Z Chrystusem jestem ukrzyżowany

pią, 3 kwi 2009, 11:13:17

Autor: Łukasz Kłykow

Chciałbym podzielić się moimi odkryciami i przemyśleniami na temat pewnej prawdy o życiu chrześcijańskim, która wydaje mi się kluczowa, a o której albo zapominamy - albo nie dostrzegamy jej wcale. W Gal. 2:20 czytamy takie wyznanie apostoła Pawła: Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie.

 

Św. Paweł pisze, Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; A zatem, coś się skończyło! Stare życie zakończyło się, zostało posłane na Chrystusowy Krzyż. Stare przeminęło wraz ze śmiercią Zbawiciela – stary człowiek, stary Paweł już nie żyje, został utożsamiony z Chrystusem i umarł razem z Nim.
 
Spójrzmy na konsekwencję tego faktu wg Pawła: „żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus”. Oto wszystko stało się nowe – z nowym życiem, życiem Jezusa Chrystusa w Pawle, na czele.  
 
Wiele razy słyszałem taką interpretację rozważanego wersetu, że Paweł pisze, jak bardzo oddał się Chrystusowi – tak bardzo, że wręcz umarł dla siebie i całkowicie poświęcił się Jemu.
 
Konsekwencją takiego wniosku było zazwyczaj wezwanie do „radykalnego życia dla Jezusa”, „wyrzeczenia się świata i całkowitego poddania Chrystusowi”, „porzucenia cielesnych żądz i bezwarunkowego posłuszeństwa Panu” itp. Jakkolwiek nie chciałbym umniejszać zasadności ani szlachetności powyższych i im podobnych wezwań, to jednakowoż pozwolę sobie zwrócić uwagę, że... rozmijają się one z tym, co napisał w tym kluczowym wersecie Paweł. Zauważmy bowiem, że nie wzywa on do żadnego radykalnego poświęcenia. Tak naprawdę, Paweł do niczego nie wzywa – raczej nazywa, czy też definiuje pewną nową rzeczywistość. Stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe!
 
Moje życie – mówi Paweł - nie polega już na tym, że to ja żyję – choćby dla Chrystusa, ale że to Jezus żyje we mnie. Paweł, pisząc te słowa, nie chciał się popisać jakąś piękną, poetycką metaforą. On najdosłowniej i najdobitniej jak tylko mógł wyraził rzeczywistość Nowego Stworzenia, którą i my powinniśmy przyjąć – że nasze życie jako chrześcijan nie polega na tym, że „żyjemy dla Boga i działamy dla Niego”, ale raczej, że to On żyje w każdym z nas – oraz że to On działa w nas i poprzez nas.
 
Zauważenie tej prawdy posiada bardzo doniosłe konsekwencje. Dla mnie osobiście uświadomienie sobie jej było niesamowicie wyzwalające. Oznaczało bowiem koniec frustracji, poczucia winy oraz nieustannych i skazanych na niepowodzenie wysiłków by żyć „po chrześcijańsku”, aby „zadowolić Pana Boga”. Zwróćmy bowiem uwagę na pewien niuans tych wszystkich radykalnych stwierdzeń typu „oddaj Bogu wszystko”, „żyj dla niego na sto procent”, „bądź Mu totalnie posłuszny” i innych podobnych wezwań nieustannie powtarzanych przez pełnych dobrych chęci zwiastujących. Brzmią one tak duchowo i radykalnie ale... kto w nich jest kluczową osobą? Kto tutaj działa? Od kogo to wszystko zależy? „Ja oddam Bogu wszystko!” „Ja będę żył dla Niego!” „Ja będę Mu posłuszny!”.
 
Rzuca się w oczy jak bardzo tego typu wezwania są skupione na człowieku, podczas gdy Bóg na dobrą sprawę pozostaje tylko „pięknym tłem” dla takich deklaracji? Brzmią one tak bardzo radykalnie, ale w gruncie rzeczy okazują się bardzo antropocentryczne...
 
Dlatego też teraz każdego poranka nie mówię Jezusowi czegoś w stylu, „O Panie, dzisiaj postanawiam, że będę żył dla Ciebie”, ale raczej: „Nie chcę dzisiaj żyć samemu – Ty żyj we mnie! Nie chcę się zmagać, nie chcę się szarpać, nie chcę wyrywać sobie żył, aby żyć po chrześcijańsku. Proszę Ciebie i ufam, że Ty będziesz dzisiaj żył we mnie i przeze mnie”. Doświadczyłem, że Jezus odpowiada na taką modlitwę.
 
 
Powstaje jednak pytanie – jak w świetle powyższego funkcjonować na co dzień? Czy rozważana przez nas prawda oznacza, że mamy założyć ręce i nie podejmować żadnych działań, bo Jezus i tak żyje w nas? Dalsza część tego wersetu daje nam pewną wskazówkę w tej materii: a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie.
 
 
Najpierw Paweł pisze: obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego. Innymi słowy, Paweł mówi, że teraz treścią jego życia jest praktyczna wiara w Chrystusa. Czym jednak ona jest? Najprostszym synonimem słowa „wiara” jest zaufanie. Zaufanie Jezusowi. Co jednak jest potrzebne do tego, aby między dwiema osobami nastąpiło zaufanie? Potrzebna jest do tego osobista więź i bliska znajomość. Nie można zaufać osobie, której się nie zna, co do której nie ma się całkowitej pewności, że jest spolegliwa i godna zaufania! Wiara wiąże się zatem z osobistą więzią. Ponadto, wiara w Chrystusa daje nam życie wieczne (Ef 2:8-9). A po co otrzymujemy życie wieczne? Aby poznawać Boga (Jan 17:3). Aby nasza więź z Nim pogłębiała się coraz bardziej i bardziej. Taką właśnie bliską, osobistą więź z Bogiem, a nie jedynie trwanie w prawidłowej doktrynie teologicznej (skądinąd niezmiernie ważnej), ma na myśli Apostoł pisząc o „życiu w wierze w Jezusa Chrystusa”.
 
Skąd jednak ta wiara? Skąd ta ufność? Skąd pewność, że Chrystus jest tą osobą, której można i warto zaufać do tego stopnia, by całe życie opisać jako kroczenie w zaufaniu do Niego? Paweł odpowiada na to pytanie prostym opisem najbliższej mu Osobu: [Jezus Chrystus], który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie. Miłość Jezusa Chrystusa, najpełniej wyrażona poprzez krzyż, jest tym, co pociągało Pawła jeszcze bardziej i bardziej ku Niemu. W naszym życiu łatwo przyzwyczajamy się do prawdy, że Bóg nas kocha i że Jezus umarł i zmartwychwstał dla naszego Zbawienia. Spróbujmy jednak dzisiaj spojrzeć na to w świeży sposób. Oto Jezus Chrystus, Król Królów i Pan Panów ten, przez którego wszystko powstało, a bez Niego nic nie powstało, co powstało (Jan 1:3), który podtrzymuje wszystko Słowem Swojej Mocy (Heb 1:3), podjął decyzję, aby zostawić całą Chwałę Nieba, wszystkie jego bogactwa i przyszedł tutaj, na Ziemię dla nas, którzy odwróciliśmy się od Niego, którzy pobłądziliśmy i każdy z nas na własną drogę zboczył (Iz 53:6).
 
Bóg stający się człowiekiem z miłości do upadłych ludzi – to było szaleństwo! A jednak Jezus Chrystus „zaszalał” dla nas, ponieważ tak bardzo kocha Ciebie i mnie. Czy jesteśmy na co dzień, pośród naszych zwykłych spraw, świadomi Jego Miłości, czy przyjmujemy ją, czy pozwalamy Bogu kochać nas? Wygląda na to, że dla Pawła była to codzienna praktyka, dzięki której też doświadczał Obecności Jezusa oraz Jego doskonałego życia w nim i poprzez niego. A obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie.
 
 
 
Wszystko, co powiedziałem, brzmi mam nadzieję ciekawie, ale może wzbudzić pewien dylemat czy niepokój, którego sam doświadczyłem. Otóż, czy żyjąc w taki sposób nie staniemy się bierni, czy „życie Jezusa w nas i poprzez nas” nie stanie się wymówką dla braku aktywności, a może nawet lenistwa? Odpowiadając na to bardzo dobre pytanie, opowiem krótką historię z mojego życia. Otóż, kilka miesięcy temu, podczas spotkania zespołu szkoły językowej działającej pod patronatem naszej Wspólnoty we Wrocławiu, dzieliłem się z pracownikami Szkoły tymi samymi myślami, którymi podzieliłem się przed chwilą z Wami. I nagle jedna z nauczycielek zapytała mnie: „No dobrze, fajne jest to, co mówisz, ale ja obserwuję Ciebie i widzę, że samemu robisz wiele rzeczy – czy to w naszej szkole, czy poza nią – więc to nie może być chyba tylko tak, że po prostu pozwalasz Jezusowi żyć w Tobie, bo samemu też musisz dokonywać wyborów i podejmować różne inicjatywy”. Szczerze mówiąc, ta uwaga trochę zbiła mnie z tropu i w pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć. Kiedy jednak zacząłem się nad tym zastanawiać, to niczym bumerang powróciły do mnie Pawłowe słowa: żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus. Czy też w odniesieniu do tej konkretnej sytuacji: „działam już nie ja, ale działa we mnie (i poprzeze mnie) Chrystus”. I odkryłem coś – ja nawet nie miałem świadomości, że „dużo robię”, nie czułem, jakoby moje zaangażowanie było szczególnie duże, a na pewno nie było ono dla mnie jakoś wyjątkowo męczące. I nic dziwnego, bo tak naprawdę to już nie ja to robiłem. „Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus”! Wciąż niepojętą dla mnie rzeczą jest, jak wielkie uwolnienie daje życie według tej prawdy, wcale nie prowadzące do zaniedbywania naszych darów czy obowiązków, ale wręcz przeciwnie – umożliwiające maksymalne wykorzystanie naszego potencjału. Gdyż wtedy działamy już nie my, ale Chrystus, który żyje w nas!
 
 
Podsumowując, pokusiłbym się o częściowe sparafrazowanie przewodniego wersetu, odnosząc go do każdego z nas: Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc (i działam) już nie ja, ale żyje (i działa) we mnie (i poprzeze mnie) Chrystus; A każdy dzień wypełnia mi chodzenie z moim Zbawicielem, poznawanie Go w bliskim, głębokim związku z Nim, zanurzając się w Jego cudownej, zapierającej dech w piersiach Miłości, którą pokazał przychodząc na ziemię i poświęcając się dla mnie – i to tak bardzo, że zdecydował się za mnie umrzeć.
 
Oby słowa te opisywały rzeczywistość każdego dnia w życiu naszym i naszych Kościołów.

 

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20090403111317861