Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Wiara średniowiecznych Krakowian

I znów - ku mojej wielkiej radości - wypada, iż będę pisał o moim rodzinnym mieście Krakowie. Poprzednio, opisywałem dla Was, Drodzy Czytelnicy portalu Kosciol.pl zawiłe losy wspólnoty protestanckiej, tym razem cofniemy się nieco wstecz, dokładnie mówiąc do epoki średniowiecza, aby zbadać stosunek ówczesnych krakowian do Kościoła rzymsko-katolickiego.



Kościół na co dzień i od święta

Życie mieszkańców grodu nad Wisłą upływało w ścisłym związku z kalendarzem świąt i przepisów kościelnych. Wśród obchodzonych uroczystości główne miejsce zajmują święta Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Wniebowzięcia oraz Zielone Świątki. Oprócz tego, pamięta się o dniach patronów cechowych jak i licznych imprezach o charakterze rocznicowym. W zamian, Kościół chętnie uświetnia wszystkie ważniejsze wydarzenia z życia miasta. Są to zarówno zjazdy monarsze i obrzędy koronacyjne, jak i zwykłe nabożeństwa odprawiane dla członków poszczególnych cechów.

W dni powszednie kościelny dzwon przypominał o godzinach modlitw. Również za każdym razem gdy miastu groziło niebezpieczeństwo wierni zbierali się na modłach. Innym zwyczajem były licznie odprawiane procesje, w których każdy uczestnik miał swoje ściśle określone miejsce. Orszak wiernych po obejściu krakowskich kościołów wracał na sumę do katedry, gdzie niektórzy, szczególnie oddani sprawie, podchodzili do ołtarza na klęczkach. Co zresztą nie nieraz było powodem wielkiego nieporządku i zamieszania. Wśród zgromadzonych nie brakowało oczywiście pary królewskiej, która składała dary na rzecz Kościoła. I tak Kinga podarowała z okazji święta Trzech Króli trzy grzywny, zaś Jadwiga i Jagiełło składali prezenty po każdej wysłuchanej mszy.

W XIV w. katedra wawelska wzbogaciła się o nowe kaplice - Niepokalanego Poczęcia oraz kaplicę Wniebowzięcia. W XV w. przygotowano opis cudów dokonanych przez królową Jadwigę w celu przeprowadzenia procesu beatyfikacyjnego. Niewątpliwie katolicyzm jest podówczas zjawiskiem masowym, co w dużej mierze jest zasługą działalności zakonów żebrzących. Ich członkowie wpajali ludowi kult Matki Boskiej poprzez organizowanie jasełek, żłobków czy wspólne śpiewanie kolęd.

Aktywność zakonników nie ograniczała się wyłącznie do pracy z niższymi warstwami społeczeństwa, w roku 1450 Dominikanie stworzyli wraz z profesorami Akademii związek pod nazwą "filadelfia", który był rodzajem wspólnoty różańcowej. W tym samym czasie powstało mnóstwo śpiewanych po polsku pieśni religijnych, choć nie zawsze były to melodie oryginalne. Co ważniejsze już wtedy istniał polski przekład Biblii z którego korzystano podczas kazań. Jako pierwszy król który odbył pielgrzymkę do Częstochowy wsławił się Kazimierz Jagiellończyk. Oprócz tego sprowadził on do miasta kaznodziejów różańcowych.

W codziennym rytmie życia mieszkańców Krakowa ważną rolę odgrywały posty. Trwający 6-9 tygodni Wielki Post kończył się na Wielkanoc, co drażniło nieprzyzwyczajonych do tak długiego okresu umartwień kolonistów niemieckich. W końcu wywalczyli oni zachowanie własnych przepisów w tej kwestii. Inną grupą narodowościową zachowującą odrębność własnych tradycji byli Rusini, zachowywali oni ścisły post w środę by kiedy indziej jeść mięso bez ograniczeń.

Najczęściej w dni postne powstrzymywano się od spożywania mięsa, zastępując je nabiałem. Na dworze jadano wówczas sporo ryb, raków, grochu, jagły oraz chleba i bobu. Obowiązkowymi dniami postu były środa i piątek, choć najgorliwsi katolicy jak chociażby Kinga pościli dodatkowo w soboty, oddając w ten sposób cześć Matce Boskiej. Przez cały adwent pościli tercjarze franciszkańscy. Podczas okresów umartwień odmawiano więcej modlitw oraz zarządzano zbieranie jałmużny na rzecz najbiedniejszych.

Wszystkie święta religijne były podzielone na trzy kategorie festa duplitia, semiduplitia i simplitia. Semiduplitia czyli dni różnych patronów podobnie jak święta Pańskie wymagały od wiernych powstrzymania się od wykonywania pracy, co przy rozbudowanym kulcie świętych poważnie paraliżowało życie handlowców oraz wytwórców. Problem ten rozwiązał biskup Piotr Wysz, zaproponował on podział świąt na wewnątrzkościelne i takie które dotyczyły wszystkich wiernych. W ten sposób tylko znaczone w kalendarzu na czerwono święta z kategorii festa fiori zobowiązywały katolików do zaprzestania pracy zarobkowej.

Kwestią żywotną dla mieszkańców grodu było znalezienie dla miasta patrona. W XIII w. został nim św. Florian, którego zwłoki przywieziono do Polski prawdopodobnie ok. 1184 r. Jak chce watykańska legenda, spoczywające w rzymskich katakumbach szczątki św. Floriana przemówiły któregoś dnia do papieża deklarując chęć podróży do Polski. Przypadający na 4 maja dzień św. Floriana posiadał status festum fori czyli święta religijno-państwowego. Była to uroczystość na tyle poważna, iż w przeddzień urządzano wielką biesiadę z okazji jej wigilii.

Głównym punktem obchodów dnia patrona była uroczysta procesja, wychodziła ona z Wawelu i podążała na Kleparz gdzie śpiewano na klęczkach oraz odmawiano modlitwy do świętego. Działo się to właśnie tam, ponieważ Kleparz jako suburdium znajdował się pod szczególną opieką św. Floriana. Z tamtych czasów pochodzi najstarsza pieczęć Kleparza zawierająca w godle rękę świętego. Wraz z upływem czasu wpływ dotychczasowego patrona zaczął maleć na rzecz św. Stanisława. Według kroniki Kadłubka św. Stanisław będąc biskupem został zamordowany przez okrutnego władcę. W relacji tej wyraźnie słychać echo historii Thomasa Becketa, arcybiskupa Cantenbury, który stracił życie z powodu sporu jaki toczył z królem Anglii.

Im dłużej trwał kult biskupa ze Szczepanowa tym więcej ludowa wyobraźnia dokładała legend i cudów jakimi miała słynąć ta postać. Do najgorliwszych propagatorów kultu św. Stanisława należał biskup Prandota. W połowie XV w. żona Jagiełły, królowa Sonka ufundowała relikwiarz na głowę świętego. Było to arcydzieło sztuki złotniczej. Na relikwiarzu ozdobionym licznymi arkadkami znajdowały się postacie świętych i aniołów. Mimo całej swej wspaniałości już na przełomie wieków XV i XVI relikwiarz ów wydawał się zbyt skromny, w związku z czym wdowa po Kazimierzu Jagiellończyku, Elżbieta kazała wykonać nowy, niezwykle malowniczy, zdobny różnobarwnymi kamieniami. Dawny relikwiarz przeznaczono natomiast dla św. Floriana.

Rozumienie świata i jego spraw nawet w oczach wykształconych mieszczan nadal koncentruje się na egzaltacji religijnej i pragnieniu cudowności. Dlatego też ogół społeczeństwa cechuje wiara w istnienie zjawisk nadprzyrodzonych oraz niski poziom krytycyzmu. Gdy do Krakowa zawitał kaznodzieja Jan Kapistran, jego kazania gromadziły tłumy na Rynku. Nabożeństwa z udziałem tego kaznodziei trwały nieraz i po cztery godziny, gdyż nie znał on polskiego w związku z czym po dwugodzinnym kazaniu następowało równie długie tłumaczenie wykładu. Najczęściej zajmował się tym Stanisław z Kobylina. Co do samej treści kazań, to musiała być ona wstrząsająca, gdyż niektórzy wierni po wysłuchaniu Kapistrana palili kości do gry, przedmioty zbytku a nawet obrazy. Ogromny autorytet moralny Kościoła w społeczeństwie oraz fakt, iż ówczesnych umysłów nie zmąciło jeszcze tzw. "poznanie naukowe" sprawia, że wiara ma się bardzo dobrze. Sytuacja ta, ulegnie pogorszeniu dopiero w drugiej połowie XV w.

Codzienność i siły nadprzyrodzone

Siły nadprzyrodzone w średniowiecznym Krakowie interweniuje praktycznie przy każdej okazji, zarówno w sprawach błahych jak i tych najważniejszych, wagi państwowej. Tego typu sytuacja przydarzyła się chociażby Leszkowi Czarnemu, gdy anioł rozkazał mu udać się na wyprawę przeciw Jadźwingom. Jak czytamy w kronikach Długosza w 1276 r. paroletnie dziecko przepowiedziało napad Tatarów "którzy Polakom głowy ucinać będą". Maluch zapytany czy się boi, oświadczył że tak, ponieważ także i on zginie z rąk najeźdźców. Również wiele zjawisk przyrodniczych wywoływało falę paniki wśród mieszkańców grodu, panicznie bojących się przelatujących komet czy zorzy polarnej. Powszechnie znaną była historia pewnej skradzionej monstrancji, która wrzucona do bagna zaczęła emitować olśniewający blask.

Wskutek tak powszechnej wiary w cuda potrzebni byli ich interpretatorzy, jednym z największych był biskup Prandota. Jego imię wierni porównywali z łacińskim terminem prestans antidota, czyli skutecznym lekiem dla ciała i duszy wiernie proszących i trwale wierzących. Sam biskup słynął z tego, że w sposób szczególny umiłował postać św. Jacka. Pewnego dnia tak bardzo rozpamiętywał śmierć swojego umiłowanego świętego, iż ten objawił mu się przed ołtarzem razem ze św. Stanisławem w orszaku aniołów podążającym do nieba. Być może wydarzenie to było jednym z powodów, dla których Prandota działał na rzecz kanonizacji biskupa ze Szczepanowa.

Celu dopiął 8 maja 1254 r. gdy wystawiono na widok publiczny szczątki nowego świętego. Działo się to wśród tłumnie przybyłych gości z Czech, Moraw oraz Węgier, w uroczystościach brał udział sam książe Bolesław. Zanim jednak do tego doszło, odnotować należy inny cud pośrednio związany z osobami Prandoty i biskupa Stanisława. Pewien schorowany mieszkaniec Krakowa, imieniem Falisław, usłyszał we śnie dzwony bijące w katedrze, nie tracąc ani chwili ubrał się i pobiegł na Wawel. Po drodze spotkał postać z zaświatów, zmarłego niedawno biskupa Wisława, który z wielkim smutkiem zdejmował z siebie kościelne szaty. Zapytany o powód zatroskania biskup wyjaśnił, że bierze się on stąd, że chociaż starał się za życia wypełniać sumiennie swoje obowiązki to zaniedbał sprawę kanonizacji Stanisława. Dlatego też, prosi Falisława ażeby ten, udał się do Prandoty i polecił mu doprowadzić proces do końca. Poruszony zrazu tym wydarzeniem Falisław niestety prędko o nim zapomniał, co w odwecie niebios ściągnęło na niego nowe choroby.

Zarówno opisane wydarzenie jak i jemu podobne nie należały do grona jakichś niezwykłych wypadków w realiach XIII-wiecznego Krakowa. Jest to bowiem okres wzmożonej aktywności czynników nadprzyrodzonych, a także czas w którym miasto pozyskiwało dla siebie coraz to nowych patronów z najbliższej okolicy. Wzorów cnót i pobożności nie brakowało także na dworze. Siostra księcia Bolesława, Salomea jest w tym czasie księnią klarysek, zaś jego żona, słynna Kinga już za życia doświadcza wielu duchowych uniesień. Tuż po śmierci przyległa do niej aureola świętości, powstaje wiele legend i zapisów hagiograficznych. Krakowianie powszechnie wierzą w świętość swojej władczyni, która podobno już jako niemowlę wymówiła "Ave regina coelorum" by później, w latach dzieciństwa upatrywać największą przyjemność w leżeniu krzyżem w kościele. Kinga posiadała także specjalną skrzyneczkę na łzy, którą potrafiła napełnić nawet trzechkrotnie w czasie nabożeństwa.

Równie znany i ceniony był jej odruch bratania się z ludźmi ciężko dotkniętymi przez los. Niejednokrotnie zapraszała do swojego powozu ludzi cierpiących na trąd i inne groźne choroby, co wywoływało sprzeczne uczucia wśród dworzan. Pewnego razu Kinga widząc obrzydzenie na twarzy jednej z członkiń dworu, sprowadziła na nieszczęsną trąd by po paru chwilach ją uzdrowić, co miało stanowić najlepszą lekcję życiowej pokory.

Hagiografia Kingi wspomina także o jednym szczególnym przypadku, kiedy nie wskrzesiła ona swojego zamordowanego bratanka, gdyż wiedziała, że ten znajdując się powtórnie pośród żywych jeszcze więcej by nagrzeszył. Choć życie tej świętej kobiety wypełnione było umartwieniami i modlitwą, znajdowała jeszcze czas na działalność polityczną której zaniechała dopiero po śmierci swojego męża, Bolesława. Uroczystości związane z pogrzebem księcia miały zresztą bardzo wzruszający charakter. Kinga, wraz ze swoją siostrą, Jolantą, rozdarły na pół książęce prześcieradło by przewiązawszy nim sobie głowy iść przez cały chór na egzekwie. Rano zauważono, że prześcieradło wdowy, po spędzonej na lamentowaniu w kościele nocy, jest całe zielone od wilgoci.

Nie wszyscy odznaczali się jednak tak dalece idącą pobożnością, czasy średniowiecza mają także swoich wielkich grzeszników. Z pewnością, choć nie jako jedyny, zaliczał się do nich biskup Paweł z Przemkowa. Gorszył on wiernych swoimi licznymi wyskokami, do najlżejszych zaliczyć można szumne zabawy, uczty i hulanki. Znacznie poważniejszym wykroczeniem biskupa, było to, że pewnego razu uwiódł on mniszkę "dziewicę szlachetnego rodu" która "w kolebce za nim jadąc na hucznych biesiadach rej wodziła". Gdy rozgniewana na duchownego kapituła wysłała z nakazem udzielenia upomnienia swoich przedstawicieli, ci zostali najpierw godnie przyjęci na kieleckim dworze. Podczas uczty nowoprzybyli kanonicy zaczęli "dawać oznaki szczególnej niespokojności" oraz wydawać okrzyki bólu. Biskup tylko na to czekał, sugerując że kanonicy są we władaniu ciemnych mocy kazał ich związać i wrzucić do lochu. Nikt nie wiedział, że prawdziwą przyczyną dziwnego zachowania gości były szpikulce, które biskup kazał swoim pachołkom wbijać w ciała siedzących. Uwięzieni duchowni wolność odzyskali dopiero wtedy, gdy przyrzekli nie wtrącać się w sprawy biskupa.

Wobec takiego obrotu wydarzeń, jako ostatnia pozostała interwencja sił niebieskich. Jak powtarzano z ust do ust, w nocy służba słyszała dziwne głosy dobiegające z sypialni, jak np. "Biada tobie, Pawle, lepiej tobie, żebyś się był nie narodził" albo "Nie lękaj się, Pawle, czyń, co chcesz, bo w siódmym roku umrzesz". Na tą ostatnią groźbę zatwardziały biskup odpowiedział "To dobrze, bo do siódmego roku będę mógł mój żywot poprawić". Inna rzecz, że proroctwo się nie spełniło.

Herezje

Wystąpienia przeciw wierze katolickiej nie należały w średniowiecznym Krakowie do częstych zjawisk, niemniej naruszały one okrzepłą atmosferę duchowego spokoju mieszkańców miasta. Jedno z najwcześniejszych tego typu zdarzeń nastąpiła niedługo po lokacji. W roku 1261 przybyli do miasta biczownicy, obiecywali oni że każdy kto będzie się wraz z nimi umartwiał przez czterdzieści dni dostąpi całkowitego odpuszczenia grzechów.

Powodzeniu działalności tej sekty sprzyjał fakt, że były to czasy najazdów tatarskich tak straszliwych, że nastrajały one miejscową ludność do rozmyślań iście apokaliptycznych. Grono przybyłych z Moraw biczowników powiększało się więc systematycznie. Po raz drugi pojawili się oni w 1349 r., podczas epidemii dżumy. Również wtedy napotkali ostry sprzeciw ze strony oficjalnych władz Kościoła. J. Dlugosz tak opisuje szczegóły tego konfliktu:

"Ludzie do tego bractwa należący chodzili procesjami, z zakrytymi głowami na kształt mnichów, a obnażając się aż po pępek, smagali jedni drugich po plecach biczykami kręconymi z poczwórnych rzemyków mających na końcu węzełki. Obchodzili oprócz tego stacje, odpusty i dziwne nabożeństwa, śpiewając pieśni, każdy w swoim języku, niesforne i grube, była to bowiem hałastra zebrana z ludzi różnego plemienia i języka (...) Gdy zaś to bractwo przybyło do Krakowa, po zwiedzeniu kościołów o dostąpieniu niby odpustów, natychmiast z niego wynosić się musiało. Prandota bowiem, biskup, zagroził owym biczownikom więzieniem, jeśli co rychlej z miasta nie wyjdą".

Cudotwórcza działalność świętych

Stosunek rządzących do Kościoła z biegiem czasu ulegał wyraźnej przemianie. Kolejni władcy nie byli już tak chętni do realizacji ascetyczno-religijnych ideałów księcia Bolesława i jego żony Kingi. Zdecydowanie choć w powolnym tempie spada także zainteresowanie mieszkańców miasta kultem dawnych świętych, wobec czego Kościół stara się promować nowych świętych co najczęściej przynosi zadowalające rezultaty.

W 1454 r. w dniu 4 czerwca krakowianie przypomnieli sobie o biskupie Prandocie, tego bowiem dnia odkryto w katedrze krakowskiej jego grób. Nie minęły cztery dni gdy przy zwłokach zasłużonego duchownego zaczęły się dziać pierwsze cuda, wtedy to biskup Oleśnicki powołał specjalną "komisję weryfikującą" mającą zbadać prawdziwość tych niezwykłych zdarzeń.

Prace komisji trwały blisko 11 lat, przez ten czas sporządzono relację o 61 cudach polegających głównie na uleczeniu kobiet. Za szczególną świętością Prandoty przemawia tu fakt, iż w wielu relacjach uleczeni zeznają że przed udaniem się do grobu biskupa prosili o pomoc innych świętych, nie doznając jednak łaski przywrócenia zdrowia.

Trzeba przyznać, że prace nad udokumentowaniem wszystkich cudów prowadzone były wzorowo. Ustanowieni przez biskupa członkowie komisji bardzo dokładnie odnotowywali każdą relację, legitymując i sprawdzając tożsamość każdego kto chciał zeznawać. Ponadto, wymagane było ażeby każdy świadek posiadał wydaną na piśmie opinię o swojej prawdomówności, najczęściej jej wystawicielem był spowiednik. Obok nazwiska zapisywano też wiek zeznającego, co nie było tak prostą formalnością jakby się nam mogło dzisiaj wydawać, gdyż ówcześni mieszkańcy grodu rzadko kiedy pamiętali datę swoich narodzin. Przy wielu nazwiskach znalazła się zatem adnotacja na temat wieku "jak z wejrzenia znać było".

Wśród osób zaświadczających o cudach biskupa Prandoty znaleźli się przedstawiciele prawie wszystkich warstw społecznych. Mamy w tej grupie rzemieślników wraz z żonami, kazimierzowskich piwowarów, rzeźników, powroźników jak i przystrzygaczy sukna. Na odpowiednich listach znajdują się nazwiska członków rodzin kupieckich oraz przedstawicieli miejskiego patrycjatu. Mamy tu także przypadek uzdrowienia dziecka z rodziny szlacheckiej. Chodzi tu o syna Stanisława Czarnego, jego żona modląc się do biskupa Prandoty o zdrowie dla chłopca wyprosiła cud.

Pewna mieszczka "lat jak się na pierwsze wejrzenie domyślić można, koło 60" imieniem Małgorzata zeznała, że mieszkając u swojej córki wydanej za krawca Marcina, zwichnęła sobie rękę na tyle boleśnie że nie mogła się nawet samodzielnie ubrać. Najbliżsi zamiast służyć pomocą tylko naśmiewali się z niej, sugerując że symuluje. Któregoś wieczora usłyszała jak jej zięć rozmawia ze znajomymi na temat cudów jakie zaczęły się dziać po odsłonięciu grobu Prandoty, wtedy postanowiła że będzie się modlić przy szczątkach biskupa. Ból w zwichniętej ręce ustąpił prawie natychmiast, zaś Małgorzata postanowiła dopełnić swoją część obietnicy udając się czy prędzej przed oblicze komisji. Jej relację szczegółowo spisali; wikariusz Piotr Świetlik, psałterzysta Jan Cegółka oraz pisarz Maciej z Milejowa.

Dokumenty sporządzone przez komisję odnotowują także przypadek w, którym łaskawość zmarłego biskupa spotkała się z rażącą niewdzięcznością. Chodzi tu o sprawę małżeństwa Świętosławy i Mikołaja, ludzi zamożnych, utrzymujących się z wyrobu i sprzedaży piwa. Ich pochorowany jedynak został w sposób cudowny uleczony, jednak rodzice niepomni na to wydarzenie nie podziękowali Prandocie. Dziecko zachorowało więc ponownie i po paru dniach zmarło. Gdy zrozpaczona matka opamiętała się i ponownie poprosiła biskupa o pomoc, chłopiec w przeciągu paru kwadransów ożył.

Gdy po kilkunastu latach sława Prandoty nieco przycichła, wydawało się że to już koniec niezwykłych zdarzeń związanych z jego osobą. Właśnie wtedy w życiu publicznym pojawiła się postać Szymona z Lipnicy, bardzo pobożnego, żyjącego w ascezie członka zakonu bernardynów. Mnich ten słynął ze swej pracy kaznodziejskiej w, której wzorował się na Kapistranie. Jako wierny naśladowca jego stylu wygłaszane kazania przerywał apostrofami do Jezusa, z czego kapituła nie była zresztą zbytnio zadowolona. Oprócz tego Szymon zajmował się przepisywaniem na potrzeby zakonu różnych religijnych ksiąg, rzadko przerywając sobie pracę na odpoczynek i jeden tylko w czasie całego dnia posiłek. Co parę dni tarzał się w ramach pokuty w klasztornym śmietnisku powszechnie zwanym dzięki temu "czyśćcem".

W krótkim czasie postać Szymona stała się znana w całym mieście, wielu grzeszników chciało się u niego spowiadać, jednak zakonnik, wierny regule ascezy nigdy nie podchodził do furty klasztornej. Zmarł, w sposób typowy dla swojego życia, zaraziwszy się od któregoś z pielęgnowanych pacjentów w czasie szalejącego w Krakowie moru. Zgodnie ze swoją ostatnią wolą został pochowany przed klasztornym progiem, na pogrzebie zjawił się nawet król. Nie minęło wiele miesięcy gdy przy grobie świętobliwego zakonnika zaczęły dziać się cuda, nawet łącznie ze wskrzeszeniami. Wśród wiernych dało to asumpt do ustanowienia nowego kultu miejscowego świętego.

Inną beatyfikowaną w tamtych czasach postacią był, niezbyt zresztą błyskotliwy, profesor Akademii, Jan Kanty. Krakowianie ogromnie cenili jego osobę podobnie zresztą jak innych świętych, chętnie prosząc ich o cuda i wsparcie w trudnych życiowych sytuacjach, co zdarzało się nader często gdyż niebiosa nierzadko przemawiały wówczas językiem grozy. Chociażby przy okazji kontrowersyjnego ślubu Jagiełły z Elżbietą Pilecką. W dzień ślubnej uroczystości panowała piękna pogoda, jednak w momencie udzielania błogosławieństwa najpierw lunął deszcz by chwilę później przemienić się w śniegowo-gradową zawieję. Jakby tego było mało w momencie gdy nowożeńcy wsiadali do powozu złamało się w nim koło a nieco później tuż obok króla uderzył piorun, tak blisko, że królewskie szaty przeszły zapachem siarki. Wiemy o tym dzięki kronikom Długosza, dziejopisa walczącego wprawdzie z zabobonem jednak tym razem odczytującego w tych wypadkach objaw niezadowolenia niebios.

***

W życiu codziennym średniowiecznych krakowian w sposób ciągły elementy ziemskie mieszają się z czynnikami nadnaturalnymi. Wierni Kościoła Katolickiego nigdy nie mieli wątpliwości, że wszystkie te niezwykłe wydarzenia należy zawdzięczać interwencji Boga oraz jego sług. Można zatem powiedzieć, iż w owych czasach niebiosa na równi z ludźmi pisały dzieje grodu nad Wisłą.



Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20050804164456724

No trackback comments for this entry.
Wiara średniowiecznych Krakowian | 7 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Wiara średniowiecznych Krakowian
mateuszwroc pią, 5 sie 2005, 12:25:08

Artykuł podoba mi się, poza dwoma fragmentami, które wskazują o niezbyt przychylnym stosunku do Kościoła katolickiego:

Ich członkowie wpajali ludowi kult Matki Boskiej

Jak chce watykańska legenda

P.S. Św. Jadwiga była Królem, nie Królową. To taka drobna uwaga.

---
"Prawa wiara w niegodziwym życiu nie przynosi żadnego pożytku." św. Jan Złotousty

 
Wiara średniowiecznych Krakowian
Marcin W pią, 5 sie 2005, 16:46:17
Fajnie się czyta o ciemnocie i zabobonie. Najbardziej podobały mi się "wyczyny" zmarłych i wielkie larum wokół nich podnoszone.

---
Nie jest ważne do jakiego Kościoła się należy, ale czy miłuje się Boga i podąża śladem jego słów.

 
Wiara średniowiecznych Krakowian
Mebachel sob, 6 sie 2005, 09:22:06
Artykuł bardzo dobry, mateuszwroc, przeciw kościołowi to występują sami duchowni, bo to oni korzystając z głupoty, w kwestii teologicznej, ludzi dorabiali sie na świętych i to sporo. Każdy za uleczenie składał dary, tę samą technikę stosowali kapłani egipscy, babilońscy itd. a nie oszukujmy się wielu świętych zostało nimi bo władcom albo biskupom zależało na posiadaniu świętych szczątek, to stawiało ich kościół w dobrej pozycji kościoła pielgrzymkowego, co nawet w czasach dzisiejszych wiąże sie z niesamowitą kasą, spójrz na Licheń. Narka.  
 
Wiara średniowiecznych Krakowian
milka nie, 7 sie 2005, 16:45:53
bardzo ciekawy artykul! niam-niam!
 

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,691 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń