Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Ona i On

Ona krzątała się w kuchni. On siedział w pokoju obok i czytał gazetę. Wszyscy wiedzieliśmy, że udawał. Zdradzał go huk, płynący z głośników wieży. Doprowadzał je, zdawałoby się, do granic wytrzymałości. W innych okolicznościach można by zachwycać się geniuszem Mozarta, jednak teraz  jego cudowna muzyka pełniła rolę swoistego zagłuszacza sumień. Jakoś trzeba spędzić ten wieczór i dotrwać do jutra, do dziesiątej trzydzieści.

Siedziałem sam przy stole. Ona, nie wiem czemu, czy z przyzwyczajenia, czy z poczucia obowiązku, przygotowywała ostatni posiłek. Z gracją, wprawnie poprawiała obrus, układała talerze  i sztućce. Nagle, jakby w zwolnionym tępię, postawiła wazę, obróciła się w stronę okna. Trwała tak krótką chwilę.

- A może by tak? Sama nie wiem. Czy uważasz, że powinniśmy, hm? - Szybko  się poprawiła. - To znaczy, czy ja powinnam? – Wypowiadała te słowa jakby od niechcenia. Dało się wyczuć w jej głosie olbrzymie zdenerwowanie.

- Czemu pytasz akurat mnie? Czy moje zdanie ma tu jakieś znaczenie? – Chciałem postępować metodycznie, dążyć do wytyczonego sobie wcześniej celu. Poczułem, że moja reakcja była niestosowna, zbyt mocna. Zamiast dmuchać na każdy gest dobrej woli, właśnie go przygasiłem. Narastające napięcie także mnie się udzielało, miałem świadomość, że to mnie nie usprawiedliwia.  

Zaprosili mnie do siebie ponieważ przygniata ich niemoc, to ona zamroziła w nich wszelkie dobre pragnienia. Zacząłem od niej. Kobiety, jak sie powszechnie sądzi, są wrażliwsze od mężczyzn. Ona miała typową kobiecą osobowość, ciepłą, niepoprawnie optymistyczną. Choć to on do mnie pierwszy zadzwonił, płaczliwym głosem prosił, żebym jak najszybciej przyjechał. Ale i ona była sparaliżowana niemocą.

Jego poznałem na kursie dziennikarskim, osiem lat temu. Już wtedy dużo się mówiło o jego reportażach, był kimś. Na zajęciach konkretny, wymagający, a zarazem otwarty. Tak, dziennikarstwo to całego jego życie. Potrafił zostawić wszystko, by tylko być tam gdzie dzieje się coś spektakularnego. Szybko zostaliśmy przyjaciółmi. Recenzował moje teksty, a dokładnie rzecz ujmując, znęcał się nad nimi. Nie miałem mu za złe, kiedy z niemal szatańskim uśmiechem, prosił bym napisał coś , jak to określał: „w innym kluczu”. Mówił, że ma w życiu dwie pasje dziennikarstwo i muzykę Mozarta, którą, jak mi zdradził w sekrecie, traktuje jako swoistą terapię.

- Wiesz, bywają dni, że mam tego serdecznie dosyć. Rzygam na całą tą robotę. Marzę o normalnym życiu, o kochającej żonie, o dobrych dzieciach. – Zawsze kiedy mówił o rodzinie patrzył daleko przed siebie. Chyba naprawdę samotność go przerażała.

Rozmowy jakie prowadziliśmy, sprawiły, że jak nikt wiedziałem czym ten człowiek żył. Musiałem niestety znosić jego nikotynowy nałóg, co było nie lada wyczynem. On nie palił, on po prostu jadł papierosy. Jego wspomnienie z drżącymi rękoma gdy zapala kolejnego papierosa, utkwiło w mojej pamięci. Teraz jednak nie musiałem go przywoływać, tego wieczoru kończył chyba drugą paczkę.

On ją poznał dzięki mnie. Ona lekarz pediatra. Chciała wyjechać na misje, leczyć dzieci w Afryce. Nie umiała dokładnie wyrazić skąd w niej takie pragnienie. Czuła, że chce w życiu czegoś więcej, drażniła ją małostkowość jej dotychczasowego życia. Ksiądz, który z nią rozmawiał poradził jaj żeby jeszcze się zastanowiła, chyba miał na myśli – dojrzała. Wtedy skontaktowała się ze mną, później powiedziała mi, że po przeczytaniu opowiadania pt.: „Anna”, postanowiła się ze mną porozmawiać. Też nie wiedziała dlaczego. Któregoś dnia odwiedziła mnie podczas warsztatów dziennikarskich, gdzie zapoznałem ją z nim.

Pamiętam każdy szczegół ich pierwszego spotkania. Mam nadzieję, że oni też . Było strasznie duszno. Na małej przestrzeni holu w redakcji, zebrało się kilkaset osób. Ustawiono kilkanaście ponumerowanych biurek, przy każdym stał przedstawiciel jakieś rubryki dziennika, w którym on pracował. On stał przy biurku numer siedem, „Wiadomości ze świata”. Poprowadziłem ją przed niego, niczego się nie spodziewając, powiedziałem:

- Witaj. Masz interesujące miejsce pracy. Chcę Ci przedstawić, to jest ... – Język ugrzązł mi w gardle. On i ona, stali jak zahipnotyzowani. Patrzyli na siebie, jakby stracili poczucie czasu. Czy to już była miłość? A może zakochanie? Każde z nich opowiadało mi później, że od tego momentu, poczuli, że mają dla kogo żyć – dla siebie nawzajem.

Ona wtedy dwudziestosiedmiolatka. Dziewczyny jej budowy określa się jako „dobrze zbudowane”. Zawsze w czarnych spodniach. Dla niego zaczęła ubierać się „odważniej”. Co miesiąc zmieniała kolor włosów. Była znawczynią literatury rosyjskiej. Nie znosiła hałasu.

On, trzydziestodwuletni, rzekłbyś człowiek huragan. Chciał być wszędzie, wszystkiego doświadczyć. Uwielbiał zamęczać napotkanych słuchaczy opowiadaniami o swoich podróżach. Ubierał się na modłę sportowca. Zawsze luzak. Dla niej, bo go poprosiła, kupił dziesięć garniturów, z luzaka stał się poważnym, dobrze ubranym facetem.      

Od tego dnia, spotykali się w każdej wolnej chwili. On uciekał z pracy, którą ponoć nienawidził. Ona zapomniała o wyjeździe na misje. On szukał jej, a ona szukała jego. Całowali się w tramwaju. Chodzili razem do kina, na romanse, bo ona je lubiła, na mecze piłkarskie, bo on kibicował „Lechowi”.  Tak upływał im rok za rokiem. Tak było kiedy widziałem ich ostatni raz, cztery lat temu.

W Poznaniu miałem przesiadkę. Właśnie analizowałem menu w przydworcowej restauracji. Przy moim skromnym budżecie, cos zjeść i dojechać do Krakowa. Kolejny posiłek dopiero „Pod Wawelem”. Nagle zadzwonił mój telefon, przeniosłem się ze świata działań matematycznych, do świata ich problemów.

- Halo. Tu .... – Tak, to był on. - Przyjedź do mnie. Błagam. Już nie umiemy ze sobą żyć. – Skąd wiedział, że tu jestem? I co oznaczają te słowa? Cholera, nie nadaję się na rodzinnego terapeutę.

- Mam wolną godzinkę. Co się stało? – Byłem zupełnie zbity z tropu. Zadawałem pytania na oślep.

- Jesteś na dworcu, prawda? Nigdzie się nie ruszaj. Już jedzie po ciebie samochód. – Teraz dotarło do mnie, że sprawa musi być poważna. W jego głosie wyczułem gniew i rezygnację.

Nie minęło nawet pół godziny kiedy wsiadałem do jego niebieskiego fiata. Usiadłem obok niego i przez następne kilka minut usiłowałem nawiązać z nim rozmowę. Wspomniałem o pogodzie. Na zewnątrz lało jak z cebra.

- Długo tak pada? Jadę z Gdyni, tam świeciło słońce. Mówię Ci wspaniała pogoda, tylko się opalać. Widzę, że Tobie porządna dawka słońca, by nie zaszkodziła. Masz cerę białą jak piekarz. – Zdawałem sobie sprawę, że mego przyjaciela, pogoda w Gdyni nie interesuje, ale od czegoś musiałem zacząć.

- Nie wychodzę z domu. W pracy ostatnio byłem dwa tygodnie temu. Nie odbieram telefonów. – Przekonałem się, że nie można tracić czasu. Przeszedłem wiec do sedna sprawy. 

- Dzwonisz do mnie, prosząc o pomoc. Powiedz wreszcie o co chodzi. Widzę, że jesteś wrakiem człowieka, którego znałem z przed kilku lat. – Moja troska o niego poruszyła go, zjechał na pobocze. Wyłączył silnik. Z trudem powstrzymywał się od płaczu. Nigdy nie widziałem żeby płakał. Zawsze silny, zdyscyplinowany. Wcześniej chyba nawet nie miał czasu na łzy. On o nich pisał.

- Z nią jest jeszcze gorzej. Przyjacielu. – czułem, że te słowa kosztują go wiele wysiłku. – Tracę grunt pod nogami. Nie wiem co się z nami stało. Prawie rok temu złożyliśmy wniosek o rozwód, za obustronną zgodą. Jutro przed południem, mamy sfinalizować proces rozwodowy. Nie chcemy sobie dalej wchodzić w drogę. Dzięki Bogu nie mamy dzieci. Nawet nie wiem kiedy wszystko się zmieniło. Wypaliło. Nie mam sił żeby dalej walczyć. Nie umiem z nią być. Tylko ją ranię. Potrafiliśmy w sklepie godzinę wykłócać się o kolor zasłon, jaki mamy kupić. Coś mnie pociągało do tego, żeby ją poniżać. Żeby sycić się jej bólem, żeby ją zdeptać. A potem szedłem do piwnicy i wyłem jak pies. Wracałem do niej, chciałem ją przeprosić, na kolanach żebrać o przebaczenie, ale – uwierz mi – nie mogłem.

- Kochasz ją nadal? – Musiałem zadać mu to pytanie. Nie dla mnie, dla niego.

- Ponad wszystko co istnieje na ziemi. Ale wolę zniszczyć ją - nas, niż zrobić cokolwiek by uratować naszą miłość. I założę się, że ona czuje tak samo. Potrzebujemy pomocy z zewnątrz, dlatego zadzwoniłem po Ciebie. – Włosy zjeżyły mi się na głowie. A więc do tego doszło. Już chciałem mu powiedzieć, że jedynym rozwiązaniem w zaistniałej sytuacji jest modlitwa o cud. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że ani on, ani ona nie są do tego zdolni. Są zamknięci w diabelskim kręgu wzajemnych uprzedzeń, walki o to by nie pozwolić się zranić. Odgrodzili się od siebie kolczastym ogrodzeniem. Tacy są ludzie. Boże, jak niedaleko od miłości do nienawiści. Ja już zacząłem się wstawiać za nimi do Boga.

Dojechaliśmy pod trzypiętrową willę. Kiedyś on wybudował ją dla niej. Przed domem znajdował się mały ogródek, dawno nie pielęgnowany. Kiedyś zapewne były tu kwiaty, o które ona zabiegała, dla niego. Dom stoi dalej, kwiaty mogą znów się odrodzić. A czy ich miłość znów odżyje? Może, jeśli nadal w nich jest. Jeśli w głębi serca nadal w nią wierzą.                               

Otworzył mi drzwi do ich domu. Chciałem się przywitać z nią. Kiedy wszedłem do pokoju, weszła podała mi dłoń, spojrzała mi w oczy, zobaczyłem ten sam błysk rozpaczy, desperacji.

- Nareszcie jesteś. Bardzo długo Cię nie było. – Jakby chciała mi powiedzieć, że to wszystko przeze mnie. W pewnym sensie miała rację. Mocno ścisnęła moją dłoń.

- Cieszę się, że Cię widzę. Nie mam dużo czasu. Jestem w drodze do ... – Zupełnie ją to nie interesowało, co mówię. Poszła do kuchni. A on do innego pokoju. Włączył muzykę i zapalił kolejnego papierosa. Usiadłem przy stole.

Usiłowałem zebrać myśli. Musze się czymś zająć. Atmosfera tego domu przypominała pole minowe. Czułem, że cokolwiek ktoś powie, jest duże prawdopodobieństwo wybuchu, wysadzenia całego domu w powietrze. Odczuwałem coraz większą presję zaryzykowania. Ktoś musi coś zrobić. W tej chwili jednakże pozostało mi jedyne wyjście, czekać. Wtem weszła ona. Coś powiedziała, ale szybko uciekła.

Postanowiłem się rozejrzeć. W pomieszczeniu, w którym się znajdowałem, pomalowanym na zielono, znajdował się duży stół, postawiono przy nim dwanaście krzeseł. Ciekawe po co? Przy ścianie dwie wersalki, przykryte narzutami w dziwaczne wzorki. W trzech narożnikach stały regały wypchane książkami. W czwartym rogu był mały stoliczek z zapaloną lampką, zapewne kącik do czytania, na którym leżała otwarta książka. Poczułem się zaproszony by podejść do stoliczka. Na stoliczku leżało Pismo Święte, otwarte na Księdze Rodzaju. Ktoś czerwonym kolorem zaznaczył słowa: „Stworzył wiec Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę".

Z cyklu: „Moje spotkania z ...”



Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/2005082310582516

No trackback comments for this entry.
Ona i On | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,641 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń