Biskupi - nie fanatycy - polemika z Cezarym Michalskim

czw, 3 sty 2008, 08:23:07

Autor: Jacek Lehr

Sobotni Dziennik ostatnich dni grudnia przyniósł opinię Cezarego Michalskiego: Rok konfliktu z Kościołem? W międzywierszach pisanych ręką zdolnego pisarza-publicysty wyłania się obraz Kościoła nazbyt pewnego siebie, jeśli nie buńczucznego, tak jakby tej najstarszej w Polsce instytucji chodziło o jakieś wielkie pieniądze, nie o człowieka słabego i niemego. Tekst Michalskiego skrywa klasyczny dylemat przeformułowany przez kultowego intelektualistę Dziennika – Bergera – w zdanie wewnętrznie sprzeczne.

"Dość rozsądna", a w gruncie rzeczy genialna intuicja Bergera polegała na tym, że wbrew temu, co dotychczas sądzono, modernizacja wcale nie równa się śmierci Boga. Modernizacja oznacza coś innego - nadejście pluralizmu, ery wolnego wyboru. [Nie klasyczny rozwój – postęp – autor polemiki]. Przedstawiając to najprościej: wcześniej żyliśmy w społeczeństwach, w których panował konsensus poznawczy, a buntownicy byli wielką rzadkością.

Religia nie ma być za co wdzięczna Bergerowi, który stwierdza zastane fakty i wyznacza ludziom wierzącym niszowe miejsce spoczynku.Tym się różni Bóg chrześcijan i Żydów od Boga Bergera, że jest Ojcem jednej prawdy, że sam jest Prawdą. I tym się jeszcze odróżnia myśl Bergera, że wolność ustanawia ponad wszystkim, łącznie z prawdą i miłością oraz naturą – pojęciami, która czeka powolna zagłada. Dopiero wraz z nowoczesnością dochodzi do sytuacji, kiedy nasze życie staje się wyborem. Dziś każdemu z nas wolno wybierać właściwie co tylko chcemy - przynależność etniczną, tożsamość płciową i właśnie religię. (DZIENNIK, sobota 22 grudnia 2007).

Dziennik dąży arbitralnie do rozstrzygnięcia sporu epistemologicznego, bo według jego publicystów nie ma prawdy. Ale jeśli nie ma prawdy, czy może być Bóg? Póki człowiek będzie filozofował spór o prawdę będzie trwał. Słabość takich wyroków linearnie klei się do szkiców politycznych Dziennika.

Na stole Spirngera podaje się wciąż tę samą potrawę w różnych, co prawda sosach: oskarżenie: ci, którzy chcą by społeczeństwo kierowało się zasadami są fundamentalistami. Argument rażący jak piorun (w Marka Jurka). Jeszcze nigdy jednak publicyści Axela Springera wprost nie odnieśli go do polskich biskupów. Czy Rubikon przekroczył sam Michalski? Może jedną nogą.

Pierwszym, który hołdował krytykowanej zasadzie o zasadach był Jan Paweł II. Społeczeństwo bez wspólnych wartości nie zasługuje na przetrwanie – mawiał. Więc podziały prowokowane przez Dziennik na radykałów i umiarkowanych nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością.

Dziennik może się ze swoich zarzutów wycofać, ale prawdopodobnie będzie brnął dalej. Hołduje nowej ideologii quasi konserwatywnej: prawicowości bez twarzy.

Ideałem prawicowego polityka dla korporacji jest nowojorczyk, Giuliani. Popiera aborcję i homoseksualistów. Opowiada się za samowolą korporacji i za ekspedycjami karnymi, które selektywnie pacyfikują świat wrogi demokracji. (Michalski też uważa, że wojna w Iraku to było słuszne posunięcie realizowane przez nieudolnych generałów). Jest jeden szkopuł. Giuliani - prawdopodobnie - nie zostanie nawet kandydatem na prezydenta.

Promocja społeczeństwa bez zasad i korumpowanie konserwatyzmu prowadzi w ślepą uliczkę: będą rodzić się kolejne ekstremalne grupy prawicowe, bowiem większość społeczeństwa poszukuje reprezentacji konserwatywnej. Nie mając alternatywy, albo mając tylko tę wyhodowaną w laboratorium Springera możemy spodziewać się kolejnych partii a la Heider – wyrazistych i bezkompromisowych.

Tych wiatrów kompletnie nie czują Krasowski i Michalski. Upierają się przy wykastrowanej prawicy. Taką uzgodnili linię z szefem Springera na Polskę?

Felieton Michalskiego został wydany w dwóch wersjach. Edycja internetowa stawia kropkę nad i. Więcej w niej wniosków mniej przesłanek. Cezarego Michalskiego powinno się czytać jak synoptyków, więc drugiej wersji przemyśleń pisarza nie pomijam. Zresztą wnioski, które w tej drugiej wersji wyciąga są dużo ciekawsze, bo wyradzają się z całościowego przesłania Dziennika i dodatku Europa.

Chwila o prawdzie i pluralizmie

Funda­mentalizm pragnie oprzeć społeczną budowlę na jednym zbiorze niepodwa­żalnych zasad - uważa Berger. (Dziennik z 13.XII.07). - Nie ma już tradycyjnie rozumianej prawdy, a zatem nie ma dawnej wiary w możliwość ich [sporów ideologicznych – autor] rozstrzygnięcia – dopowiada Jadwiga Staniszkis. Prawda dla Roberta Krasowskiego to pewna przegrana już w XVII wieku kategoria, anachroniczna i groźna dla liberalnego społeczeństwa. (Dziennik z 12. VII.07).

Kiedyś profesor Henryk Kiereś tak dywagował o prawdzie i jej przeciwnikach: Agnostycy uważają, że prawda nie istnieje, sceptycy, że nie rozstrzygniemy, co jest prawdą, relatywiści, że prawda jest względna, a irracjonaliści, że nie osiągnie się jej rozumem. Zdania te są wewnętrznie sprzeczne, bo np. jak można bezwzględnie głosić prawdziwość sądu o względności prawdy?

Co do wolności opinii w Polsce to ich równa się ona możliwościom dotarcia do masowego odbiorcy, czerpiącego wiedzę o świecie z popularnych źródeł.

Deklaracje o pluralizmie mediów brzmią jak łgarstwa. (Tzw. lewicowo-liberalne media nie mają większego znaczenia, bo w Polsce powstał już silny i pluralistyczny rynek medialny, na którym walka o czytelnika, widza i o reklamy, staje się ważniejsza od walki o rząd dusz i politycznych przyjaźni. Dziennik, 21 grudnia 2007).

Ileż artykułów pojawia się za in vitro, przeciwko zapisowi ochrony życia w konstytucji? A ile jest tekstów wspierających stanowisko Kościoła? I proszę nie mówić, że z braku autorów i autorytetów, których rzesze zasiadają w ławach profesorskich uczelni. A ile tekstów chroniących korporacyjną wersję liberalizmu gospodarczego? Ile tekstów demaskujących go? Takich z których dowiedzielibyśmy się kto handluje naszymi pożyczkami, u kogo zapożyczeni jesteśmy, jakie skutki może przynieść tak nadmierna koncentracja decyzyjności ekonomicznej poza granicami kraju dotkniętego kryzysem. I dlaczego media będące własnością tych samych korporacji, które są niepokonanym graczem na wolnym rynku punktują bezlitośnie wszelkie przejawy niezależności ekonomicznej, która zagrażałaby ich interesowi?

Są stroną wielkiego cywilizacyjnego sporu, ale jako wierni reprezentanci interesów korporacji. Krasowski i Michalski miast czuwać nad bezspornym przedstawieniem rzeczywistości kreują ją i są częścią układu. I co gorsze, zawężają przestrzeń pluralizmu, choć nigdy by się do takiej niecności nie przyznali.

– Jeśli taki tygodnik ma być opiniotwórczy, musi być otwarty na debatę bez z góry ustalonych tez. Czy w Kościele możliwe jest zrozumienie, że taką debatę toczy się nie przeciwko Kościołowi, ale w jego imieniu? – pytano niedawno abp Nycza w Tygodniku Powszechnym.

Biskup odparł:

– Wielu biskupów, księży i wiernych na to czeka. A skoro potrafiliście robić to w latach 60. i 70., i kardynał Wojtyła nie ustawiał wam z góry tez, to dlaczego trudno jest wam dzisiaj? Pytanie, które sobie powinniście postawić, brzmi: czy w obecnym „Tygodniku" jest tak, jak właśnie powiedzieliście? Czy debata nie jest ustawiana pod pewną, wcześniej przyjętą tezę? Czy zapraszani są do niej wszyscy, którzy mogliby ją wzbogacić? Czasem warto zaprosić także ludzi ze skrajnych opcji w stosunku do waszej linii. Z tego mogłyby wyniknąć dwie korzyści: przedstawienie czyichś poglądów i racji, i to, żeby się ludzie nawzajem uczyli. (2007-12-04 Tygodnik Powszechny).

Uwaga kierowana do Tygodnika Powszechnego jest przerażająco trafna w odniesieniu do dzienników koncernowych.

Przeinaczenia, przemilczenia, ignorancja

Ciężko mi to wypowiedzieć, ale Cezary Michalski jest autorem nierzetelnym. Skłamał kiedyś na temat stanowiska Marka Jurka w sprawie aborcji. Przypisał mu intencję karania kobiet, które nie chcą umierać dla dziecka.

Z podobnymi przeinaczeniami spotkamy się w obecnym tekście.

Powstaje pytanie, czemu Episkopat, który ma wszelkie powody do zadowolenia z osiągniętego w latach 90. status quo, zwiększa dzisiaj nacisk na władzę.

Żeby co? Zyskać władzę? Nie. Żeby urzeczywistnić naukę Jana Pawła II, co zabrzmi obskurancko w odczuciu Michalskiego, ale narody mają prawo do wyboru swoich autorytetów.

Przekłamanie dotyczy owego zadowolenia episkopatu. Był to kompromis wymuszony przez agresywną lewicę laicką. Kościół padł ofiarą nagonki – przyznaje bp Adam Lepa. Sprzymierzeńcy, którzy go wykorzystali przy okrągłym stole obrócili się przeciwko niemu, gdy nadszedł czas na przywrócenie religii należnego miejsca w społeczeństwie.

Ten epizod był prawdziwą traumą dla Kościoła. Prawdopodobnie, gdyby nie interwencja papieża, który poczuł się rozgoryczony postawą lewicy laickiej na czele z Tygodnikiem Powszechnym, to ani religia w szkołach by się nie pojawiła, ani ustawa antyaborcyjna nie zostałaby uchwalona.

Był to jednak kompromis, z którego żadna ze stron sporu nie była zadowolona. I obie strony deklarowały rychłą rewizję. Kościół nie może pogodzić się z zabijaniem dzieci niepełnosprawnych, zgorszeniem pornografii. I kieruje się racjami powszechnymi, jak choćby dbałość o rozwój młodzieży, spadek patologii i przestępstw.

To, że lewica laicka nie żąda rewizji zdobyczy moralnych po upadku komunizmu wynika z jej słabości i nieprzewidzianego wzrostu autorytetu Kościoła.

Platforma nie chce tej wojny po pierwsze dlatego, że wcale nie jest antyklerykalna.

Czy słowa polityków PO o roli kościoła (w kruchcie prywatności), moralności indywidualnej, która nie ma prawa do przestrzeni publicznej, o maturze z religii, wypowiedziane w przypływie powyborczej szczerości można uznać za nie antyklerykalne. Rzecz w tym, że refleksja Michalskiego tak spontaniczna i s(twórcza) jest jednokierunkowa. W sprawach Kościoła Michalski się cofa.

Antyklerykalizm ewoluuje, być może pełza i subtelnieje, ale ani na moment nie przestaje być antyklerykalizmem, czyli próbą wykluczenia duchowieństwa i duchowości. Warto przyjrzeć się dokładnie jego współczesnym wersjom. Bo są to i amnezje Michalskiego dotyczące podstawowych faktów o Kościele, jest to brak miłości wyrażany w bezczelnym tonie lustratorów, jest to też finezyjny język pomieszania pojęć, zastępowania klasycznego rozumienia wartości rzeczy i osób ideologiczną nowomową.

Ten konflikt jest z pozoru zaskakujący. Przecież Kościół nigdy nie był w Polsce tak silny jak dzisiaj. Jest to siła zasłużona, na którą ciężko zapracowali prymas Wyszyński, Jan Paweł II czy ksiądz Popiełuszko.

Uff, co za mistrzowska wolta! Po jednej stronie Michalski stawia trwoniących zasługi Kościoła radykałów, po drugiej Jana Pawła II. Nie kto inny jak cytowany już Jan Paweł II pochylał się nad dzieckiem poczętym z gwałtu i przypominał polskiemu episkopatowi w trakcie wizyty ad limina, żeby nie stawiał kropki nad ustawą antyaborcyjną. Miała być ona wstępem do ochrony życia w całości. Zmuszony był też stanowczo stawić opór "liberalizmowi". Nie będę powtarzał znanych opinii Wyszyńskiego. Bezkompromisowa postawa księdza Jerzego też nie wymaga przywoływania. Wszyscy ci wymienieni bohaterowie stanęli w szeregu pomnikowych postaci polskiego patriotyzmu przez wzgląd na swój niebywały radykalizm hamowany przez zwolenników wyrozumiałości.

Czemu ma służyć kluczenie Michalskiego, szczypta konfabulacji i sylogizmu? Korporacja Michalskiego obawia się radykalizacji obyczajowej – jak to się na salonach rzecze. Michalski robi przysługę zgrabnie ustawiając Kościół, żeby ten nie miał odwagi bronić priorytetów moralnych. A jest o co walczyć, bo sprawa In vitro to prawdziwy wytrych do rozszczepienia człowieka, czyli właściwego celu mrocznych wież. Rząd nie wygra otwartej konformacji z Kościołem, więc unormuje prawnie "in vitro", a to się równa legalizacji tej praktyki. Mamy strategię Tuska w sprawie In vitro jak na dłoni. Ale czemu nie miałaby zwyciężyć ostrożność Kościoła w sprawie tak delikatnej równowagi między naturą a kulturą. Michalski nie bierze takiego scenariusza pod uwagę.

O Michalskim z sympatią

Może i proza społeczna Michalskiego za bardzo skręca w obyczajową nijakość. Krytykując Kościół wścieka się, choć na okrągło diagnozuje życie publiczne jako wolne od dogmatu. Czemu go więc irytuje ten wielki nieobecny? To znaczy, że według wszelkich rachub socjologiczno….. nie powinno go tam być. Nikt już nic nie wniesie w życie społeczne, zatraciło ono smak i wolę życia (iluzja życia politycznego) – narzekają publicyści Dziennika. Oto dylemat wolności: samemu nie zjeść i innym zjeść nie dać.

Michalski jest jak doskonały iluzjonista. Strzepuje z rękawa fajerwerki idei. Rozkochuje się w nich, potem je porzuca. Broni słabszych, potem nimi gardzi. Ale Polska z Michalskiego odnosi ogromną korzyść, bo choć nie nadążamy za jego rolami, przebierankami, nie rozróżniamy już masek to zaczynamy szybować wraz z nim dostrzegając asymetrię rzeczy społecznych i osobowych.

O jedno tylko chodzi: miejmy dystans do artysty, który drzemie w Michalskim i bądźmy krytyczni wobec Michalskiego kreującego nowe porządki społeczne.

Dlaczego Michalski? Kto sięgnie po Dziennik ten łatwo zauważy jak bardzo polski Kościół nie nadąża za debatą filozoficzno – społeczną. A w świecie od czasów upadku komunizmu dzieje się bardzo wiele. Wysokich lotów teologia nie obejdzie się bez dialogu ze współczesnością. Kościół posiada wrażliwość, którą w tę debatę powinien wnieść, nawet nie zaproszony przez dziennikarzy. Michalski dał impuls i strzeże jakości tej debaty, w której Kościół choć niejednokrotnie pomijany jest duchowo obecny.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20080103082307157