Zacząć od parlamentu

wto, 6 lut 2007, 00:57:00

Autor: Michał Monikowski

Wiele już powiedziano i napisano o funkcjonowaniu Sejmu i Senatu. Wiele atramentu wylano też na ocenę ordynacji wyborczej. Od czasu do czasu następują jej zmiany, które zdają się niewielu satysfakcjonować. Proponowane są coraz to nowe rozwiązania, mające ulepszyć obecny system. Warto się jednak zastanowić nad kwestią ewidentnie umykającą uwadze reformatorów: nad kwestią rzeczywistego powodu braku zadowolenia pracą parlamentu. I od tej kwestii należy zacząć reformę.


W ogólnym zarysie system wyborczy wygląda tak: kandydaci startują w wyborach w swoich okręgach wyborczych (lub w okręgach, do których zostali wyznaczeni przez swoje partie). Głosowanie następuje w lokalach obwodowych komisji wyborczych i tam, po zakończeniu głosowania i po zamknięciu lokali, następuje pierwsze liczenie oddanych głosów. Po czym rezultaty głosowania spisuje się w protokole, podpisanym następnie przez członków komisji wyborczej. Protokół przesyłany jest następnie do komisji okręgowej, która też spisuje protokół, tyle że obejmujący wyniki głosowania we wszystkich obwodowych lokalach wyborczych danego okręgu. Powstaje kolejny protokół, który następnie wędruje do Państwowej Komisji Wyborczej w Warszawie, a ta podaje do wiadomości publicznej ostateczne wyniki wyborów. Ci z kandydatów, którzy uzyskali największą liczbę głosów w swoich okręgach, stają się posłami i senatorami. I nie byłoby w tym niczego dziwnego ani niestosownego, gdyby nie fakt, że ani wybrani parlamentarzyści (poza wyjątkami), ani tym bardziej ich wyborcy, nie mają wielkiego pojęcia o tym, czym konkretnie będą się ci ludzie zajmowali w parlamencie i w jakiej komisji sejmowej będą pracowali oraz czy się do jakiejkolwiek komisji tak naprawdę w ogóle nadają.

Ten negatywny rezultat spowodowany jest oczywiście faktem, że obecny system wyborczy bazowany jest na wyborczym regionalizmie oraz na podstawie politycznej oceny kandydatów, a nie na ich przydatności zawodowej do pełnienia funkcji posła lub senatora, funkcji polegającej w głównej mierze na opracowywaniu praw obowiązujących w poszczególnych dziedzinach życia politycznego i gospodarczego kraju. Kampanie wyborcze koncentrują się w związku z tym nie na przydatności i konkretnych umiejętności kandydatów, lecz na dosłownie czymkolwiek, co czyni ich osobami znanymi: mieliśmy już w Sejmie ludzi o znanych nazwiskach, ale małej przydatności do stanowienia praw.


Mieliśmy tam działaczy politycznych i związkowych, którzy zapewne byli dobrzy w wykłócaniu się o wyższe zarobki dla robotników czy w pisaniu artykułów politycznych i felietonów atakujących konkurencyjne partie polityczne. Mieliśmy tam nawet lokalnych działaczy „wypływających” dzięki obiecywaniu niezorientowanym wyborcom np. zadbania o remont lokalnej szkoły, jeśli ci ich wybiorą do sejmu. W praktyce „dobry” jest niemal każdy chwyt, by skupić na sobie zainteresowanie elektoratu i w ten sposób wyjść zwycięsko z tej swoistej „wolnoamerykanki” wyborczej. System taki z całą pewnością odpowiada idei awansu społecznego kandydatów oraz robienia przez nich kariery politycznej. Mamy jednak uzasadnione wątpliwości co do tego, czy równocześnie koresponduje on z aktualnymi potrzebami legislacyjnymi państwa, a zatem z potrzebami, których zaspokojenie stanowi naczelne zadanie parlamentu.

Obecny system parlamentarny jest bazowany na kombinacji zasady reprezentacji regionalnych z kryterium przynależności politycznej kandydatów na parlamentarzystów.

Ten pierwszy czynnik stanowi zaszłość historyczną z czasów, gdy poszczególne regiony, czy też – jak wówczas mawiano- „ziemie” kraju były w dużej mierze suwerenne suwerennością rządzących nimi rodów magnackich i szlacheckich. Szlachta zbierała się na całym szeregu lokalnych „sejmów” i „sejmików” (czyli „zebrań”), by tam radzić o lokalnych zagadnieniach i delimitacji wzajemnych interesów. Gdy przychodziło natomiast do radzenia w skali całej Rzczypospolitej, to wówczas na tych sejmach lokalni arystokraci wybierali reprezentantów spośród samych siebie i wysyłali ich do Piotrkowa na Sejm krajowy.

Ta zasada funkcjonuje nadal, tyle że oczywiście prawa wyborcze rozszerzone zostały na ogół obywateli. Jednak wiele się od czasów przedrozbiorowej Rzeczypospolitej zmieniło. Przede wszystkim nie ma już suwerennych regionów w Polsce, która nie jest nawet państwem federalnym i w którym nie ma już ani Sejmu Śląskiego ani nawet ograniczonej autonomii jakiegokolwiek regionu. A nie ma, bo ta niby „zregionalizowana” reprezentacja skupiona w Sejmie nie zamierza niczego takiego wprowadzić. System „reprezentacji regionów” staje się w coraz bardziej oczywisty sposób zwykłą fikcją. Jednym (choć nie jedynym) z przejawów owej fikcji jest dobór kandydatów na „posła danej ziemi”... spoza tej „ziemi”.

Kiedyś opozycja demokratyczna w PRL wytykała rządzącej PZPR zwyczaj t.zw. przywożenia kandydatów „w teczkach” z Warszawy. Tymczasem już w pierwszych demokratycznych wyborach do Sejmu i Senatu z roku 1989 to „Solidarność” wystawiając swoją reprezentację, tę ówczesną t.zw. „drużynę Lecha” (Wałęsy) złożyła jej skład w dużej mierze właśnie z ludzi „przywiezionych w teczkach” do poszczególnych regionów i nie wywodzących się z nich w ogóle, a nawet nie mających jakichkolwiek związków z nimi. Tak np Adam Michnik startował wtedy z... Bytomia na Górnym Śląsku, a z Katowic (na senatora) Andrzej Wielowieyski z Warszawy. Jedynym bodaj związkiem Andrzeja Wielowieyskiego z Katowicami było to, że czasami jego artykuły publikowane były na łamach katowickiego „Gościa Niedzielnego”. A to i tak były związki „o całe niebo” silniejsze od „związków” Adama Michnika z Bytomiem. Jednak faktem pozostaje, że kandydaci spoza regionów często wygrywają wybory, dokładnie tak jak wówczas wygrali je Wielowieyski i Michnik. Obecnie zwyczaj „przywożenia kandydata w teczce” wcale nie jest w zaniku. Wręcz przeciwnie: jest on rozpowszechniony dokładnie tak jak kiedyś „za komuny”, tyle że na ogół nie używa się już określeń typu „przywieziony w teczce”.

Przykłady powyższe same pokazują dowodnie, że dobór posłów na zasadzie regionalnej już się przeżył. Tym bardziej, że o wyborze posła na Sejm decydować mają przecież jego umiejętności, a nie fakt pochodzenia z jakiegoś regionu i zamieszkiwania w nim. Zwyczaj ten dodatkowo jeszcze godzi w zasadę równości wyborów, bo oznacza on, że głosy wyborców wcale nie są równe wobec siebie. Niejednokrotnie bowiem wybrani zostają kandydaci uzyskujący stosunkwo niską liczbę głosów, gdy w tym samym czasie gdzie indziej „przepadają” osoby legitymujące sią znacznie większym poparciem wyborców.

Natomiast posadowienie systemu wyborczego na „geografii partyjno-politycznej” jest zagadnieniem zupełnie innym. Nie można się spodziewać, że owa „geografia partyjna” zaniknie, bo nie znikną w systemie demokratycznym partie polityczne ani ich decydujący udział w wystawianiu i lansowaniu kandydatów na posłów i senatorów. O ile jednak „regionalizm wyborczy” jest jedynie przeżytkiem, sprytnie manipulowanym (to wykorzystywanym, to znów omijanym) przez partie polityczne, to z kolei upartyjnienie całego systemu ordynacji wyborczej (ba, nawet samego indywidualnego aktu wyborczego!) stało się niemal zarazą tego systemu, doprowadzając do tego, że o dostaniu się do Sejmu decydują nie tyle indywidualne umiejętności, wiedza i mądrość kandydata, ale jego „plecy” partyjne. Pod tym względem niewiele się zmieniło od czasów „komuny”. Jedyna istotna różnica polega tu na tym, że zamiast jednej „komuny” decydującej, jest takich „komun” zatrzęsienie, a wszystkie postępują pod tym względem w sposób zbliżony do siebie.

Przyłożenie tak wielkiej wagi na „pochodzenie polityczne” kandydata przy jednoczesnym pomijaniu tego, jakie umiejętności on (lub ona) sobą reprezentuje, jest niemal tym samym, co wybieranie go ze względu na jego „pochodzenie wyznaniowe” - też przy niebaczeniu na wiedzę i umiejętności.

Poza tymi dwoma czynnikami mamy do czynienia z jeszcze jednym. Pragnąc stworzyć system wyborczy jak najbardziej odpowiadający potrzebom swoich krajów, politycy i prawnicy głowią się nad tym, czy lepszy jest system „proporcjonalny” czy „większościowy”. Pojawiła się, coraz popularniejsza, koncepcja „Jednomandatowych Okręgów Wyborczych” (JOW), CBOS opublikował swego czasu już nawet wyniki ankiety temu poświęconej. Nie umniejszając niczym znaczenia ani dyskusji na ten temat ani znaczenia samego problemu, warto jednak dodać, że żadne takie rozwiązanie nie dotyka najważniejszej kwestii całej sprawy.

Autorzy pomysłów mają sporo racji, wskazując na kwestie powszechności, równości, bezpośredniości oraz proporcjonalności wyborów. Nie dotykają oni natomiast tego, co najważniejsze: przydatności kandydata do pracy nad stanowieniem prawa. Wierzymy, że im lepszy „rzemieślnik”, tym lepszy będzie jego „produkt”. Szarpanie się o nową ordynację wyborczą ma sens tylko wtedy, gdy zapewni ona dobór najlepszych posłów. Wszelkie inne kwestie nie rozwiążą tutaj absolutnie niczego. Pragnienie zmian jest samo w sobie reakcją na kiepskie rezultaty pracy parlamentu. Czemu zatem zastępować stare, nieefektywne rozwiązania nowymi, równie nieefektywnymi? Czy po to, aby po jakimś czasie zamieniać je znowu na inne... przynoszące tak samo mierny efekt?

Co zatem można zrobić, aby - nie rezygnując z demokratycznej zasady praw wyborczych – zreformować obecną ordynację tak, aby wybierać przede wszystkim fachowców do parlamentu, który niechby się już wreszcie dzięki temu stał „kolegium ekspertów”, zamiast być jedynie coraz bardziej pożałowania godnym „jarmarkiem partyjnym”?

Można zrobić jedno: przesunąć posadowienie systemu z regionalnego na ogólnokrajowy, a kryterium doboru parlamentarzystów z partyjnego na zawodowe. Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie „jak to zrobić?” I na to pytanie też mamy odpowiedź: poprzez zmianę wyboru posłów „w ciemno” do Sejmu na wybór ich bezpośrednio do danych komisji sejmowych.

Obydwa te elementy nowego, zreformowanego systemu (czyli profesjonalizm i ogólnokrajowość) są zresztą nieodłączne: nie można wprowadzać kryterium zawodowego przy jednoczesnym regionalizmie, bo byłoby to niepraktyczne. Gdyby bowiem zechcieć te dwie różne zasady ze sobą połączyć, to liczba kandydatów obsadzających wszystkie komisje sejmowe w każdym regionie byłaby zbyt wielka, by umożliwiała ona sprawny wybór. Postawienie zatem na kryterium zawodowe po prostu zmusza do skierowania się w stronę ogólnopolskiego wyboru, kosztem niepraktycznej i coraz bardziej manipulowanej zasady regionalnej, spoza której coraz jawniej wyziera interes partyjny.

Wybór zatem jest tutaj następujący: albo dobór zawodowców w skali ogólnokrajowej, albo iluzja regionalizmu (który dla autonomii regionów i tak nic nie robi) i wszechobecny interes partyjny. Na obecnym etapie nie mamy najmniejszej wątpliwości co do tego, która z tych zasad powinna otrzymać pierwszeństwo.

A co daje nam taką niezachwianą pewność, że zreformowana ordynacja zaowocuje – by się „brzydko” wyrazić – lepszym „materiałem poselskim”? To, że wybór bezpośredni do komisji sejmowej zmusi kandydatów do przedstawienia swego własnego dorobku zawodowego jako jedynego argumentu na rzecz jego wyboru, w miejsce niekończących się filipik i partyjnej demagogii, która – w braku rzeczywistych argumentów – przynajmniej daje kandydatowi „ersatz” propagandowy, dzięki któremu ma on w ogóle coś do opowiadania podczas swoich spotkań wyborczych. Bez tego ersatzu bądzie musiał on po prostu mówić więcej o sobie i swoich osiągniąciach zawodowych, swoim doświadczeniu i dorobku, pamiętając, że jego bezpośredni oponenci staną wobec takiej samej konieczności i wobec tego również postawią na jedną kartę – kartę własnych zasług, bo innej karty mieć po prostu nie będą.

Będą oni nadal wystawiani w większości przez partie polityczne, ale „amunicja” stosowana przez nich w walce wyborczej zmieni się jakościowo na lepsze – zmuszając w końcu establishment polityczny do wystawiania kandydatów wartościowych pod względem zawodowym, a nie jedynie według partyjnych układów. Zlikwidowany zostanie równocześnie wynikający z regionalizacji wyborów element nierówności głosów wyborczych, gdyż oddane na kandydatów głosy liczone będą w skali ogólnokrajowej. Zasada doboru parlamentarzystów według ich umiejętności przyczyni się zatem do likwidacji praktyki istnienia „równych i równiejszych” ze względu na uzyskaną liczbę głosów. Obecny system pozwala jednak nie tylko na istnienie „równych” czy „równiejszych”. Wiemy, że mamy nawet „najrówniejszych”. Przypatrzmy się temu bliżej. Ustęp 1 artykułu 133 ordynacji wyborczej przewiduje:

„W podziale mandatów w okręgach wyborczych uwzględnia się wyłącznie okręgowe listy kandydatów na posłów tych komitetów wyborczych, których listy otrzymały co najmniej 5% ważnie oddanych głosów w skali kraju.”

Nie byłoby w tym zapewne niczego dziwnego, ale już w ustępie 1 następnego artykułu, 134, tworzy się wyjątki od tej reguły:

„Komitety wyborcze utworzone przez wyborców zrzeszonych w zarejestrowanych organizacjach mniejszości narodowych mogą korzystać ze zwolnienia list tych komitetów z warunku, o którym mowa w art. 133 ust. 1, jeżeli złożą Państwowej Komisji Wyborczej oświadczenie w tej sprawie najpóźniej w 5 dniu przed dniem wyborów.”

Czyli na tych kandydatów w ogóle mało kto może głosować, a do parlamentu wejdą i tak... I wystarczy im do tego, że będą np. „dobrymi Niemcami” czy „dobrymi Białorusinami”. W trosce o właściwy dobór parlamentarzystów, ta ostatnia zasada musi zostać natychmiast unieważniona. I to nie dlatego, że chodzi o osoby innej narodowości niż polska. Lecz dlatego, że zasada ta przedkłada niepolskie pochodzenie narodowe kandydata ponad jego umiejętności – a co za tym idzie – ponad jego wartość jako konstruktywnego współtworzyciela praw w tym kraju.

Przecież nie istnieje w ordynacji jakikolwiek artykuł czy ustęp mówiący o specjalnym uprzywilejowaniu np mniejszości religijnych, których reprezentanci mieliby gwarantowane mandaty nawet, jeśli ta mniejszość nie przekracza 5% populacji. Nikt nie próbuje nawet ustalać „proporcji”, według których przyznawanoby mandaty członkom KEA czy KER albo mniejszości islamskiej. Tak samo, jak nikt nie rezerwuje specjalnie mandatów dla Zydów (obojętnie już czy traktowanych pod względem religijnym czy rasowym). Ustalanie tego rodzaju zasad z pewnością przekroczyłoby wszelkie granice rozsądku. Dlaczego zatem utrzymywać je wobec mniejszości narodowych?


Nie mamy niczego przeciw temu, by również osoby o korzeniach innych niż polskie udzielały się w pracach polskiego sejmu i senatu. Niechaj jednak wchodzą tam jako dobrzy eksperci, a nie jako „dobrzy nie-Polacy”. Ta sprawa zresztą ma swój szerszy wydźwięk, jeśli chodzi o kwestie praw mniejszości w Polsce. Nie wątpimy, że w razie upowszechnienia niniejszego postulatu, pojawią się pod jego adresem głosy krytyczne, zarzucające mu „nacjonalizm”, „ksenofobię” czy wręcz „rasizm”. O tym, że zarzuty takie byłyby co najmniej niepoważne, można się łatwo przekonać, przyglądając się bliżej stanowi obecnemu. Bardzo często zdarza się, że gdy przedstawiciele mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie zgłaszają postulat ustawienia w ich miejscowościach tablic z dwujęzycznymi ich nazwami (polską i niemiecką), są oni atakowani publicznie, a na ich postulatach przysłowiowej „suchej nitki” nie pozostawiają właśnie ci, którzy co chwila podkreślają konieczność „walki z ksenofobią”... Innymi słowy: dawanie pierwszeństwa kandydatowi na posła, bo jest Niemcem, jest „dobre”, bo takie „tolerancyjne” i „nie-ksenofobiczne”, ale jakby np. na tablicy z nazwą „Strzelce” pojawiła się obok również nazwa „Strelitz”, to już tu się kończy upodobanie dla tolerancji, a ksenofobia przybiera wręcz na sile...
O co zatem chodzi w naszym postulacie? O to, by pochodzenie etniczne kandydata nie miało znaczenia przy jego wyborze do parlamentu, a kryterium tego wyboru spoczywało wyłącznie na jego przydatności do pracy w tym organie ustawodawczym, obojętnie jakie będzie miał on rysy twarzy oraz oczy skośne w obojętnie którą stronę... oraz aby jednocześnie mniejszości miały możliwość korzystania, w miejscach swych skupisk, z własnego dorobku kulturowego, którego częścią jest między innymi nazewnictwo. Zależy nam bowiem zarówno na prawach mniejszości etnicznych jak i na tym, aby położyć kres gwarantowanemu obecnie ustawowo marnotrawstwu mandatów poselskich przyznawanych za pochodzenie zamiast za zasługi.

Przyjrzyjmy się zatem jak, w skrócie, wyglądać miałyby poszczególne etapy walki o mandaty parlamentarne. Nie wprowadzają one żadnej komplikacji w stosunku do systemu obecnego, natomiast dają szereg nowych i istotnych korzyści:

  1. Wyłanianie kandydatów. Partie polityczne i inne organizacje czynią to, co zawsze, z tą wszakże różnicą, że zwracają większą niż dotychczas uwagę na osiągnięcia zawodowe kandydata, co stanowi już pierwszą bezpośrednią korzyść nowego systemu.

  2. Rejestracja wyłonionych kandydatów. Według obecnie obowiązującej ordynacji, każdy kandydat ma prawo ubiegać się tylko o jeden mandat i tylko z jednego okręgu wyborczego. Nowy system dokłada jeszcze jeden warunek: tylko do jednej komisji sejmowej, co oznacza, że kandydat decyduje się ubiegać o mandat w tej komisji, do pracy w której uważa się za przygotowanego najlepiej. To już druga bezpośrednia korzyść płynąca z nowego systemu.

  3. Kampania wyborcza. Kandydaci prowadzą kampanię mając na uwadze, że o ich wyborze decydować będzie w nieporównanie większym stopniu ich własny dorobek zawodowy niż dotychczas. Będą zmuszeni do koncentrowania się na nim właśnie, co stanowi trzeci już zysk nowego systemu. Spotęgowany będzie on dodatkowo faktem, że konkurentami jego będą nie tylko inni kandydaci z tego samego okręgu, ale także kandydaci startujący gdzie indziej w Polsce. Stąd wypływa kolejna korzyść: koncentracja na własnych osiągnięciach zmniejszy stopień stosowania „propagandy negatywnej” wobec konkurentów – będzie na to mniej czasu, tym bardziej, że wielu kontrkandydatów będzie mu nieznanych, w związku z czym nie może on ich nawet zbytnio atakować. Nie łudzimy się, by dało się negatywne elementy walki wyborczej całkowicie zlikwidować. Pozostaną one i będą niemniej zażarte, ale zmniejszy się ich ilość. Inne jeszcze korzyści – tym razem dla wyborców – będą te, że w ten sposób lepiej będą mogli poznać swoich kandydatów oraz stopniowo lepiej zaczną się także orientować w zadaniach parlamentu i problemach przezeń rozstrzyganych.

  4. Wybory. Wyborcy będą głosować w swoich okręgach wyborczych. Procedura samego głosowania nie ulegnie zmianie. Mając znaną sobie liczbę kandydatów, wyborcy głosować będą przyznając swoje preferencje. Zmianie ulegnie natomiast podliczanie oddanych głosów. Po uzyskaniu od okręgowych komisji wyborczych rezultatów głosowania w okręgach, Państwowa Komisja Wyborcza ustali ostateczne wyniki wyborów, zestawiając wyniki ogólnokrajowe dla każdej z komisji sejmowych z osobna. Wynikająca z tego ogólnopolskiego podliczania głosów dodatkowa korzyść polegać będzie na tym, że w odróżnieniu tak od obowiązującej ordynacji jak i innych istniejących propozycji, w sposób nie podlegający żadnej możliwej wątpliwości zostanie zachowana– a właściwie dopiero tak naprawdę zostanie wprowadzona – zasada równości wszystkich oddanych głosów w skali całego kraju.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20070202095707539