Starsza pani idzie do psychiatry?

pon, 20 sie 2007, 22:59:18

Autor: Bożena Gaworska – Aleksandrowicz

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że powinnam pójść, czy to jednak zrobię będzie zależało od wyników śledztwa, które przeciw sobie prowadzę. O co się podejrzewam, o utratę zdrowych zmysłów, a to dzięki odkryciu tego, że zaczynam poważnie podchodzić do wiadomości przekazywanych przez media, co gorsze zaczynam czekać na to co będzie dalej. Nie mam „gwoździ”, nie mam świadków, mecenasów, niczego nie mam ponad własne podejrzenia i to przeciwko sobie. Śledztwo o tyle będzie trudne, że sama siebie muszę przesłuchać, oskarżyć i obronić się.

I nie wiem czy sytuacja w kraju jest tak dramatycznie idiotyczna, że człowiekowi odpornemu na sensacje zaczyna zapalać się czerwone światło, a przynajmniej pomarańczowe (uwaga), czy daję się wciągnąć w grę obliczoną na właśnie odebranie człowiekowi, odpornemu, możliwości trzeźwej oceny rzeczywistości.

Z pomocą przychodzą mi słowa Jezusa, które sprowadzają się do tego mniej więcej, że nie przyszedł dawać nam pokoju, wręcz przeciwnie po to by nas sprawdzić, słowa w których zapowiedział, że stanie syn przeciw ojcu, matka przeciw córce, trzech przeciw dwóm itd.. Staną przeciwko sobie jedynie po to, by dać odpowiedź Bogu na ile Jego pouczenie o tym co człowiek winien jest drugiemu człowiekowi, a przez to Bogu, zrozumieli, by odpowiedzieć na to co jest im bliskie, na ile Jego wezwanie do miłości między sobą przyjęli i jaki wreszcie dają tego dowód.

I już chyba wiem co mnie doprowadziło do podejrzeń wobec własnej osoby. Co otworzę okienko, które do mnie gada, a i służy mi za towarzystwo, słyszę od ludzi, którzy są gośćmi w moim domu ( mam świadomość tego, że sama im „drzwi” otwieram, ale jestem z gatunku stworzeń towarzyskich), słyszę, że oto będę porażona, już teraz, albo za godzinę, jutro, a na pewno za kilka dni, będę porażona i nie ma innej opcji.

Ja przepraszam porażona nigdy nie byłam, mam natomiast jako żywo obraz dwóch kolegów porażonych piorunem, porażonych śmiertelnie i choć było to dawno, w Kożuchowie – to dla tych, którzy zechcą sprawdzić moją wiarygodność-, do dziś boję się burzy. Tamto jednak doświadczenie nauczyło mnie zabezpieczać się przed ewentualnym porażeniem. Tymczasem w moim własnym domu, ludzie, których zapraszam, (a których jeszcze do tego by gośćmi moimi mogli być, upoważniłam przez głosowanie na nich w wyborach) grożą mi porażeniem.

Wiem już co dzieje się z moją psychiką. Ja się najzwyklej boję.

Bo przecież nie po to by mnie straszono, ale po to by ktoś dbał o moje bezpieczeństwo (w całym rozmiarze tego słowa zawartym),dbał o bezpieczeństwo nas wszystkich (cokolwiek to znaczy) oddaliśmy władzę w ręce wybranych przez nas reprezentantów tychże naszych interesów.

Boję się, więc słucham o tym co chcą mi zrobić, dobrego lub złego. Skoro bowiem dostali mandat do czynienia dobra to chcę o tym dobru czynionym słyszeć, chcę go doświadczać. I każdy z nas tego chce, obojętnie kogo wybrał, wybrał po to by ten dobro czynił.

Tymczasem z każdej, już, strony brzmi teraz złowrogie - porazimy was.

A my nie chcemy być porażani. My chcemy żyć, tworzyć, budować nowe, realizować się w tym co potrafimy, realizować się w Bożym planie, odpoczywać, kształcić nasze dzieci, leczyć siebie i naszych chorych, pomagać pokrzywdzonym, chcemy współżyć z naszymi sąsiadami zza granic, chcemy szacunku dla naszej godności ludzkiej. I komuś za to płacimy, że przełożę na przyziemne strony, by o to zadbał i stworzył ku temu przesłanki tudzież możliwości.

Nie poprowadzę więc śledztwa przeciw sobie. Oto wiem, że na pewno dzieje się zło, ale nie ze mną, a wokół mnie. Wiem, że mam podstawy się bać. Bać o to, że władza dana garstce potrafi milionom wyrządzić nieobliczalne straty.

Zburzenie bowiem poczucia bezpieczeństwa to zamach na człowieczeństwo, na te wartości w człowieku, z Bożego nadania zakodowane, które instynktownie (w obliczu zagrożenia) dopuszczają do głosu inne, te co mu obce i których pojąć nie potrafi, które jednak pozwolą mu wyzbyć się uczuć wyższych po to by przeżyć, przetrwać za cenę każdą. Nie chcę rozwodzić się nad tym, wystarczy, że wspomnę do czego człowiek zdolny był w obliczu tragedii wojny, obozu, zagrożenia bytu, co znamy z opowiadań świadków, o czynach, które to raczej ze zezwierzęceniem porównać można, a które psychologia wytłumaczyć potrafi.

Dziś konferencja prasowa goni następną. Na każdej człowiek oskarża człowieka. Nie o zaniedbania wobec rodaków, wyborców, nie o brak działań na rzecz poprawy warunków ich życia. Oskarżają się ludzie o to, co który, któremu uczynił by mu, delikatnie mówiąc, stołek spod „siedzenia”usunąć, a co za tym idzie odebrać dobrą pensję, odebrać przywileje, no nazwijmy to po imieniu odebrać wygodę życia i to życia w glorii społecznego przyzwolenia.

I tak straszyli porażeniem, że faktycznie poraziło mnie. Mianowicie to mnie poraziło co towarzyszyło zabiegom, panów, o zdobycie wiarygodności w oczach opinii społecznej. Przysłuchałam się i poczytałam głosy respondentów, które tłem są tych zabiegów, a w moim przekonaniu są istotniejsze od pragnień owych panów, respondentów, którzy to nie zwracają uwagi na fakt zagrożenia i zdrady, a także łamania przysięgi, którą każdy z ministrów, posłów składał (wtrącając na koniec modne: -„tak mi dopomóż Bóg”), respondentów, którzy niepomni tego na co przyzwolenia swoim głosem udzielali pytają jedynie, a dlaczego skoro wiedział, nie powiedział wcześniej, dlaczego nie odszedł itp.

A przecież nie jest ważne jak to wyliczanka mówi, a dziad (tu bez odniesień personalnych)wiedział nie powiedział, ani ważne nie jest, a to było tak. Ważne jest to jak być powinno.

Nie trafiłoby mnie gdybym nie była czynnym pracownikiem, który to pracuje i cieszy się, że pracować może. Poraził mnie stan zniewolenia umysłów ludzi, którzy tak formują pytanie dotyczące spraw ich samych, spraw ich bezpieczeństwa, ich przyszłości. Ja też pozwolę sobie zadać pytanie, na, które nie chcę znać odpowiedzi od nikogo, ja ją znam.

Kto z nas potrafi prawdę dla nas oczywistą, że oto widzi coś złego, że oto pracodawca nadużywa, stosuje mobing, że nie jest reprezentantem interesów zakładu pracy, a raczej zarządcą we własnej sprawie, kto z nas zwalnia się, demonstruje, walczy otwarcie z nieprawością? Siedzimy cicho, co najwyżej w gronie przyjaciół coś tam szeptem miaukniemy, byle nie za głośno, byle wiemy kto koło nas, by nie wyrządzić sobie krzywdy, bo krzywdą nie bohaterstwem będzie utrata stanowiska pracy.

I to mnie poraziło faktycznie: małostkowość, sędziowanie w nie swoich sprawach, preferowanie bohaterstwa, na które nas samych nie byłoby stać. Bo nie jest dla mnie ważne, że ten, który walczy teraz o swoje być albo nie być, sypie, podkłada przysłowiową świnię, ucieka się do oszczerstw, wyciąga kartki, karteluszki, macha „gwoździami” i co tam jeszcze fantazja komu podpowie czyni. Ważne jest to, że wszyscy oni z mandatu społecznego nie po to tam są by odwoływać się do naszej wrażliwości nad swoją krzywdą, (którą sami sobie wyrządzają bo ciągle im czegoś brak) a po to właśnie by pokazać swoją wrażliwość na naszą krzywdę i niedostatki.

I wiem już, nie idę do psychiatry. Nie ja, czy ktoś powinien, nie mi orzekać. Tym jednak ze szczytów, którychśmy tam wynieśli dedykuję słowa psalmu, sobie zresztą też:

„Kto będzie przebywał w Twym przybytku Panie,

kto zamieszka na Twojej świętej górze?

Ten, który postępuje bez skazy, działa sprawiedliwie,

A mówi prawdę w swoim sercu

I nie rzuca oszczerstw swym językiem;

ten, który nie czyni bliźniemu nic złego

i nie ubliża swemu sąsiadowi;

ten, kto dotrzyma, choć przysiągł ze swym uszczerbkiem;

ten, kto nie daje swoich pieniędzy na lichwę

i nie da się przekupić przeciw niewinnemu.”

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/200708202259161