Realizm - idealizm w kontekście odejścia o. Bartosia

wto, 13 lut 2007, 00:37:58

Autor: Jacek Lehr

Tekst ten jest próbą odpowiedzi na pytania i polemiczne tezy odnośnie artykułu o ojcu Tomaszu Bartosiu uczestnika naszego portalu, Jerzego. Ponieważ treści tych nazbierało się sporo i mocno odbiły one od dyskusji na temat odejścia z zakonu ojca Bartosia, pozwalam sobie uszeregować je i zaprezentować jako osobny materiał. Kursywą oznaczam polemiczne wypowiedzi Pana Jerzego.

Jednocześnie gorąco zachęcam wszystkich czytelników do zapoznania się z świetną rozprawką anonimowego autora naszego portalu pt. „Myśl czy byt?”, która jest koniecznym tłem dla naszej dyskusji o filozofii w Kościele.

Czy można kogoś kochać nie będąc wolnym? A jeśli tak, to jakiego rodzaju jest to miłość? Czy może jednak to wolność zakłada możliwość miłości i pod tym względem jest ważniejsza, bardziej podstawowa?

To spór średniowieczny (franciszkanie kontra dominikanie). Współczesna filozofia realistyczna przełamała tę opozycję, bo jest ona pozorna. Istota ludzka została powołana z miłości i do miłości. Wolność jest wbudowana w akt miłości, ale nie jest celem samym w sobie. Wolność jest celowa. O wartości absolutnej mówimy wtedy, gdy taka wartość jest celem samym w sobie.

Pytamy więc o kondycję wolności. Jej analiza pomoże nam odpowiedzieć na pytanie, czy wolność jest prymarna. Żeby ją dobrze zrozumieć, trzeba by przypatrzeć się relacji pomiędzy wolnością a zależnością. Proszę zadać sobie pytanie: czy można się rozwijać będąc zależnym. Okazuje się, że jest to czasami najszybsza droga rozwoju. Nie tyle ważne jest zatem pytanie, czy jesteśmy zależni, ale od kogo jesteśmy zależni. Gdy odkryjemy, że zależność od kogoś szlachetnego rozwija nas, możemy dojść do wniosku, że istotnie zawsze od kogoś i od czegoś zależymy. Konsekwencje naszych wyborów zawężają ich pole do minimum. Presja ciążenia i uwarunkowań jest tak duża, że pozostaje nam się rozwijać w odpowiednich zależnościach lub skazać się na brak rozwoju, do unicestwienia włącznie, kiedy to będziemy pozbawieni wyboru - jako istota żyjąca, gdy sprzyjające nam zależności wykluczymy. Nasuwa się taka przenośnia: człowiek wychodzi z domu, gdy spadają bomby. Ma swoją przestrzeń wolności, ale ograniczył swoje dobro, bo skazał się na śmierć. Był to jego ostatni wybór. A zatem nie możemy ograniczać mówienia o wolności do jej potocznego rozumienia, ponieważ zawsze jesteśmy zależni. Dlatego niektórzy filozofowie widzieli ostateczną wolność w wyborze śmierci.

Ten wniosek implikuje następny. Wolność w potocznym rozumieniu to wolność zewnętrzna. Jest to taki obszar wolności, który jest obojętny dla naszej egzystencji, poza wszelakimi konsekwencjami albo zależny od nich, ale nie na tyle, by uniemożliwić nam działanie.

O wiele istotniejsza jest wolność wewnętrzna, czyli dramat związany z wyborem dobra. Nie wyzbyty z zależności, dylematów, własnych przemyśleń, autentycznie nasz. Ale zawsze w odniesieniu do wyboru dobra, wybór zła bowiem nie będzie już wolnością wewnętrzną. Wybór zła jest wolnością w akcie. Ale wolność ta - uwikłana w momencie wyboru - w zależność od zła, samounicestwia się.

Bill Clinton, prezydent USA, w swojej autobiografii tak tłumaczył uwikłanie się w druzgoczący jego karierę romans z Moniką Lewinsky: zrobiłem to z najbardziej podłego motywu: bo można tak było zrobić.

Współczesne ideologie primo - podniosły samą możliwość do rangi absolutnego dobra; secundo – rozmyły granicę pomiędzy możliwym a niemożliwym. Koncepcja umysłu została atrybuowana mocą sprawczą na pograniczu magii. Bohaterowie popkultury mają właściwości nadprzyrodzone.

Jest to temat nadzwyczaj interesujący. Boleję nad tym, że kulturowa presja tak pochopnie ucina refleksję nad wolnością.

Wydaje mi się, że źle się dzieje, gdy instytucjonalny Kościół ogranicza wypowiedzi ludzi, którzy mają odwagę myśleć. Chyba nie chodzi nam o to (piszę to jako katolik), aby wszyscy myśleli tak samo. Niestety, Kościół boi się ludzi, którzy głoszą sądy, które podważają jego autorytet albo godzą w coś, co jest powszechnie przyjęte. Wystarczy spojrzeć na poziom studiów nad pismami Karola Wojtyły i Jana Pawła II: jeśli ktoś wyrazi jakieś uwagi, jest "potępiony". (patrz "Znak" 9/2006, tekst o artykule Bartosia).

Nie zgodziłbym się z Panem. Kościół polski jest nadzwyczaj pluralistyczny. Oczywiście znowu rozróżniłbym pluralizm od swawoli intelektualnej. Pluralizm to taka swoboda myślenia, której centrum stanowi troska o dobro i o prawdę.

Jak odróżnić swawolę od swobody myślenia? Swawola poprzestaje na krytyce i negacji. Swoboda intelektualna zasadza się na afirmacji i poszukiwaniu wniosków.

Swoboda myślenia charakteryzuje się pewną dyscypliną intelektualną. Jej istotą jest zdolność do podporządkowania pracy umysłu miłości. Jest to w swej istocie prymat osoby na skutecznością. Inteligencja ludzka ma tendencję do depersonalizacji wysiłku umysłowego albo inaczej mówiąc, wykluczenia z centrum jego zainteresowania osoby ludzkiej. Koncepcje na temat osoby przedkłada się nad dobro osoby. Współdziałanie teologów (bo o nich Pan pisze w swojej wypowiedzi) z magisterium Kościoła ma na celu ciągłe sytuowanie osoby – boskiej i ludzkiej – w centrum myśli teologicznej.

Nie każda krytyka jest równie dobra jakościowo. W przytoczonej przez Pana dyskusji wszelką krytykę uznano za dobrą, wszelki autorytet za zły (por. kwestię zależności), wszelkie koncepcje teologiczne za równe głębi właściwej papieskim adhortacjom i encyklikom. Nie przedstawiono zaś alternatywy dla nauczania papieskiego.

Podporządkowanie umysłu miłości nigdy nie będzie złem, gdyż właściwym zadaniem umysłu jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co jest prawdziwym dobrem – przedmiotem miłości. Umysł jest przyporządkowany miłości do osoby. Każde odwrócenie wysiłku umysłu od dobra osoby (dobra wspólnego, jako sumy dobra osób) będzie miał coś z inteligencji szatana, który jest zainteresowany wyłącznie skutecznością.

Czy dziwi nas to, że Bartoś wykładał? Mnie nie dziwi, gdyż był jednym z niewielu ludzi, którzy twórczo odczytują myśl Tomasza z Akwinu w Polsce. Po prostu boimy się wszelkiej nowości, która może zburzyć naszą wizję świata.

Ja się nie boję nowości – cenię je wysoko. I właśnie dlatego odkładam Bartosia na górną półkę. Bartoś powtarza tezy filozoficzne początku ubiegłego wieku. Jego punkt widzenia – delikatnie mówiąc – jest mocno przykurzony. Na świecie obserwujemy renesans głównych wątków myśli Tomaszowej w wersji odbijającej od idealizmów, które w XX w. wieku skompromitowały się.

I do tego nie można zapominać, że Tomasz był arystotelikiem, ale i platonikiem (czytaj idealistą).

Nie - Tomasz nie był platonikiem ani idealistą.

Czy z tego powodu, że Bartoś skłaniał się w stronę idealizmu (o ile to prawda - nie potrafię tego zweryfikować) wystarczy, aby go oskarżać o psucie młodych umysłów?

To, że się zwracał w stronę idealizmu, to pół biedy. Bartoś jednak ulegał ciśnieniu „mody na idealizm”. Chciał być kulturalny i modny. Dlatego szedł na kompromisy, które filozofowi nie przystoją. Należy być komunikatywnym i kreatywnym, lecz nie za cenę konformizmu.

Ci młodzi mnisi są jak młodzież w okresie dojrzewania. Nie można jej zaproponować wszystkiego do wyboru w myśl hasła wybierz sam, co ci pasuje, co lubisz. Doświadcz wszystkiego, posmakuj. Ich autonomia domaga się kształtowania. Po to idą do zakonu, żeby ukształtować swoją wolność intelektualną. Zanim samodzielnie będą dokonywać wyborów, trzeba, żeby poznali smak klasyki i tej szkoły myślenia, która wydała tak wybitne umysły, jak Arystoteles, św. Tomasz czy współczesny nam ojciec M.D. Philippe albo ojciec Pinckaers.

Czy z tego powodu, że św. Augustyn opowiedział się za Platonem, powinna mu być "odebrana" świętość.

Św. Augustyn był szczeblem wielkiej filozoficznej ewolucji inspirowanej potrzebami chrześcijaństwa. Nie mógł od razu wyrwać osoby ludzkiej z tej greckiej jedni, kosmogenicznej całości, charakterystycznej dla myśli Platona. Zakorzenił go więc strukturze myśli idealistycznej. Augustyn przynależał do świata starożytnego, w którym poczynił wyrwy i położył podwaliny pod myśl realistyczną w wydaniu średniowiecznym. Wydaje mi się, że tak należałoby odczytać Augustyna jako filozofa. Nie w opozycji do Tomasza, ale jako jego antenata.

To prawda, że Bartoś nie jest genialnym filozofem, ale jest człowiekiem, który czyta i to książki różne (oczywiście filozoficzne), ale to raczej nie zarzut. Po drugie, Tomasza poglądy też były potępione. A po trzecie, Tomasz był człowiekiem, który też czytał wszystko, co miał. Żył przed Kantem i Lutrem, dlatego tak do końca nie wiemy, co by głosił, gdyby żył obecnie. Może byłby fenomenologiem?

Różnica między jednym a drugim polega na tym, że św. Tomasz formułował wnioski, a ojciec Bartoś nigdy nie dojdzie do obiektywnych konkluzji, bowiem wątpienie jest dla niego ważniejsze.

Kolejny zarzut dotyczy tego, że dominikanie są powołani do pielęgnowania myśli realistycznej. Ciekawe, bo do tej pory myślałem, że do poszukiwania i głoszenia prawdy.

Prawda w porządku filozoficznym to jest zgodność z rzeczywistością. Stąd w charyzmacie dominikańskim powołanie do pielęgnowania tradycji realistycznej. Ta tradycja nie jest skamieliną scholastyczną. Filozofia realistyczna jest gałęzią nie historyczną, ale kierunkiem filozoficznym, żywym i plastycznym.

A któż wie, co to jest prawda??

Oczywiście ma Pan prawo powątpiewać w istnienie prawdy. Zakon dominikański z ogromnym szacunkiem odnosi się do prawdy i do ludzkiego umysłu. Umysł ludzki jest tak wspaniały (stworzony na obraz i podobieństwo Boże), że może poznać prawdę.

A gdyby brakowało ludzi, którzy nie boją się myśleć (na całe szczęście tacy są, ale niestety z Kościoła odchodzą), to wtedy nauka (w tym teologia) stoją w miejscu, a za nimi cała kultura.

Skąd to przeciwstawienie ludzkiego myślenia prawdzie? Czyż nie jest to obawa przed utratą niezależności (nie mylmy jej z wolnością). Tak, pańska intuicja jest trafna. Gdy nie jest się posiadaczem prawdy to jest się przez nią posiadanym i traci się NIEZALEŻNOŚĆ. Ale wychodząc z zależności od prawdy popada się w jeszcze gorszą niewolę od nieprawdy - niezgodności z rzeczywistością teologiczną (opiera się na objawieniu), naukową (wspartą dowodami naukowymi), kulturą (warunkuje ją wolność artysty), filozoficzną (opiera się na przewodzie rozumowym).

Dokonałem tych rozróżnień, ponieważ myśl ludzka przejawia się w tych czterech aspektach i całkowite zmieszanie ich, niezdolność do rozróżnienia metody poszczególnych dyscyplin może prowadzić do opłakanych skutków.

Niestety, ale w naszym kraju teologia jest na bardzo marnym poziomie i gdyby nie było Hryniewicza i Węcławskiego, to nie byłoby czego czytać. (Jest to pewne nadużycie z mojej strony, ale mam nadzieję, że idea myśli zostanie właściwie uchwycona).

Jest to nadużycie zarówno w idei, jak w jej ucieleśnieniu. Każdy ma swoich ulubionych autorów. Ja przepadam za pracami ojca Juliusza Synowca i ojca Wojciecha Giertycha. Są naprawdę znakomite.

Niestety większość ludzi ma pewne słabości i nie jest doskonała, ale to nie powód, aby ich jednoznacznie oceniać, nie wgłębiając się w ich sytuacje i doświadczenie.

Nie oceniam osób ani tym bardziej charakteru ich uwikłania. Analizowałem teksty ojca Bartosia i nie zgadzam się z jego poglądami. Uważam, że jego wystąpienie z zakonu i zanegowanie nauczania Kościoła było konsekwencją niespójności filozoficznej, w jaką popadł.

Takie sytuacje jak z Bartosiem i Obirkiem powinny pobudzać do żywej, pełnej zrozumienia dyskusji, a nie do niepotrzebnego oskarżania się.

Współczucie dla tych kapłanów jest oczywiste. Pozostają w sercu Kościoła przez chrzest i kapłaństwo. Swoją refleksję poświęciłem jednak wiernym i i ich współbraciom w konsekracji, którzy być może – przez ich postępowanie - są daleko bardziej zranieni niż oni sami.

Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego

Myśl czy byt?

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20070209003758498