Kościół nie jest supermanem. "Przypadek" biskupa Szkodonia

pią, 14 lut 2020, 02:50:09

Autor: Maria Czerw

Wierzący w Polsce mądrze pogodzili się z "ludzkim" i "grzesznym" w Kościele. Nie dali się wyprowadzić z równowagi mediom i zachowali zdrowy osąd rzeczy. 

Wierzący w Polsce mądrze pogodzili się z "ludzkim" i "grzesznym" w Kościele. Nie dali się wyprowadzić z równowagi mediom i zachowali zdrowy osąd rzeczy.  

Jak każdego katolika poruszają mnie doniesienia tytułów prasowych:

"Sprawa biskupa Szkodonia. Dlaczego krakowska kuria zwlekała z zawieszeniem hierarchy?";"Gdzie jest ks. Krystian P. z Chramcówek? (WIDEO)"; "Zakopane Wikary z zarzutami Pokazywał dzieciom ostre porno".

Jest mi przykro. Liczę na to, że podejrzani duchowni przy zachowaniu wszystkich standardów postępowania śledczego, oczyszczą się z zarzutów. Życzę im tego.

Nie daję się zwariować, bo wiem, że problem pedofilii może rzucić cień na najszlachetniejsze latorośle w zaciszu domowego ogniska, szkolnej klasie czy na plebanii. Może dotknąć na przykład ojców kapucynów, których ból po zdemaskowaniu zakonnika - katechety z Zakroczymia czułam i których uważnie obserwowałam. Bracia byli szczerze wstrząśnięci, pościli i pokutowali. Żal mi było ofiar i żal mi było młodych, przejętych do żywego grzechem współbrata konsekrowanych mężczyzn. Snuli się po krużgankach klasztoru przez tydzień dosłownie jak cienie.

Zapowiadana od dość dawna – od czasów wejścia naszego kraju w strefę wpływów "stalinatu" (wcześniej hitlerowców) – katastrofa "ciemnego" i "zepsutego" katolicyzmu nie ziściła się i nie spełni. Przez prosty i notorycznie bagatelizowany fakt: mamy armię zaangażowanych i ofiarnych księży, jest ich znacząco więcej.

W Kościele jest mniej pedofilów i ludzi nikczemnych, niż przeciętnie występują oni w społeczeństwie. Tak jak mniej jest rozwodów i przejawów niemoralności na obszarach wiejskich i konserwatywnych. Kościół i zakorzeniona w chrześcijaństwie Polska starają się żyć zasadami religijnymi, co raczej, choć nie zawsze się udaje. W najbardziej uduchowionej i przylegającej do Boga wspólnocie przydarzają się upadki.

Pedofilię uważa się za jednostkę chorobową, powracającą w każdym pokoleniu w niezmiennie stałym procencie. Podstawowa charakterystyka zaburzenia preferencji seksualnych zakłada silne zniekształcenia poznawcze u sprawców, ograniczony wgląd i tendencje do manipulowania, ofiarami i sobą samym. Te preferencje są trudne do wyśledzenia przez najbliższe otoczenie, z czego robi się całkowicie niezasadny wyrzut biskupom.

Najtrudniejsze jest reagowanie na przemoc seksualną uwikłane w bliską relację. Trudno uwierzyć, że ktoś nam dobrze znany, życzliwy i uczynny może dopuścić się podobnego zła. Pedofile nie widzą nic nagannego w czynnościach seksualnych, które podejmują wobec nieletnich. Wydaje im się, że ich chronią i troszczą się o dzieci. Lgną do zawodów opiekuńczo-wychowawczych, stąd znajdziemy ich wśród nauczycieli, psychologów, psychiatrów, duszpasterzy, policjantów, pracowników pomocy społecznej.

Nie tylko Kościołowi, przede wszystkim rodzinie i szkole, ciężko się dostosować do stosunkowo niedawno ukształtowanej profilaktyki i prewencji w zakresie psychotraumatologii seksuologicznej. Zakłada ona ograniczenie zaufania do najbliższych. Co najmniej niektóre zachowania opiekuńcze i pielęgnacyjne muszą być monitorowane. W pewnym sensie dla układu rodzinnego, sąsiedzkiego czy przyjacielskiego to nienaturalne, że musimy pozostawać w nieustającej fazie czuwania z obawy przed ewentualnie ukrytymi skłonnościami krewnych i przyjaciół. Cierpią na tym więzi międzyludzkie, które zależą od przewidywalności. Pierwszym krokiem ozdrowieńczym jest dać sobie pomóc i dopuścić zewnętrzną ocenę, zdystansowaną i chłodną. Z zewnątrz można rozpoznać tę potworną aberrację.

Ohydne jest w tym wszystkim, że na owych zależnościach - między ofiarami, sprawcami, otoczeniem - żerują koncerny będące własnością ludzi nienawidzących Kościoła i Chrystusa. Jak komunistom czy prześladowcom z pierwszych wieków posądzającym chrześcijan o zepsucie obyczajów, składanie niemowląt w ofierze czy zatruwanie wody w studniach nie chodzi im o dobro ofiar.

Wina moralna absolutyzuje dobro i zło, obejmuje intencje i ma status indywidualny. Wina moralna nie ma z definicji charakteru zbiorowego.

Wina w perspektywie prawno-socjologicznej jest relatywna, zależna od okoliczności, kontekstualna, widziana w perspektywie konstrukcji i statystyk (większościowych i mniejszościowych norm) społecznych; dopuszczalny jest jej aspekt zbiorowy.

Różnice między obu poziomami odpowiedzialności są przedmiotem instrumentalizacji. Dajemy się zasugerować headlinom. Media chciałyby skarżyć Kościół zbiorczo, a zarazem zabsolutyzować jego odpowiedzialność w oderwaniu od okoliczności, świadomości i norm społecznych lub artykułów prawnych. Użyć naraz jednego i drugiego rodzaju odpowiedzialności nie da się bez zniesienia logicznego i spójnego wnioskowania: atrybucji przynależących do winy moralnej lub cech karno-społecznych.  

Jeśli twierdzimy, że statystyka i charakter przestępstw pedofilnych nie pozwalają wyciągać generalizujących wniosków pod adresem kleru, słyszymy, że episkopat uchyla się od odpowiedzialności, gdyż i tak "o jedną ofiarę za dużo". Zarzuty przerzucane na biskupów są tak pokrętnie zmieszane, że nie wiemy, czy mowa jest o zbrodni moralnej, prawnej, czy rozumianej socjologicznie. Za swoje czyny odpowiada jednostka - niech będzie to nawet zwierzchnik pedofila - lecz nie jest to cała instytucja. Wtedy też jest źle, bo jakże pomijać kurie i Watykan, struktury doskonale wlewające się w narrację o wrogach rodzaju ludzkiego, dostępne w procesach odszkodowawczych i praktycznie bezbronne na froncie wojny propagandowej.

Kiedy mediom jest wygodnie poruszają przypadki "pedofilii kościelnej" w perspektywie socjologicznej doszukując się mechanizmu instytucjonalnego i degeneracji korporacyjnej prezbiteratu. Ale gdy dziennikarzy (Monika Olejnik) przyciśnie się skalą występowania pedofilii w populacji, wybuchają wściekłością na hipokryzję Kościoła i oskarżają go o uciekanie od sprawiedliwości i lekceważenie cierpienia nieletnich. Rzecznicy episkopatu - instrumentalnie spychani z jednego poziomu na drugi - zawracają skuleni do przedziału moralnego, który absolutyzuje zło oraz dobro i skamlą o przebaczenie w imieniu całego Kościoła, co też jest zaprzeczeniem definicjom i logice z wnioskowania etycznego. 

Dziennikarze stosując zasadę zbiorowej odpowiedzialności i przyszywanej każdemu bez wyjątku winy nie dochowują reguły niesprzeczności a w napadach złości i histerii posuwają się do szkalowania. W świetle tradycji respektującej obiektywizm i wyważoną ocenę cofają nas w czasy barbarzyństwa i totalitaryzmów stojących ponad prawem z jego pryncypiami domniemania niewinności i równego traktowania. Usuwają jedną z sił społecznych. Dla tej operacji sprawiedliwość  z jej wykładnią równości jest zbędna. 

* *

Przypadek biskupa Szkodonia jest szczególny pod kilkoma względami. Hierarcha był ojcem duchownym diecezji i autorytetem, który symbolicznie rozliczał księży w związku z ich współpracą z aparatem bezpieczeństwa PRL. Udzielił bierzmowania i pierwszej komunii św. tysiącom dzieci i młodzieży. Wątpliwe by był pedofilem, bo jego ofiara była już dojrzała płciowo. Zdarzenie miało miejsca ponad 20 lat temu. Nasuwa się pytanie o to, czemu teraz p. Monika się ujawniła i czemu w Gazecie Wyborczej epatuje szczegółami (lepiej odmówić zapoznawania się z nimi), które budzą niesmak. Usłyszymy odpowiedź, że to nieważne, gdzie się ujawnia przestępstwa. Niemniej intencje domniemanej ofiary są tak istotne jak postępowanie i zamiary rzekomego sprawcy.

Wolny od układów krakowskich wikariusz stał się zaufanym współpracownikiem nowego ordynariusza diecezji, którego niechcący wystawił na ostrzał z murów nienawidzącego go medium.

Setki krakowskich zakonnic modli się za pogodnego "ojca" Jana. Czy duchowny zasługuje na modlitwę a siostrzany gest jest naiwny? Uznajmy fakt, że biskup zrobił wiele dobrego i jeśli nie będzie mógł być stawiany za wzór, to jego dobro przecież nie zniknie. Każde dobro pochodzi od Boga. Łaską jest je otrzymywać i umieć przyjąć również od ludzi upadających. Jest wielką tajemnicą Boga, czemu dopuszcza udzielanie łaski przez grzesznych ludzi.

Co innego dzieje się z dobrem bezpośrednio wplątanym w krzywdzenie. Rzecz jasna w centrum "wydarzeń" zawsze stoi napastowana kobieta, której należy się największa troska i współczucie oraz błaganie sprawcy skrzywdzenia o przebaczenie/jego ukaranie. To co biskup miałby wyrządzić "Monice" w ornamentyce pobożności jest straszne i nie ma nic wspólnego z dobrem. Żeby nie było wątpliwości: tu dobro zostałoby ewidentnie zniszczone. Do bohaterki reportażu z "Dużego Formatu" mam jednakże ambiwalentny stosunek. Przeważnie relacje ofiar są wstrząsające i przyciągają szczerością. Szczerości nie ma w opublikowanym opowiadaniu, które wydaje się schematyczne, rozpisane na role i niedopasowane. Zabezpieczenie "narratorki" opinią biegłego, który niby wyklucza konfabulację mobilizuje instynktowną ostrożność. Mam nadzieję, że komórki watykańskie przeprowadzą szczegółowe i profesjonale badanie skarżącej.

***

Grzech seksualny duchownych schodzi w teologiczną kryptę "Mysterium iniquitatis". Ta kategoria nie ma konotacji społecznej i jej tłumaczenie na język świecki może okazać się niezrozumiałe i karkołomne. 

Kościół nie jest bohaterem z komiksu ani niezdobytym bastionem. Przestaliśmy go tak postrzegać nie tracąc wiary. To jest poprawne. Możemy ujrzeć w nim Chrystusa i nareszcie oderwać się od współczesnej maniery, która każe wydawać opinię o wszystkim. Wszystko osądzać, jakby bez wyrobionego zdania na każdy temat naród był głupszy. A rozsądek dyktuje czasami wycofanie się i oddanie osądu Panu Bogu. Znamy przypadki fałszywych i niemożliwych do oceny oskarżeń. Pewne okoliczności pozostaną tajemnicą. Co wtedy? Czy zaduma i pokora wobec losu i tajemnicy nie są wyrazem dojrzałości, którą chce się zastąpić powierzchowną opinią publiczną?

Co chce osiągnąć szatan? Wmawia, że nie ma dobra, skoro nie ma dobra absolutnego, a to które jest, zawsze jest skażone i wadliwe. Nie istnieją święci i doskonali ludzie. W takim razie sam Bóg nie jest święty. Skoro nie ma świętego Boga, nie ma Go wcale, bo nie ma ludzi Boga. Mimo to człowiek potrzebuje Boga. Nie może bez niego żyć. Bogiem stają się, więc, autorytety ludzkie, jak cytowany w artykule o biskupie pomocniczym przez Gazetę Wyborczą filozof nieludzko postępujący z kochanką. Niemoralność staje się normą i pożądanym dobrem. Do tego prowadzi oskarżenie zbiorowe Kościoła i do tego służą ciemnym siłom opiniotwórcze telewizja i prasa. Nie dajmy się ograć diabłu.

 

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20200214025009175