Wuj Anzelm

pon, 27 kwi 2009, 09:05:16

Autor: Rafi F

Minęła Wielkanoc.
Okna czyste, dywany przeważnie już też (nie licząc tej plamy po winie), ceramika znów skompletowana, w lodówce resztki jedzenia będące wyzwaniem dla naszej wyobraźni kulinarnej na najbliższy tydzień (skromnie było), ciasto wciśnięte sąsiadom, torebki po prezentach przejrzane i poukładane, brak tylko srebrnej łyżeczki do cukru.

Tą łyżeczkę muszę odzyskać, to pamiątka po prababci. Pamiętam, że wuj Anzelm wymachiwał nią z godzinę tłumacząc synowi coś o jakiś trokach, federach i kulkach na włosach (tyle w gwarze podsłuchałem ), może schował ją odruchowo do kieszonki. Zadzwonię jutro do wuja Anzelma.
Aha, jeszcze pozrywam metki ze skarpet i powyciągam szpilki z tej fiołkowej koszuli, bo inaczej znowu w przyszłym roku zając mi ją przyniesie (nie cierpię fiołkowego).

Teraz to już chyba wszystko, ale ciągle mam wrażenie, że czegoś zapomniałem.

 

Takie samo wrażenie miałem w poniedziałek. To taki miły dzień w którym woda jest najbardziej poszukiwanym i jednocześnie niepożądanym towarem dostępnym wszędzie w niechcianym nadmiarze, a po zwykłe piwo muszę 2 km pieszo drałować – jest taki miły sklepik prowadzony przez weterana solidarnościowego, sklepik z parawanem, aby po takim spacerze można było w spokoju uzupełnić płyny i nabrać siły z chmielu przed spacerem z powrotem (tylko prawdziwy facet zrozumie prawdziwego faceta). Właśnie w ten poniedziałek czegoś brakowało, niby kołatki w czwartek były, a w piątek byłem tak sumienny, że na koniec dnia kolację dwie godziny jadłem. W sobotę kiełbasę wyświeciliśmy (tylko nie wiem dlaczego ksiądz mi po oczach z metra wodą przysunął, czy wyglądam na kiełbasę?), w niedzielę rano strzelby trzy razy salwę dawały a potem śniadaliśmy do popołudnia. Niby wszystko OK, a tu w poniedziałek jakaś pustka, czegoś brak. Nie, nie Jezusa, jego było aż nadto wszędzie : w telewizji, na widokówkach, na obrazach, na ustach w kazaniu, w pieśniach i w modlitwach (tylko w witrynach sklepowych były jakieś barany i kurczaki). Dopiero przy piwie za parawanem wpadłem na to czego mi było brak : brak mi Judasza, niechcianego, wspominanego raz w roku Apostoła. Judasza podążającego za Jezusem, Judasza wyrzucającego duchy w Jego imię, Judasza uzdrawiającego w Jego imię, Judasza któremu Jezus sam kąsek do ust podał, Judasza którego przytulił do serca gdy przyszedł z żołdakami.

 

Właśnie! Dlaczego się nie mówi o Judaszu? Bo nie wytrwał? Dziś samobójców chowają w święconej ziemi, przecież nikt o zdrowych zmysłach nie targa się na własne życie. Nie wiedział co czyni. Dlaczego nie mówi się o Judaszu? O Judaszu? Na pewno? A może o nas? Dlaczego nie mówimy o nas, o naszych codziennych zdradach ? Czy i my nie jesteśmy Judaszami? I czego oczekujemy ? Zbawienia? Przebaczenia? Miłosierdzia? Dlaczego więc gardzimy Judaszem? Czy nie gardzimy wtedy sobą? Czy Judasz to nie my? Może jednak nie zabrakło w te święta Judasza, może zabrakło jednak Jezusa? Nie szukaliśmy Go nadto myjąc w czwartek samochód, nie myśleliśmy o nim robiąc w piątek zakupy, nie było Go przy nas gdy piekliśmy mięso i chleb w sobotę. Zawadzał, było przecież tyle do zrobienia.

 

Wuj Anzelm dzwonił - ma łyżeczkę. Łatwo będzie mu wybaczyć, mojemu osobistemu Judaszowi.
Przez chwilę czuje się wielki.

Ale, ale: czy potrafię wybaczyć sobie?

 

R.F.

 

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20090427090516999