Starsza pani w "schronisku"

wto, 4 wrz 2007, 06:38:55

Autor: Bożena Gaworska – Aleksandrowicz

Gdy Pan Jezus chodził po świecie, gdy przyszedł do tych, którzy w oczekiwaniu na poprawę swego losu, przyjęli Go i umiłowali, nauczał ich, pouczał i zadał lekcję do odrobienia.. Chodzili za Nim, i słuchali, i wiedzieli, że dla nich przyszedł i wierzyli, że los ich będzie zależał od nich samych, od tego, kto jak lekcję odrobi.

A potem przerosło, niektórych, bo zbyt dziwne było: kochajcie się, wzajemnie miłujcie się i to królestwo nie z tego świata, które im obiecywał. I ukrzyżowali Go, a gdy się wypełniło zrozumieli, że Miał rację.

Nim się jednak wypełniło wybrał dwunastu, poddał próbom by już po tym, gdy się wypełni, to oni chodzili i nauczali i kontynuowali tą lekcję, co więcej dał im mocą Ducha Świętego dar by niczego nie poplątali, nie pomylili.

Poszli więc i czynili co im nakazał. By jednak trwała prawda, jako, że już wtedy przekaz słowny wypaczał, interpretacjom poddawał fałszywym prawdy objawione, oni spisali co mocą Ducha Świętego posiedli.

I tak oto dwa tysiące lat Słowo Boże wędruje po świecie, dziś mieszka już z nami.

I lekcja trwa i ciągle coś do odrobienia. Jakoś niezbyt pilnie się, jednak, przykładały do tego poprzedzające nas pokolenia, a my, my chyba już w ogóle się nie przykładamy.

Pozwolę sobie (i z góry przepraszam, nie jest moją intencją nikogo obrazić- sama też się w ten obraz wpisuję) pozwolę użyć figury retorycznej, może metafory raczej by zobrazować etap odrabiania tej zadanej lekcji.

Uruchamiam wyobraźnię i co widzę? Widzę czterdziestomilionowe schronisko, do którego przychodzi garstka takich, co to, stać ich na akt łaski, a dodatkowo posiedli wiedzę o tajemnych sejfach, w których wszelkich skarbów tyle, że jak po nie sięgnąć każdemu starczy .

Przychodzą bo mają fantazję coś uczynić, ze swoim, życiem, mają plan, potrzebują jedynie pomocników. I oto rozrzucają, dla zachęty, smaczne kąski, wizję królestwa na ziemi, dla wybranych. W schronisku poruszenie, gdzie kto smaczniejszy, dla siebie, kąsek widzi tam staje.

Pan zabiera swoich, już tym sposobem pozyskanych podopiecznych, jeszcze głaszcze, jeszcze więcej obiecuje: bo i jadła pod dostatkiem, dobra wszelkiego w bród. By jednak urzeczywistnić owo pan musi klucz dostać do ręki, klucz z „sejfu”, w którym i to jadło i to dobro wszelakie zamknięte. Klucz umieszczony w skrzyneczce, ciekawe czemu urna się nazywa. Czy może dlatego, że grzebie rozbudzone nadzieje?

Bo oto pan klucz zdobył i oto okazuje się, że do obsługi „sejfu” przyznaje się jeszcze (przez innych pomocników wyłonionych) kilku, więc najpierw muszą sobie oni, już teraz wespół, poukładać to, kto który skarb będzie rozdawał. No i układają, przekładają, mierzą, ważą by okazało się w finale, że zawartość sejfu jedynie na ich potrzeby starczy i to też wcale pewne nie jest.

Oto więc okazuje się, że jeden ważyć, drugi mierzyć, trzeci układać nie umie, to znaczy umie lecz po swojemu, a swoje w końcu najważniejsze, każdy wie. Podopieczni muszą więc chwilę zaczekać, aż mojemu ustąpi inne moje. Dla osłody w poczekalni dostają, po legislacyjnym lizaczku i po smyczy by się nie rozleźli, co niektóry blaszkę z ładnym znaczkiem w klapę, by się nie pogubili, czy rozpoznali, wszak w każdej chwili mogą znów być potrzebni(sobie oczywiście)bo skarb ciągle jest, jeno klucz się dostał nie w te ręce.

I, już, tak na wszelki wypadek dostają jeszcze kolejne obietnice, że oto czas prawie się wypełnia. I to prawie czyni, że podopieczni trochę zezem zaczynają spoglądać, coś tam mruczeć pod nosem, postękiwać by coraz śmielej zacząć żądać. W końcu każdy coś miał obiecane.

Nie po to jednak panowie klucze posiedli, by motłochem się zajmować kiedy w sejfie tyle jeszcze. Jako, że stać ich na to, służbę swoją mają, niech więc ta czyni swą powinność. Służba na to jak na lato, rozbiega się w tłum, rozgłasza co trzeba, a i co nie trzeba. Wszak służba szkolona, a i wyposażona, fach swój zna, działać potrafi. Opowieści różne snuje: tu jest winny, tu skrzywdzony, ten by chciał ale nie może, drugi nie chce ale musi, ten ma zamiar lecz mu inny w drogę wchodzi, temu słoma z butów wystaje, ktoś tam cierpi na amnezję, ktoś ma fobię, inny kradnie, niejednego słuch zawodzi, ten ma układ, ten z układu, nieszczęść tyle, trudu tyle, że już głowy panów bolą. Ale również się pokażą, mimo wszystko, mimo bólu, winnych wskażą i potępią no i oczywiście zauważą, że oczekujący to powinni też wysilić się i wspomóc, co znaczy wkoło siebie się rozejrzeć i posprawdzać, kto w garażu co posiada, czemu ma, a inny nie.

Jak nie współczuć? Nie przystoi panu swemu w sukurs nie pójść. Nie pan winny, a ten drugi. Nie winą pana, nie mojego, że ma Xiński, on z innej paczki, a Ygrek ukradł, Zetowi to już wcale się nie należy, on w swoim fachu w ogóle się nie narobi, a dostaje... wszak służby doniosły, że moim kosztem. No, na to my już nie pozwolimy by, dumnie, nosząc smycz swojego pana, a w wyobraźni to obiecane, a czego drugi nie pozwala dać, nie pozwolimy panu krzywdy zrobić, wszak dobry pan, biedny pan.. A jako, że smycz to cząstka z tortu, który kiedyś... , a smycz jest w końcu po to smyczą, że upoważnia, wręcz obliguje do tego byśmy „ujadać” mogli, więc się wzajemnie nawyzywamy, do gardeł sobie nieomal skoczymy, bo tylko mój pan to dobry pan.

A panisko - to panisko, dobrze wie, że znów obieca, że znów podsunie bajkę o sejfie i że on przetrwa choćby opluty, choćby najgorszej imał się zdrady, wie, że da lizaka, że tak już namącił iż cel osiągnie, bo nie zdradzi go jego służba, nie opuszczą więc w potrzebie podopieczni.

Tu się urywają wodze mojej fantazji, resztę rzeczywistość dopowie. Taka refleksja mi jednak przychodzi do głowy. Gdzie w tym wszystkim, wszyscy tu przytaczani, odrabiamy lekcję nam zadaną.

Bo jakoś nie znajduję w Bożym nauczaniu by ktoś ważniejszy był od kogoś. Co najwyżej o służeniu sobie wzajemnie, tym co kto umie, do czego powołany. I jeszcze to „byście się wzajemnie miłowali”.

Jak więc pozwalamy sprowadzać się do roli „piesków na smyczy”, dlaczego nie dostrzegamy tego, że nie z miłości, nie z chęci służby podaje się nam złudnie rękę i wykorzystuje do, co najwyżej dziwnych, interesów. Jakąż to mocą wykorzystują nas ci, którzy wykorzystują i władcami naszych myśli i sumień mienią się być.

Chyba zapomnieliśmy o przykazaniach, o „Nie będziesz miał Bogów innych przede mną”. Dwa tysiące lat to szmat czasu, zatarło się, przeinterpretowało i dziś Bogiem są dla nas kasa, władza, stanowisko, posiadanie, szmatki, świecidełka, bywanie... . I o tych zapomnieliśmy, a może jedynie unowocześniliśmy „trochę”: „będziesz miłował...,nie kradnij, nie zabijaj, nie mów fałszywego świadectwa”. Chyba zapomnieliśmy o tej nauce, która dla nas przecież jest i naszemu zbawieniu służy. Czas więc przypomnieć i nam „na dole” i tym co u sterów, że Pan jest jeden i kiedyś odpyta z zadanej lekcji.

A tym co nie wierzą, nie zaszkodzi przysłuchać się i wziąć za swoje, z czysto ludzkich pobudek, tychże wskazówek, z przykazań dla nas wierzących Bożych, a dla nich czemuż nie mogą stać się wykładnią postępowania, kodeksem moralnym. Wszak wszystkich dotyczy też, „nie rób drugiemu co tobie nie miłe”.

I piszę to po to byśmy wreszcie zaczęli myśleć własnymi kategoriami, byśmy nie ulegali, a co za tym idzie nie kłócili się między sobą na nie swoje argumenty. By nam starczyło odwagi na tyle, że zamiast słuchać obietnic bez pokrycia, zadamy raczej pytanie konkretne: ile w tym sejfie jest, ile masz faktycznie do rozdania i z czego chcesz kandydacie na urząd zrealizować obietnice o królestwie na ziemi. Już to dawno powiedziane „z pustego i Salomon nie naleje.” A wszelkie rozliczania, wszelka ludzka sprawiedliwość jako, że i tak ułomna jest, jeśli już towarzyszyć temu musi niech będzie tłem prawdziwego gospodarowania, czego państwu i sobie życzę. Bo może jak powiedział niedawno Piotr Rubik „nieraz mniej znaczy więcej”.

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20070823063854729