Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Oscar dla "Spotlight": sprytna agitka

Schematyczny i przewidywalny obraz Toma McCarthy'ego jest średniej klasy dziełem propagandy społecznej. Magicy z Hollywood upiekli tą produkcją kilka pieczeni na jednym ogniu: odwrócili uwagę od swoich brudów i utrwalili mit dziennikarskiej niezależności.



Znawcy kinematografii zgodnie przyznają: "Spotlight" nie jest wybitnym kinem artystycznym nieoglądającym się na politykę. Został zrealizowany na zamówienie, dlatego niemożliwe było, aby sięgnął po coś naprawdę wartościowego w klimacie artystycznej wolności.

Kino amerykańskie dosyć nerwowo poszukuje tożsamości – wyjaśniał tę sytuację gość Polskiego Radia Tomasz Jopkiewicz. – Triumfowały filmy dość przeciętne. Kilkanaście lat temu podobne produkcje byłyby jednymi z wielu średnich obrazów. Teraz zaś to właśnie takie filmy robi się specjalnie na Oscary – tłumaczył.

 

Czytaj więcej: Hollywood nie wie, czym jest? Oscary i kryzys kina http://www.polskieradio.pl/8/3664/Artykul/1590551,Hollywood-nie-wie-czym-jest-Oscary-i-kryzys-kina

Czyta więcej: Oscary 2016 w Onecie  http://vod.pl/publicystyka/oscary-2016/h7s0qh#02`

 

Temat, którego nie udźwignął hollywoodzki obraz, jest już tak wyeksploatowany, że opinia publiczna czuje jego przesyt. Zapewne można było go reanimować, ale nie przy tym scenariuszu i przy tej reżyserii, których konstrukcja oraz tempo są nierówne i kiczowato błyszczące. Tytułowy laureat najbardziej prestiżowej nagrody filmowej nie jest nawet sprawnym kinem. Autorzy produkcji zaganiają aktorów i fabułę w ślepe uliczki, z których i treść, i gra aktorska nie potrafią wybrnąć.  - "Choć historia przedstawiona w filmie Toma McCarthy'ego była niegdyś interesująca, cały film jest bardzo statyczny, dość nijaki wizualnie, pozbawiony wartkości, a główne postaci nie są dostatecznie dogłębnie przedstawione. Pozostawia tym samym ogromne wrażenie niedosytu i trudno nie odnieść wrażenia, że gdyby nie kontrowersyjny główny wątek, obraz nie mógłby liczyć na żadne nagrody" - pisano o bostońskiej historii.

Naturalnie reżyser i scenarzysta stawiają przed sobą wzorce z wielkich i udanych ekranizacji "śledczych". Coś ich jednak uwiera i odbiera czynnościom twórczym spontaniczność. Żeby to "coś" zarejestrować należy przekierować uwagę na problemy trapiące przemysł rozrywkowy, któremu stawia się poważne zarzuty rasizmu i szowinizmu.

Najzręczniejsza w świecie machina propagandowa, której nic do tej pory nie dorównało, gdy chodzi o dyktowanie ludziom, co mają myśleć, jak żyć i zachowywać się, ten sam Hollywood, który wniósł gejowski sztandar równości w gmach prawa federalnego i z maniakalnym uporem przepuszczał każdy scenariusz przez gęsty filtr politycznej poprawności, o wszelkich cechach twardej cenzury, został oskarżony przez Afroamerykanów o dyskryminację, a przez aktorki o mizoginizm, sutenerstwo i molestowanie. - Nie ma innej drogi do karirery w tym piekiełku jak łóżko - żaliły się w licznych publikacjach wysoko postawione w popkulturowej hierarchii gwiazdy. Krytycy z Akademii Filmowej czuli na plecach dyszenie wybitnego komika, Billego Crosbyego, potępionego za przestępstwa gwałtu na współpracownicach.

Znikoma liczba akademików to kobiety a wieloetniczność Ameryki nie ma prawie w ogóle odzwierciedlenia w 6000-tysięcznym do bólu homogenicznym gremium. Ta część zarzutów brykających Afroamerykanów ujrzała światło dzienne. Drugą ich partię wycofano z dyskursu publicznego.

Nie pierwszy raz pobratymcy Martina Luthera Kinga - którym "wolno więcej", niż klasie anglosaskiej, bo trudno przykładać miarę "political corectness" do potomków niewolników - kierowali pretensje konkretnie do amerykańskich Żydów, założycieli i właścicieli fabryki snów. Społecznym egozimem, ich zdaniem, jest bardziej niż kolor skóry akademików, niedoreprezentowanie tematyki heterogenicznej Ameryki w wychodzących co roku nowych produkcjach. – Narcystyczny konglomerat przedstawia głównie żydowski punkt widzenia a "czarni" są negatywnymi charakterami albo w ogóle ich nie ma – mruczał Twitter i Facebook tuż przed słynną galą. Waszyngton pamięta marsz rozsierdzonych "murzynów" po huraganie Katrina w Luizjanie. Wstrząsnął on elitami, ponieważ oskarżenia o nierówne traktowanie poszkodowanych przez kataklizm było wyartykułowane wyjątkowo otwarcie, nawet jak na warunki amerykańskie. Nie wolno więc było lekceważyć wylewającej się z internetu kolejnej kontestacji.

Do zderzenia z opinią publiczną, wyczekującą na jakąś reakcję hollywoodzkiej arystokracji, delegowano prowadzącego 88. galę rozdania Oscarów Chrisa Rocka, który pouczył w jej imieniu Afroamerykanów, gdzie jest ich miejsce i co zawdzięczają temu establishmentowi, przeciwko któremu się buntują. Tej samej treści nauczkę dostali zresztą w przeszłości tacy tytani aktorstwa jak Marlon Brando, Gary Oldman, Mel Gibson. Mówiono im bez ogródek: "jecie z naszej ręki" i pomawiano o antysemityzm.

  

Czytaj więcej: Zmartwychwstanie w cieniu pedofilii

 

Spece od kultury masowej nie omieszkali wychwycić, że cięty język i ostre dowcipy komentujące kontrowersje wokół "białych Oscarów", na gali ich rozdania w Dolby Theatre ewidentnie były zaaranżowane przez agencje pijarowskie, które producenci widowiska wynajęli dla zagaszenia powstałego kryzysu.

W ten kontekst - jako element peeru polewającego wodą wielki hollywoodzki pożar - włączony został Oscar dla filmu o degrengoladzie innej niż panująca w amerykańskich wytwórniach filmowych.

Przedstawienie śledztwa nagrodzonych Pulitzerem dziennikarzy "Boston Globe", którzy dotarli do szokujących informacji na temat konsekwentnie tuszowanej siatki pedofilskiej w Kościele katolickim, nie jest już samym odsmażeniem mocno nieświeżego kotleta. Byłoby to "półbiedą". Adaptacja historii z 2002 roku nawet dla niewprawnego oka jest równie nieautentyczna co hollywoodzkie narracje bliskowschodniego konfliktu nieuwzględniające złowieszczej metodyki skłócania arabskiego świata przez Mossad i CIA albo prześmiewcza opowieść o Kadafim, którego mniej więcej w czasie premiery "komedii" Sashy Cohena, brutalnie zlikwidowano a jego kraj rozparcelowano między zachodnie koncerny naftowe. Może dlatego w obsadzie "Spotlightu" nie znalazł się Matt Damon i paru innych utalentowanych gwiazdorów kuszonych politpoprawną karierą ("W Hollywood im więcej najeżdżasz na Kościół, tym więcej ról ci oferują"), którzy stanowczo odmówili uczestnictwa w żenującym przedsięwzięciu.

Trudno uwierzyć - po krachu wiarygodności dziennikarskiej wywołanym udziałem domów medialnych w praktykach spekulacyjnych banków czy inwigilacyjnych rządu USA - że jakiekolwiek śledztwo dziennikarskie jest spontanicznym wymysłem grupy zapaleńców. Media są władzą a każda władza ma swoje cele. Za bostońskim magazynem - cynglem stały określone grupy interesu, które pociągnęły za spust i zrujnowały organizację kościelną; raz bo jej autorytet był im niewygodny. Dwa, bo Kościół był bogaty i w przeciwieństwie do wielu innych instytucji, ponoszących jeszcze większą odpowiedzialność za zaniedbania narosłe wokół seksualnego bezpieczeństwa młodzieży, posiadał na tyle wymierne dobra, że można je było bezczelnie zaanektować. Ofiarą pazernych prawników grających na dwa fronty - w filmie fałszywie przedstawianych jako przyjaciele Kościoła, a w rzeczywistości żerujących na naiwności jego przedstawicieli - padały całe, pociągane do zbiorowej odpowiedzialności parafie, których zlikwidowano kilkaset w wyniku żądań finansowych nie ofiar, ale kancelarii prawniczych przywłaszczających wywalczone odszkodowania.

"Spotlight" pieczętuje kreowane umyślnie błędne przekonania o tym, że najliczniejszą, najbardziej wstrząsającą pod względem sposobu działania i najuporczywiej krytą grupą pedofilską są księża katoliccy. Ani jedno z tych twierdzeń nie jest prawdą.

Żadna z amerykańskich instytucji zaufania publicznego nie zdała egzaminu w świetle dzisiejszych wymagań a świadomość krzywdzenia dzieci przez ohydną praktykę korporacyjnej solidarności ze sprawcami wzrastała u decydentów z wszystkich konfraterni zawodowych wraz z doprecyzowaniem klinicznego opisu mechanizmów traumy seksualnej. Może najwolniej swoją mentalność transformowali psychiatrzy i psycholodzy, wśród których statystyka incydentów pedofilskich biła rekordy. Jeden z świeckich dyrektorów szkół, kierujący nowojorską placówką edukacyjną w latach 70. z rozbrajaącą szczerością wyznawał: nigdy do głowy, by mi nie przyszło, że można to robić z dzieckiem, dlatego myślałem, że uczniowie fałszywie oskarżają mojego wuefistę.

 

Czytaj więcej: Raporty o pedofilii przeczą stereotypom

 

Manipulując danymi (statystyki cofano nawet do lat 30. ubiegłego wieku; pod molestowanie seksualne podciągano przemoc psychiczną) prasa kreśliła fatalistyczny wizerunek katolicyzmu, którego obsesyjne obchodzenie się z seksualnością miałoby prowadzić do najgorszych z możliwych patologii. Odseparowano takie istotne socjologiczne zmienne jak kontekst kulturowy (kary cielesne były na porządku dziennym), wpływ rewolucji seksualnej i rozluźnienia obyczajów, mechanizmy grupowe (solidarność korporacyjna).

Koncentracja na pedofilii w Kościele katolickim jest o tyle nieuczciwa, że ilość takich wydarzeń przypadająca na policjantów, nauczycieli czy pastorów protestanckich jest wielokrotnie wyższa. Wykroczenia seksualne odnotowuje się dużo częściej w środowiskach liberalnych obyczajowo niż konserwatywnych a statystycznie najczęściej odpowiadają za nią krewni. Trudną prawdą jest, że odstek pedofilów jest w społeczeństwie stały a poziom reakcji na ich czyny zależy od poziomu wyedukowania. Pedofile lgną do zawodów, w kórych mieliby styczność z dziećmi.

Nie jest prawdą, że personel katolicki reagował gorzej w realiach bardzo słabej orientacji w problemie. W holenderskich katolickich placówkach opiekuńczych dochodziło do molestowania w liczbie mniejszej o połowę, niż w państwowych miejscach opieki nad dziećmi. W przypadku społeczności katolickiej analiza specjalnej, królewskiej komisji sięgała lat 50. XX wieku. 23 proc. dzieci umieszczonych w państwowych placówkach opiekuńczych padło ofiarą wykorzystywania seksualnego w porównaniu do 10 proc., które były pod opieką Kościoła.

Podobnym porównaniom poświęca jeden z rozdziałów swojej książki Philipp Jenkins. Monografia wydana przez wydawnictwo oksfordzkie jest najbardziej rzetelnym obok raportu episkopatu amerykańskiego opracowaniem o molestowaniu przez duchownych.

Kościół rzymskokatolicki jako jedyna instytucja w Stanach zjednoczonych przeszedł dogłębną metamorfozę w zakresie walki z pedofilią, dzięki czemu niezależne ośrodki audytu sytuują pracę duchownych katolickich z nastolatkami na szczytach skal bezpieczeństwa.

Pozytywne ewaluacje Kościoła nie muszą epatować w twórczości filmowej, ale aspirująca do rzetelności dokumentu produkcja nie powinna od nich abstrahować, bo inaczej będzie słusznie postrzegana jako narzędzie agitacji antykościelnej. Choć tę łatkę nikt z katolickich środowisk opiniotwórczych ekranizacji nie przyklejał.

"Spotlight" zyskał zaskakująco pozytywną - na tle "świeckiej" krytyki filmowej - ocenę w recenzjach katolickich wydawnictw. W zachwytach rozpływał się nad nim min. watykański dziennik L'Osservatore Romano. Kardynał Sean O'Malley z Bostonu nazwał obraz ważnym filmem, do powstania którego przyczynia się "tragedia przestępstw seksualnych popełnionych przez księży". Hierarcha, który jest przewodniczącym papieskiej komisji ds. ochrony małoletnich, wydał w tej sprawie oświadczenie, w którym min. stwierdzał: "media uświadomiły Kościołowi skalę przestępstw i grzechu popełnianego przez jego pracowników. (...) skalę szkód wyrządzonych ofiarom i ich rodzinom".

Propagandowej proweniencji oscarowego dzieła doszukali się natomiast krytycy i widzowie, którzy wysunęli prosty wniosek: "Hollywood swoje gówno przesłania cudzym". - Może kiedyś powstanie zasługujący na Oscara scenariusz o demoralizacji szerzącej się w filmowym półświatku - dzielili się nadzieją co odważniejsi krytycy niemal feudalnych hollywoodzkich stosunków międzyludzkich.


 

 



Oscar dla "Spotlight": sprytna agitka | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Menu Użytkownika





Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń