Ten paskudny Neuhaus

pią, 9 sty 2009, 14:56:19

Autor: Marcin Stanowiec

O tych którzy odeszli do wieczności nie mówi się źle, ale obiektywnie. Z taką tezą na pewno zgodziłby się zmarły kilka dni temu  ks. Richard Neuhaus, redaktor naczelny pisma "First Things" – amerykański intelektualista neokonserwatywny, duchowny, najpierw luterański potem katolicki. Neuhaus to współautor doktryny łączącej w sobie konserwatywną etykę i kult wolnego rynku, uznanie dla tożsamości i prawdy oraz poparcie dla zderzenia cywilizacji i demokracji wniesionej na bagnetach.

W neokonserwatyzmie cynizm polityczny i ekonomiczny - dosadnie i zgrabnie - przemieszany jest z sakralnym uwielbieniem moralności.  To bardzo amerykańskie, jak sam Neuhaus. Czy w ludziach konstruujących tę użyteczną dla  polityków doktrynę drzemie wyrachowanie i naturalna potrzeba identyfikacji z silnym, czy też robią to dla idei?

Można się z Neuhausem nie zgadzać i posądzać go o różne bezeceństwa, ale z takim człowiekiem jak on chce się poszukiwać prawdy. Pewnie dlatego, że  jej nie negował i traktował poważnie.

Neuhaus dowiódł, że materializacja projektu politycznego w środowisku katolickim, ludzi wierzących jest możliwa i pożyteczna. Inna rzecz to słuszność treści, które za takim projektem się kryją. Potrafił kreować strategiczne sojusze międzyreligijne, co przysparzało mu ...  przyjaciół. Neuhausa trawili liberałowie, którym pasowała idolatria wolnego rynku i moralni konserwatyści. Jeśli ktoś był religijny i czuły jednocześnie na kwestie społeczne to mimo wszystko uznawał Neuhausa - w związku z jego moralnym konserwatyzmem - za sprzymierzeńca. Podobnie konsekwentni liberałowie przymykali oko na na "ciemną" stronę natury Richarda w nadziei, że liberalne społeczeństwo i tak poradzi sobie z próbą narzucenia mu ograniczeń, a ks. Neuhaus skutecznie pracuje nad uchyleniem kapitalizmowi drzwi Watykanu.

Redaktor naczelny First Things niechętnie zwracał uwagę na kolejność neokonserwatywnych korzeni. A na początku był wolny rynek. Zachwyt nad liberalizmem ekonomicznym, który ufundował dzisiejszą katastrofę poprzedzał puryzm moralny funkcjonujący w czasach Reagana I Thatcher  jako antysocjalna przybudówka, chętnie też kojarzona z batem na komunistów.

Do końca swych dni Neuhaus nie zaanimował społecznych prognostyków Jana Pawła II, jakże surowych dla systemu, który przedkłada zysk nad człowieka, a bez prymatu zysku wydaje się obumarły. Rozmijał się z wizją Jana Pawła II i Stolicy Apostolskiej, która inaczej niż on postrzega wojnę i wyzyskiwanie przewagi technologicznej. Dla Neuhasua te dwie motoryki – konflikt i moralność - były dla siebie i społeczeństwa niezbędne. Prężył się kokieteryjnie w kierunku historycznej dialektyki, która utkwiła w jego myśli, jako odpadek po lewicowych uniesieniach młodości, trochę jak u nawróconych trockistów,rozczarowanych polityką Cartera wobec Izraela (nie wyobrażał sobie broni jądrowej w rękach Izraelczyków). Agresywny ton polityczny i moralność, jak walka klas, miały przesunąć cywilizację ku amerykańskiej propozycji pokoju: Pax Americana.

Finalnym osiągnięciem wolnego rynku jest tak ogromna przewaga – medialna, ekonomiczna i polityczna nad masami, że sprawiedliwość nie będzie już wypadkową spontanicznych sił społecznych. Kształt jej nada na tyle świadoma i przygotowana elita, że być może dotychczasowy chaos w historii zostanie zastąpiony ładem i harmonią o konotacjach judeochrześcijańskich – miał nadzieję.

Neuhaus stał się pożytecznym narzędziem samej ideologii, jak i ludzi dla których piramidalna struktura społeczeństwa była najbardziej wygodna. Na tyle jednak świadomym, że wyprzedzał o krok praktyków. Nie był więc zwykłym doktrynerem.

Wyróżniało go jeszcze to, że spod ekonomicznych i wojennych zgliszczy wydobywał kulturę i separował ją subtelnie od porządku ekonomii i polityki. Miała dla niego znaczenie metafizyczne, jakże więc obce prostym rzemieślnikom układającym nowy ład społeczny.

Neuhaus rezerwował dla siebie wyjątkowe powołanie pośrednika między elitą, społeczeństwem a Bogiem. Był kapłanem, a być może arcykapłanem, na wzór starotestamentalny, do którego to wzoru chętnie powracał, bo losy świata odczytywał w trajektorii mesjańskiej.

Nie kto inny ale sam Bóg powierzył „pewnym ludziom , pewną władzę”. Był o krok od stwierdzenia amerykańskich fundamentalistów z południa, że aby „dopełniło się” potrzeba ostrzejszej konfrontacji między Arabami a Izraelczykami. Kroku tego jednak nigdy formalnie nie zamanifestował, choć w starciu doradców Białego Domu z papieską dyplomacją torpedującą pomysł agresji na Irak, opowiedział się dyskretnie po stronie tych pierwszych.

Na tym można by zakończyć – budzącą w niektórych odruch nie akceptacji - część życiorysu Neuhausa i przejść do chwalebnej partii jego dokonań, gdyby nie kolejne uwikłanie, za które brał osobistą odpowiedzialność. Był  głównym konstruktorem - rzadko wymienianej publicznie - transakcji miedzy Bushem a episkopatem USA.

Przewidując znaczenie zagadnień bioetycznych łagodził stanowisko biskupów w sprawach społecznych. Junior miał być nieco - a nawet więcej niż nieco - bardziej stanowczy np. w stosunku do badań nad komórkami macierzystymi. A duchowni mieli nieco łagodniej i ciszej domagać się sprawiedliwości społecznej w takich jej aspektach jak konflikty zbrojne wywoływane z niebywałym lekceważeniem consensusu międzynarodowego z inspiracji otoczenia Busha  i społeczne nierówności.

Episkopat -  od czasu do czasu - nawoływał prezydenta do kierowania się zasadami pokoju i sprawiedliwości społecznej, ale nie były to pouczenia na tyle mocne, żeby pogrążały wizerunek Busha i budziły antypatię katolików. Po cichu  – jak donoszą współpracownicy administracji waszyngtońskiej  – prezydent żałował, że nie posłuchał Polaka z Watykanu, który doskonale zdawał sobie sprawę z żałosnych konsekwencji przeżytej niegdyś przez siebie wojny.

Neuhaus nie wycofał swojego poparcia dla cywilizacyjnego paradygmatu konfrontacji, tak jak zrobił to Fukuyama. Zasłonił się - nie wiadomo czy do końca szczerze - kwestiami etycznymi, takimi jak aborcja. Odmienny pogląd na politykę społeczną i międzynarodową od prezentowanego przez Watykan nie podważał – w żadnym wypadku - katolickiego zaufania do Neuhausa, którego interpretowano jako zjawisko opatrznościowe w amerykańskim katolicyzmie. Przylgnięcie ks. Richarda do jastrzębiej polityki Białego Domu uchodziło mu na sucho biorąc pod uwagę wrażliwość Benedykta XVI na identyfikację duchowieństwa z konkretnymi programami politycznymi.

Sukcesem Neuhausa i grupy myślicieli - "neokonów" był niekłamanie poważny stosunek administracji Busha do spraw etycznych i wypracowanie zaplecza intelektualnego dla publicznej debaty o aborcji, eutanazji czy o komórkach macierzystych. Bez wigoru poznawczego, który wniósł  w publicystyczną debatę Ameryki nauczanie Kościoła byłoby tam tylko zwykłą formalnością duszpasterską.

 

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20090109145618620