Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Nie boją się lustracji, mają się bać Newsweeka

Listy od czytelnikówSytuacja, w której media cytują same siebie, nasuwa na myśl polityczny patos bohaterów „folwarku zwierzęcego”. A tak się działo wkrótce po pamiętnym referendum francuskim pośród licznych komentatorów politycznych. Społeczeństwo francuskie, czyli właściwa opinia publiczna, miało arytmetycznie odwrotną opinię na temat głosowanego traktatu aniżeli przedstawiciele prasy i telewizji. Fałszywe twierdzenia prasy, że Unia Europejska nie może funkcjonować bez konstytucji i że konstytucji nie można renegocjować jeszcze bardziej rozdrażniło Francuzów.

To nie pierwsza wpadka mediów rozmijających się z oczekiwaniami społecznymi. Najbardziej drastyczna dotyczyła profanacji świętej księgi muzułmanów Koranu. Informacja ta kosztowała śmierć kilkunastu osób i pociągnęła za sobą dalszy spadek zaufania do USA w świecie muzułmańskim. W kryzys zaufania mediom wpisuje się również pasmo polskich kompromitacji, za którymi kryje się destruktywny model dziennikarstwa proponowany przez najsilniejszy polski dziennik „Gazetę Wyborczą”, walka o władzę nad telewizją publiczną pomiędzy „różowymi” (środowisko „Wyborczej) a „czerwonymi” (postkomuniści), rozłam ideologiczny w łonie liberalizmu w dużej mierze sprowokowany przez wojnę w Iraku oraz wzmacnianie się tendencji konserwatywnej w całym świecie.

Najbardziej karkołomnym wyczynem polskich mediów w ostatnich miesiącach było oskarżenie episkopatu o strach przed lustracją. Gdyby nie data wydania poczytnego tygodnika oskarżającego biskupów czytelnik mógłby pomyśleć, że to jakiś archiwalny egzemplarz z czasów prześladowań Kościoła, i to w fazie uwięzienia Kardynała Wyszyńskiego. Na pierwszej stronie twarz biskupa i podpis: „Kościół boi się lustracji”. To nie była ani Trybuna, ani Polityka lat 50-ch. To był Newsweek.

Historia jest taka
Przewodniczący IPN w niedługim czasie po śmierci papieża Jana Pawła II zapowiedział ujawnienie akt byłego współpracownika UB, duchownego z papieskiego otoczenia. I zrobił to wkrótce po zapowiedzi, ale nie tak wkrótce, by odebrać całemu wydarzeniu urok dobrze wyreżyserowanego spektaklu, w którym napięcie jest stopniowane.
Odbarwiony życiorys dobrotliwie uśmiechającego się Leona Kieresa nie współbrzmi z niezwyczajną i nieprzystającą do jego osobowości aferą lustracyjną, w której niczym sprawiedliwy demiurg demaskuje uwikłanych w romans z władzą ludową duchownych. Może tylko jeden szczegół z jego życiorysu koresponduje z dziwacznym wyczynem ostatnich dni. Otóż przynależy on do tego samego ugrupowania politycznego, co zlustrowana niedawno Małgorzata Niezabitowska. Jej środowisko wyniosło go na stanowisko szefa IPN i ono wspiera jego obecną kandydaturę na to samo stanowisko (piórem Ewy Milewicz z GW).

Można tę historię rozpocząć jeszcze inaczej. Kościół w Polsce zawsze towarzyszył narodowi i ma swoją męczeńską kartę na ziemiach polskich z racji prześladowań niemieckich i komunistycznych. Taki początek tchnie patosem, ale jest najbardziej autentyczny i istotny dla całej historii. Hierarchowie polscy jednogłośnie i konsekwentnie opowiadają się za przeprowadzeniem lustracji z poszanowaniem ludzkiej godności. Wielu z biskupów uważa, że jej nie zrealizowanie u startu demokratycznych procesów początku lat 90-ch było błędem. Część opinii publicznej uznała działania Kieresa za krok w dobrym kierunku i domagała się dalszej lustracji duchowieństwa. Były głosy, że cała afera została wywołana sztucznie a lustracja duchownych jest wewnętrzną sprawą Kościoła. Bo niby dlaczego po śmierci papieża? Byłoby to zbyt bolesne dla ojca świętego? Czy dlatego, że ojciec święty mógłby dać wyraz niechęci do lustrowania duchownych i spektakularnie przebaczyć donosicielowi osłabiając jej wymowę.

Rzecznik praw obywatelskich uznał procedurę ujawnienia współpracownika służb bezpieczeństwa ojca Konrada Hejmo za niezgodną z prawem. Ujawnianie nazwisk współpracowników służb bezpieczeństwa po 1983 roku jest złamaniem tajemnicy państwowej. Na taką niekompetencję zdaniem rzecznika kierownik IPN nie może sobie pozwolić.

Dominikanie to jedni z lepiej wykształconych Polaków. Umiarkowani i wyważeni mają ogromne zasługi na polu religijnej odnowy narodu. Można było z góry założyć, że będą dzielnie bronić dobrego imienia zakonu przychylając się do postulatu zrównoważonej lustracji, stającej w opozycji do działań Wildsteina.

Sprawa ojca Hejmo wciągnęła polski Kościół w niezbyt szczęśliwą koleinę wyżłobioną uprzednio w Czechosłowacji i na Węgrzech, gdzie z powodu takich duchownych autorytet Kościoła ucierpiał. Po oskarżeniu duszpasterza pielgrzymów o współpracę ze służbami specjalnymi PRL, coraz częściej mówi się o potrzebie rozliczenia ludzi Kościoła z przeszłością. Po kilku tygodniach od ujawnienia nazwiska kontrowersyjnego dominikanina następuje nieoczekiwany zwrot: społeczeństwo gwałtownie oponuje przeciwko lustracji duchownych zaprezentowanej przez Kieresa, a ojciec Hejmo powraca do swoich duszpasterskich obowiązków. Od 60 do 70% respondentów opowiada się w sondażach przeciwko lustracji duchownych i uznaje to za wewnętrzną sprawę kościoła.
Następny zwrot: dzień 1 czerwca – publikacja materiałów w sprawie ojca Hejmo opracowanych przez historyków IPN. Miały być szokujące. Dla wnikliwszych czytelników relacje ojca Konrada bardziej swoim poziomem pasują do plotek przenoszonych przez dozorców kamienic aniżeli relacji asów wywiadów, którzy zmieniali bieg historii. Mentorzy ojca Hejmo byli zadowoleni mnożąc plotkarskie raporty, a ojciec Hejmo miał satysfakcję, że chronił wydawnictwo, którego zasługi dla rozwoju demokracji i przywrócenia swobód obywatelskich były porównywalne z zasługami np. Tygodnika Powszechnego. Opowiadał mi ks. Gorzelany – budowniczy „Arki” nowohuckiej -, że z komunistami dało się dogadać: „za flaszkę wódki i przyjacielską pogawędkę wiele potrafili załatwić”. Materiały IPN wnikliwie przeczytane dają szerokie pole do najróżniejszych spekulacji. Będą więc tacy, którzy z ojca Hejmo zrobią bohatera „dogadującego się z komuną” . Będą też i tacy, którzy posuną się do sugestii o jego współudział  w zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszko. Pytanie brzmi: komu i czemu dana interpretacja służy? Polacy posłuchają papieża. A co by w tej sprawie zrobił ojciec święty powie nam nowo mianowany metropolita krakowski – ks. Arcybiskup Dziwisz.


Wnioski, czyli skutki
Wildstein, Niezabitowska

Styl przeprowadzonej przez Kieresa lustracji duchownego skłania do uogólnień i krzywdzących uproszczeń. Trudno się ustrzec wrażenia, że instytucja która najbardziej ucierpiała w dobie komunizmu, zwłaszcza w jego stalinowskiej wersji, postawiona jest teraz na ławie oskarżonych w ten sam sposób jak kilkadziesiąt lat temu. Oskarżyciele Kościoła przebili perwersją stalinowskich sędziów. Czołowe tygodniki społeczno-polityczne, jakby uzupełniając Leona Kieresa, oskarżają biskupów o przeciwdziałanie lustracji duchownych.

Słychać głosy, że akcja Kieresa jest symetryczna do przeprowadzonej przez Wildsteina publikacji listy agentów i jej celem jest zdyskredytowania listy Wildsteina. Znaczyłoby to, że środowisko stojące za Kieresem chce powiedzieć: popatrzcie sami i przekonajcie się, do czego to prowadzi. Trudno byłoby o lepszą lekcję pokory dla Kościoła, który prawie jednogłośnie opowiedział się za przeprowadzeniem lustracji i ujawnieniem agentów już 15 lat temu. Akcja Kieresa byłaby w tym kontekście lepszą kompromitacją listy Wildsteina niż jakiekolwiek dyskusje, w których górę brali popierani przez episkopat zwolennicy ujawniania agentów. Biskupi zostali postawieni w niezręcznej sytuacji. Pewnikiem też jest, że ta lustracja przesłoni swoją sławą przynajmniej na jakiś czas inne np. lustrację Małgorzaty Niezabitowskiej, albo przynajmniej złagodzi ich wymowę. Pomiędzy lustracją Hejmo a Niezabitowskiej istnieje więcej analogii, są też wyraźne różnice: Kościół w swoim patriotyzmie i stanowisku wobec komunizmu pozostawał niezmiennie konsekwentny i konsekwentnie był przez komunizm prześladowany. Nie da się zrównać Kościoła – instytucji z założenia przeznaczonej przez komunistów do prześladowania i inwigilacji z środowiskiem, które świadomie było beneficjentem władzy komunistycznej, zwłaszcza w okresie stalinowskim. Obydwoje: Niezabitowska i Hejmo reprezentują specyficzne kręgi , które nie życzyłyby sobie takiej skazy jak współpraca z Urzędem Bezpieczeństwa.

Dylematy lustracji kościelnej
Jeśli założyć, że Kościół jest instytucją faktycznie pokrzywdzoną, a więc szczególną i będącą raczej podmiotem lustracji a nie jej przedmiotem, to czy to samo można powiedzieć o poszczególnych ludziach, agentach? Naprzeciw temu dylematowi wyszło już kilka diecezji i zgromadzeń zakonnych przeprowadzając wewnętrzną lustrację. Szkopuł w tym, że ludzie pragną widowiska a media aberracyjnie zaostrzają ludzkie apetyty i stawiają następny znak równości: pomiędzy widowiskiem a jawnością - dwoma jakościowo różnymi pojęciami. Czy zachodzi konieczność jawności? Kościół dysponuje własnym aparatem dyscyplinarnym i kieruje się osobnym kanonicznym kodeksem prawnym, co przemawia za wyłączeniem go z powszechnej lustracji wraz z jej wyjątkowo spektakularnym wątkiem ujawniania nazwisk duchownych współpracujących ze służbami bezpieczeństwa PRL. W tym kontekście działania Kieresa można by odczytywać jako próbę wyrównania szans w wyścigu do lustracyjnych przywilejów pomiędzy środowiskiem kościelnym, a środowiskiem Niezabitowskiej. Agenci – duchowni krzywdzili Kościół, on też musi ich rozliczyć. Współpracownicy UB tacy jak Niezabitowska działali w szerszym spectrum społecznym – i przed szerszym spectrum społecznym powinni zdać rachunek sumienia.

Gdyby zdarzyło się, że Kościół zostanie postawiony między wyborem: ujawnić wszystkich współpracowników bezpieki nie ujawniać żadnego, co wtedy wybierze? Przed Kościołem również inne trudne zadanie: jak się obronić przed niesprawiedliwymi interpretacjami?

Pytanie: „kto tak naprawdę boi się lustracji?” pozostaje otwarte. Część odpowiedzi znamy: biskupi nie boją się lustracji, chociaż dają sobie prawo do takiej jej wersji, która odpowiada naturze Kościoła.

Uśmiechnięta twarz mediów
Że Kieres nie działał bez wyższego umocowania ćwierkają o tym wróble na dachach i piszą poważni publicyści. Paralelnie: czy bezczelne oskarżenie Newsweeka skierowane pod adresem episkopatu Polski ma swojego mocodawcę? O co chodziło redaktorom tygodnika? Czy to taka polska wersja kaczki dziennikarskiej o bezczeszczeniu Koranu, która ma wywołać ludzki ból? Czy Kościół ma się bać Newsweeka? Krzywdzące oskarżenie i przekłamanie, którego adresatem jest Kościół może w Polsce paść również ze strony nadawcy, który mieni się konserwatywnym i etycznym. Dla zmanipulowanego przez dziennikarzy Newsweeka biskupa Orszulika (jego twarz ukazała się na okładce tygodnika) to poważna lekcja skłaniająca do refleksji nad definicją medium etycznego i konserwatywnego w wymiarze obyczajowym i politycznym. Można przypuszczać, że tak propagowana formuła pisma była kluczem otwierającym porozumienie z hierarchą łowickim, co do udzielenia przez niego wypowiedzi, które zostały następnie obrócone przeciwko niemu. Niestety w świecie mediów bycie prawicowym i etycznym jest sytuacją umowną i ma znamiona menadżerskiego triku zarzucanego na konserwatywnego odbiorcę. Dodajmy triku, który nie ma nic wspólnego z konsekwentną linią programową telewizji czy danego tytułu prasowego. „Prawicowi” publicyści pełnią w nich często funkcję listków figowych. Wystarczy wspomnieć, że ich felietony, programy telewizyjne sąsiadują z treściami obyczajowo sprzecznymi z chrześcijańską wizją człowieka. Zarówno tygodniki Wprost, Newsweek, dzienniki Fakt i Gazeta Wyborcza jak i telewizje Polsat, TVN oraz radio RFM chętnie promują liberalne rozwiązania moralne i obyczajowe. A w sprzyjających warunkach wychwytują prawdziwe czy rzekome słabości Kościoła nienaturalnie je uwypuklając. Wspólny liberalny kręgosłup polskich mediów sprzyja pewnej synchronizacji ich działań. Skrzętnie skrywana liberalna proweniencja mediów epatowała w takich przypadkach jak sprawa arcybiskupa Paetza (co nie wypadało Wyborczej robiła Rzeczpospolita), rzekoma plaga pedofilii w Kościele, antysemityzm Pasji Gibsona czy konstytucja europejska. Rażące jest ubezwłasnowolnienie dziennikarzy Telewizji Publicznej, których inwencja jest jakby na uwięzi i podąża za wytycznymi „opiniotwórczego dziennika” - „Gazety Wyborczej”.

Pytanie o obiektywizm mediów będzie jeszcze niejednokrotnie drążyć polskich katolików. Oskarżenie Kościoła polskiego o strach przed lustracją wzmacnia taki odbiór, że ma on równie wiele do ukrycia, co faktyczni sprawcy zbrodni komunistycznych. Oskarżenie to rymuje się doskonale z innymi tego typu oszczerstwami, jak choćby to o nakręcanie spirali przemocy w rodzinie czy zamach na wolność osobistą kobiety pragnącej zabić dziecko w swoim łonie.

Jacek L.



Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20050531223410250

No trackback comments for this entry.
Nie boją się lustracji, mają się bać Newsweeka | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,704 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń