Zabobon w imię rozumu - cz. 2

pon, 14 maj 2007, 17:10:00

Autor: Maciej Pasternak

- Ten dureń chce wywrócić całą naukę astronomii – miał powiedzieć Marcin Luter na temat hipotezy Kopernika, co zostało zapisane w „Mowach stołowych”. Zwolennicy racjonalizmu i materializmu słowa te przytaczają jako przykład „obskuranckiej reakcji kleru”.

Nawet jednak jeśli Luter tak powiedział – mowy stołowe były zapisane przez przyjaciół Lutra i nie miały jego autoryzacji, ale przyjmijmy, że rzeczywiście takie słowa padły – to zostały wypowiedziane nie oficjalnie, na forum publicznym, tylko do przyjaciół, w zaciszu domowym, „między zupą a drugim daniem” lub jak kto woli między piwem a zakąską (Luter wódki nie pijał). W istocie więc temat został przez teologów zignorowany. Nie ma też śladów jakichś poważniejszych reakcji naukowców. Drugie wydanie opublikowane zostało dopiero po ponad dwudziestu latach, a trzecie po kolejnych pięćdziesięciu. Dzieło poza wąskim kręgiem specjalistów nie zyskało więc poważniejszego oddźwięku, a i tu zostało po prostu przyjęte do wiadomości.

Reakcje

Żeby zrozumieć przyczyny takiego obojętnego stosunku do „rewolucyjnej” teorii trzeba wiedzieć, że nauka średniowieczna była znacznie mniej zdogmatyzowana od współczesnej. Między religią a nauką istniał ścisły podział zadań. Twierdzeniami niepodważalnymi zajmowała się ta pierwsza. Nauka – jak długo nie wchodziła na pole twierdzeń religijnych – miała pełną swobodę. A dogmatyka katolicka była wówczas w powijakach. Większość znanych dziś twierdzeń dogmatycznych sformułowano dopiero na Soborze Trydenckim. Można zaryzykować tezę, że pierwszą poważniejszą próbę usystematyzowania i w ogóle stworzenia dogmatyki katolickiej podjęli Marcin Luter i Filip Melanchton. Nie neguję tu wkładu innych teologów, ale odbiór ich dzieł ograniczał się do kręgu specjalistów i był "głosem w dyskusji", dopiero Confessio Augustiana, a potem Duży i Mały Katechizmy oraz Artykuły Szmalkaldzkie i Forumuła Zgody ujęły te kwestie w formę spójnego systemu twierdzeń dostępnych dla wszystkich - nie w chodzę tu w kwestię prawdziwości owych twierdzeń.
Do tego momentu Magisterium Kościoła zajmowało się bardziej określaniem, co nie jest prawowierne, niż sprecyzowaniem co jest. Taki system myślenia widać także w Konstytucjach Soboru Trydenckiego, które ujęte w formie negatywnej, karnisycznej, mówiąc co nie jst prawowierne zakreślają nieprzekraczalne granice tego, co to znaczy być rzymskim katolikiem, a jednocześnie zostawiają olbrzymie pole do swobody interpretacji.
Była to konieczna konsekwencja swobody myśli jaka panowała w średniowiecznym Kościele. Swobody prowadzącej nieraz do odstępstw i absurdalnych teorii. W Apologii Konfesji Augsburskiej Melanchton wspomina o twierdzeniu jednego z ówczesnych teologów wyszczególniającego bodaj piętnaście rodzajów łaski Bożej.
W tym myślowym grochu z kapustą kolejne „szalone” twierdzenie przeszło w zasadzie bez echa.
Do czasu.

13 grudnia 1545 roku, pięć lat po publikacji „De revolutionibus”, w Trydencie rozpoczął się Sobór. Dwie decyzje tego soboru mają dla naszej historii znaczenie pierwszorzędne:
1. uznanie tomizmu za fundament doktryny katolickiej,
2. utworzenie Indeksu ksiąg zakazanych.

Pierwsza decyzja zamknęła przynajmniej formalnie trwający od XIII wieku spór między tomizmem a augustynizmem, który w ostrej formie znalazł wyraz w wystąpieniu Lutra. Jednocześnie jednak ściśle powiązał doktrynę Kościoła z nauką. Od tej pory ambicją środowisk racjonalistycznych będzie podważanie kluczowej tezy tomizmu mówiącej, że prawdy wiary da się wyprowadzić rozumowo. Zwolennicy materializmu dążyć będą do wykazania, że nauka nie potwierdza prawd wiary.

Druga decyzja miała związek bardziej z walką z ruchem reformacyjnym, ale wpłynęła też na kwestię sporu z materialistami.

Od tego momentu kwestia obrazu świata będzie się ściśle wiązała z doktryną Kościoła Rzymsko-Katolickiego.

W środowiskach protestanckich, mimo pierwszych niechętnych wypowiedzi na temat teorii Kopernika, do takiej sytuacji nie doszło. Pełnię praw obywatelskich uzyskała tu bowiem zasada Ockhama, który w początkach XIV wieku stwierdził, że jedynym realnym bytem jest Bóg - wszystko, co da się wywieść bezpośrednio od Boga jest prawdą, a reszta to czcze spekulacje. Była to inna forma wyrażonego przez Augustyna zdania: Chcę znać tylko Boga i duszę. Nic więcej? Nic więcej.

Skoro wszystko poza Bogiem i tym, co bezpośrednio z Niego wynika, to czcze spekulacje, zatem żaden szanujący się teolog nie będzie wnikał w to, czy Słońce krąży wokół Ziemi, czy odwrotnie. Teologia protestancka wyraziła całkowity brak zainteresowania problemem. Szczególnie, że znaczną część protestantów stanowili żeglarze, a ci na co dzień zarówno gołym okiem jak i za pomocą przyrządów mogli sprawdzić co krąży wokół czego.

Beczka prochu

Przełom XVI i XVII wieku w Europie, to prawdziwa beczka prochu. Spory teologiczne i światopoglądowe nakładają się na coraz bardziej skomplikowaną sytuację polityczną i społeczną. Z jednej strony rosną nowe imperia, jak choćby znajdująca się u szczytu chwały Rzeczpospolita, czy rozwijająca się coraz szybciej Anglia oraz Szwecja. Z drugiej istniejące potęgi walczą o utrzymanie swojej pozycji jednocześnie szarpiąc się między sobą, jak imperium Habsburgów, obejmujące posiadłości Niemiec i Hiszpanii oraz sporą część Włoch. Trzecim graczem są upadłe mocarstwa walczące zajadle o odzyskanie swojej pozycji, jak Francja. W tym tyglu pozostają nieduże państwa usiłujące wywalczyć jak największą autonomię lub wręcz niezależność, najczęściej przeciw Habsburgom. Zaliczają się do nich Czechy, Węgry, Holandia, państwa niemieckie. Religia stanowi często jedynie ideologiczny sztandar skrywający postulaty narodowe i ekonomiczne. Środowiska antyhabsburskie są najczęściej protestanckie. Katolicy popierają cesarza.

Istniejące państwa z jednej strony centralizują się i integrują, a z drugiej narasta opozycja wobec despotyzmu dążąca do przywrócenia feudalnych zasad.

Kraje protestanckie idą w stronę teokracji nie zostawiającej miejsca na własną wizję świata. Gdzie zwycięża Reformacja kończy się Odrodzenie. Nie przypadkowo w Niemczech zabytków renesansowych jest jak na lekarstwo…

W krajach katolickich nasila się spór między Kościołem a renesansowym humanizmem.

Każdy w istocie walczy z każdym, a konfiguracje sojuszy bywają zaskakujące.

Trzecie wydanie „De revolutionibus” już w rok po wpisaniu dzieła do Indeksu miało miejsce w protestanckim Amsterdamie. Co oczywiście dostarczyło stronie katolickiej argumentu o heretyckim i irracjonalnym charakterze Reformacji. Z drugiej strony nie jest wykluczone, że holenderski wydawca opublikował dzieło właśnie dlatego, że papież wpisał je na indeks. Mylenie chrześcijaństwa z antypapizmem nie jest wynalazkiem naszych czasów, a w wieku XVII było powszechne.

Oszust

W tej gorącej atmosferze w Europie pojawił się Giordano Bruno. Chociaż stanowi ikonę materialistów, jako rzekoma ofiara walki nauki z ciemnotą, Bruno ani nie był naukowcem, ani nie głosił poglądów na nauce opartych. Jego rozważania często są brane za dość bliskie dzisiejszemu stanowi wiedzy o wszechświecie, ale jeśli odrzeć je z otoczki poetyckiej, niewiele z nich zostaje. Na pewno też nie miały podstaw naukowych w chwili ich formułowania. Bruno był bowiem zainteresowany wszystkim, tylko nie nauką. Jego poglądy były mieszaniną magii, gnostycyzmu, astrologii, kabały i panteizmu oraz wiary w istnienie obcych cywilizacji. Kwestionował wartość matematyki i obliczeń dając pierwszeństwo "fizyce" rozumianej jako bezpośrednie doświadczenie zmysłowe. Atakował także filozofię i wszystkie nauki wykazujące błędność jego teorii.

Giordano Bruno nie poparł teorii Kopernika z pobudek naukowych, racjonalistycznych, tylko z inspiracji światopoglądowej. W wydanej w 1584 roku książce „La cena delle ceneri” napisał, że powiada się za heliocentryzmem, gdyż wskazuje to na bliski powrót solarnej religii „egipskiej”, co w tamtych czasach oznaczało panowanie magii. Wyraził się wręcz, że "słońce kopernikańskie zwiastuje zwycięskie odrodzenie się prawdziwej filozofii". Nie przytoczył na poparcie Kopernika ani jednego racjonalnego dowodu. Natomiast wychodząc od teorii Kopernika usiłował utworzyć nową religię głosząc, że posiadane moce magiczne pozwalają mu podporządkować sobie każdego. Sugeruje to, że stosował psychotechnikę i manipulację, a także, że był żądny władzy.

Mimo tego, mimo dwukrotnego porzucenia zakonu i stanu duchownego, mimo wyroku inkwizycji orzekającego, że jego poglądy są herezją (130 zarzutów!) swobodnie przez blisko 20 lat przemierzał Europę rozgłaszając swoje teorie. Nigdzie jednak nie zagrzał miejsca, gdyż jego poglądy nie mieściły się w żadnym z ówczesnych europejskich nurtów. Usunięcia go z Oxfordu zażądali angielscy uczeni. Gmina luterańska w Niemczech wydaliła go ze swego składu, a kalwiniści w Genewie uwięzili, a potem wywieźli za granice miasta. Swobodnie głosił swoje poglądy tylko w krajach katolickich.

Dziś byłby jeszcze jednym z „proroków” new age, jeszcze jednym wydaniem Deanikena o poglądach bliskich współczesnym lewakom, a po trochu także rasistom (wyrażał opinie podobne do teorii appartheidu).

„Proroka” zgubiło oszustwo. Dał się zaprosić na dwór weneckiego patrycjusza, Giovanniego Mocenigo, który z góry zapłacił mu za wprowadzenie w tajniki magii i ezoteryki. Kiedy szlachcic zorientował się, że został oszukany, a Bruno usiłuje zbiec z pieniędzmi do Frankfurtu, związał go i oskarżył przed trybunałem inkwizycyjnym.

Mechanizm działania inkwizycji był taki sam, jak współczesnej prokuratury. W chwili wpłynięcia skargi zaczynał pracować cały system.

Bruno postawiono 23 zarzuty w tym m.in. usiłowanie dokonania zamachu terrorystycznego. Po przesłuchaniu świadków (minimum dwóch) i zebrani dowodów trybunał odrzucił siedem. Główne podtrzymane zarzuty dotyczyły działalności, którą dziś nazwalibyśmy wywrotową i przestępczą. Nie sposób jednak określić dokładnie jakie to były zarzuty, gdyż... w XIX wieku po zdobyciu Rzymu przez wojska Garibaldiego akta procesu zniknęły. Wkrótce potem z Bruno zrobiono bohatera narodowego i postawiono mu pomnik. To, co wiemy o procesie jest niejako ze źródeł wtórnych.

Przez następnych osiem lat Bruno bawił się z inkwizytorami w kotka i myszkę. To szedł na ugodę i odwoływał swoje poglądy, to znów do nich wracał. Problemem było to, że w warunkach tlącego się europejskiego konfliktu – niecałe 20 lat później wybuchnie wojna trzydziestoletnia – Bruno nawoływał do stworzenia nowej religii, której on byłby przywódcą. W dodatku był recydywistą.
17 lutego 1600 roku Giordano Bruno został spalony na stosie jako zatwardziały heretyk.

Wizjoner, czy niebezpieczny oszołom?

Czy ta decyzja była słuszna? Cóż… z jednej strony dogmatem współczesnego społeczeństwa jest wolność słowa. Z drugiej jednak XIX i XX wieczne doświadczenia z nowymi kultami, często podobnymi do poglądów Giordano Bruno uczą, że pobłażanie fałszywym prorokom może skończyć się tragedią taką jaka spotkała wyznawców Świątyni Ludu i Jima Jonesa w Gujanie.
Czy w tym przypadku tak by się stało? Tego nie wiadomo. Nie ulega jednak wątpliwości, że jadąc do Giovanniego Mocenigo, Giordano Bruno szedł już tą drogą, na którą 400 lat później wszedł Jim Jones. Wyłudzał od naiwnych pieniądze obiecując im wprowadzenie w tajniki prawdziwej wiedzy. W dzisiejszej Europie Giordano Bruno co najmniej siedziałby za oszustwo.

Można powiedzieć, że był tylko szaleńcem, ale przecież właśnie żądny władzy i zainteresowany ezoteryką szaleniec, Adolf Hitler, wywołał najgorszą w dziejach wojnę światową.

Z drugiej strony średniowieczna i renesansowa Europa przeżyła kilka zawirowań spowodowanych głoszeniem nieodpowiedzialnych nauk przez różnych samozwańczych proroków. Rzym dwa razy padł ofiarą najazdu sekty patarenów, w wielu sprawach zgadzających się z koncepcjami Bruno. W Europie trwała w najlepsze histeria wywołana ujawnieniem satanistycznych zbrodni Wilhelma de Rais. W Niemczech świeżo stłumiono rewoltę Tomasza Muentzera. Wciąż trwało wspomnienie schizmy i związanych z nią wojen. W dodatku narastało opisane wcześniej napięcie o charakterze politycznym. Każda nowa teoria, każdy nowy ruch groził wybuchem.

Nowy „prorok” nie był zagrożeniem dla Kościoła. Był zagrożeniem dla całej Europy i pokoju społecznego.

***

Inkwizycja nie skazała Bruno za głoszenie teorii kopernikańskiej. Jego proces, w przeciwieństwie do procesu Galileusza, nie spowodował wpisania „De revolutionibus” na Indeks. To nastąpiło szesnaście lat później.

Mimo to dla zwolenników materializmu Bruno stał się pierwszym męczennikiem „prawdziwej nauki”. Nie przeszkadzał im i nadal nie przeszkadza jego ezoteryzm, zajmowanie się magią i czysta fantastyka poglądów oraz kwestionowanie wartości analizy matematycznej, czy wreszcie zwykłe oszustwa. Przedstawianie go jako szermierza racjonalizmu i naukowego poglądu na świat jest takim samym zabobonem jak głoszone przezeń poglądy.

cdn.

Część pierwsza tu

Warto przeczytać:

http://www.mateusz.pl/czytelnia/am-bruno.htm

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20070509142913811