Koniec świata nastąpi w czerwcu

sob, 14 cze 2014, 11:52:24

Autor: Gość serwisu

W kwietniu 2005 roku obserwatorium Chandra X-ray zajmujące się badaniem kosmosu w spektrum promieni rentgenowskich zarejestrowało silną erupcję obłoku pyłu i „kwaśnej chmury" z nadzwyczaj masywnej czarnej dziury w centrum naszej galaktyki. Wtedy też amerykański astrofizyk Albert Sherwinski doszedł do wniosku, że gigantyczna chmura dotrze do Ziemi w czerwcu 2014 roku i zniszczy życie na naszej planecie.

Zdaniem Sherwinskiego, kwaśna chmura o rozmiarze 16 milionów kilometrów porusza się z prędkością światła w kierunku Układu Słonecznego, niszcząc wszystko na swojej drodze. Ta sensacyjna wiadomość narobiła sporo hałasu dziewięć lat temu, choć praktycznie od razu została zdementowana przez najwybitniejszych astrofizyków świata.

Czy trzeba przygotować się na najgorsze?

Zastanówmy się. Do emisji doszło w skupisku galaktyk MS 0735+7421, które znajdują się od nas w odległości 28 tysięcy lat świetlnych. Nawet, jeśli przyjmiemy teoretycznie, że kwaśna chmura może poruszać się z prędkością światła, co jest niemożliwe, ponieważ jej masa oraz inne czynniki nie pozwalają jej na rozwijanie takich prędkości, to dotarłaby do nas w bardzo dalekiej przyszłości. Rok świetlny równa się około dziesięciu trylionom kilometrów. Teraz podzielcie odległość 10 000 000 000 000 kilometrów przez 28 000 lat świetlnych i obliczycie, kiedy chmura mogłaby do nas dotrzeć.

Jednak dla wielu osób takie równanie okazało się nieprzekonujące i wierzyli nadal w prawdziwość teorii Alberta Sherwinskiego. Zaczęli go szukać.

Kim pan jest, doktorze Sherwinski?

Według strony WeeklyWorldNews, która jako pierwsza podała wiadomość o „końcu świata w 2014 roku", ten autorytatywny komentarz należy do astrofizyka z Cambridge (stan Massachusetts, USA), doktora Alberta Sherwinskiego, który – jak sam twierdzi – ściśle związany jest z kierownictwem NASA.

Przerażeni internauci, a także liczna armia dziennikarzy wyruszyła na poszukiwania naukowca, aby dowiedzieć się czegoś więcej, ale Sherwinskiego nie łatwo było odszukać.

Jak się okazało, wśród pracowników Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics w Cambridge doktora Alberta Sherwinskiego nie ma. Jego nazwiska nie było także w bazie publikacji na temat astronomii ADS NASA, gdzie astrofizycy publikują swoje artykuły naukowe. Bez wątpienia, „odkrycie" dokonane przez Sherwinskiego musiałoby tam trafić.

Co się stało? Doktora Alberta Sherwinskiego nie ma i nigdy nie było? A może tajne służby rządowe Stanów Zjednoczonych po „wycieku" informacji wykasowały wszystkie dane o utalentowanym astrofizyku, a jego samego zlikwidowały za rozpowszechnianie tajemnicy państwowej?

Ten wątek mógłby śmiało stać się hollywoodzkim hitem kinowym. Skromny naukowiec, prowadzący aktywne obserwacje obiektów kosmicznych w spektrum fal rentgenowskich, dokonuje pewnego pięknego dnia odkrycia, godnego co najmniej Nagrody Nobla. Jednak, jego odkrycie sieje panikę, wywołuje nieuchronne starcia i maruderstwo. Jednak decyduje się on na podjęcie ryzyka i udziela wywiadu. I to tabloidowi, specjalizującemu się w sensacjach w rodzaju UFO i sekretów gwiazd. Potem wiadomość o jego odkryciu momentalnie obiega cały świat, ale jego samego „zdejmują" jako zdrajcę ojczyzny, jego nazwisko na wieki wykreślone zostaje z nauki, a wszystkie ślady po nim zatarte.

Smutna historia, jeśli byłaby prawdziwa. Choć zapewne rząd Stanów Zjednoczonych po prostu ukrywał przed nami prawdę do końca, aby nie dopuścić do chaosu. I zarówno ostatnie konflikty geopolityczne, jak i kryzys gospodarczy były sztucznie wywołane tylko po to, aby odciągnąć uwagę nas, zwykłych ludzi, od rzeczywistego zagrożenia. W każdym razie mamy jeszcze dwa tygodnie, aby zrozumieć, kim był doktor Sherwinski – dziennikarską kaczką czy prorokiem.

 

Alona Rakitina

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20140614115224475