Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Oczy uzdrowione łaską

Poniżej prezentujemy fragment książki "Oczy uzdrowione łaską" Philipa Yancey, który jest jednym z ewangelikalnych głosów w dyskusji na temat miejsca osób homoseksualnych w Kościele. 

(...) Kiedy Mel ogłosił, że jest homoseksualistą i cała ta sprawa stała się znana, (...) niektórzy z jego byłych współpracowników-chrześcijan zwołali szereg konferencji prasowych, żeby potępić książkę i wyprzeć się wszelkich bliższych kontaktów z Melem z przeszłości.
Przez pewien czas Mel był rozchwytywany przez producentów rozmaitych programów radiowych i telewizyjnych, takich jak np. "60 minut". Świeckim mediom najbardziej podobał się fakt, że utajony homoseksualista pracował dla przywódców chrześcijańskiej prawicy. (...) W związku z tymi wywiadami odezwało się do Mela wielu chrześcijan. "Dosłownie po każdym programie, w którym występowałem - wspomina Mel - ktoś do mnie dzwonił, żeby mi powiedzieć, że jestem przekleństwem i że powinienem być potraktowany zgodnie z prawem zawartym w 3 Księdze Mojżeszowej - to znaczy, że powinno się mnie ukamienować".



Bywało, że kiedy się nudziłem, dzwoniłem do mojego przyjaciela Mela White'a. Nie znam nikogo, kto żyłby równie aktywnie i beztrosko. Mel podróżował po całym świecie. Często raczył mnie swoimi barwnymi opowieściami: potrafił nurkować wśród barakud na Karaibach; potrafił przedrzeć się na szczyt marokańskiego minaretu przez górę gołębiego łajna, którego od stu lat nikt nie tam uprzątał, po to tylko, żeby sfilmować wschód słońca; potrafił przepłynąć Atlantyk na statku "Queen Elisabeth II" jako gość słynnego producenta filmowego; potrafił dotrzeć i zrobić wywiad z ludźmi, którzy przeżyli masakrę sekty Jima Jonesa w Gujanie.

Hojny do przesady, Mel natychmiast stawał się ofiarą wszelkiej maści handlarzy. Jeżeli na przykład siedzieliśmy w ogródku kawiarnianym i pojawiał się akurat sprzedawca kwiatów, Mel kupował bukiet tylko po to, żeby zobaczyć błysk w oczach mojej żony. Jeżeli fotograf proponował "uwiecznienie nas" za jakieś szalone pieniądze, Mel natychmiast kazał ustawiać się do zdjęcia. "To pamiątka - mówił, nie zważając na nasze protesty. - Wspomnienia są bezcenne!". Jego żarty i dowcip rozśmieszały do łez kelnerów, kierowników sali, kasjerów.

Kiedy mieszkaliśmy w centrum Chicago, Mel odwiedzał nas w drodze do Michigan, gdzie pracował jako konsultant przy produkcji filmów chrześcijańskich. Zwykle chodziliśmy do restauracji, zwiedzaliśmy galerie sztuki, włóczyliśmy się po ulicach, szliśmy do kina i spacerowaliśmy nad jeziorem do północy. O czwartej rano Mel wstawał, ubierał się i pisał jak szalony przez cztery godziny, płodząc około trzydziestu stron tekstu, które następnego popołudnia dostarczał klientowi w Michigan. Kiedy więc pakowaliśmy już Mela do taksówki na lotnisko, czuliśmy się wyczerpani, ale szczęśliwi. Nikt tak jak Mel nie potrafił tego sprawić: po prostu czuliśmy, że żyjemy.

W naszej dzielnicy mieszkało wielu homoseksualistów, szczególnie przy Diversey Avenue (zwanej przez mieszkańców "Perwersowo"). Pamiętam, jak żartowałem na ich temat przy Melu. "Wiesz, jaka jest różnica pomiędzy gejem a nazistą? - zapytałem raz, kiedy spacerowaliśmy po ulicy Diversey. "Sześćdziesiąt stopni! I pokazałem ręką jak salutują naziści, opuszczając ją następnie z miękką dłonią w przesadnie zniewieściały sposób.
"Homoseksualistę zawsze da się poznać - dodała moja żona. - Coś w nich takiego jest. Zawsze wiem".

Przyjaźniliśmy się już chyba od pięciu lat, kiedy Mel zadzwonił i poprosił, żebyśmy się spotkali w hotelu Marriott w pobliżu lotniska O'Hare. Przyjechałem na czas i przez następne półtorej godziny siedziałem i czekałem w restauracji. Przeczytałem już wszystko co wpadło mi w ręce: starą gazetę, kartę dań, informacje na opakowaniach słodzików. Mel się nie zjawiał. Kiedy właśnie wstawałem, aby wyjść, mocno zirytowany dziwną sytuacją, wpadł Mel. Przepraszał - ze zdenerwowania aż się trząsł. Pojechał do innego Marriotta, a potem utknął w olbrzymim korku w Chicago. Miał tylko godzinę przed odlotem samolotu. Czy mógłbym z nim jeszcze chwilę posiedzieć, żeby pomóc mu uspokoić się? - "Oczywiście".

Mel, wytrącony z równowagi tymi wydarzeniami, rozkojarzony, był bliski płaczu. Zamknął oczy, wziął kilka głębokich oddechów i zaczął rozmowę od stwierdzenia, którego nigdy nie zapomnę. "Powiedz, Philip, z pewnością już od dawna wiesz, że jestem gejem".

Nigdy mi to przez myśl nie przeszło. Mel miał wspaniałą, kochającą, oddaną żonę i dwójkę dzieci. Sam był wykładowcą w Fuller Seminary, pastorem w ewangelikalnym zborze, kręcił filmy i pisał bestsellery dla chrześcijan. Mel gejem? Czy papież może czcić Allacha?

Mimo że mieszkałem w tej dzielnicy, nie znalem wówczas osobiście żadnego homoseksualisty. Nie wiedziałem zupełnie nic o ich świecie. Żartowałem natomiast na ich temat i opowiadałem znajomym, którzy mieszkali poza miastem, historyjki na temat parady gejów (odbywała się na mojej ulicy raz w roku), ale nie miałem żadnych znajomych wśród homoseksualistów, a już na pewno nie przyjaciół. Sama myśl o tym była czymś odpychającym.

I oto dowiaduję się, że jeden z moich najlepszych przyjaciół ma również drugą, sekretną stronę życia, o której nic nie wiedziałem. Opadłem na oparcie krzesła. Teraz ja wziąłem kilka głębokich oddechów i poprosiłem Mela, żeby opowiedział mi całą historię.

Szczęściem, mówiąc o tym, nie narażam się na niedyskrecję. Mel sam wyjawił już swoją tajemnicę w książce zatytułowanej Stranger at the Gate: To be Gay and Christian in America (Obcy u drzwi: być gejem i chrześcijaninem w Ameryce). W tej książce Mel wspomina o naszej przyjaźni, a także o pewnych znanych w świecie chrześcijańskim postaciach o konserwatywnych poglądach, dla których niegdyś pisał: Francis Schaeffer, Pat Robertson, Oliver North, Billy Graham, W. A. Criswell, Jim i Tammy Faye Bakker, Jerry Falwell. Żaden nie wiedział wówczas o tajemnicy Mela; to zrozumiałe, że niektórzy z nich są teraz na niego źli.

Chciałbym tutaj wyjaśnić, że nie zamierzam zgłębiać teologicznych i moralnych kwestii związanych z homoseksualizmem, mimo że są bardzo ważne. Piszę o Melu z jednego tylko powodu: fakt że się przyjaźniliśmy, stał się bezpardonowym wyzwaniem dla mojego rozumienia łaski - jak powinna wpływać na moją postawę wobec ludzi "innych", nawet jeżeli różnice między nami są poważne i być może - nie do zignorowania.

Dowiedziałem się od Mela, że u niego homoseksualizm nie jest kwestią wyboru pewnego stylu życia, jak to sobie wcześniej w mojej prostocie wyobrażałem. Mel w swojej książce wyznaje, że skłonności homoseksualne miewał już w wieku dojrzewania. Ze wszystkich sił próbował je w sobie tłumić. Jako dorosły uparcie szukał na to "lekarstwa". Pościł, trwał w modlitwie, kazał namaszczać się olejem i modlić się nad sobą. Poddawał się rozmaitym egzorcyzmom, zarówno protestanckim, jak i katolickim. Chodził na zajęcia terapeutyczne, polegające na "zniechęcaniu" -dostawał porcję elektrowstrząsów za każdym razem, gdy odczuwał pobudzenie patrząc na zdjęcia mężczyzn. Przez pewien czas przyjmował leki psychotropowe. Jedynym rezultatem było odurzenie i trudności z koncentracją. Mel przede wszystkim rozpaczliwie nie chciał być gejem.

Pamiętam, że kiedyś w środku nocy obudził mnie telefon. Z trudem rozpoznałem, że to on. Mówił głosem głuchym, bezbarwnym. Powiedział mi: "Stoję właśnie na balkonie, na piątym piętrze z widokiem na Ocean Spokojny. Masz pięć minut, żeby mnie przekonać, dlaczego nie powinienem skoczyć". To nie był żaden głupi żart, mający zwrócić czyjąś uwagę; aż za dobrze pamiętałem, że jakiś czas temu Mel próbował popełnić samobójstwo, ale na szczęście go odratowano. Błagałem go, używając wszelkich argumentów, jakie przychodziły mi do roztrzęsionej głowy: osobistych, egzystencjalnych, teologicznych. Na szczęście Mel nie skoczył.

Pamiętam również pewną niezręczną scenę kilka lat później, kiedy Mel przyniósł mi pamiątki po swoim kochanku. Wręczając mi niebieski, wełniany sweter, poprosił mnie, żebym go wrzucił do kominka. Powiedział, że zgrzeszył i teraz chce się upamiętać - zostawić za sobą ten koszmar, wrócić do żony i do rodziny. Cieszyliśmy się i modliliśmy razem.
Pamiętam inne zdarzenie, kiedy Mel zniszczył swoją kartę członkowską Kalifornijskiego Klubu Sauny. Co prawda wśród homoseksualistów w Kalifornii pojawiły się przypadki tajemniczej choroby, i setki gejów rezygnowały z klubów sauny. "Nie robię tego ze strachu przed chorobą; po prostu wiem że powinienem tak postąpić" - powiedział mi Mel. Wziął nożyczki i pociął twardą plastikową kartę.

Mel miotał się pomiędzy rozwiązłością a prawowiernością. Czasami zachowywał się jak nastolatek rzucony na pastwę burzy hormonów, a czasami jak sędziwy mędrzec. "Poznałem różnicę pomiędzy szlachetnym smutkiem a smutkiem wynikającym z poczucia winy - powiedział mi pewnego razu. - Oba rodzaje są odczuciem autentycznym, oba mogą przenikać duszę do głębi, ale ten drugi jest dużo gorszy. Smutek szlachetny to ten, jaki odczuwa człowiek żyjący w celibacie, który wie, czego mu brakuje, ale nie wie, co stracił. Smutek wynikający z poczucia winy odczuwa człowiek, który nigdy nie może zagłuszyć świadomości swoich czynów". Dla Mela smutek wynikający z poczucia winy oznaczał dręczącą świadomość, że jeżeli ujawniłby przed ludźmi swój sekret, zniszczyłby swoje małżeństwo, karierę, służbę, a całkiem możliwe, że i wiarę. Pomimo nękającego poczucia winy Mel w końcu doszedł do wniosku, że pozostały mu już tylko dwie możliwości: choroba psychiczna lub szczerość. Podejrzewał, że próby tłumienia pragnień homoseksualnych i życia w heteroseksualnym małżeństwie oraz homoseksualnym celibacie prowadzą go do choroby psychicznej. (W tym czasie chodził do psychiatry pięć razy w tygodniu, płacąc po sto dolarów za sesję.) Zdecydował, że aby być zdrowym, musi znaleźć partnera-geja i pogodzić się ze swoją homoseksualną tożsamością.

Gehenna Mela poważnie mnie zaniepokoiła. W głowie miałem zamęt. Razem z żoną poświęciliśmy wiele nocy, rozmawiając z Melem o jego przyszłości. Analizowaliśmy razem wszystko co na ten temat mówi Biblia i zastanawialiśmy się, co to będzie dla niego oznaczać. Mel ciągle pytał, dlaczego chrześcijanie tak skwapliwie wyłapują wszelkie wzmianki o związkach osób tej samej płci, ale nie przejmują się zupełnie innymi typami zachowań, o jakich mowa w tych samych fragmentach.

Na prośbę Mela wziąłem udział w pierwszym marszu homoseksualistów na Waszyngton w 1987 roku. Nie poszedłem tam w charakterze uczestnika czy nawet dziennikarza, ale jako przyjaciel Mela. Chciał, żebym był przy nim, gdy będzie porządkować pewne kwestie, które domagają się w jego życiu wyjaśnienia.

Wydarzenie to zgromadziło około 300 tysięcy demonstrantów na rzecz praw gejów. Tylko nieliczni zdradzali wyraźne pragnienie wywołania skandalu, chcąc zaszokować społeczeństwo strojami, których nie dało się pokazać w żadnych wiadomościach wieczornych. Ten październikowy dzień był chłodny, a z szarych zalegających chmur - niczym z nasiąkniętych gąbek - spadały krople deszczu, obojętne na tłumy ludzi przesuwające się wolno przez stolicę.

Stojąc za barierką, dokładnie przed Białym Domem, byłem świadkiem konfrontacji. Oto kordon policjantów na koniach ochrania nieliczną grupkę kontrdemonstrantów. Wymachując pomarańczowymi transparentami, przedstawiającymi płomienie ognia piekielnego, zdołali przyciągnąć najwięcej fotoreporterów. Mimo ogromnej przewagi liczebnej przeciwników - gdzieś na oko piętnaście tysięcy do jednego - ci protestujący {chrześcijanie zresztą) wykrzykiwali prowokacyjne hasła skierowane do maszerujących gejów.

"Pedały do domu! - darł się do megafonu jakiś ich przywódca, a inni to podchwycili i wyli za nim: Pedały do domu, pedały do domu"... Kiedy już to hasło wytarło się nieco, uzgodnili następne: "Dlaczego-się-nie-wstydzicie-tego-co-robicie!". Pomiędzy tymi okrzykami przemawiający nadrywał się, odmalowując obrazowo, jaki to najgorętszy ogień piekielny Bóg zarezerwował dla sodomitów i zboczeńców.

Ostatnie obelżywe hasło w ich repertuarze, wykrzykiwane najgorliwiej, brzmiało: "AIDS, AIDS, czeka was to samo". Właśnie przechodzili ludzie chorzy na AIDS - kilkaset osób; wielu z nich na wózkach inwalidzkich. Wychudzeni jak szczapy, postacie nieomal żywcem wyjęte z filmów o obozach koncentracyjnych. Słuchając tych szyderczych okrzyków, nie mogłem pojąć, jak ktokolwiek może życzyć takiego losu drugiej osobie.

Ze swojej strony maszerujący geje różnie reagowali na chrześcijan. Najbardziej drażliwi prowokacyjnie słali im całusy lub odkrzykiwali: "Świętochy - śmierdziochy! Bigoty - dewoty! Kici-kici, hipokryci!". Grupa lesbijek zgodnym chórem - nieprzyzwoicie wyginając się w takt słów - wyśpiewywała wrzaskliwie do protestujących: "Chcemy waszych żon!", co raz po raz wywoływało salwy śmiechu wśród przedstawicieli prasy.

Wśród maszerujących było przynajmniej ze trzy tysiące osób, które utożsamiały się z jakimiś ugrupowaniami religijnymi: szli przedstawiciele katolickiego ruch "Godność", episkopalianie z "Integracji", a nawet niewielkie grupy mormonów i Adwentystów Dnia Siódmego. Ponad tysiąc osób maszerowało pod transparentem Metropolitan Community Church1 (MCC) -denominacji, która jest całkiem ewangeliczna w swym nauczaniu, za wyjątkiem podejścia do homoseksualizmu. Właśnie ci w zadziwiający sposób zareagowali na okrzyki demonstrantów-chrześcijan, chronionych kordonem policyjnym: jak na komendę przystanęli, zwrócili się w ich kierunku i zaintonowali pieśń: Jezus nas kocha, wiemy to, ponieważ tak mówi Biblia".

Uderzył mnie absurd tej sytuacji. Z jednej strony chrześcijanie broniący czystości doktryny (nawet Krajowa Rada Kościołów odmówiła MCC członkostwa), z drugiej strony "grzesznicy," z których większość otwarcie przyznaje się do praktyk homoseksualnych. Jednak ci "prawowierni" pałali nienawiścią, natomiast ci "mniej poprawni" śpiewali o miłości Jezusa.

Podczas tego weekendu spędzonego w Waszyngtonie za sprawą Mela miałem okazję poznać przywódców rozmaitych społeczności. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek uczestniczył w tak wielu nabożeństwach w jeden weekend. Ku mojemu zdziwieniu, na nabożeństwach śpiewano pieśni i stosowano porządek typowy dla większości zborów ewangelikalnych. W głoszonych kazaniach nie usłyszałem niczego podejrzanego teologicznie. "Większość chrześcijan homoseksualistów jest dość konserwatywna pod względem teologicznym - mówił mi jeden z przywódców. - Jesteśmy znienawidzeni i odrzucani przez Kościoły; pod względem socjologicznym nie ma więc żadnego powodu, żebyśmy przejmowali się tym, co mówią Kościoły. Jest natomiast inny powód: wierzymy że Ewangelia mówi prawdę". Słyszałem wiele osobistych historii potwierdzających to zdanie.

Każdy gej, z którym rozmawiałem, opowiadał o doznanym odrzuceniu, nienawiści i prześladowaniach - historie, od których włos się jeży na głowie. Większość z nich mówiła o niezliczonych wyzwiskach i pobiciach. Ponad połowa, z którymi rozmawiałem, przyznała się, że zostali wyklęci przez rodzinę. Niektórzy zarażeni wirusem HIV próbowali skontaktować się z rodzinami, które się ich zaparły. Chcieli dać znać, że są chorzy, ale odpowiedzią było głuche milczenie. Jeden z nich, pochodzący z Wisconsin, opowiedział, jak po dziesięciu latach takiego oddzielenia od rodziny został zaproszony do domu na obiad z okazji Święta Dziękczynienia. Matka posadziła go z dala od wszystkich, przy osobnym stole; jadł z jednorazówek - papierowe talerzyki, plastykowe sztućce.

Niektórzy chrześcijanie mawiają: "Owszem, powinniśmy traktować homoseksualistów ze współczuciem, ale jednocześnie musimy uświadamiać ich o sądzie". Po tych wszystkich rozmowach zacząłem to pojmować: każdy gej słyszy od Kościoła w kółko przesłanie o sądzie - nic innego, tylko sąd. Bardziej zorientowani w teologii geje, z którymi rozmawiałem, inaczej interpretowali fragmenty z Biblii na temat homoseksualizmu. Niektórzy mówili mi, że chcieli zasiąść i przedyskutować te różnice interpretacyjne ze specjalistami o poglądzie konserwatywnym, ale nikt się nie zgodził.

Wyjeżdżałem z Waszyngtonu z w głową nabitą sprzecznościami. Uczestniczyłem w nabożeństwach gromadzących rzesze oddanych ludzi, skorych do płomiennych modlitw, śpiewu i zwierzeń dotyczących czegoś, co według nauczania Kościoła chrześcijańskiego zawsze było grzechem. Wyczuwałem również, że mój przyjaciel Mel coraz bardziej skłaniał się do wyboru opcji, którą uważałem za moralnie złą - rozwód z żoną, zaprzepaszczenie służby, rozpoczęcie "nowego", przerażającego życia pełnego pokus.

Przyszło mi do głowy, że miałbym o wiele łatwiejszy żywot, gdybym nigdy nie poznał Mela White'a. Ale był moim przyjacielem - jak więc powinienem go traktować? Do czego zmuszała mnie łaska? Co zrobiłby Jezus2?

Kiedy Mel ogłosił, że jest homoseksualistą i cała ta sprawa stała się znana, jego dotychczasowi koledzy i pracodawcy zaczęli traktować go chłodno i z rezerwą. Sławni chrześcijanie, którzy dotąd podejmowali go, podróżowali z nim i zarabiali na jego pracy setki tysięcy dolarów, nagle się odwrócili. Pewnego razu na lotnisku Mel ujrzał znajomego - czołowego chrześcijańskiego polityka. Podszedł i wyciągnął do niego rękę, chcąc się przywitać. Mężczyzna z oburzoną miną odwrócił się na pięcie bez słowa. Kiedy ukazała się książka Mela, niektórzy z jego byłych współpracowników-chrześcijan zwołali szereg konferencji prasowych, żeby potępić książkę i wyprzeć się wszelkich bliższych kontaktów z Melem z przeszłości.

Przez pewien czas Mel był rozchwytywany przez producentów rozmaitych programów radiowych i telewizyjnych, takich jak np. "60 minut"3. Świeckim mediom najbardziej podobał się fakt, że utajony homoseksualista pracował dla przywódców chrześcijańskiej prawicy. Węsząc w poszukiwaniu plotek i skandali, zgłębiali i przetrząsali jego opowieści o znanych postaciach środowiska chrześcijańskiego. W związku z tymi wywiadami odezwało się do Mela wielu chrześcijan. "Dosłownie po każdym programie, w którym występowałem - wspomina Mel - ktoś do mnie dzwonił, żeby mi powiedzieć, że jestem przekleństwem i że powinienem być potraktowany zgodnie z prawem zawartym w 3 Księdze Mojżeszowej - to znaczy, że powinno się mnie ukamienować".

Ponieważ i ja zostałem wspomniany w książce Mela, niektórzy z tych chrześcijan skontaktowali się również ze mną. Pewien człowiek wysłał mi kopię napisanego do Mela listu kończącego się słowami:

Szczerze modlę się, abyś pewnego dnia prawdziwie się upamiętał, prawdziwie zapragnął wydostania się z okowów grzechu, który cię zniewala i wyrzekł się fałszywej nauki tak zwanych "kościołów gejowskich". Jeśli tego nie uczynisz, otrzymasz to, na co zasługujesz, i dobrze ci tak! - wieczność w Piekle, przygotowanym dla tych, którzy są niewolnikami Grzechu i wzbraniają się przed Upamiętaniem.

Zapytałem zwrotnie autora tego listu, czy naprawdę chciał powiedzieć "dobrze ci tak", czy jedynie tak jakoś mu się to napisało. W odpowiedzi przysłał mi długi list, naszpikowany wersetami z Biblii, potwierdzając że rzeczywiście celowo użył tego zwrotu.

Zrozumiałem, jak ważna jest rozmowa. Zacząłem rozmawiać z homoseksualistami mieszkającymi w naszej dzielnicy; wielu z nich wspominało, że wychowywali się w duchu chrześcijańskim. "Wierzę w Boga - powiedział mi jeden z nich. - Bardzo chciałbym chodzić do kościoła, ale gdzie bym nie poszedł, ludzie plotkują i jak się dowiedzą, to nagle wszyscy mnie unikają". Dodał też coś, co zabrzmiało wstrząsająco: "Jako gejowi łatwiej jest mi znaleźć seks na ulicy, niż przyjazną duszę w kościele".

Poznałem również innych chrześcijan, którzy postanowili traktować homoseksualistów z miłością. Na przykład Barbara Johnson, autorka popularnych książek o tematyce chrześcijańskiej - najpierw dowiedziała się, że jej syn jest homoseksualistą, a następnie, że zbór nie wie, co z tym fantem zrobić. Barbara założyła stowarzyszenie o nazwie "Służba Szpachelki" (chodzi o to, że trzeba szpachelką zdrapywać z sufitu tych chrześcijan, którzy na wieść o gejach-chrześcijanach za bardzo podskakują z wrażenia), aby pomóc rodzicom, którzy znaleźli się kłopotliwej sytuacji, podobnie jak ona. Barbara jest całkowicie przekonana (i zawsze stawia tę sprawę jasno), że
Biblia zabrania homoseksualnych praktyk. Po prostu jedynie chce stworzyć przyjazne duchowo miejsce dla rodzin z tym problemem - rodzin, które nie znajdują takiego miejsca w społeczności chrześcijańskiej. W listach informacyjnych Barbara opisuje przypadki rodzin, które najpierw doświadczyły zerwania wewnętrznych więzi, a następnie - odnowienia ich, przez ból i cierpienie. "To są nasi synowie, nasze córki - mówi Barbara. - Nie możemy po prostu zatrzasnąć przed nimi drzwi".

Rozmawiałem również z Tonym Campolo, znanym mówcą chrześcijańskim. Campolo zdecydowanie potępia praktyki homoseksualne, ale jednocześnie przyznaje, że orientacja homoseksualna jest czymś wrodzonym i że zmienić ją to zamierzenie graniczące z niemożliwością. Uważa, że najlepszym rozwiązaniem będzie w takim przypadku celibat. Żona Tony'ego prowadzi służbę poradnictwa dla ludzi o orientacji homoseksualnej. Domyślam się, że dlatego niektórzy chrześcijanie rozpętali na niego nagonkę. W rezultacie odwołano wiele wystąpień Tony'ego. Nawet na jednej z chrześcijańskich konferencji jego przeciwnicy rozpowszechniali ulotki z fragmentami korespondencji, jaką rzekomo prowadził z przywódcami organizacji gejowskiej Oueer Nation. List okazał się fałszywy - był częścią kampanii oszczerstw.

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, o traktowaniu "innych" wiele dowiedziałem się od Edwarda Dobsona, absolwenta Uniwersytetu Boba Johnsona. Był on przez pewien czas prawą ręką Jerry'ego Falwella oraz założycielem czasopisma "Fundamentalist Journal". Dobson odszedł z organizacji Falwella i został pastorem w Grand Rapids w stanie Michigan. Rychło dostrzegł problem AIDS. Poprosił kilku przywódców środowisk gejowskich o spotkanie i zapewnił, że w jego zborze znajdą pomoc ze strony każdego wiernego.

Chociaż przekonanie Dobsona, że praktyki homoseksualne są złem, nie zmieniło się, wiedział, że ma obowiązek zwrócić się do tych środowisk z miłością chrześcijańską. Mówiąc oględnie, działacze gejowscy okazali podejrzliwość. Znali Dobsona jako fundamentalistę. Dla nich, jak zresztą dla wielu gejów, słowo "fund amen tal i s ta" oznaczało ludzi takich jak demonstranci, których widziałem w Waszyngtonie.

Lecz z czasem Ed Dobson zdobył ich zaufanie. Zaczął zachęcać swoich wiernych aby przygotowali upominki świąteczne dla zarażonych wirusem HIV i żeby świadczyli każdą praktyczną pomoc chorym i umierającym. Wielu z nich nigdy w życiu nie spotkało homoseksualisty. Kilku odmówiło współpracy. Stopniowo jednak oba środowiska zaczęły postrzegać się nawzajem w innym świetle. Jak powiedział Dobsonowi jeden z gejów: "Rozumiemy wasz punkt widzenia i wiemy, że się z nami nie zgadzacie. Ale jednak pokazujecie nam Jezusową miłość i to nas przyciąga".

Wielu pacjentom chorym na AIDS w Grand Rapids stowo chrześcijanin kojarzy się dziś inaczej niż kilka lat temu. Doświadczenia Dobsona wykazały, że chrześcijanie - choć mają zdecydowane poglądy na temat etyki zachowań - okazują miłość. Ed Dobson powiedział mi raz: "Kiedy ktoś na moim pogrzebie stwierdziłby tylko tyle: Ed Dobson kochał homoseksualistów, to i tak byłbym dumny".

Rozmawiałem również z doktorem C. Everettem Koopem, wówczas Ministrem Zdrowia w rządzie. Koop miał nieskazitelną reputację wiernego chrześcijanina. To on razem z Francisem Schaefferem pomógł zmobilizować środowiska konserwatywnych chrześcijan, aby rozpoczęły walkę polityczną o ochronę życia poczętego.

W roli "lekarza narodu" Koop odwiedzał pacjentów chorych na AIDS. Na widok wychudzonych, zniszczonych i pokrytych fioletowymi ranami ciał, Koop jako lekarz i chrześcijanin zaczął odczuwać głębokie współczucie. Przysiągł przecież, że będzie chronił słabych i bezbronnych, a w całym kraju nie było słabszej i bardziej bezbronnej grupy społecznej.

Przez siedem tygodni Koop zwracał się wyłącznie do środowisk religijnych, m.in. do społeczności Jerry'ego Falwella, konwencji Krajowych Nadawców Programów Religijnych, konserwatywnych grup judaistycznych i katolików. W swoich przemówieniach (występował w lekarskim kitlu Publicznej Służby Zdrowia) Koop stwierdzał, że małżeństwo powinno być monogamiczne, a małżonkowie powinni dochowywać sobie wierności. Ale równocześnie dodawał: "Jestem Ministrem Zdrowia - lekarzem ludzi o orientacji heteroseksualnej i homoseksualnej, młodych i starych, moralnych i niemorałnych". Napominał braci chrześcijan: "Macie nienawidzić grzechu, ale też kochać grzeszników".

Koop nie krył, że rozwiązłość seksualna jest mu wstrętna - mówiąc o aktach homoseksualnych, zawsze używał słowa "sodomia" - ale jako Minister Zdrowia wstawiał się za homoseksualistami i troszczył się o nich. Mimo to Koop nie wierzył własnym uszom, kiedy przemawiając do dwunastu tysięcy gejów w Bostonie usłyszał, jak zebrani zaczęli skandować: Koop! Koop! Koop! Koop! "To niewiarygodne. Wyrazili poparcie - mimo tego, co mówię o ich praktykach. Myślę że to zrobili, ponieważ powiedziałem: jestem Ministrem Zdrowa wszystkich ludzi i spotykam się z nimi tam, gdzie są. Ponadto prosiłem o okazanie im współczucia, o ochotników, którzy będą się nimi opiekować". Trzeba powiedzieć, że Koop nigdy nie uznawał kompromisów, gdy szło o wiarę - do dziś upiera się przy słowie "sodomia", wielce wymownym. Mimo to żaden chrześcijanin ze środowisk ewangelikalnych nie jest przyjmowany przez homoseksualistów tak jak on.

I w końcu, o postawie wobec "innych" wiele nauczyłem się od rodziców Mela White'a. Gdy telewizja publiczna pokazała program, w którym nadano wywiad z Melem, jego żoną, przyjaciółmi i rodzicami, zwróciłem uwagę na fakt, że żona Mela nadal stała po jego stronie. Mimo że byli po rozwodzie, bardzo dobrze się o nim wyrażała; napisała nawet przedmowę do jego książki. Rodzicom Mela, konserwatywnym chrześcijanom, powszechnie szanowanym filarom miejscowej społeczności (ojciec Mela był tam burmistrzem) dużo trudniej było zaakceptować sytuację. Kiedy Mel wyjawił im, jak jest z nim naprawdę, zanim to sobie na dobre uświadomili, musieli przebrnąć chyba przez wszystkie fazy emocjonalnego szoku.

W pewnym momencie gospodarz programu zapytał rodziców Mela: "Wiedzą państwo, co inni chrześcijanie mówią o waszym synu - że to obrzydliwe. Co wy na to?".
"Cóż - odpowiedziała matka Mela, a głos jej drżał - To pewnie obrzydliwe, ale Mel nadai jest naszą dumą i radością".

Te słowa mocno utkwiły mi w pamięci. To przejmujące - taka definicja łaski! Zrozumiałem, że matka Mela White'a wyraziła właśnie, jak Bóg patrzy na każdego z nas. W pewien sposób wszyscy jesteśmy obrzydliwością dla Boga - "wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej"4 - a jednak z jakiegoś powodu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, Bóg ciągle nas kocha. Łaska sprawia, że nadal jesteśmy dumą i radością Boga.

Paul Tournier napisał o przyjacielu, który właśnie się rozwodził:
Nie pochwalam jego postępowania, ponieważ rozwód to rozwód - jest nieposłuszeństwem wobec Boga. Zdradziłbym swoją wiarę, gdybym to przed nim ukrywał. Wiem, że zawsze można znaleźć inne rozwiązanie konfliktu małżeńskiego niż rozwód, jeżeli naprawdę jesteśmy gotowi go szukać i chcemy, żeby Bóg nas prowadził. Ale wiem też, że nieposłuszeństwo tego rodzaju nie jest gorsze od oszczerstw, kłamstw, czy dumy, których winien jestem każdego dnia. Okoliczności naszego życia są inne, ale rzeczywistość naszych serc pozostaje taka sama. Czy ja postąpiłbym inaczej, gdybym był na jego miejscu? Nie mam pojęcia. Lecz wiem na pewno, że potrzebowałbym przyjaciół, którzy kochaliby mnie bezwarunkowo - takiego, jakim jestem, ze wszystkim moimi słabościami, i ufaliby mi, nie osądzając mnie. Jeżeli mój' przyjaciel się rozwiedzie, bez wątpienia napotka jeszcze większe trudności niż te, które spotykają go dziś. Tym bardziej będzie potrzebował mojej przyjaźni i właśnie muszę go o niej zapewnić.5

Mel White zadzwonił do mnie w trakcie jednej ze swoich akcji. Zamknął się w samochodzie kempingowym i pościł. Było to w Colorado Springs -mieście, które zyskało miano prawdziwego gniazda konserwatystów. Działacze gejowscy nazwali je "epicentrum nienawiści". Mel porozwieszał w swojej przyczepie antygejowskie odezwy, rozsyłane wszędzie przez chrześcijańskie organizacje z Colorado Springs; osobiście prosił przywódców wszystkich społeczności chrześcijańskich w mieście, żeby nie dolewali oliwy do ognia: w wielu miejscach w kraju popełniano liczne przestępstwa kryminalne, których przyczyną były nienawiść i nietolerancja. Zjawisko to przybierało niepokojące rozmiary.

Dla Mela był to wyjątkowo trudny tydzień. Komentator lokalnego radia w dwuznacznych wypowiedziach na antenie dawał mu do zrozumienia, żeby się strzegł. Natomiast amatorzy nocnych przejażdżek cudzymi samochodami krążyli wokół jego przyczepy, trąbiąc klaksonami, żeby nie mógł spać.

"Skontaktował się ze mną jeden reporter. Chce zebrać nas razem do kupy - mówił mi Mel przez telefon. - Zaprosił działaczy z ACT UP6 i lesbijki - duchowne z kościoła MCC, ale też przywódców takich organizacji jak Focus on Family7 czy Navigators8. Nie wiem, co się wydarzy. Jestem głodny, nie mam już siły i boję się. Potrzebuję cię. Przyjedź".

No to pojechałem. Mel jest jedyną osobą, jaką znam, której udało się zebrać razem takich ludzi! Przedstawiciele politycznej lewicy i prawicy siedzieli obok siebie ramię w ramię; atmosfera była napięta do granic. Wiele się działo tego wieczoru, ale najlepiej pamiętam pewien moment. Mel poprosił mnie, abym wypowiedział się w kilku kwestiach. Przedstawił mnie jako swojego przyjaciela i opowiedział trochę o naszej znajomości. Zakończył słowami: "Nie wiem, jakie jest jego zdanie wobec tych aspektów homoseksualizmu, o których rozmawialiśmy, i prawdę mówiąc boję się go spytać. Ale wiem, co czuje do mnie - prawdziwą chrześcijańską miłość".

Przyjaźń z Melem nauczyła mnie wiele, jeśli o łaskę chodzi. Na pierwszy rzut oka słowo "łaska" może się wydawać uproszczoną nazwą dla względnej tolerancji, pewnej formy liberalizmu: nie możemy się po prostu wszyscy lubić? Łaska jest jednak czym innym. Jeżeli zwrócimy uwagę na jej teologiczne korzenie, to zobaczymy że zawiera w sobie element poświęcenia, poniesienia kosztu.

Wielokrotnie byłem świadkiem, jak Mel wykazywał się łaską i w takim duchu odnosił się do tych chrześcijan, którzy mu wymyślali. Poprosiłem go raz, żeby mi pokazał choć część listów, które od nich otrzymywał. Ledwo przez to przebrnąłem. Zwykłe kartki papieru, a tak zionęły nienawiścią, że aż zgroza czytać! W imieniu Boga autorzy tych listów miotali klątwy, przekleństwa i groźby. Siedząc nad nimi czułem, jak gdzieś w głębi rodzi się we mnie bunt: "Powoli, Mel to mój przyjaciel. Nie znacie go". Dla autorów listów wszystko było jasne: przylepiali mu etykietkę "zboczeniec" i mieli z głowy! Ale Mel był człowiekiem - był osobą. Znając Mela, lepiej rozumiem niebezpieczeństwo, przed którym Jezus tak znacząco przestrzega w Kazaniu na Górze: naszą skłonność do oskarżania innych o popełnienie morderstwa, która jednocześnie ślepa jest na własny gniew; skłonność do dopatrywania się u bliźniego cudzołóstwa, która nie dostrzega własnego pożądania. Jeżeli sytuacja sprowadza się wyłącznie do konfrontacji, łaska ginie. "I ty, Brutusie"...

Czytałem również niektóre listy, jakie Mel dostał w odpowiedzi na swoją książkę Strangerat the Cate. Większość nadeszła od homoseksualistów, którzy po prostu opowiadali swoje historie. Tak jak Mel, wielu autorów listów próbowało popełnić samobójstwo. Podobnie jak on, wielu doświadczyło odrzucenia ze strony Kościoła. Sprzedano osiemdziesiąt tysięcy egzemplarzy książka. Mel otrzymał czterdzieści jeden tysięcy listów z reakcjami od czytelników - czy te liczby mówią coś o pragnieniu łaski w środowisku homoseksualistów?

Byłem świadkiem, jak Mel próbował zacząć karierę od nowa. Stracił przecież wszystkich dotychczasowych klientów. Zarabiał teraz czwartą część tego co dawniej - musiał wyprowadzić się z luksusowego domu i wynająć mieszkanie. Obecnie pełni rolę "sędziego pokoju" w MCC. Poświęca wiele czasu, odwiedzając jako mówca niewielkie społeczności homoseksualistów, złożone zarówno z kobiet, jak i mężczyzn. W tych środowiskach, delikatnie mówiąc, nie patyczkują się z gośćmi.

Samo pojęcie "zbór gejowski" brzmi w mych uszach dziwacznie. Spotkałem homoseksualistów żyjących w hm... celibacie, a więc "niepraktykujących", którzy desperacko szukają jakiegoś zboru, żeby ich przyjął, ale dotychczas żadnego takiego nie znaleźli. Zasmuca mnie, że zbory, do których sam chodzę, ograbiają się z potencjalnych darów duchowych, jakie mogliby tam wnieść ci chrześcijanie. Martwi mnie również fakt, że denominacja MCC tak mocno koncentruje się na zagadnieniach seksualnych.

Mel i ja mamy bardzo odmienne poglądy. Nie potrafię zgodzić się z wieloma decyzjami, które podjął mój przyjaciel. Kilka lat temu powiedział mi: "Pewnego dnia możemy stanąć naprzeciw siebie w dwóch różnych obozach. Co wtedy będzie z naszą przyjaźnią?".

Pamiętam pewną trudną sytuację. Siedzieliśmy w kawiarni Red Lion Inn. Było to zaraz po moim powrocie z Rosji. Entuzjastycznie dzieliłem się wieściami o upadku komunizmu, o niespodziewanym otwarciu się na Chrystusa prawie jednej trzeciej świata, o niesamowitych słowach, które słyszałem prosto z ust Gorbaczowa i szefostwa KGB. Wydawało mi się, że to moment niezwykły - wyjątkowa manifestacja łaski w stuleciu, które tak mało jej zaznało.

Mel jednak miał zupełnie inne problemy. "Czy poprzesz moje starania o objęcie pastorstwa?" - zapytał. W tym momencie homoseksualizm czy w ogóle kwestie związane z seksualnością ani mi były w głowie. Myślałem o upadku marksizmu, zakończeniu zimnej wojny, o likwidowaniu gułagów.

"Nie! - powiedziałem Melowi po chwili zastanowienia. - W oparciu o twoją przeszłość i o to, co czytam w listach Nowego Testamentu, nie uważam, że się nadajesz. Gdybym miał głosować, zagłosowałbym przeciw".

Po tej rozmowie nasza przyjaźń "dochodziła do siebie" całymi miesiącami. Odpowiedziałem szczerze, spontanicznie, ale dla Mela zabrzmiało to jak bezpośrednie, osobiste odrzucenie. Spróbowałem postawić się na jego miejscu, żeby zrozumieć, jak musi się czuć, pozostając przyjacielem osoby, która pisze do magazynu "Christianity Today" i która reprezentuje establishment ewangelikalny - to samo środowisko, od którego doznał tyle przykrości. O wiele łatwiej byłoby mu otoczyć się ludźmi, które myślą podobnie jak on.

Szczerze mówiąc uważam, że nasza przyjaźń wymaga o wiele większego zaangażowania łaski ze strony Mela niż z mojej.

* * *

Przewiduję już, jaka będzie reakcja czytelników - góra listów! Homoseksualizm to temat wybuchowy - wywołuje gwałtowne emocje po obu stronach. Konserwatyści będą mnie strofować za rozpieszczanie grzesznika, a liberałowie będą mnie atakować za to, że nie popierani ich stanowiska. Ponownie podkreślam, że nie przedstawiam tu swoich poglądów na temat zachowań homoseksualnych, a jedynie moją postawę wobec homoseksualistów. Opowiedziałem o tym na przykładzie mojej relacji z Melem Whitem - specjalnie unikając pewnych kwestii - ponieważ stanowi ona dla mnie nieustanny poligon, na którym ćwiczę wymagania łaski - traktowanie ludzi "innych".

Tak głębokie różnice - nie tylko w tej, lecz w każdej dziedzinie - sprawiają nam coś w rodzaju testu łaski. Niektórzy muszą walczyć z sobą, by normalnie traktować fundamentałistów, którzy napsuli im krwi. Will Campbell na przykład podjął się zadania pojednania z przedstawicielami "moralnej tępoty" i działaczami Ku-Klux-Kianu. Inni walczą z arogancją i ciasnotą umysłową "politycznie poprawnych" liberałów. Biali muszą radzić sobie z tym, że różnią się od czarnoskórych Amerykanów, i odwrotnie. Murzyni zamieszkujący centralne dzielnice miast muszą jakoś układać się z Żydami i Koreańczykami, a to nieproste zadanie.

Zagadnienie takie jak homoseksualizm jest przypadkiem szczególnym, ponieważ różnica koncentruje się na kwestiach moralnych, a nie kulturowych. Przez większość swej historii Kościół przeważnie traktował zachowania homoseksualne jako ciężki grzech. Pojawia się więc pytanie: "Jak traktujemy grzeszników?".

Weźmy na przykład zmianę w myśleniu, jaka dokonała się za moich już czasów w środowiskach ewangelikalnych. Zmiana ta dotyczy rozwodu - kwestii, co do której nauczanie Jezusa jest absolutnie jasne. Wszak nikt nie unika dziś osób rozwiedzionych: nie wyrzuca się ich ze zborów, nie pluje się im w twarz, nikt im nie ubliża. Nawet ci, którzy uważają, że rozwód to grzech, zaakceptowali grzeszników i traktują ich w cywilizowany sposób, a nawet z miłością. Jeszcze inne grzechy, wyraźnie w Biblii potępione - na przykład chciwość - nie wydają się stanowić poważniejszej bariery. Nauczyliśmy się akceptować daną osobę bez pochwalania jej zachowania.

Przyglądając się życiu Jezusa nabyłem przekonania, że bez względu na to, jak poważne bariery musimy pokonać, aby nauczyć się odpowiednio traktować tych "odmiennych" ludzi, są one nieporównywalne z barierą przezwyciężoną przez świętego Boga - Tego, który mieszka w Miejscu Najświętszym i którego obecność powoduje, że szczyty gór wybuchają ogniem i dymem, zwiastując śmierć wszystkim nieczystym: każdemu, kto nie będąc doskonałym, odważy się do Niego zbliżyć - Tego, który postanowił przyłączyć się do nas, nawiedzając naszą planetę.

Prostytutka, bogaty przedsiębiorca, kobieta opętana przez demony, rzymski żołnierz, Samarytanin z otwartymi ranami i Samarytanka, mająca kilku mężczyzn - nic dziwnego, że Jezus zyskał reputację "przyjaciela grzeszników", takich jak ci. Jak powiada Helmut Thielicke:

Jezus otrzymał moc miłowania nierządnic, zbirów i łotrów... potrafił to, ponieważ poprzez zapiekłą skorupę brudu wynaturzenia i degeneracji jego oczy dostrzegały boski oryginał, który na różne sposoby jest ukryty w każdym człowieku! ...On daje nam przede wszystkim te nowe widzące oczy9...
Jezus zwracając się ze swą miłością do człowieka przepełnionego poczuciem winy i wyciągając ku niemu pomocną dłoń, widział w nim dziecko Boże, które zbłądziło. Dostrzegał istotę ludzką, którą Ojciec kochał i nad która płakał, ponieważ szła w złym kierunku. Widział ją tak jak na początku stworzył ją Bóg i jaką być miała, i dlatego poprzez wierzchnią warstwę nieczystości mógł dostrzec prawdziwego człowieka wewnątrz. Jezus nie utożsamiał osoby z jej grzechem, ale raczej widział w tym grzechu coś obcego, coś co w rzeczywistości do człowieka nie należało, co go po prostu zniewalało i panowało nad nim. Właśnie od tego Jezus uwalnia istotę ludzką. Pokazuje jej prawdziwe "ja". Umiał kochać ludzi; kochał ich przez brud.10

Może faktycznie jesteśmy obrzydliwością, ale też jednocześnie dumą i radością Boga. Wszyscy w Kościele potrzebujemy "oczu uleczonych łaską", aby móc zobaczyć w innych potencjał tej samej łaski, którą Bóg nas tak hojnie obdarzył. "Kochać kogoś - powiedział Dostojewski - to znaczy widzieć tę osobę taką, jaką Bóg chciał, aby była" 11.

 

"Czyż Biblia nie uczy nas wzajemnej miłości?
Biblia! Tak, z pewnością uczy nas
wielu rzeczy, lecz czy ktokolwiek pamięta
by je czynić?"
Harriet Beecher Stówę, Chata wuja Toma


1 Kościół założony przez homoseksualistów, otwarty dla ludzi wszelkich orientacji seksualnych - przyp. tium.
2 Prawdopodobnie aluzja do popularnej w amerykańskich środowiskach ewangelikalnych frazy Wfiat Would Jesus Do, której akronim umieszcza się często na plakietkach, obrączkach, wisiorkach itp. Ma to przypominać wierzącym, że w każdej sytuacji powinni postępować tak jak postąpiłby Jezus. W niniejszym kontekście brzmi nieco sarkastycznie - przyp. red.
3 Popularny amerykański program publicystyczny. W Polsce przez pewien czas pokazywany przez telewizję Polsat 2 - przyp. tłum.
4 Rz 3:23.
5 Paul Tournier, The Person Reborn, New York, Harper & Rów, 1966, s. 71.
6 ACT UP (ang. "działaj") - organizacja na rzecz walki z AIDS - przyp. tłum.
7 Konserwatywna pro-rodzinna organizacja chrześcijańska z Coiorado Springs, walcząca z kryzysem w rodzinach. Wydaje książki, rozpowszechnia kasety video i nadaje programy radiowe - przyp. tłum.
B Amerykańska organizacja misyjna - przyp. tłum.
9 Helmut Thielicke, How tfie World Began, Philadelphia, Muhlenberg, 1961, s. 62.
10 Helmut Thielicke, Christ and the Meaning of Life, Grand Rapids, Baker, 1975, s. 41.
11 Cyt. w: Helmut Thielicke, The Waiting..., dz. cyt., s. 81.

Powyższy tekst "Oczy uzdowione łaską" jest jednym z rozdziałów książkii Philipa Yancey "Zaskoczeni łaską" do nabycia w Wydawnictwie Credo.

W pozostałych rozdziałach m.in.:
– legalizm
– bezwzględność
– całkowite przebaczenie i wina
– o tych, którzy są inni
– nienawiść na tle rasowym, politycznym, religijnym
 
Wszystko w kontekście Bożej łaski – daru bulwersującego dzisiejszy świat!

Redakcja Kosciol.pl dziękuje Wydawnictwu CREDO za mozliwość wykorzystania tego tekstu na naszych stronach. Zachęcamy czytelników do zapoznania się z ofertą wydawnictwa.

Zobacz też inne artykuły na temat nauczania i praktyki kościołów chrześcijańskich w stosunku do jednopłciowych związków.



Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20031105153433536

No trackback comments for this entry.
Oczy uzdrowione łaską | 10 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Oczy uzdrowione łaską
adam śro, 5 lis 2003, 18:13:17
Fragment książki powyżej dedykuje moim homoseksualnym przyjaciołom. Myślę, ze doskonale obrazuje on, ze środowisko ewangelikalne nie jest jednorodne w swoim podejściu do osób homoseksualnych, jak to jest często przedstawiane przez mych liberalnych braci ;)
Niestety za sporą część tego środowiska osobiscie się WSTYDZĘ, dlatego bardzo się cieszę, ze ukazała się w jezyku polskim ta ksiazka, może ona chodź troche pozwoli jednym i drugim bardziej się zrozumiec i zblizyć?

adam ciućka
 
Oczy uzdrowione łaską
S.Niemiec czw, 6 lis 2003, 01:34:44
Dziękuję za ten tekst.
Odwaga głoszenia, że można kochać i być kochanym to wielka rzecz.
Dziękuję, że znalazłem tutaj światełko, którego tak wielu z nas brakuje...

---
Szymon Niemiec
 
Oczy uzdrowione łaską
zergling czw, 6 lis 2003, 07:59:04
Czy powyższy tekst jest bardziej podnoszący na duchu, czy bardziej
przygnębiający - nie wiem. Chyba to drugie. Raz jeszcze potwierdza się
to, że większości ludzi brakuje wyobraźni tak tragicznie, że muszą mieć
osobistego przyjaciela homoseksualistę, żeby zdobyć się na jakie takie
zrozumienie problemu. \"...fakt że się przyjaźniliśmy, stał się
bezpardonowym wyzwaniem dla mojego rozumienia łaski...\" Uch!
Wygląda na to, że na każdego tropiciela \"sodomitów\" - poświęcającego
zadziwiająco dużo czasu demonstrowaniu z transparentami, pisaniu
anonimów albo chociaż komentarzy o \"pedałach\" w internecie,
pielęgnowaniu swojego świętego oburzenia i tłumionych tęsknot -
powinien przypadać przynajmniej jeden homoseksualny przyjaciel albo
członek rodziny, ktoś, kogo osobiście kocha albo lubi i ceni. Może wtedy
nieszczęsny tropiciel zauważy, że taki człowiek to nie tylko jego
oburzająca seksualność, ale i jego zainteresowania, codzienne troski,
praca, to wszystko, z czego składa się także jego życie. Ach, prawda, to
też czasem nie pomaga... Im prymitywniejsza osobowość, tym prostsze
rozwiązania - z przyjacielem zrywa się stosunki, ze współmałżonkiem
bierze się rozwód albo separację, dziecko wyrzuca się z domu...
Szczęściem Philip Yancey, z bólem co prawda, ale doszedł do wniosku,
że biblijne przykazanie miłości jest ważniejsze niż równie biblijne
zezwolenie na nienawiść.
 

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,668 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń