Nad "rozwojem duchowym"

nie, 16 lis 2008, 03:16:45

Autor: Michał Monikowski

Czytając takie teksty jak  artykuł "Rozwój duchowy - czy na pewno "rozwój"" autorstwa Pana Marka Stefaniaka, człowiek musiałby chyba rzucić pracę i poświęcić się w całości pisaniu polemik i odpowiedzi. Nie będę się zajmował całym tekstem, bo pewnie mój własny tekst zabrałby ze dwa albo i trzy razy tyle miejsca, co sam artykuł. Można moje dość luźne uwagi traktować jako polemikę, ale ja osobiście traktuję go jako „dodatek” do artykułu pana Marka. Niniejszy tekst pomyślany był jako komentarz do umieszczenia pod artykułem, ale zrobił się on zbyt długi. Pisany był w nocy z soboty na niedzielę (około 1 i 2 w nocy) i to pisany „jednym tchem”. W niedzielę rano przejrzałem i stwierdziłem, że wiele zdań jest baaardzo długich, ale postanowiłem ich nie zmieniać, lecz pozostawić w ich pierwotnej formie. A ponieważ odpowiedź ma charakter osobisty, więc jako ilustrację (obok) włożyłem swoje własne logo (synkretyczne, bez wątpienia).



Tak, to prawda, jest u nas na Zachodzie (hahaha! „Zachodzie”! Piszę z bardzo dalekiego wschodu, ale kulturowo, cywilizacyjnie i w większości także rasowo należącego do Zachodu...) wiele terapii, „terapii”, specjalistów i pospolitych szarlatanów. Misz-masz rasowy, kulturowy, religijny, narodowy, oblany dodatkowo istną Niagarą bezsensownych informacji z manipulowanych przez wielki kapitał mass-mediów najpierw fascynuje, a potem coraz bardziej... nudzi i powoduje albo zobojętnienie albo sprzeciw. Człowiek stopniowo obojętnieje, zwłaszcza że standardy życiowe są na ogół takie (w porównaniu do większości innych krajów), że społeczeństwa są atomizowane. Ludzie jakby mniej siebie wzajemnie potrzebują Rozwody i separacje niszczą coś z 50 procent małżeństw. Dzietność jest niewielka. Wielość religii jest taka, że coraz bardziej ludzion „zwisają”. Możnaby jeszcze dalej ciągnąć te przykłady, ale chyba narazie wystarczy.

Te społeczności celowo osłabiane niemal we wszystkich elementach, które je dotąd integrowały (jak właśnie naród, rasa, religia, kultura, historia – tak, historia też, bo wielomilionowe masy imigrantów, zarówno tych legalnych jak i nielegalnych na tym Zachodzie, nie mają przecież wspólnej z gospodarzami historii...), nie są jednak całkowicie pozbawione ani duchowości, ani potrzeb duchowych. Wszyscy ludzie w końcu rodzą się ze zdolnością do przeżywania, do myślenia, filozofowania itd. Mając na codzień głowy zaświniane papką o tym, że ta różnorodność je „ubogaca” oraz „wzmacnia” – i aprobując tą papkę bez zastanowienia – no bo przecież cała telewizja o tym trąbi od wczesnego rana aż po późną noc, radio ryczy o tym wszędzie (nawet w osobistych autach...), wszystkie gazeciska marnują na to całe tony papieru, z ambon głosi się tę zarazę niczym nowe, absolutnie nienaruszalne dogmaty (na dogmaty religijne można się krzywić, ale na te „wielokulturowe” absolutnie nie...), autorytety moralne w czynie społecznym i za pieniądze z namaszczeniem głoszą tą swoistą herezję, a politycy prześcigają się w w czołobitności przed tą rozbijacką i zdradziecką subwersją własnych społeczeństw – takie społeczeństwa nie mają już żadnego mocnego „punktu zaczepienia”, na którym możnaby się oprzeć. Pozostaje bowiem jedynie pusta gadanina o tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi (tak, pusta gadanina, bo o tym akurat, że jesteśmy ludźmi, nie trzeba nas chyba specjalnie informować...) oraz – a jakżeby inaczej – RYNEK! „Gospodarka rynkowa” (a jaka jeszcze inna może być? Czy słyszał kto kiedy o gospodarce bez rynku?), „partia prorynkowa” (to o partii politycznej, która opowiada się za szczególnie umiłowanym przez banki światowe rodzajem warunku egzystencji rynku), „mechanizmy rynkowe”, „prawa rynku” itd, zawsze z tym czarodziejskim słowem „rynek” lub „rynkowy” (tak jak za komuny rzężono znowuż o „socjalistycznym” – „partia socjalistyczna”, „sprawiedliwość socjalistyczna”, „społeczeństwo socjalistyczne”, „porządek socjalistyczny”, „socjalistyczna ekonomia polityczna”, „gospodarka socjalistyczna” itd.). Ludzie sprowadzani są coraz bardziej do poziomu skundlonej bandy konsumentów, a banki, które w coraz większym stopniu rządzą rządami, parlamentami i całymi krajami, zazdrośnie pilnują, aby nic innego poza „rynkiem” (no i oczywiście poza tą „religią” różnorodności, kulturowego i etnicznego misz-maszu i gnojenia wszystkich itniejących jeszcze podstaw integracji społecznej) nie zajęło zbyt mocno uwagi konsumenckiego bydła...

Czy można się dziwić zatem, że w takich warunkach ludzie uciekają w rozmaite terapie, „counsellingi” i inne formy, za pomocą których pragną się jednak duchowo rozwijać? Niektórzy ludzie rzucają się w wir takiego rozwoju, tak, jak zrozpaczeni muzułmanie na Bliskim Wschodzie rzucają się znowuż – z ładunkami wybuchowymi – do zamachów bombowych... Jedno i drugie jest pożałowania godne i wręcz nienormalne, ale jedno i drugie ma swoje bardzo realne korzenie i powody.

Dlaczego tak dużo o tym piszę – i to w środku australijskiej nocy?  Bo z reguły ubolewamy jedynie nad jakąś cząstką rzeczywistości, piszemy o pustce duchowej Zachodu, ale rzadko widzimy, że wszystkie te rzeczy wspomniane powyżej (i zapewne cała masa innych) są ze sobą powiązane tą jedną cuchnącą pajęczyną wynarodowienia, zdekulturowienia (pod płaszczykiem „ubogacania różnorodnością”) ciągnącą do jednego wspólnego rynsztoka, w którym w zasadzie nic nie ma już sensu: tradycja nie ma sensu (bo przecież jest wiele różnych tradycji na świecie, wobec tego trzymanie się jednej to rodzaj „szowinizmu”), patriotyzm nie ma sensu (pamiętacie jeszcze ten debilny artykuł prof Żuradzkiego „Patriotyzm jest jak rasizm”?), nacjonalizm nie ma sensu (bo rzekomo nic poza szowinizmem nie stanowi jego treści), świadomość rasowa to wręcz grzech (bo składa się rzekomo tylko z nienawiści i chorobliwej żądzy mordu), religia nie ma sensu (bo to tylko rodzaj inkwizycji przebranej w słodki język duchowy- i tu słodka niespodzianka: sąsiedni Serwis ekumeniczny zaprasza na swych łamach na jakąś szemraną debatę o tym, cytuję: „Czy katolicyzm szkodzi nowoczesnej polskości?”), elity nie mają sensu (a kto, do cholery, słyszał kiedy o społeczeństwach bez elit? Nawet w więzieniach tworzą się elity i to samoczynnie...), spoistość narodowa nie ma sensu (bo winniśmy być „otwarci”, a nie „zaściankowi”). W tym bagnie mamy być tylko ludzkością. I chyba już niczym więcej. Ludzkością o orientacji „rynkowej” oczywiście. „Ludem” o określonych potrzebach konsumpcyjnych i stadem robotów do głosowania na figurantów uprzednio wyselekcjonowanych przez kapitał...

I tu dopiero dochodzimy do sedna problemu. Wyzwoleni z jednej strony ze sztywnych nieco okowów dotychczasowych systemów, a z drugiej nie mając niczego trwałego w zamian, ludzie będą poszukiwali rozmaitych dróg. Jedni w nowych religiach (jak scjentologia), inni w reformowanych wersjach dotychczasowych religii (lub w ich zdegenerowanych formach, uchodzących za „reformowane” i „unowocześnione”), jeszcze inni poza wszelkimi religiami (bo doszli już do wniosku, że wszelka religia jest zła i podła niczym komunizm czy „rasizm”). Będą zatem korzystać z rozmaitych form rozwoju (lub pseudorozwoju) duchowego oferowanych n.... właśnie: na RYNKU.
I tak jak są już wystarczająco zatomizowani jako społeczeństwo, tak też w takiej właśnie zatomizowanej, zindywidualizowanej formie "rozwoju" będą poszukiwali odpowiedzi niemal na wszystkie kwestie: od stworzenia świata aż po codzienną dietę. 

Nie chcę zajmować się całym tekstem p. Marka Stefaniaka (nazwisko to czy pseudonim? Pytam, bo od „Gallów Anonimów” się tu roi, w przeciwieństwie do ludzi podających swoje pełne nazwiska). Nie będę próbował ustosunkowywać się do każdego stwierdzenia. Nie twierdzę też, że nie ma on sporo racji, bo w jego tekście jest sporo prawdy. Zasygnalizujmy jednak parę kwestii zawartych choćby w jednym tylko fragmencie:

 Praktyki te są żywcem czerpane z religii wschodu, przy czym w sferze magicznej czerpią przede wszystkim z krwawych wierzeń religii hinduistycznej a w sferze praktyk oświeceniowych z tradycji buddyzmu tybetańskiego. Granice są tu zresztą płynne, bowiem jak wiadomo, buddyzm tybetański sam jest tylko schizoidalnym wypaczeniem religii hinduistycznej. Wartością, której dostarcza buddyzm, a której sam hinduizm nie daje, jest wiara w samo "oświecenie" i wiara w nadludzkość każdego oświeconego - każdego Buddy, który sam jest człowiekiem bogiem - istotą ponad światem i ponad prawem. "Duchowi rozwojowcy" wierzą a przynajmniej starają się sobie wmówić, że każdy z nich może takim bogiem - człowiekiem zostać”.

Powiedziawszy parę linijek wyżej coś o chęci wywyższania się (i przywoławszy przykład komunistów i SS-Mannów – ciekawe, czemu nie naszych niegdysiejszych biskupów, bardziej chyba pasowaliby tu w odniesieniu do duchowości i religii...), autor sam okazuje pogardę innym religiom (ja jako rasista mam lepsze zdanie o wszystkich innych rasach niż on ma o innych religiach...). Najpierw pisze o „krwawych wierzeniach religii hinduistycznej” (hola, hola, a Stary Testament to co? Nie leje się tam krew niczym w szlachthauzie? I to wszystko „ubogacone” jeszcze pisaniną jak najbardziej wywyższającą „naród wybrany”, który jest „błogosławioną rasą”), potem dodaje, że „wiadomo” (komu wiadomo, Panie Marku?) że buddyzm tybetański jest jedynie tegoż krwawego hinduizmu „schizoidalnym wypaczeniem” (zaiste, marksistowska frazeologia o „opium ludu i opium dla ludu” wydaje się być w miarę umiarkowanym określeniem). Potem dodaje, że każdy poszukujący oświecenia stawia siebie ponad światem i ponad prawem. Najprościej byłoby zapewne odpowiedzieć, że ni ma takiej idei, takiego poglądu, takiej opinii czy takiego wierzenia, które nie potrafiłoby zwieść na manowce. Tak jak nie ma takiego przedmiotu, który nie mógłby stać się narzędziem przestępstwa i tak jak nie ma takiego ludzkiego temperamentu, który w określonych okolicznościach nie mógłby okazać się raz to pozytywny, to znów negatywny... W końcu czy Biblia (głównie w swej starotestamentowej części) nie stała się glejtem dla barbarzyńskiego zwyrodnienia w metodach walki z „herezją”?  Również uwagi o o oddaniu się nakazom „guru” mają swoje zastosowanie do pomieszczonych w Nowym Testamencie uwagach o Pomazańcu („Christosie”), uwagach tak licznych, że aż nie chce się tu ich wyliczać i cytować. One też dały asumpt do niejednego prześladowania.

I tu dochodzimy do drugiego sedna: w świecie coraz większego bałaganu ideowego, mieszania niczym „grochu z kapustą” wszystkiego, co tylko da się mieszać – od ras aż po idee, frustracje następują tak po stronie tych, co od tradycji odeszli, jak i po stronie tych, co przy niej pozostali. Sądzę, że również sam artykuł Pana Marka jest tego ilustracją. W jakimś sensie i mój do niego dodatek też dałoby się podobnie odczytać.

W tym miejscu przerywam. Rozpisałem się i tak i nie mam czasu, by napisać krócej. Jeśli będzie dyskusja, to wtedy dokończę.


Cheers!!!


Michał Monikowski

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20081116031646654