Misjonarki na rurze

sob, 15 wrz 2007, 22:24:55

Autor: Kacper Światłowski

Pojawiają się w nocnych klubach i w barach ze striptizem, mają wydekoltowane bluzki i obcisłe spódniczki. Jeśli ktoś chciałby je uczyć moralności, niech lepiej ugryzie się w język. Bo to one są tu głosicielkami Bożego słowa.


Heather Veitch, Maria Magdalena XXI wieku, nie próbuje nikogo oszukać swoim wyglądem: burza blond włosów, opalona cera, ubranie w rozmiarze S, sandałki na obcasie i to coś (dokładnie nie wiadomo co) w uśmiechu i tonie głosu, co u jednych budzi huragan namiętności, a innych wytrąca z równowagi. I wszystko w absolutnie kalifornijskim stylu.

Paradoks polega na tym, że Veitch nie jest bynajmniej muzą wideoklipów Bon Joviego, nie odgrywa też trzeciorzędnych rólek w telewizyjnym serialu ani nie tańczy topless na barze w jakimś lokalu. To ostatnie zajęcie uprawiała przez jakiś czas, lecz pewnego dnia ujrzała światło, porzuciła złe życie i została misjonarką Kościoła ewangelicznego. Wraz z całym zastępem JC Girls, czyli Dziewczyn Jezusa Chrystusa, głosi Słowo Boże samotnej trzódce owieczek zatrudnionych w przemyśle pornograficznym i korzystających z jego usług.

W historii tej, jak we wszystkich opowieściach o nawróceniu, jest moment kluczowy, chwila objawienia. Wydarzyło się to przed pięcioma laty, kiedy Veitch, licząca wówczas dwadzieścia parę lat, tańczyła w klubie 215 Showgirls w Colton w Kalifornii. Dziewczyna Jezusa Chrystusa nie ujawnia wielu szczegółów ze swego poprzedniego życia, poza tym, że całymi litrami wlewała w siebie alkohol i to pozwalało jej robić wygibasy na barze. – Prawie zawsze byłam w sztok pijana. Tak samo zresztą jak moje koleżanki – mówi Veitch.

Wtedy zmarła jedna z tańczących w klubie dziewcząt. – Podczas jej pogrzebu był taki dziwny moment: dziewczyny nie wiedziały, jak wyrazić swój ból. I wtedy spontanicznie zaczęły wylewać na grób alkohol z piersiówek. Heather wprawiło to w depresję, zatęskniła za Chrystusem – opowiada Lori Albee, nieodłączna towarzyszka Veitch, która wprowadziła ją w krąg JC’ Girls, misjonarka z długim stażem, także blondynka kalifornijskiego chowu.

Veitch i Albee poznały się, kiedy ta pierwsza porzuciła tańce na rurze, znalazła pracę jako fryzjerka i zaczęła chodzić do kościoła w Riverside. – Poprosiłam, żeby mi obcięła włosy i wtedy skorzystałam z okazji, żeby zadać jej parę pytań. Opowiedziała, że była striptizerką, więc namówiłam ją, żeby zatańczyła dla mnie. Jej taniec wydał mi się bardzo ładny, nie było w nim nic nieprzyzwoitego – opowiada Albee.

To właśnie okazało się w historii Veitch kluczowe. Pojednana z Chrystusem była tancerka zrozumiała: refleksja nad własną przeszłością nie powinna wprawiać striptizerki w zakłopotanie i zmuszać do pokutniczego życia. I tak Veitch wróciła do dawnych zwyczajów: znów zaczęła nosić wydekoltowane bluzki, wcięte w talii żakieciki i chodzić do nocnych lokali. Tym razem jednak z inną misją: po to, by "okryć słowem Bożym striptizerki i ich klientów".

Towarzyszy jej zawsze Albee oraz Tanya Huber, chrześcijańska nauczycielka i kolejna urodziwa blondynka. Wszystkie trzy śliczne jak z obrazka. – Nigdzie nie jest napisane, że być ładną i dbać o swój wygląd to grzech – mówi Veitch.

W rzeczywistości dziewczyny stroją się z powodów bardziej pragmatycznych: chodzi przecież o nawracanie. Jeśli wejdziesz między wrony… – Nie próbujemy namawiać dziewczyn, by rzuciły pracę; chodzi nam tylko o to, żeby czuły się dobrze, znalazły pocieszenie, wiedziały, że Jezus Chrystus także je kocha – mówi Albee, dodając, że sporo tancerek uprawiających nadal swój zawód jest już Dziewczynami Jezusa Chrystusa.

Swym przesłaniem chcą też dodać słowu Chrystusa nieco pikanterii. – Niech ludzie zobaczą, że chrześcijaństwo nie musi być wcale restrykcyjne ani nudne – przekonuje Veitch. – Jeżeli towarzyszy nam Chrystus, jesteśmy wolni i możemy przeżywać przygody, a nawet doświadczać rozkoszy. A także przebaczenia, nadziei i pokoju.

Propozycja nie do odrzucenia. Zwłaszcza jeśli Veitch i spółka zrobią wszystko, by przekazywać swe przesłanie z należytym zaangażowaniem i wystarczająco seksownie. Ich strona internetowa ma skórę ocelota w tle i wita odwiedzających piosenką Goldfrapp. "I’m in love, I’m in love" – rozbrzmiewa refren utworu "Strict machine", istna litania do zmysłowości.

Nie jest to zresztą jedyny sposób, w jaki Veitch i jej koleżanki starają się dotrzeć do ludzi ze swoim przesłaniem. Ich wypady do świata pornobiznesu zostały uwiecznione na luksusowo wydanej płycie DVD – nie brak tam zdjęć z ukrytej kamery, wstrząsających scen kręconych w konwencji porno z Las Vegas, wywiadów z nawróconymi striptizerkami…

Na filmie można też obejrzeć dziewczyny w akcji. – Na początku bardzo mnie peszył pomysł opowiadania o Bogu dziewczynom w klubach ze striptizem. Ale ich reakcja była zawsze bardzo ciepła – opowiada Veitch.

Niezależnie od tego, jak groteskowa mogłaby nam się wydawać ta historia striptizerki-misjonarki, prawdą jest, że niemal 40 milionów osób na całym świecie uprawia prostytucję (dane Światowej Organizacji Zdrowia), a wiele z nich robi to w warunkach wyjątkowo uwłaczających ludzkiej godności. Wystarczająco duża owczarnia dla pasterzy wszelkiej maści.

(opr. na podstawie El Mundo)

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20070915222455159