Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Skandal zgorszenia maluczkich trwa?

Od największego skandalu seksualnego w ostatnich latach historii polskiego Kościoła minął już ponad rok. Sprawa abp Juliusza Paetza zniknęła z czołówek gazet, przestali się nią zajmować dziennikarze, a i przeciętny katolik w Polsce uznał, że to, o czym już nie słychać już nie istnieje. Czy rzeczywiście sprawa wygląda tak prosto?

Wiele wskazuje na to, że niestety nie. Sprawa abp Paetza nigdy nie została zamknięta. Nikt, nigdy nie stwierdził, czy zarzuty, które publicznie postawiono metropolicie poznańskiemu, są prawdziwe czy nie. Przeniesiono tylko biskupa na emeryturę, pozostawiając go w miejscu, w którym (jeśli oskarżenia są prawdziwe) krzywdził on setki osób. Po kilku miesiącach zakazano mu wprawdzie (po skandalach związanych z faktem, że kilku kleryków nie zgodziło się przyjąć z jego rąk święceń kapłańskich, a kilku innych nie zgodziło się składać na jego ręce przysięgi posłuszeństwa) sprawowania posługi w archidiecezji poznańskiej, ale to także nie oznacza jeszcze uznania winy, a jedynie próbę uniknięcia większego zgorszenia.

Milczenie oznacza przyzwolenie

W imię (słusznej – ale czy dobrze wykonywanej) intencji zaleczenia podziałów zrodzonych przez skandal w Poznaniu, nowy metropolita abp Stanisław Gądecki w zasadzie przestał wypowiadać się publicznie na temat sprawy abp. Paetza. Jednak trudno jest uleczyć cokolwiek, gdy sprawca całego zamieszania pozostaje w sąsiedztwie katedry – w pięknie odremontowanej wilii z ogromnym ogrodem – nie przyznając się do winy. Liczni wierni nadal są zdezorientowani i nadal nie wiedzą, komu wierzyć. Nikt, niestety nie sięgnął tu, jak się zdaje, do starej prawdy Ewangelii, że tylko prawda może uleczyć i wyzwolić katolików z niewoli wielkiego skandalu. Udawanie, że go nie było, albo zacieranie jego śladów przez zmiany nazw instytucji katolickich w Poznaniu – nic nie zmieni, przeciwnie spowoduje, że rany zamiast się zasklepiać – zaczną gnić.

Niestety, choć to bardzo bolesne, wydaje się, że postawa nowego arcybiskupa wynika z generalnej postawy Episkopatu wobec skandalu „w cieniu katedry” oraz wobec wszelkich innych skandali. Biskupi od wielu lat reagują na wszelkie problemy w myśl zasady, jeśli czegoś nie ma w mediach – to nic z tym nie trzeba robić. Gdy się pojawi – należy zaś odczekać pewien czas, zasymulować kilka zmian – i czekać aż temat zniknie z radia i telewizji. Metodę tę można określić – nie tyle ujawnianiem prawdy, ile zamiataniem prawdy pod dywan. Ma to opłakane skutki, gdy hierarchowie tolerują zło, sądząc, że zło, o którym nikt nie wie – nie powoduje zgorszenia.

Tak było w przypadku skandalu poznańskiego. Jak już przed rokiem informowała „Gazeta Wyborcza” plotki o próbach wykorzystywania kleryków pojawiły się już wtedy, gdy Paetz był ordynariuszem diecezji łomżyńskiej (a zdaniem wielu dziennikarzy mających związki z Watykanem jeszcze wcześniej, gdy ks. Paetz pracował w Stolicy Apostolskiej. Ich zdaniem to właśnie za zakazane kontakty świetnie zapowiadający się duchowny miał być przeniesiony do maleńkiej jednak diecezji łomżyńskiej). W Łomży miała być wtedy nawet jakaś watykańska komisja, ale nikt nie poznał wyników jej prac. Wiadomo natomiast, że bp Paetz nie został wówczas zdymisjonowany, ale trafił do Poznania.

„Gazeta Wyborcza” powoływała się także na dokumenty zamieszczone w kanadyjskim czasopiśmie „Reflex”. „Wynika z nich, że na początku lat 90. starał się o azyl w Kanadzie były kleryk z Polski. Argumentował, że w 1986 roku był jako student seminarium molestowany przez swego biskupa. Wszystkie nazwiska w artykule zostały wykropkowane, ale liczba kropek odpowiada liczbie liter nazwiska „Juliusz Paetz”, a kropki w nazwie miejscowości, gdzie mieściło się seminarium, pasują do słowa „Łomża”, gdzie Juliusz Paetz był wtedy biskupem. Ponadto dokument mówi o biskupie, że pracował on wcześniej jako prałat antykamery w Watykanie, który przygotowywał prywatne audiencje u kolejnych papieży - Pawła VI, Jana Pawła I i Jana Pawła II. Jedyną osobą, która była szefem antykamery u tych trzech papieży, jest abp Paetz” – napisała „GW”.

Mimo to wydaje się, że nikt nie zrobił nic, aby sprawę załatwić. Większość mówiła wtedy, że nie chciano martwić Ojca Świętego. Pokazuje to głębie degrengolady w polskim Kościele, w którym dobre samopoczucie papieża jest ważniejsze niż dobro setek ludzi – krzywdzonych przez purpurata. I niestety wszyscy Ci, którzy wiedzieli o tym (jeśli - wiedzieli), a nie działali, nie informowali o tym Watykanu i papieża osobiście mają tę sprawę na sumieniu. Być może dlatego zapadła wokół niej taka cisza.

Zbrodnia bez kary

Jeśli wierzyć w doniesienia prasowe – to często ta odpowiedzialność nie dotyczy tylko delikatnej warstwy sumienia, ale przekłada się na bardziej prawne konsekwencje. Na długo przed wybuchem skandalu o molestowaniu kleryków przez arcybiskupa wiedzieli z listu kilku poznańskich duchownych: bp Stanisław Dziwisz (sekretarz papieski), kard. Joseph Ratzinger (prefekt Kongregacji Nauki Wiary), wywodzący się z Poznania kardynał Zenon Grocholewski (prefekt Kongregacji Wychowania Katolickiego) i sekretarz stanu kardynał Angelo Sodano.

Ten ostatni poinformował o liście nuncjusza apostolskiego w Polsce abp Józefa Kowalczyka. Nuncjusz zażądał pisemnych oświadczeń molestowanych. Trafiły one do niego już w maju 2001 r. Nic z tego jednak nie wynikło. Co więcej wydaje się, że nikt nie poinformował nawet o tym Jana Pawła II (chyba, że przyjąć, że papież świetnie udawał zaskoczonego, gdy o sprawie znacznie później informowała go „osoba z Krakowa"). Żadna z tych osób – które mówiąc wprost kryły oskarżonego – nie poniosła najmniejszych konsekwencji.

Podobną sytuację można zaobserwować w Polsce. 10 września 2001 roku powstał kolejny list do polskich biskupów-delegatów Episkopatu Polski na sesję synodu w Rzymie poświęconą biskupiej posłudze: „Prosimy o podniesienie podczas obrad kwestii możliwości obrony Kościoła lokalnego przed niemoralnymi, błędnymi lub szkodliwymi działaniami miejscowego biskupa. Ośmielamy się o to prosić w związku z sytuacją, której od pewnego czasu doświadczamy w archidiecezji poznańskiej. Chodzi o działania Księdza Arcybiskupa Juliusza Paetza, które przez osoby bezpośrednio nimi dotknięte (w tym przez kleryków arcybiskupiego seminarium w Poznaniu) odbierane są jako homoseksualne” – cytuje – list podpisany przez dziekana Wydziału Teologicznego UAM ks. prof. Tomasza Węcławskiego, rektora seminarium ks. Tadeusza Karkosza, redaktora naczelnego tygodnika „Przewodnik Katolicki” ks. Jacka Stępczaka, proboszcza ks. Marcina Węcławskiego i prezesa Ogólnopolskiego Porozumienia Ruchów Obrony Życia Pawła Wosickiego – „Gazeta Wyborcza”. List otrzymali arcybiskupi Tadeusz Gocłowski, Józef Michalik, Henryk Muszyński i biskup Antoni Dydycz. Nie poruszyli oni jednak tematu podczas obrad. Nie poinformowali o tym nikogo. I co? I nic! Nikt nawet nie prosił biskupów o wyjaśnienie ich milczenia. Nikt nie próbował wyjaśnić, dlaczego wiedząc o tak strasznych podejrzeniach – nie chcieli jej oni przekazać dalej, dlaczego nie chcieli jej wyjaśnienia.

To jednak nie wszystko. Kopię tzw. „listu pięciu” otrzymał nuncjusz w Polsce, który przekazał ją... oskarżonemu. „Ten udziela proboszczowi Węcławskiemu nagany kanonicznej. Ks. Węcławski odwołuje się, ale kara zostaje podtrzymana przez kardynała Darisa Castrillona Hoyosa, prefekta watykańskiej Kongregacji Duchowieństwa” – relacjonuje sprawę „GW”. Co to oznacza? Mówiąc najkrócej to, że ksiądz za odwołanie się do swoich przełożonych w Watykanie w słusznej sprawie – zostaje ukarany. Do kogo więc miał się odwołać odważny duchowny – to pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi.
 
Media dotarły również do z poznańskiej kurii, która streściła stanowisko abp. Kowalczyka: „Ks. Nuncjusz ocenia pismo negatywnie. Autorzy twierdzą, że złożyli udokumentowane informacje do Stolicy Apostolskiej. Skoro tak, to tu ich rola się kończy. Autorzy pisma argumentują, że kierują się dobrem Kościoła. Wydaje się, że obranie takiego sposobu „obrony Kościoła” bardzo mu szkodzi. Autorzy listu obdarzeni zaufaniem Arcybiskupa spełniają wysokie funkcje w archidiecezji. Rodzi się pytanie: czy w tej sytuacji mogą je nadal spełniać?” – streszcza pismo „GW”. Nuncjusz jednak za takie, szkodzące przecież dobremu imieniu Kościoła stanowisko, nigdy nie został ukarany. Nikt nie wyciągnął najmniejszych konsekwencji wobec niego, mimo iż krył on działalność jednoznacznie szkodzącą Kościołowi. Więcej – nikt nawet nie próbował dociekać, dlaczego takie krycie się dokonywało.

Na swoich stanowiskach pozostali także biskupi pomocniczy poznańscy, którzy – według słów księży – łamali im sumienia. Tak opisywała to „GW”: „W październiku arcybiskup zwołał dziekanów, czyli proboszczów reprezentujących kurię w dziesięciu parafiach. Poprosił o modlitwę w intencji jedności wszystkich księży diecezji ze swoim biskupem i wyszedł. Zostali biskupi pomocniczy, którzy powiedzieli, że dziekani powinni podpisać oświadczenie.
Uczestnicy spotkania przekazali nam jego kopię: „Od pewnego czasu rozpowszechnia się w różnych środowiskach naszej archidiecezji zniesławiające opinie o naszym Pasterzu, Arcybiskupie Juliuszu. (...) Zdajemy sobie sprawę, że niektórzy mogą ulec tej wielce szkodliwej propagandzie, która godzi w dobro Kościoła poznańskiego. Dlatego my, biskupi pomocniczy i dziekani - jako najbliżsi współpracownicy Księdza Arcybiskupa Juliusza - pragniemy wyrazić słowa zaufania, solidarności i głębokiego oddania dla naszego Pasterza, który z całym zaangażowaniem i poświęceniem służy Ludowi Bożemu, czego owoce są dla wszystkich dostrzegalne”.
Nie było dyskusji, tylko jeden z proboszczów zapytał: „Czy my to musimy podpisać?”.
- Odpowiedź brzmiała: „Tak”. Jeśli ktoś nie był przekonany, bp Jędraszewski mówił: „Podpisz dla dobra Kościoła” - opowiada jeden z uczestników spotkania.
(…)
- Biskupi pomocniczy zawiedli nas. Mieliśmy nadzieję, że powiedzą arcybiskupowi o naszych prawdziwych poglądach, ale tak się nie stało - mówi ksiądz z kurii.
Oświadczenie miało zostać odczytane we wszystkich kościołach diecezji. Zamiast tego jego kopia zostaje wysłana do Watykanu
”.

I tak w imię jedności Kościoła, wbrew nauczaniu katolickiemu – zmuszano duchownych do kłamstwa. Nikt nie poniósł odpowiedzialności. Biskupi pomocniczy nadal sprawują swoją służbę. Nie padło ani jedno przepraszam. Nikt nie jest winny w tej sprawie!!!

Ukarane ofiary

Ukarane w tej sprawie zostały więc wyłącznie ofiary. To klerykom z poznańskiemu seminarium, którzy złożyli zeznania do Watykanu, później w twarz rzucano, że oskarżyciele nie mają twarzy i sumień. To, jeśli prawdziwe są plotki krążące po poznańskim rynku, właśnie ci z nich, którzy odważyli się powiedzieć prawdę, ukarani zostali odroczeniem święceń na pewien czas.

Karę ponieśli także ci, którzy ujawnili prawdę. Oni już nie mają szansy na karierę. Złamali „solidarność kapłańską”, "opluli niewinnego arcybiskupa" itd.

To właśnie Ci ludzie mogą zobaczyć, że nie liczy się ich godność, że nie liczy się nauczanie Kościoła, nie liczy się prawda, gdy w grę wchodzą interesy hierarchów i ich układy.  Taki jest pierwszy – bolesny wniosek – płynący z afery abp Paetza. Niestety nie ostatni.

Równie bolesny dla każdego, kto obserwował tę aferę jest fakt, iż zgoda na takie załatwienie sprawy (czy właściwie jej brak, przesłonięty pseudo-działaniem, jakim było przeniesienia arcybiskupa na emeryturę) płynęła z najwyższych szczebli kościelnej władzy – z Watykanu. Wszystko bowiem wskazuje na to, że to tam podjęto decyzję o tym, by nie karać hierarchy, ale jedynie usunąć go z widoku. Nie powinno to jednak dziwić – bowiem i tak jest to spory postęp w porównaniu ze sprawą kard. Groera, który mimo iż oskarżono go (a jak wskazują fakty nie było to oskarżenie bezpodstawne) o pedofilie – długo jeszcze pozostawał na swoim stanowisku, a po jego śmierci Jan Paweł II skierował telegram kondolencyjny z podkreśleniem licznych zasług zmarłego (jakie zasługi mogą zmyć gwałty na chłopcach – tego nie wyjaśniono).

Judaszowy archetyp

Dlaczego tak się stało? Tego można się tylko domyślać. Zapewne po to, aby nie zgorszyć maluczkich świeckich katolików, by nie przyznać, że hierarchia – mimo iż jest świętą władzą w Kościele – to jest tak samo grzeszna, jak wszyscy inni.

Szkoda jednak, że się tak stało. Gdyby w ten sposób myślano w ewangeliach nie mielibyśmy najbardziej chyba wstrząsającego świadectwa zdrady pierwotnego Kościoła – jakim było wydanie Jezusa na śmierć przez pocałunek Judasza.

A przecież właśnie sprawa Judasza jest chyba najlepszym obrazem, wzorem, który odnieść można do sprawy abp Paetza. Wtedy również apostoł, o którym św. Piotr mówił: „był jednym z nas” – zdradził swoje powołanie i swojego Pana, a nikt z jego towarzyszy, innych apostołów nie zrobił nic, by go powstrzymać.

To powiedziawszy Jezus doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi». Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi. Jeden z uczniów Jego - ten, którego Jezus miłował  - spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: «Kto to jest? O kim mówi?» Ten oparł się zaraz na piersi Jezusa i rzekł do Niego: «Panie, kto to jest?».  Jezus odparł: «To ten, dla którego umaczam kawałek [chleba], i podam mu». Umoczywszy więc kawałek [chleba], wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty.  A po spożyciu kawałka [chleba] wszedł w niego szatan. Jezus zaś rzekł do niego: «Co chcesz czynić, czyń prędzej!».  Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: «Zakup, czego nam potrzeba na święto», albo żeby dał coś ubogim. A on po spożyciu kawałka [chleba] zaraz wyszedł. A była noc” (J 13, 21-30) – tak opisywał tę sytuację św. Jan.

Wystarczy się jej przyjrzeć by dostrzec analogię. I wtedy i teraz – sprawa była jawna wśród apostołów. Ale nikt nie zrobił nic, by ustrzec Judasza przed jego zbrodnią. Wszyscy zbyt pogrążeni byli w błogostanie bycia apostołem, by zauważyć, że jeden z nich nie tylko zdradzi, ale i sam się zabije oraz przyczyni się do śmierci Jezusa Chrystusa. Teraz było podobnie.

Tyle, że wtedy znaleziono przynajmniej odwagę by o tym napisać, by świadczyć o tym. Teraz zabrakło nawet tego.

Tomasz P. Terlikowski



Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20030508125315770

No trackback comments for this entry.
Skandal zgorszenia maluczkich trwa? | 55 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Skandal zgorszenia maluczkich trwa
episcopoi pią, 9 maj 2003, 01:39:16
Niech to działa w obie strony. Otoczmy opieką skrzywdzonych kleryków, ale też obejmijmy nasza modlitwą i troską Księdza Arcybiskupa. To lekcja dla nas wszystkich: dla Księży Biskupów i dla Ludu Bożego. Episkopat nie jest zimnym monolitem. To żywi i czujący ludzie, wrażliwi na los człowieka. Ci ludzie popełniają też błędy. Odpowiedzialność chrześcijańska to troska pasterza o swoje owce, ale również - gdy pasterz poczuje się gorzej - troska owczarni, aby pasterz nie zginął. Uczmy się razem tej sztuki.
Szczęść Boże,

---
+pl
 
Skandal zgorszenia maluczkich trwa
tusiek pią, 9 maj 2003, 04:29:32
Kiedy Pan pisze o swoich notatkach raz na nie raz na tak to wydaje mi się, że uprawia pan jakąś grę z Kościołem. Czy chce Pan być poganiaczem, który traktuje Kościół raz kijem raz marchewką.
Z szyderstwa uciekł Pan w patos. Ciekawe komu starczy cierpliwości, żeby pański tekst przeczytać do końca. I może by Pan się tak odważył opisać parę afer z podwórka prawosławnego albo reformowanego, czy chasydzkiego (czytałem o cadyku molestującym kilkuletnią dziewczynkę w izraelskich Noiwny Kurier - mogę podrzucić), bo tę aferę o której Pan pisze wszyscy znają.
 
Skandal zgorszenia maluczkich trwa
tusiek pią, 9 maj 2003, 15:56:59
"Krycie" to jest naturalny mechanizm, który funkcjonuje we wszystkich społecznościach na czele z tą, którą nazywamy rodziną czy plemieniem, np. bardzo mocno funkcjonuje on w społeczności żydowskiej, i jest on wprost proporcjonalny do siły więzów łączących członków danej społeczności (por. "Socjologia rodziny" prof. Franciszka Adamskiego).
Problem w tym, że mechanizm "krycia" czy "dyskrecji" stojącej na straży kultywowania tradycyjnych wartości danej społeczności jest słuszny i naturalny o ile skutecznie eliminuje patologiczne zachowania członków danej grupy. W środowiskach żydowskich nawet tych o orientacji czysto laickiej stosowane jest drastycznie wykluczenie ze społeczności związane z bolesnym pozbawieniem wszelkiej pomocy i akceptacji. Tak np. społeczność nowojorskich Żydów zmniejszyła liczbę amerykańskich przestępców żydowskiego pochodzenia. Podobnie silny mechanizm utajnienia różnorakich deficytów funkcjonuje w społecznościach azjatyckich.
Nagłaśnianie i epatowanie się skandalami obyczajowymi w KK wcale nie musi prowadzić do skutecznego eliminowania zła w Kościele hierarchicznym natomiast bezwzględnie godzi w więź pomiędzy hierarchią a wiernymi i w tych ostatnich rodzi destrukcyjną nieufność w stosunku do wszystkich kapłanów.
Istotne też jest, że tego typu przypadki występują w większym procentowo nasileniu w innych grupach zawodowych czy wyznaniowych, ale nie są one nagłaśniane. Również w nienaturalny sposób nagłaśniane są złe zjawiska w KK, a pomijane kompletnym milczeniem dobre.
Osobiście uważam, że Kościół jest z satysfakcją upokarzany z uwagi na nieprzejednane stanowisko wobec kanonu moralności. Właściwie odnosi się wrażenie choćby z lektury niniejszego serwisu, że kościoły reformowane mocno obniżyły poprzeczkę wymagań moralnych. Kościół prawosławny jest bardzo immanentny, na polu walki o nienaruszony kanon moralności pozostał KK, nic skutecznie nie obniży jego autorytetu jak ujawnianie skandalu za skandalem, a tych żadnej społeczności nie zabraknie.
Biskupi, czy kuria rzymska nie mieli dotychczas pomysłu na skuteczne eliminowanie obyczajowych nadużyć. Taka jest prawda. Kochając Kościół pytam się dlaczego? Zredukowanie odpowiedzi na to pytanie do obłudy i faryzeizmu Kościoła jest zbyt czarnobiałe. Nie chciałbym, żeby Jezus paradoksalnie zapytał mnie: czy jesteś bez grzechu?
Brak rzetelnej wiedzy o homoseksualizmie hamował otwartą debatę na ten temat w Kościele. Męzczyzna heteroseksualny podświadomie wyklucza możliwość zaistnienia tendencji homoseksualnej w konkretnych przypadkach. KK trwa tysiące lat. Upływ czasu to jest z podstawowych sposobów kształtowania doktryny. W tym kontekście nie posądzałbym hierarchii o złą wolę. Raczej mówiłbym o zagubieniu.
Warto wspomnieć w takiej notatce o działaniach podjętych przez Kościół w tej sprawie.
Instrukcje opracowywane przez Watykan mogą posłużyć Kościołom lokalnym do skutecznego eliminowania tych przykrych zjawisk.
Być może istnieją takie wskazówki w innych Kościołach.
Swoim tekstem przyłączył się Pan do dosyć płaskiego chórku mediów zdominowanych zewnętrznym spojrzeniem na Kościół. Utracił Pan w ten sposób coś swojego, głęboko wewnętrznego nie posuwając wcale problemu do przodu.


 
Skandal zgorszenia maluczkich trwa
MRB sob, 10 maj 2003, 13:44:31
Zadziwia mnie rozkosz, z jaką publikowane są tu informacje o brudach w Kościele (EKUMENIZM portalu zapewne ma polegać na tym że publikuje się brudy z różnych Kościołów).

Inna rzecz że - podobnie jak uprzednio gdy chodziło o hierarchę prawosławnego - owo błoto nakłada się na człowieka BEZ WYROKU.

Pomyślcie choćby przez chwilę - JEŚLIBY (nie wiem tego, bo i skąd ? Ale Wy też nie wiecie !) biskup był niewinny -
NICZEGO BY TO NIE ZMIENIŁO. Z zadowoleniem byłoby przyjęte tylko, gdyby powiedział że jest winny - gdy milczy (teraz) albo gdy oświadczył że jest niewinny (wcześniej) to skutek był jeden : różni faryzeusze oburzali się jeszcze bardziej.

Jedźmy dalej - wiele osób wpisujących się tu obrusza się (na biskupa ?!) że organa ścigania nie postawiły mu zarzutów. Tylko że by były zarzuty musi być oskarżenie, i to o coś poważniejszego niż o \"gesty, które niektóre osoby ODBIERAŁY jako homoseksualne\" (przypomnijcie sobie jakie byly te oskarzenia - wszystkie w stylu że ktoś coś tam ODCZUWAŁ inaczej niż w wypadku gdy robił \"misia\" czy podwał rękę).
Ale nawet zakładając że byłoby oświadczenie - to przecież nie biskup powinien sie oskarżać, tylko ktoś musi wnieść do sądu, czyż nie ?
To zresztą byłoby NAJLEPSZE ROZWIĄZANIE - wówczas Prawda zostałaby orzeczona, a Paetz mógłby się bronić - gdyż teraz, gdy jest oblewany błotem przez prasę i - niestety - także Wasz portal, bronić się nie może - gdyż przed nagonką mediów nie ma obrony.

Do wydania wyroku przez samozwanczych, wrecz ziejacych \"troska o czystosc Kosciola\" wystarczy by oskarzony był duchownym - jeśli spełnia ten warunek, jest dla nich WINNY, jeśli nie udowodni swojej niewinności ( a że niewinności udowodnić się nie da, zwłaszcza gdy głos mają tylko oskarżyciele, więc duchowny jest po prostu winny z założenia.

Dziwaczne, że nie przyznajecie oskarzonemu nawet takich praw, jakie przyznawaly im sądy pogańskie.
głeboko zniesmaczony
Marek Piotrowski
 
Skandal zgorszenia maluczkich trwa
MRB sob, 10 maj 2003, 17:39:15
A skąd wiesz że nie zrobiono ? Może zrobiono i nie znaleziono dowodów ?
 
Skandal zgorszenia maluczkich trwa
tusiek nie, 11 maj 2003, 04:01:38
Kto by miał przepraszać i za co w obliczu nie udowodnionej winy? Kondycja prawna tej afery to obecnie przypuszczenia, bo nie ma dowodów na popełnienie przez arcybiskupa przestępstwa w rozumieniu prawa kanonicznego i cywilnego. Nad arcybiskupem nie odbył się żaden sąd - w ogóle nie można mówić o jakiejkolwiek procedurze procesowej. Ostateczne słowo należało do arcybiskupa, który w relacji KAI
Na zakończenie Mszy Krzyżma w poznańskiej katedrze powiedział, że jest niewinny, poinformował, że pozostanie w Poznaniu i przeprosił wszystkich, których mógł obrazić swoim zachowaniem.
Abp Paetz powiedział księżom, że sam złożył rezygnację w trosce o dobro Kościoła … i stwierdził, że jest niewinny.
Możemy jedynie ubolewać nad kondycją sumienia lub brakiem świadomości i odpowiedzialności Ks. Paetza, jeśli faktycznie jest winny (osobiście uważam, że tak).
Komisja watykańska nie relacjonowała swojej pracy i nie zapoznawała mediów z jej wynikami z trzech przyczyn po pierwsze do żadnych wyników w postaci ewidentnych dowodów w śledztwie nie doszła (członkowie komisji sugerowali, że ze strony arcybiskupa doszło do zachowań, które można by dwuznacznie interpretować - jest to relacja pośrednia), po drugie komisja kierowała się zasadą "największej dyskrecji" (ks. Ciro Benedettini - v-ce dyrektor biura prasowego stolicy apostolskie), po trzecie media nie są dla Kościoła jedynym i najważniejszym sposobem komunikowania się z wiernymi.
Zawężając nasze rozważania pozostają kontrowersje wokół zasady największej dyskrecji, relacji KK z mediami oraz opóżniona lub niewłaściwa reakcja osób odpowiedzialnych.
Jeśli chodzi o ten ostatni punkt to nasze dywagacje należy zawęzić do osoby nuncjusza, arcybiskupa Kowalczyka - jako przedstawiciel stolicy apostolskiej był z urzędu zobowiązany do ustosunkowania się do licznych sygnałów nadchodzących z Poznania i nie tylko. Dlaczego tego nie zrobił? Najlepiej było by zapytać go bezpośrednio, może to zrobić Wasz szacowny serwis ekumeniczny. "Ja tylko sobie wyobrażam", że ks. Arcybiskup po prostu nie wierzył, był zagubiony i było to dla niego nowe doświadczenie, któremu najzwyczajniej nie sprostał. Poza tym to prosty, swojski chłop, jak większość z episkopatu i do głowy by mu nie przyszło, że chłop (67-letni) z takim samym tytułem hierarchicznym, co on mógłby z innym chłopem takie rzeczy robić.
Panowie się temu dziwią i gorszą się tym i obnoszą. A mnie Panów zdziwienie irytuje, bo przypomina mi ono zdziwienie tych sprawiedliwych z Ewangeli, których Pan Jezus z świątyni wygonił, bo kupczyli … w waszym przypadku sensacją.
Ja Arcybiskupa jednego i drugiego nie potępiam, po prostu chcę, żeby się poprawili i odnoszę takie wrażenie, że ta historia wiele ich nauczyła.
Teraz dyskrecja. Jej pierwszą formą, bardziej prymitywną jest zatajenie. Zatajenie jest mechanizmem socjalnym, próbą obrony społeczności przed zgorszeniem i może być ono równie skuteczną obroną danych społeczności, co upublicznienie jej problemów. Dyskrecja ma charakter bardziej duchowy i odnosi się bardziej do osoby. Dyskrecja chroni zarówno domniemanego sprawcę, któremu jeszcze winy nie udowodniono jak i ofiarę. W tym przypadku warto się odnieść do przypadku arcybiskupa Bernardin (o ile nie przekręcam nazwiska), nad którymi tzw. opinia publiczna dokonała sądu kapturowego. Okazał się on ofiarą zemsty niezrównoważonego umysłowo seminarzysty, który na szczęści przyznał się do oszustwa. Dyskrecja oznacza, że temat jest bardzo delikatny, intymny i wcale nie musi być przedmiotem publicznej debaty.
Z publiczną debatą wiąże się temat relacji Kościół - media.
Kościół zareagował tak jak zareagował zgodnie ze swoim temperamentem, tradycją, sprawiedliwością i przezornością. Ten temperament kłóci się z temperamentem i obyczajem "Agory", jej pośpiechem i brakiem odpowiedzialności za słowo.
Wiernym odpowiada temperament Kościoła (przynajmniej polskim) i sposób komunikowania się z hierarchią, to oznacza, że jest alternatywa dla agory a współczesne kanony komunikacji wypracowane i narzucane przez media nie są jedynymi i najlepszymi. Nikt nie oczekuje od Kościoła kajania się, rozliczania i oświadczania. I to nie, dlatego, że polscy wierni są głupi i niewykształceni. Sygnatariusze protestu doprowadzili do odsunięcia Ks Paetza i na tym poprzestali. Ci wierni posiadają intuicję świętości, która nie zatrzymuje się na dialektyce.
Swoje poszukiwania ukierunkowałem po linii oficjalnej odpowiedzi Kościoła; nie czuję się przez to uboższy duchowo ani intelektualnie. Można by pójść w odwrotnym kierunku, bo w życiu mamy zazwyczaj kilka wyborów. Ale to naprawdę nie jest kwestia sofistyki, lecz miłości.

 
Skandal zgorszenia maluczkich trwa?
Temistokles pią, 27 cze 2003, 11:34:05
Dla zainteresowanych informacja mówiąca, że prawdziwe jest powiedzenie: Młyny Boże mielą powoli. Niedawno odbył się ingres nowego biskupa w Ełku. I kogo na tej imprezie wydzieliśmy? ... ano jego arcydostojność J. Paetza.
Być może niereformowalny Kościół przyjął, że w Ełku czyny wspaniałego abp. nie są znane?... I to byłoby na tyle - jak mawiał prof. mniemanologii stosowanej J. T. Stanisławski

---
Temistokles
 
Skandal zgorszenia maluczkich trwa?
Radykał śro, 21 lip 2004, 03:58:28
Bardzo pozytywnie ucieszyłem się, gdy zobaczyłem jak szczerze My katolicy potrafimy przyznać się do błędu. Musimy zrozumieć, że błędy leżą w całym systemie szkół seminaryjnych, a problem nasilał się od wielu lat, a dopiero teraz zaczyna być zauważany. Nie można też współczuć takim ludziom, nie można ich bronić, ale trzeba jasno powiedzieć NIE. Oczywiście, że nie cała wina leży po stronie abp Paetza. Wielu ludzi powinno dobrowolnie samemu wymieżyć sobie kare. Nie możemy od tego uciec i zamiast zajmować się protestantami zajmijmy się sobą. Kiedyś taki informacje odsunęły mnie od wiary, ale teraz dodajom mi sił aby swoją energią i modlitwom naprawiać to co złe. 
 

Szukaj

Menu Użytkownika





Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń