych istniejących propozycji, w sposób nie podlegający żadnej możliwej wątpliwości zostanie zachowana– a właściwie dopiero tak naprawdę zostanie wprowadzona – zasada równości wszystkich oddanych głosów w skali całego kraju.

Michał Monikowski
Perth, Australia



Opcje Artykułu

Zacząć od parlamentu | 7 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Zacząć od parlamentu
mateuszwroc wto, 6 lut 2007, 10:35:49
A jak Pan sobie wyobraża głosowanie na taką listę ogólnokrajową? Ile możnaby postawić "X"? Wedlug mnie proponowany system jest nierealny i bałaganiarski. Rozumiem chęć wprowadzenia fachowców do parlamentu, ale nie poprzez głosowanie ogólnokrajowe, na jedną listę. Wyobraża sobie Pan jak długa byłaby lista owych kandydatów? Już teraz jest to parę stron lub jedna wielka płachta papieru.

---
"Nikt nie może się zbawić, jeżeli nie trwa w łonie Kościoła katolickiego i w łączności z nim." Sobór Florencki

 
Zacząć od parlamentu
montsegur wto, 6 lut 2007, 10:42:28

Mateuszu, jak przeczytasz dokładniej, to zobaczysz (i jest to nawet powtórzone w końcówce), że głosowanie dobywałoby się w okręgach, tak jak teraz, tylko podliczanie byłoby ogólnokrajowe, osobne dla każdej komisji sejmowej. Można sobie wyobrazić, że kandydatów nie byłoby w okręgach więcej niż obecnie (może nawet mniej).

Cheers!!!

 
Zacząć od parlamentu
montsegur pią, 9 lut 2007, 13:04:37

Rozumiem rezerwacje obydwu Panów. Pozwolę sobie jednak wyrazić opinię, że te wątpliwości są jedynie skutkiem dotychczasowj praktyki parlamentaryzmu i to nie tylko w Polsce. Jeżeli Pan Jakub obawia się niebezpieczeństw ze strony tego organu władzy, to dlatego, że niejednokrotnie zdarza się, że jego posłowie zajmują sią akurat nie tym, czym powinni. Ferują swoiste "wyroki" moralne wobec polityków i innych postaci publicznych zamiast pracować nad stworzeniem lepszych praw (a do tego, Panie Jakubie, jednak potrzeba fachowców, niebezpieczni są właśnie dyletanci!). Według informacji ze strony internetowej Sejmu RP wynika, że aż ponad 20 (z 460) posłów nie pracuje dosłownie w żadnej komisji sejmowej. Aż świerzbi w gardle, żeby spytać czego ci ludzie w ogóle w sejmie szukają, skoro nie potrafią (lub nie chcą) znaleźć tam sobie "stałego miejsca". Nie udzielają się nawet w takich "nieprofesjonalnych" komisjach jak "regulaminowa i spraw poselskich", "Etyki poselskiej" czy "Łączności z Polakami za granicą"! Proponowany powyżej system ma za zadanie m.in. sprawić, by taka sytuacja się więcej nie powtórzyła.

Natomiast Rafi nie musi się obawiać, że ten system bardziej "oddali" posła od wyborcy. Pozwalam sobie zauważyć, że byłoby akurat odwrotnie. Nic tak bardzo nie oddala wybieranego od wybierającego niż szereg istniejących "nisz" i niekonsekwencji w obecnym systemie, jak również w innych systemach (w tym także JOW!). systemy te sprawiają, że głosy przestają się liczyć, bo można kogoś wybrać, a i tak nie wygra on przez to wyborów, ustąpując miejsca komuś mającemu nieporównanie mniejsze poparcie. Wyobraźmy sobie sytuacje następującą: w dwóch różnych okręgach mających, powiedzmy (dla łatwego rachunku) po 500 tysiący wyborców.  Startuje z nich po 10 kandydatów. Ale w jednym dwóch kandydatów zdecydowanie przewodz stawce, zbierając razem 80% głosów (jeden ma 42% i wygrywa, drugi 38% i przegrywa). Dodatkowo frekwencja siąga 90%. W drugim okręgu głosy rozkładają się dość równo. Wygrywa ktoż z 14% głosów. I on zostaje posłem (tu nie rozpatrujemy innych jeszcze czynników decydujących o wejściu do parlamentu, czynników, które w sumie czynią z obecnego systemu istny "labirynt Minotaura" w porównaniu do powyżej proponowanego, będącego niemalże przy nim "prostą autostradą"). Dodatkowo frekwencja wynosi 25%. czyli ten, który ma 38% (171 tysięcy głosów) przegrywa z kimś o poparciu 3krotnie mniejszym procentowo (a liczbowo prawie 10krotnym, o ten "zwycięzca" ma 17 i pół tysiąca głosów). Jak można wierzyć, będąc wyborcą, że się własny głos w ogóle liczy? Proszą zwrócić uwagę, że zademonstrowanego tu paradoksu nie eliminuje również system "jednomandatowych okręgów wyborczych". Jak można w ogóle troszczyć sią o frekwencję? Jaka ma być motywacja, by iść do wyborów?
Brak profesjonalizmu deputowanych przynosi w dodatku złe rezultaty ich działalności, co dodatkowo pogłębia przepaść między posłem a wyborcą. Zresztą jak ma być inaczej, jeśli nawet nie za bardzo wiadomo, z  czego rozliczać posła skoro nie za bardzo wiadomo, czego tak naprawdę się on podjął na samym początku?

Proponowany system natomiast, obok wielu korzyści, z których ważniejsze zostały już wymienione, oferuje przede wszystkim spełnienie dwóch kardynalnych filarów: głównego wymogu demokracji parlamentarnej głównej potrzeby systemu władzy:

1. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie posiada autentycznego i sporego poparcia wśród wyborców,
2. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie jest fachowcem w dziedzinie, w której ma współstanowić prawa

Czy jest Panom znany jakikolwiek inny system, któryby obie te rzeczy gwarantował naraz w tym samym stopniu?

Dodatkow system ten dba o to, by wybrani posłowie byli czynni poczas kadencji, bo już od swej rejestracji muszą zadeklarować w której komisji będą pracować. Nie będzie ani jednego posła bez takiego "przydziału". Posłowie mogą udzielać się w wiącej niż w jednej komisji. Co oznacza - z punktu widzenia systemu powyższego - że kandydat deklarowałby jedną komisję, o miejsce w której  by się ubiegał. W razie jego wygranej, jeśli będzie istnieć okazja udzielania się także w innej komisji, to, jeśli ta inna komisja nie ma nic przeciw takiemu udziałowi, nie tylko nie będzie mu to bronione, ale wręcz mile widziane.

Cheers!!!

 
Zacząć od parlamentu
montsegur pon, 12 lut 2007, 11:57:27

„Fachowcem w demokracji jest ten, który jest lepszy w zdobywaniu władzy, łatwiej trafia do wyborców. Nie ma innego kryterium”

Co do trafiania do wyborców, to od kiedy profesjonalista w swej dziedzinie (np technicznej lub oświatowej) pozbawiony jest zdolności przekonywania? Po to są kampanie wyborcze, aby to właśnie robił. Natomiast w systemie tu proponowanym musiałby bardziej ograniczyć skłonność do demagogii, która jest tym większa im bardziej niekonkretnie kandydat przedstawia swoją rolę w sejmie. Co do tego, kto jest w demokracji fachowcem, to muszą przyznać, że jest to wyjątkowo niepochlebna ocena takiego systemu politycznego. Nie raz i nie dwa (również w tym Serwisie) ja również wypowiadałem się niepochlebnie o demokracji i zapewne niejeden raz to jeszcze zrobię. Istotnie, nasze dotychczasowe doświadczenia z demokracją w pełni uzasadniają, niestety, taki pogląd. Mogę dodać, że ten, który Ty przedstawiłeś, Rafi, i tak jest wyjątkowo oględny, bo podczas moich pobytów w Polsce słyszałem już takie „oceny”, że niejednego demokratę mogłyby przyprawić o dreszcze...”Innego kryterium” (tej „fachowości” w demokracji) trudno się doszukać często dlatego, że często nie staramy się nawet innego tworzyć. Wszystkie dotychczasowe systemy zdają się bowiem zmieniać zasady wyborów, kładąc nacisk na satysfakcję wybierającego (i to tę wyborczą satysfakcję), a nie na jakość wybieranego. Prawdą jest jednak, że tam, gdzie brak jakości wybieranego, tam i satysfakcja wybierającego ulatnia się nadzwyczaj szybko... Przytoczony przez Ciebie „wymóg”, by kandydat zamieszkiwał w okręgu przez np 5 lat jest tego kolejnym dowodem: znowuż kryterium przydatności kandydata ma być nie to, co sobą reprezentuje, ale gdzie mieszka i od ilu lat.  Efektem jest przy tym, że wielokrotnie wybory wygrywają kandydaci spoza okręgów. Czy teraz miarą swobody wyboru miałby być zakaz wybierania takich ludzi, nawet jeśli wyborcy życzą sobie ich wybrać?

Natomiast jak podzielić kraj na okręgi, nie jest żadnym „problemem”: z uwagi na charakter wyborów, podzielonoby kraj na okręgi o mniej więcej równej liczbie ludności, co oczywiście oznaczałoby, że jedne z nich byłyby powierzchniowo niewielkie, inne byłyby rozległe, z uwagi na rozmaitą gęstość zaludnienia oraz nierównomierne rozmieszczenie ludności.

Kwestia zaś „anonimowości posła” jest jest już tylko i wyłącznie winą samych wyborców: poseł nie musi być „anonimowy”. Wolno interesować się działalnością posła w sejmie, nic nie stoi na przeszkodzie. Jednak po bardzo krótkim czasie wyborcy na ogół nie tylko nie pamiętają ich nazwisk, ale często nawet już nie wiedzą ilu w ogóle posłów dany okręg posiada w sejmie... I dotyczy to tak posłów „miejscowych” jak i „spadochroniarzy”. Również w systemach jednomandatowych okręgów: w Australii takie istnieją od dawna (jeśli nie wręcz od początków jej państwowości).
Obecny system ma na celu nie przetworzenie elektoratu, ale zapewnienie, że w szranki stawać będą profesjonaliści w swoich dziedzinach, a nie dyletanci. Statystaki z krajów o demokratycznym „stażu” dłuższym niż Polska pokazują, że treści programowe prezentowane w kampanii stanowią ok 10% ogólnego wizerunku kandydata w oczach wyborcy. Częściowo powodem tego może być oczywiście fakt, że te treści programowe na ogół nie zajmują zbyt wiele miejsca w propagandzie wyborczej. Stąd właśnie tak trudno dokonać oceny kandydatów. Statystyki te unaoczniają jednocześnie, że sam elektorat nie sklasyfikuje kandydatów o ile w sukurs nie przyjdzie mu sama ordynacja. Już sama konieczność wyboru komisji, o mandat w której ubiegać się będzie przyszły poseł, „ustawia” go jako tego, od którego można teraz wymagać więcej konkretów w kampanii. Ale o tym już napisałem w artykule.

Cheers!!!

 
Zacząć od parlamentu
montsegur czw, 16 lip 2009, 01:55:51

Oto pełniejsza wersja tego artykułu
http://monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza/

Cheers!!!

---
Uwolnić Rudolfa, Zűndela, Frőlicha i Stolz!

 

Szukaj

Menu Użytkownika





Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń