Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Umarł -W-i chrześcijańskie powolanie do samotności.

Umarł ,-W-, i chrześcijańskie powołanie do samotności. Było to niecałe cztery miesiące temu. Przedpołudniowe godziny, wiadomość – Bożena „W”- zmarł. „W” - tak się podpisywał mąż przyjaciółki, Przyjaciel. Grom z jasnego, wrześniowego, nieba.




W trzydziestą rocznicę ślubu odprowadziła go do Domu Ojca w dalekim Londynie. Byli sami. On, Ona i ich Syn. Przywiozła do kraju Jego Prochy i tu odprowadziliśmy Go na miejsce wiecznego spoczynku wszyscy, jego krewni, przyjaciele, znajomi.

Jeszcze młodzi, a jakże już bardzo dojrzali, doświadczeni, rozstali się, pożegnali na tej granicy, do której paszport rekomenduje sam Bóg.

Nie rozumiałam: jakże to, jakże teraz, ot tak, dlaczego akurat tak. Gdy rozległ się przejmujący dźwięk trąbki, gdy usłyszałam melodię „ciszy” mojemu udziałowi tego pożegnania towarzyszyła myśl:

Zwieńczenie miłości, małżeńska przysięga:”...oraz, że cię nie opuszczę, aż do śmierci” stoi u progu życia nowej wspólnoty, stoi na straży miłości, dzielenia się sobą, jest podwaliną domowego kościoła.

I trwa, i pokonuje brzemię problemów, bo oto pojawiają się dzieci, bo oto przestajemy być dla siebie, a zaczynamy być dla nich, dla małych protoplastów nas samych, bo oto musimy skupić swoją energię, czas, siły, uwagę na nich, na naszych dzieciach, by ukształtować je, zaszczepić co wiedzieć powinny, nauczyć i wyposażyć.

Co łączy wtedy małżonków?: troska i odpowiedzialność, chęć dania wszystkiego co dać można. I na tych wysiłkach upływa małżeńska wspólnota.

Jesteśmy, i dobrze, że razem, ale czy mamy czas myśleć o sobie. Wieczorne rozmowy skupiają się wokół potrzeb naszych małych i nagle już dorosłych dzieci, wnuków, planów. Co jeszcze możemy, jakie oszczędności można przelać na nich, bo my jakoś się obejdziemy.

I nawet nie zauważamy brzemion czasu, nie dostrzegamy własnych potrzeb bo ciągle żyjemy razem, ale dla nich, dla naszych dzieci.

I oto nadchodzi czas, one wyruszają w drogę, by zmierzyć się z życiem już na własny rachunek. Czy jednak śpimy spokojnie, czy czujemy zwolnieni się z troski, obawy, lęku?.

Przychodzi ten moment gdy wydaje się, że oto już sobie radzą, a nawet wesprą nas.

Tak-można zacząć żyć. Ciągle jesteśmy małżeństwem, tyle nas łączy, tyle mamy sobie do zawdzięczenia. Teraz oto możemy się skupić na sobie, dać upust więzom, miłości, dobroci.

Aż dotąd gdy trzęsące już dłonie podadzą poranną kawę, po wspólny spacer na targ po owoce, dotąd gdy możemy przestudiować każdą zmarszczkę na twarzy współmałżonka, zatroszczyć się o ból w kręgosłupie, posprzeczać o nieścisłości pamięci, zatroszczyć o każdą niedyspozycję.

Nasze dzieci dzwonią, odwiedzają od czasu do czasu, jest im dobrze, nam jest dobrze. I oto mamy swoje zwieńczenie małżeńskiej przysięgi. Kochamy, jesteśmy wierni i wreszcie jesteśmy dla siebie.

I wtedy właśnie gdy już spełniliśmy się jako rodzice, gdy już możemy tak naprawdę rozpocząć swoje życie, gdy już tak do końca i tak prawdziwie jesteśmy z sobą i dla siebie przychodzi kres. Kres życia dla jednego z małżonków.

Ile razy,{ a dzieje się to ostatnio często z racji wieku więc czasu pożegnań z naszymi rodzicami, rodzicami znajomych, przyjaciół,} ile razy uczestniczę w ceremonii pogrzebowej któregoś z rodziców moich znajomych, a teraz i to, z bólem i żalem patrzę na tego, który pozostaje. I modlę się za oboje, a dla każdego o inną już łaskę proszę.

A towarzyszy mi ta refleksja: cóż, że teraz w tej chwili są bliscy, są dzieci. Jutro wstanie dzień. Inny niż poprzednie. Samotność, brak celu. Dramatyczne pytania o sens cierpienia i śmierci, które pojawiają się w sercu każdej osoby i czekają na zadowalającą odpowiedź.

I tu pomaga jedynie Bóg, wiara i przeświadczenie, że „chrześcijanin, zwłaszcza gdy staje w obliczu ludzkich tragedii, jest wezwany do dawania świadectwa o pocieszającej prawdzie zmartwychwstałego Pana, który przyjmuje na siebie wszystkie krzywdy i cierpienia ludzkości, w tym również śmierć, i przemienia je w źródło łaski i życia.”

I wtedy wkracza fundamentalna prawda : zbawienie można osiągnąć jedynie przez uległe podporządkowanie się zamysłowi Ojca.

Widać Bóg miał jakiś plan, widać zesłał owo cierpienie, żałobę w jakimś celu. I tylko tak można uznać, że choroba i śmierć, choć pozostają częścią ziemskiej egzystencji, tracą swą negatywną wymowę. W świetle wiary śmierć ciała, pokonana przez śmierć Chrystusa, staje się nieuniknionym etapem drogi ku pełni nieśmiertelnego życia.

Jak się z tym jednak pogodzić, jak sprostać wyzwaniu, jak przyjąć z pokorą i miłością owo osamotnienie, gdy wreszcie miało być tak dobrze:? „Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć... Musicie być mocni miłością, która cierpliwa jest, łaskawa jest... „

I nie nam o tym decydować. Ufność i wiara w Bożą logikę, w Boży plan pozwoli nie od razu, ale często po latach dostrzec znaczenie pewnych wydarzeń, które wydawały się nam bezsensowne, które ocenialiśmy jako zwykłe nieszczęście.

„Prorokini Anna, o której pisze św. Łukasz, była dotknięta wielkim nieszczęściem, gdyż utraciła męża po siedmiu latach małżeństwa. To nieszczęście stało się jednak dla niej błogosławieństwem, gdyż - jako wolna od prac domowych - mogła wiele czasu spędzać na modlitwie w świątyni i spotkać wreszcie obiecanego od wieków Zbawiciela świata, Jezusa Chrystusa (por. Łk 2,36-38).”

I my, po jakimś czasie rozważając przykre wydarzenia ze swego życia, jakim było odejście ukochanej osoby, odczytamy właściwe znaczenie naszego cierpienia. I nie ocenimy sami, wszystko bowiem, co spotykamy na tym świecie, może być właściwie ocenione dopiero w wieczności.

Pociecha w tym, że w cierpieniu odnajdziemy Boga, że zaczniemy inaczej patrzeć na życie po utracie bliskiej osoby. I nic więcej zrobić nie możemy. Pozwolić działać Bożej miłości.

A przyjaciele, a my jedynie wesprzeć możemy i jedynie ulżyć w samotności. Bo często ludzkie cierpienie wzrasta dodatkowo przez fakt, że nie można się nim z nikim podzielić, że nie znajduje się współczujących serc. Naszym chrześcijańskim obowiązkiem staje się więc udział w ludzkim cierpieniu i poczuciu wewnętrznego osamotnienia, poprzez współczucie, poprzez wyobrażenie sobie przeżyć bliźniego, w obliczu straty ukochanej osoby. Resztę „dopełni wiara w nas.”

Bożena Gaworska- Aleksandrowicz



Opcje Artykułu

Umarł -W-i chrześcijańskie powolanie do samotności. | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Menu Użytkownika






Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń