Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Być pokornym przewoźnikiem między światami... - cz. 2

Większość narodów europejskich jest też dzisiaj naznaczona utratą chrześcijaństwa społecznie i instytucjonalnie silnego, a w konsekwencji także utratą mocnej wiary zakorzenionej w kulturze. Już to utraciliśmy, ale przyjęcie tego jako wyzwolenia do odkrycia innego chrześcijaństwa może być źródłem obecności Chrystusa w słabości, o której mówi św. Paweł: w słabości nie nieudolnej, ale silnej, krystalicznej. I może ostatnia jeszcze myśl: chrześcijaństwo to mistyka nie tylko śmierci, ale i narodzin. Wszelkie narodziny zakładają jakieś trudne przejście, długą ciążę bolesny poród.

Ciąg dalszy rozmowy jaką z o. Elmarem Salmannem OSB, autorem książki Daleka bliskość chrześcijaństwa przeprowadził o. Bernard Sawicki OSB.



Lektury i warsztat

Zamykając w ten sposób panoramę Ojca biografii, spróbujmy teraz podjąć inaczej jej niektóre wątki — dotrzeć do warstw głębszych, których istota pozostała niezmienna, warunkując tożsamość tego, co bardziej na zewnątrz. Tak można by określić np. szczególne zamiłowanie Ojca do literatury — czytanie, odczytywanie, porównywanie, interpretowanie. Jak to działa? Na czym polega?

Przez wiele lat wolałem czytać danego autora (wraz z literaturą pomocniczą) przez 3–4 miesiące. Przeżywałem więc „sezon danego autora”. W ten sposób zaprzyjaźniłem się z wieloma wielkimi światami literackimi różnych autorów. Oczywiście, po np. 5 latach znów mogę na nowo — na parę miesięcy — wrócić do określonego autora. Tym samym nie tylko ja goszczę danego autora, lecz także pozwalam gościć się jemu — aż do pewnej zażyłości, nieraz przyjaźni.

Ta metoda wiele mi pomogła. Nabyłem intymnej, ludzkiej znajomości wielu postaci z historii ducha — są wśród nich Augustyn, Orygenes, Grzegorz z Nyssy, Anzelm, oczywiście Tomasz, Eckhart, Kuzańczyk, mistycy hiszpańscy, Franciszek Salezy, Pascal, Goethe, Schleiermacher, Hegel, Schelling, Kant. Z każdym z nich w pewnym okresie byłem bardzo blisko. Lektury te były zwykle przygotowaniem do seminarium. Ale jest to też system biegunowy. Nigdy nie czytałem np. tylko Hegla, lecz zawsze równoważyłem go Schleiermacherem, Goethem, Hölderlinem czy Novalisem.

Zawsze obracam się więc między filozofami, teologami i poetami — aby mieć całościową wizję danej epoki i by zrównoważyć wpływy. Każdego czytałem w jego indywidualizmie i hermetyczności — ale i w jego hermeneutyce oraz właściwym mu pejzażu. W ten sposób z XVII w. we Francji doświadczyłem tej cohabitation z Kartezjuszem, Malebranche’em, Racine’em i Corneille’em, Fénélonem, Franciszkiem Salezym i Pascalem, badając także kulturę salonów, wielkich dam — Madame Acarie, Madame de Sablais etc., także moralistów — od Montaigne’a aż do Rochefoucaulda. W ten sposób odtwarzam mozaikę stylów i ducha epoki. Pomału powstał tak pewien rozległy pejzaż pokrewieństwa i zażyłości przyjaźni intelektualnej i duchowej. Stało się to nieco moją methodos, powstałą zasadniczo w sposób naturalny.

Jak się Ojciec porusza w tym pejzażu? Czy wedle kierunków wytyczonych „zewnętrznie” — na przykład, tak jak to było wspomniane, przez kontekst biografii i osobistych poszukiwań, czy też może sama lektura inspiruje, prowokuje, wyznacza sposoby i kierunek obcowania z nią?

Jest to z pewnością jakiś krąg hermeneutyczny. Oczywiście, obecnie mam już pewne linie interpretacji, zasadniczo jednak — również tak, jak w relacji z osobą — powierzam się odczytywanemu mechanizmowi mądrościowemu. Niewątpliwie im lepiej zna się daną osobę, tym bardziej dostrzega się indywidualność i niewspółmierność jej myśli i efektywności.

Zarazem tym bardziej widzi się pokrewieństwo między wielkimi myślicielami. Wielkie duchy się pozdrawiają. I to jest moje odkrycie, moja hipoteza robocza i moje doświadczenie. W ten sposób, pośród tak wielkich biegunowości i sprzeczności, system lektury indy299 widualnej i wzajemnego jej równoważenia wytwarza jakby wielką sieć. To samo czynię też w stosunku do wielkich świętych, czy wielkich osobistości — niekoniecznie Kościoła. Kocham odwiedzanie wielkich osób.

Prowadzi to do rozszerzenia duszy. W ten sposób daję świadectwo nie tylko sobie samemu, moim własnym gustom, uprzedzeniom czy mojej duchowości, lecz staję się pudłem rezonansowym dla wielu światów duchowych, intelektualnych i egzystencjalnych. Wydaje mi się, iż jest to jedno z zadań akademickich nauczycieli przyszłego duchowieństwa i przyszłych teologów.

Co decyduje o porządku tych lektur — kaprys, przypadek, humor…?

Wszystko razem. Mam wiele kaprysów. Oczywiście, jak wspomniałem — pilnuję równowagi. Gdy przeczytałem zbyt wiele Hegla, potrzeba mi było Goethego czy Schleiermachera lub Hölderlina. Gdy przeczytałem zbyt wiele Balthasara, wracałem do Rahnera. Gdy zbyt długo obcuję z Barthem (którego bardzo lubię), zwracam się ku jakiemuś teologowi bardziej liberalnemu — jak Tillich. Jest to system autoregulacji równowagi pewnego typu systemu intelektualnego, który stopniowo konstruuje się według jakiejś logiki życiowej, zasługującej na uwagę także na poziomie logicznym i teologicznym.

Może według swoistego „zmysłu” literackiego, zaszczepionego jeszcze w latach szkolnych?

Czytam wielkich filozofów i teologów niemal jak autorów literackich. Barth np. stworzył wielki chrześcijański epos...

…o czym wspomina Ojciec w eseju „Powieść jako model dla teologii” — by nie wspomnieć tekstu „Literatura i teologia”.

Właśnie. I Barth, i Balthasar to literatura światowa. Wszyscy czytają ich wedle schematu dogmatycznego, podczas gdy należałoby raczej czynić to od strony stylu, gestykulacji ich myśli, pism i życia.

Niewątpliwie takie lektury i taki ich sposób stymulują poszukiwania i pisanie Ojca. A i zapewne także projekty, które Ojciec podejmuje także rzutują na dalsze lektury zmieniając, czy organizując na nowo ich przebieg…

To są sprawy warsztatu, który zawieszony jest między recepcją a ekspresją. Jest to relacja bardzo ścisła. To, co czytam, stwarza potrzebę wyrazu. Teraz oczywiście wciąż uwzględniam moje zainteresowania znalezieniem jakiegoś zestrojenia — czy correctio fraterna — między współczesnością a chrześcijaństwem, doświadczeniem wiary a doświadczeniem banału, symbolizmem a doświadczeniem, mistyką a filozofią.

Wszędzie tu są bieguny, które próbuję wyważyć. Wszystkie te lektury wpływają na pomysły odnoszące się do mojej pracy, a ja oczywiście czytam te lektury już właśnie z takiej perspektywy.

Jest to więc jednak lektura uprzedzona, przygotowana…

Nie zawsze na sposób strukturalny. Mam pewne problemy, zainteresowania — i głosów odpowiedniego autora oczekuję już w takiej perspektywie; patrząc z punktu widzenia pragmatycznego — bez czytania go na sposób całkowicie instrumentalny.

Czyli spotyka się Ojciec z autorem jak z żywą osobą — z możliwością zaskoczenia i niespodzianek…

Właśnie. Tak jak Pirandello stwarzał swoje postaci — także inni autorzy — przeciw sobie samemu, ale i w taki sposób, iż te postacie określają kanwę dramatu. Zachodzi tu więc jakaś interakcja — niekiedy nawet konfliktowa, bardzo często jednak w formie duchowej współpracy między konsultowanym autorem a ideami, które chciałbym ukazać. I także z innymi autorami, którzy również uczestniczą w tej grze…

Czasem jestem reżyserem, czasem aktorem, nieraz widzem sceny teologii życia lub, powiedzmy, jestem trębaczem, niekiedy jednak wywołującym różne głosy dyrygentem orkiestry.

Jaka jednak byłaby Ojca rola czy kontrola nad tym wszystkim? Wszak aby być teologiem, napisać jakąś książkę, może trzeba w pewnym momencie przerwać tę grę albo dokonać dość wyraźnej interwencji.

Tutaj dochodzi do głosu jeszcze inna moja dyspozycja. Mam bardzo strategiczne wyczucie architektury i miary. Także reżyser — mimo wszystkich swoich idei — czy kompozytor, winien mieć pewien zmysł miary. Mógłbym mieć wiele idei czy tematów muzycznych, ale w ostatecznym rozrachunku dana sonata czy symfonia pozwala na wykorzystanie naraz jedynie pięciu czy sześciu tematów, które potem będą opracowane. Tak jest i tutaj. Chodzi tu więc raczej o jakieś wyczucie stylu, miary, proporcji czy wzajemnych zależności między motywami a autorami i tematami teologicznymi. Jako artysta podejmuję zatem pracę nad tym, co wspólne, nad wzajemnymi wpływami i proporcjami między tematami, instancjami, widokami, misteriami chrześcijańskimi, autorami i tym, co chciałbym opracować systematycznie.

I w ten sposób odnajdujemy tu ową postawę, która zdaje się Ojcu niezmiennie towarzyszyć — dystans, bycie „na zewnątrz”, choć nie bez zaangażowania…

Ja nie proponuję żadnych opinii. Nigdy nie kładę nacisku na jedną wizję ideologiczną czy systematyczną. Próbuję natomiast utworzyć, ukształtować, wyrzeźbić, skomponować symfonie, które czynią widzialnym jakiś ważny aspekt chrześcijaństwa lub życiowej mądrości, lub jakiegoś kontekstu, powiedzmy, filozoficznego czy dziejów myśli.

Każda kompozycja jest jednak wyborem, i to arbitralnym…

Tak. Może nie tyle arbitralnym, ile stosownym. Bez jakiejś konieczności nie potrafiłbym nigdy przeprowadzić go na sposób absolutny. Nam śmiertelnikom nie zostało to dane.

Zawsze konieczny jest więc pewien kompromis…

Nie, pokora wobec okoliczności. To mnie interesuje. Także autorzy, po których sięgamy, mają swoją logikę i spójność, ale nigdy nie pozwalają się motywować na sposób absolutny. Z pewnością dałoby się stworzyć jakąś inną konfigurację.

Nie grozi tu żadna manipulacja? Nie jest to gra?

Tak, także gra. Istnieją jednak kryteria, które już wymieniłem. Zabezpieczeniem wszystkiego jest narastanie, wyłanianie się całości, ale z maksimum tradycji, struktury tajemnic chrześcijańskich, współczesności i doświadczenia człowieka dzisiejszego.

I to byłaby obrona przed obiektywizmem albo „czystym formalizmem”. Można by przecież powiedzieć, że z tymi tekstami można zrobić wszystko… Otóż to. Hermeneutyka współczesna pozwala na każdą grę. Ja tymczasem ograniczam się do wspomnianych instancji. I to daje mi pewność, że pracuję dobrze. Są to, moim zdaniem, kryteria bardzo pożyteczne, a także bardzo godne uwagi i bezpieczne.

Ale jak to można w praktyce zweryfikować?

Z jednej strony stabilizuje się całość. Z drugiej strony — każda instancja ma swój głos. Jeśli interpretuję myśl hebrajską, postmodernistyczną, heglowską na sposób co najmniej stosowny — i to samo odnosi się do wielkich dogmatów: jeśli interpretuję dogmat trynitarny, chrystologiczny, o łasce, o grzechu, o Odkupieniu czy wielkie głosy Tradycji (np. linię tomistyczną) w postaci co najmniej zdatnej do prezentacji — to dla każdej sekcji powstaje jej forma weryfikacji, następnie także — w całości. Oczywiście jednak nie ma w tym żadnego absolutyzmu ideologicznego.

Jak to wynika z naszej dotychczasowej rozmowy, zawsze ważny jest kontekst — biograficzny, ale nie tylko. Jak kontekst wpływa — pomaga, a może przeszkadza — w Ojca poszukiwaniach? Przecież czyta się — i pisze — nie tylko w kontekście osobistym, ale uwzględniając także odbiorcę, czytelników książki, do której powstania dana lektura prowadzi, studentów, itd.

Także tu istnieje pewna sieć głosów. Dla mnie wolność i wydajność teologa — ale i każdej osoby — jest możliwością odpowiedzi wielu instancjom na sposób płodny, kongenialny i naturalny. Próbuję np. odpowiedzieć na głosy świeckie. Czasem nauczam w uniwersytecie całkowicie świeckim, jak w Pizie.

Stawia się więc Ojciec w pozycji odbiorcy?

Nie zapominając jednak o swoim pochodzeniu — także kościelnym. To samo odnosi się do doktorantów. Nie mam dwóch czy trzech projektów badawczych, zgodnie z którymi narzucałbym tematy doktorantom, aby wypełnić luki we własnych badaniach. Przyjmuję tych, którzy przychodzą z projektem przynajmniej zarodkowym, naszkicowanym — albo dwoma możliwymi projektami, które rodzą się z biografii doktoranta. Moje rozumienie doktoratu z teologii systematycznej jest zawsze takie, że trzeba stworzyć swobodniejszą i pewniejszą relację między tożsamością psychiczną, społeczną, biograficzną, chrześcijańską i teologiczną.

Czyniąc „apologiam pro vita sua”?

Jak najbardziej — tworząc pewien styl myślenia, pisania, wierzenia pewnej osobowości chrześcijańskiej i mając też na uwadze nasze dzisiejsze okoliczności. Towarzyszę takiemu projektowi, dostosowując go do wymagań akademickich. Nie narzucam niczego, lecz jestem otwarty wobec wszystkich rozmaitych pojawiających się typologii studentów. I zawsze próbuję towarzyszyć im na sposób wyzwalający, lecz pewną ręką — tak aby dany projekt (a z tym także pewna fizjonomia przeżyć) nabrał wartości, okazując się może także płodne dla przyszłości Kościoła.

Jest to w sumie relacja nieco podobna do tej, którą Ojciec kształtuje w odniesieniu do czytanych autorów…

Jak i do ludzi w kryzysie i innych spotykanych w działalności duszpasterskiej.

Jakimi zagadnieniami zajmują się zatem Ojca doktoranci?

Niedawno został zakończony doktorat o pewnym włoskim poecie agnostyczno-ateologicznym, nie pozbawionym wszakże mocnego balastu agresji w odniesieniu do Boga. Próbujemy zrozumieć go w kontekście wojującej ateologii świata laickiego i poetyckiego post-modernizmu (chodzi o Giorgia Caproniego).

Inny temat obraca się wokół motywu nocy w dziejach poezji wiary — oczywiście począwszy od Jana od Krzyża, Biblii, liturgii Komplety — przez Pascala, Novalisa („Hymny do nocy”), Reinholda Schneidera i Przywarę — myślicieli, którzy po ignacjańsku — lub karmelitańsku — podejmują temat nocy, oczywiście w perspektywie dopuszczalności, a także kruchości ciemności wiary dzisiaj, w klimacie agnostycznym.

Inny temat — historia motywu Ulissesa połączonego z Ateną (w obecności Syren), gdzie mówimy o dialektyce przywiązania do krzyża i otwarcia — lub dialektyki otwarcia — na świat u Ojców Kościoła, w teologii i filozofii współczesnej. Jest to zatem praca o motywach literackich w filozofii i teologii, o zasadniczej perspektywie postawy dzisiejszego chrześcijanina wobec świata. W zasadzie jest to praca dziwna, w filigranowy sposób łącząca liberalną metodę z pewną teologią dialektyczną (wiary, krzyża). Jeszcze inny temat — obecność sacrum w muzyce.

W rzeczywistości towarzyszę tu dwóm doktoratom. Jeden z nich, w ślad za Schönbergiem, Messiaenem, a także muzyką barokową, jest poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, jaka jest jakość świadectwa tego typu muzyki i jej tekstu, jak też współpracy może między słowem a muzyką, albo muzyki, o której wiemy, że posiada inspirację chrześcijańską albo duchową. Domyślać się tu można oczywiście także pewnej teorii afektywności — i to jest jeszcze inne pole.

Towarzyszyłem dwóm lub trzem tematom zajmującym się affectio fidei. Nie chodzi tu już o problem stosunku wiary do rozumu, ale o to, w jaki sposób nasz afekt agnostyczny może otworzyć się na affectum fidei. Albo inna praca, raczej heglowska, o fenomenologii aktu, pochodzenia i dopuszczalności wiary u tuzina współczesnych autorów — filozofów i teologów — jako droga urzeczywistnienia wiary w ostatnich 150 latach. Przyniosło to piękną tabelę kategorii, struktury i dynamiki dzisiejszej wiary. To są jedynie przykłady, z których każdy porusza się między mistyką, teologią fundamentalną i dogmatyczną. To warsztat, w którym uczę pracować artystycznie nad pewną konfiguracją. Jak widać, zasadniczo nie jest to praca nad jednym autorem czy jednym tekstem, ale nad jakąś konstelacją autorów lub tematów: po to by zostawić doktorantowi większą wolność — i aby się on zbytnio nie znudził; a także, by zachować pewną świeżość.

Również w swoich tekstach, by przytoczyć choćby eseje „Zmysły znaczenia”, „Uśmiech przez łzy”, „Miłość i przemoc”, „Szczęście czy zbawienie”, porusza Ojciec tematy i pojęcia pochodzące z konkretności życiowej, a zarazem zanurzone w rzeczywistości wiary. Czy takie właśnie podejście można określić jako klucz do zrozumienia Ojca sposobu uprawiania teologii, jej wyrażania i języka?

Chciałbym wzbudzić, zachęcić do teologii i przepowiadania poza dogmatyzowaniem i moralizowaniem — zdając sobie, rzecz jasna, sprawę z dogmatów i moralności. Uważam, że — jak to także wyraził późny Ricoeur — dzisiaj estetyka i etyka wiary powinny się poślubić. Chodzi tu o wyczucie indywidualności każdej biografii, fizjonomii i wyłaniającego się z tego — jak w dziele sztuki — świadectwa. Stąd moje upodobanie do kategorii stylu — a mowa o stylu jakiejś osoby — nie tylko artysty. Naturalnie używamy tego słowa w odniesieniu do artystów, ale każdy człowiek również ma styl, albo go nie ma.

Styl wychowania i zachowania się. W stylu pozdrawiają się, konfigurują, zaślubiają odczucie tradycji i spontaniczność. Styl nie rodzi się nigdy z niczego, lecz z naśladowania, mimesis wielkiej tradycji. Wielki artysta naśladuje. Między jakimś stylem kolektywno-kairologicznym a indywidualnym, które się wzajemnie kontrastują, korygują i wzbogacają. Między słabością danej osoby a jej siłą (np. u św. Pawła). Także religijne formy modlitwy, prowadzenia życia, cierpienia, znoszenie strat, zdobyczy życiowych, porażek i odkryć — wszystko to jest dla mnie stylem, zaślubinami ducha i ciała, „toposu” i „utopii”.

W perspktywie Kościoła

I zadaniem teologii byłaby pomoc w ukazaniu tej rzeczywistości — będącej w sumie jakąś daleką i dogłębną konsekwencją Wcielenia…

Dzisiaj utraciliśmy w naszym Kościele formy stylu życia. Jest zbyt wiele stylizacji. Myślę, że konieczność i wolność, tradycja i spontaniczność, ciało, dusza i duch zaślubiają się na sposób indywidualny i komunikowalny. Stąd moje preferencje wobec tego wszystkiego. Sądzę też, że chrześcijaństwo było przekazywane w ciągu wieków poprzez gesty stylu — rytu, życia zakonnego i rodzinnego — aby życiu dać adekwatną formę. Dogmat i moralność są tego składnikami. Aby żyć dobrym stylem, potrzeba konwencji, wychowania, określonego stosunku, uczciwości. To podstawa i składniki, ale nie substancja.

Czy rolą teologii byłoby więc ukazywanie tej właśnie substancji? Jakie byłoby, tak naprawdę, zadanie teologa dzisiaj w Kościele i w świecie, skoro — mówiąc szczerze — współczesny „styl” życia daleki chyba jest od tego, o czym tu Ojciec mówi? Ludzie dzisiaj nie tylko z różnych powodów nie interesują się tymi sprawami, ale coraz częściej nie chcą nawet żyć. To życie tak bardzo ciąży…

Bynajmniej nie przeceniam ani roli Kościoła we współczesnym społeczeństwie, ani księdza w Kościele, ani teologa między księżmi czy w Kościele. Tutaj potrzeba nam jakiejś pięknej teorii względności. Można by więc zapytać inaczej: dla kogo Ojciec pisze swoje książki? Nade wszystko dla teologów i ludzi kultury. Także z przyjemnością czytają je laicy. Zwracam się do ludzi o pewnej kulturze, który potrafią to przekazywać dalej. Żadną jednak miarą nie przeceniam roli teologa — tak jak i księdza czy Kościoła. Jako Kościół, jesteśmy mniejszością w społeczeństwie. W zasadzie przegraliśmy — a ja w pewnym sensie lubuję się w porażkach (niczym, jak to mówi Ungaretti „weseli rozbitkowie”).

Chrześcijaństwo w Europie obecnie przegrało. Jest mniejszością, wcale nie tak bardzo docenianą. Czasami jeszcze się je częściowo docenia, ale w całości nie zawsze. Powinniśmy znosić to z godnością, męstwem, humorem i odwagą. Zresztą stanie po stronie przegranych wcale nie zaprzecza istocie chrześcijaństwa. Już przegraliśmy i przez to jesteśmy wolni. Nie musimy już zwyciężać i dochodzić swoich praw czy bronić jakiejś pozycji siły. To wielka szansa.

W pewien sposób wracamy do okresu przedkonstantyńskiego — z wszelkimi bólami takiej porażki i takiej transformacji z Kościoła liczebnego, posiadającego decydującą większości, ku Kościołowi mniejszościowemu. Tak wiele tu bólu, tak wiele powikłań przynosi znoszenie takiej transformacji. A przecież nie tylko winniśmy ją znosić, ale i nią kierować, z odwagą, męstwem i świeżością ducha — także z ufnością w Boga, który ewidentnie chce przebywać w słabości i z niej wywodzić Swoją moc. Tutaj teolog może być jedynie skromnym łącznikiem między światami, subtelnym mediatorem, pontifex minimus, tłumaczem, który w bezinteresownym zainteresowaniu próbuje znaleźć języki, sondować teren, wyartykułować z niewypowiadalności Tradycji wszystko, co jest możliwe, utrzymywać świeżość wielkich tajemnic i sprawiać, by można je było oznajmiać także w przyszłości. Nie ma tu jednak żadnej gwarancji — i jest to aktualne zarówno w odniesieniu do Kościoła, jak i do kapłanów czy teologów!

Nie mam wygórowanego pojęcia o teologii. Jest to służba bardzo pokorna, lecz w tej pokorze także silna — wewnątrz Kościoła, jak i między Kościołem i społecznością świecką, niekiedy jeszcze prywatnie zainteresowaną chrześcijańskimi motywami. Mógłbym też powiedzieć — używając jeszcze innego słowa, które szczególnie lubię — że dziś teolog i kapłan mogliby proponować chrześcijaństwo jako motyw — zachęcający, fenomenologiczny, przewodni (muzyczny Leitmotiv).

Na swój sposób jest to szczególny rodzaj apologii chrześcijaństwa u progu jego trzeciego tysiąclecia. Z drugiej jednak strony z tekstów Ojca przebija rodzaj melancholii czy tęsknoty świadomej, że tak wiele pragnień i życzeń pozostać musi jedynie możliwością — i niczym więcej…

Rok 1968 przeobraził mnie w fenomenologa przejść ryzykownych, subtelnych i mocnych. Niemal każda z tajemnic chrześcijaństwa — Trójca Święta, Stworzenie, Wcielenie, Pascha, Eucharystia, relacja między Chrystusem a Kościołem — jest w zasadzie przejściem, dynamiką zarazem otwartą, subtelną i mocną. Pozostałem nieco melancholikiem — ponieważ nam śmiertelnym nie zostaje dany definitywny osąd historii. Nie wiem, jaka będzie przyszłość chrześcijaństwa. Próbuję jednak dzielnie towarzyszyć jego przeznaczeniu. Czynię to od 35 lat i mam nadzieję czynić to, dopóki nie zostanę wezwany na drugi brzeg. Więcej nie jest nam dane. Tak zaślubiają się melancholia, humor, odwaga i hermeneutyczna świeżość — także z ufnością, że jakiś ślad chrześcijaństwa pozostanie. Bardzo lubię słowo „ślad” i „tropiciel”. Bóg nie jest już obecny na sposób symboliczny, ale pozostawia ślad swojej obecności — bardzo dyskretnie, ale wyraźnie. Jesteśmy „tropicielami” śladów, które pozosta307 wili nam Bóg i historia. Chciałbym także, aby nasza epoka pozostawiła jakiś ślad na plaży tego świata. Nie wiemy, co historia i Bóg z tym zrobią.

My robimy to, co do nas należy…

…i czynię to, bo więcej nie jest nam dane. Naszą ascezą i mistyką na dzień dzisiejszy byłoby możliwie największe ograniczenie resentymentów wobec przeszłości, Kościoła, teraźniejszości czy społeczeństwa, które nazywamy zsekularyzowanym — także wobec nas samych. Trzeba nam przekształcić to w pełne otwarcia pozdrowienie, w gest przyjęcia — bolesnego, lecz uśmiechniętego. Taka jest radosna wiedza dzisiejszego teologa…

…A zarazem praktyczny wymiar niesienia nadziei, które przecież jest najistotniejszym zadaniem chrześcijaństwa. Tymczasem wiele osób opuszcza Kościół właśnie z braku spójności między nadzieją a cierpieniem. Z jednej strony, na zewnątrz widzą one uśmiech, wręcz samozadowolenie — a z drugiej strony ludzką nędzę, która pozostaje często w ukryciu…

Lecz tak jest również wewnątrz naszego Kościoła! Wystarczy spojrzeć na wiele biografii kapłanów, sióstr zakonnych, czy dzieje konwentów ostatnich 30 lat. W naszym ciele, lecz nade wszystko w duszy nosimy także stygmaty historii, obecności Chrystusa. Bez smutku nie można być chrześcijaninem. Uśmiech przez łzy — tak zatytułowałem mój esej o humorze. Nie jest to żadna maska, widmo czy grymas, lecz swoboda, która potrafi żyć w szerszym, trynitarnym krajobrazie Objawienia — choć obecnie krajobraz ten jest bardzo słabo widoczny, obecny niemalże jedynie nieśmiało i jako ferment, a nie jako mocny przedmiot i podmiot. Do Kościoła w naszym społeczeństwie należy towarzyszenie temu wszystkiemu z wolnością, dystansem, zwinnością i otwartością, co w naszych warunkach jest dla mnie projektem mistycznym i ascetycznym dla teologa, kapłana i wierzącego.

I taki projekt, taką nadzieję stara się Ojciec wcielić w swojej pracy. A jednak spójna postawa tego typu nie jest łatwa. Czy doznał tu Ojciec jakichś kryzysów, porażek? Czy istnieje coś, co w swojej realizacji tego projektu chciałby Ojciec podjąć na nowo, może zmienić?

Oczywiście. Zawsze to wszystko, co czyniłem, pozostając zbytnio pod wpływem sentymentów, polemiki albo gdy melancholia stawała się depresją, a męstwo agresją czy resentymentem. To są naturalnie chwile także nieco nieszczęśliwe w moich dziejach — aczkolwiek nieuniknione.

Trzeba przechodzić krańcowości, aby potem znaleźć minimum równowagi. Przesada w jedną czy drugą stronę przynosi znaczne porażki — np. identyfikacja z dogmatami lub z pewnym typem Kościoła, a także zwalczanie pewnych form myślenia teologicznego. Zawsze, kiedy popadałem w nieład resentymentu, agresywności czy depresyjności, czyniłem rzeczy, których nade wszystko po ludzku żałuję. Może także w odniesieniu do jedynej książki polemicznej, którą napisałem przeciw jednemu włoskiemu filozofowi. Nie napisałbym jej ponownie. Te negatywne rzeczy tworzą pewien negatywny oścień. Są nieodzowne we wzroście danej osoby, lecz potem, kiedy patrzymy wstecz, nie przekonują już o niczym. Próbuję i mam nadzieję, że uda się je zintegrować w jakimś szerszym projekcie majeutyczno-mistagogicznym, wewnątrz i poza moim charakterem.

Jeśli zaś chodzi o pole badań Ojca — czy są tu tematy do podjęcia na nowo?

Prawie wszystko. Ale mimo to jestem bardzo zadowolony ze spójności i wielowymiarowości tej drogi od św. Tomasza aż do postmodernizmu, od mistyki do racjonalizmu, od myśli transcendentalnej ku symbolicznej.

Nie ma żadnego problemu, który pozostaje nierozwiązany?

Istnieją problemy, których obecnie nie da się rozwiązać. Ich zarodków już dotknęliśmy. Np. stosunek ontologii do psychologii. W tej chwili jest to, moim zdaniem, zagadnienie nierozwiązywalne. Większość tajemnic chrześcijańskich — Trójca Święta, Stworzenie, nade wszystko zaś Odkupienie nie może się obyć bez minimum transferu ontologicznotranspsychologicznego. Jesteśmy dziś tak bardzo przywiązani do realizacji emotywnej i weryfikacji psychologicznej — a także do dobrego samopoczucia psychicznego — iż tajemnice te stały się przestarzałe.

Także w kwestii naszego stosunku do platonizmu — można zapytać, jaki typ filozofii mógłby utrzymać wyjaśnianie wielkich tajemnic chrześcijaństwa. Żeglujemy tu zupełnie na wyczucie. Innym problemem jest zbawienie — można pytać o wzajemne powiązanie krzyża i zbawienia; o to, co oznacza zbawienie dla doświadczenia życia i historii. Także tutaj dryfujemy bez kierunku. Nie daliśmy na to odpowiedzi nawet perspektywicznie. Mamy wątpliwe metafory, lecz nie mamy tu żadnego możliwego do urzeczywistnienia wyobrażenia, które mogłoby się wyryć na życiowej mentalności. Jest to jedna z przyczyn dzisiejszej słabości chrześcijaństwa.

To problemy, nad którymi nieustannie pracuję, stale jakby zataczając kręgi wokół nich. Im bardziej się do nich zbliżam, tym bardziej jednocześnie się oddalam. Obecnie są to, moim zdaniem, decydujące problemy, które obiecałem i postanowiłem sobie śledzić i atakować, lecz bez nadziei, że zdołam je w danym mi czasie rozwiązać. Także z tego prostego powodu, że obecnie nie wiemy, jaki kościelny styl życia będzie mógł skonfigurować się na wszystkich poziomach; ani też jakiego typu chrześcijaństwo ukaże się na scenie najbliższych dziesięcioleci — jak będzie w nim rola kobiety, styl życia zakonnego, rodzinnego, sakramentów. Wobec tego wszyscy pozostajemy w absolutnym zakłopotaniu. Próbuję mierzyć się z tym, lecz bez obiecującej i rozwiązującej perspektywy.

Czy istnieją jacyś autorzy, którzy szczególnie Ojcu pomagają w zmaganiu się z tymi właśnie zagadnieniami?

Pomagają mi różni autorzy. Chciałbym wymienić nazwiska niektórych: Michel de Certeau, jezuita sui generis, teoretyk i historyk misji, a zarazem fenomenolog życia po roku 1968 i historiografii. Jako świadek tego okresu, jako myśliciel, który dostarczył kilku formuł myśli i życia — np. la rupture instauratrice, passant l’autre czy pauverté de l’absence. Dokonuje on także retrospekcji ubóstwa dominikańskiego, franciszkańskiego i karmelitańskiego. Ubóstwa, które — począwszy od Alberta Wielkiego i Mistrza Eckharta — pozbawia się jakiegokolwiek podparcia intelektu, woli, obrazów i odnajduje narodzenie Boga we własnej intymności; ubóstwa franciszkańskiego, które otwiera serce na wolność, konkretność, możliwość życia; ubóstwa karmelitańskiego — odjęcia wszelkiego mechanizmu wyobrażeniowego, projekcyjnego — „nocy ducha”, która pozwala mi odkryć nieoczekiwanie wszystko we wszystkim.

Św. Teresa z Lisieux przeniosła to na poziom doświadczenia „małej drogi”. Bardzo inspiruje mnie także Blondel w swojej L’Action jako metoda, gest, a także jako sposób życia świeckiego. Wymieniłbym też życie i dzieło Paula Ricoeura.

Jest to prawdziwie przeżyta fenomenologia ducha kalwinisty, przekonanego chrześcijanina, który pracuje, niemalże jako anonimowy chrześcijanin, w rozległym polu między brakiem woli a nieświadomością a wolą i świadomością, między doświadczeniem i symbolizmem, psychologią głębi a psychologią niemalże pneumatyczno-teleologiczną, powoli ustalając, rekonstruując świadomość ja, które potrafi oddać sprawiedliwość innemu, ciału; także pamięci i nadziei eschatologicznej. Jest to niezwykła i bogata droga intelektualna.

Oczywiście bardzo wiele nauczyłem się z pism Rahnera. Wedle mojego systemu nieustannie czytam Balthasara i Rahnera razem, i jednego przeciw drugiemu, aby nie wpaść w jednostronność. Ale także sam Rahner w swojej metodzie hermeneutycznej w odniesieniu do tradycji, a także do dzisiejszego doświadczenia życiowego — w tym, jak wydobywa on inny poziom, na którym problemy konfigurują się i przedstawiają w odmienny sposób — pozostaje dla mnie całkowicie przekonującym źródłem inspiracji.

Towarzyszą mi również rozmaici autorzy literaccy, którzy podejmują tematy chrześcijańskie, a także teologiczne w sposób całkowicie nieoczekiwany. Chrześcijaństwo pojawia się tam właśnie jako motyw. Myślę tu np. takim autorze jak Patrick Roth, żyjący w Kalifornii Niemiec, który opisał wszystkie tajemnice paschalne w opowiadaniach, rzec można, całkowicie świeckich.

Także ostatnio nagrodzony w Wenecji film Powrót, pokazujący konflikt między ojcem a synami, zawiera wiele motywów chrystologicznych — niemalże śmierć zastępczą etc. Spoglądając na to okiem chrześcijanina, odkrywam pierwotność chrześcijaństwa. Z drugiej strony możemy przełożyć to, co przeżywamy, na motywy chrześcijańskie. Jest to więc płodne i doskonałe koło hermeneutyczne.

Czy w ten sposób owo zakłopotanie odczuwane wobec wspomnianych przed chwilą przez Ojca „nierozwiązywalnych” problemów ma szansę się pomniejszyć z perspektywy zarysowującego się rozwiązania, czy raczej wszystko jeszcze bardziej się komplikuje?

I jedno, i drugie. Z jednej strony boleję nad tym, że Kościołowi nie udaje się już przedstawić na sposób przekonujący chrześcijańskich form...

…gdy tymczasem formy „nie-kościelne” dają nam tak wiele…

…pocieszenia, pozwalając odkryć na nowo wiele rzeczy. Jednocześnie sam czuję się nimi pocieszony, ponieważ przynajmniej udaje mi się wyraźniej ujrzeć na nowo wiele form chrześcijaństwa anonimowego.

Zawsze jednak chyba pozostanie to uczucie bycia „poza” skoro to pocieszenie nie przychodzi z Kościoła, zawsze pozostanie tu jakiś brak…

Wciąż jesteśmy wygnańcami, obcymi. Od roku 1965 nigdy nie byłem w domu.

Gdyby jednak od Ojca zależały pewne decyzje co do zmian w funkcjonowaniu Kościoła — by nie rzec, gdyby Ojciec był papieżem — co by Ojciec praktycznie i konkretnie zmienił?

Nie wiedziałbym, ale z pewnością używałbym innego języka: już nie zakazującego, oceniającego, dogmatycznego, moralizującego, agresywnego, płaczliwego, dobijającego — i mdłego, lecz języka opisowego, fenomenologicznego, zachęcającego. Widziałbym to także w nowej moralności — już więcej nie nakazującej, albo mniej nakazującej i zakazującej, ale zachęcającej, wspierającej — promującej wzrost możliwie jak największej liczby ludzi i możliwie jak największych nawarstwień możliwości w nas samych.

Oznacza to także, że jeśli np. ktoś zachowywałby celibat, nie mówiłby o nim na sposób zbytnio uduchowiający, ale opisowo. Zdając sobie sprawę z długiej tradycji, może powiedziałbym: „nie śmiem zmieniać”. Jednakże wobec zmian społeczeństwa i ról płci, obecności homoseksualizmu, liczby rozwodów, wobec naszego zakłopotania z racji tego, że wciąż różnimy się od postaw przyjmowanych za normalne — nie ośmieliłbym się zmieniać tradycji, nawet jeśli sam wiem, że celibat z wielu punktów widzenia nic nie wnosi i stwarza tak wiele nieszczęść psychicznych, biograficznych i nie jest już dobrze widziany przez większość wiernych, przynajmniej w Europie i w Ameryce Północnej.

Ustawiając to w ten sposób, stworzyłoby się jakąś większą swobodę. Wyszlibyśmy z wymuszonej obsesji i zniewoleń ideologicznych. Stworzyłoby to dyskurs pokorniejszy, bardziej obiecujący, bardziej realistyczny i bliższy, efektowniejszy i dodający otuchy. Potem można przytaczać motywy duchowe itd. To samo odnosi się do przyszłej roli kobiety w Kościele. Nie znaczy to, że jestem rzecznikiem kapłaństwa kobiet, zwłaszcza że długa tradycja świadczy przeciwko niemu, a dobrych, gotowych rozwiązań nadal brakuje. Trzeba używać języka zachęty, bez natychmiastowego uciekania się do Matki Bożej, ale do rzeczywistej roli kobiety w społeczeństwie, stawiać hipotezy, obiecywać, kreślić nowe idee nowych ról ich obecności.

Oczywiście konieczny jest w tych wszystkich sprawach realizm. Możemy zmienić wszystko i naśladować protestantów jak chcemy. Nie znaczy to, że będzie lepiej. Prawdziwym problemem jest brak obecności i przedstawialności Boga w naszym doświadczeniu życiowym. Żyjemy w czasach zapominania, niemalże wymazywania obecności Boga. Jesteśmy stróżami pamięci i nadziei, która słabo zna teraźniejszość. W tym przykrym położeniu wszelka zmiana w pewnym sensie ma charakter ruchomych piasków.

Trzeba to opisywać ze swobodą nie po to, by lamentować, ale by opisać i zachęcać, by odkryć w TYCH warunkach, w nocy czy szarzyźnie życia ślady, formy, sprzeczności możliwej obecności Boga. I to dałoby nam odwagę do czynienia nowych wyborów w przyszłości.

Wyłania się z tego jakaś zdumiewająca i bardzo krzepiąca nadzieja — oparta o wielką wiarę, w człowieka którą Ojciec zdaje się żywić. Tak wiele się mówi, że ludzie nie chcą słuchać, są zmęczeni, obojętni, pragmatyczni. Kościół, teologowie mogą głosić różne nauki, lecz nikt tego nie podejmuje, nikt nie rozumie. Ojciec tymczasem…

Agnostycyzm ludzi — ponieważ dzisiaj nie ma już ateistów — jest niczym blichtr pokrywający wszystko i szarość ducha. Tym niemniej we wszystkich jest mnóstwo aspiracji, pytań, nalegań, zakłopotania — w całym naszym społeczeństwie, także odnośnie do przyszłości stworzenia — które domagałyby się z naszej strony jakiegoś głosu profetycznego, nie sprzeciwiającego się, lecz komentującego zmienności, zwracającego się do kogoś ze słowem określonym i określającym, odważnym, niepospolitym, pełnym fantazji możliwości, znającym własne zaplecze i umiejącym zaproponować je na sposób dotąd jeszcze nie znany. To byłby styl, którego bym sobie życzył w rzeczywistych warunkach naszych czasów.

Tak narodziłby się nie tylko inny język, który powyżej scharakteryzowałem, lecz może także inne strategie rozwiązywania problemów. Np. kultura podejrzliwości wobec teologów. Magisterium powinno dużo bardziej zachęcać, wejść na drogę otwartych pytań, zamiast pilnować. Nie prowadzi to daleko, nie służy. Potępione książki są jeszcze chętniej czytane. Tworzy to klimat redukcji, regresji, małoduszności. Tymczasem Magisterium jest jak najbardziej potrzebne jako ostateczna instancja — jeśli biskup i teolog prawdziwie zwracają na siebie uwagę, ale nade wszystko jako instancja, która stawia problemy, która zachęca do poszukiwań, w jakiejś wymianie życzliwej, majeutycznej i promującej, a nie zakazowo-nakazowej. Tutaj musimy jeszcze bardzo wiele się nauczyć — głównie zmiany tonacji.

To wszystko jest wyzwaniem wieloaspektowym. Głównie jednak sprowadza się do zmiany mentalności, właśnie stylu myślenia, oceniania, bycia chrześcijaninem. Chciałoby się spytać: „Jak to zrobić?”. Poniekąd odpowiadają na to teksty Ojca, które teraz trafiają do polskiego czytelnika, co ma również szczególny kontekst. Ostatnich kilkanaście lat przyniosło wiadome i nieodwracalne zmiany zarówno w Polsce, jak i w Europie — i w dziedzinie polityczno-społecznej, i w kościelnej. To też jest wyzwanie. W Polsce coraz bardziej zaczynamy doświadczać sekularyzacji, którą Europa Zachodnia przeżyła kilkadziesiąt lat temu. Świadomi naszych uwarunkowań historycznych i kulturalnych, dumni z „naszego” papieża, mówimy jednak, że może u nas tak nie będzie. Nie sposób wszak nie dostrzec tu i ówdzie pewnej powierzchowności i tradycjonalizmu polskich praktyk religijnych. Z drugiej zaś strony to wszystko coraz wyraźniej konfrontowane jest z realiami nowej Europy. Wobec tego wszystkiego, co Ojciec chciałby powiedzieć polskiemu czytelnikowi sięgającego do zamieszczonych w niniejszej książce tekstów?

Oczywiście cieszyłbym się, gdyby Kościół polski mógł jeszcze zachować — lecz nie na siłę, bez nacisków czy szantażu — coś ze swojej siły już w grze służebnego wikariatu między Kościołami: jako oścień, upomnienie braterskie, wzbogacenie. Jeśli Kościół polski byłby w stanie przekształcić się ku życiu w dzisiejszych czasach, zachowując coś ze swej siły i ze swych żywotnych soków, byłoby to mile widziane. Moim zdaniem Kościół — także wśród pojedynczych wiernych czy w różnych stanach — to niezmierzona sieć wzajemnego wspierania się i obrazowania, braterskiego upominania i wzbogacania między różnymi stylami. Ucieszymy się, mając w Europie nieco mniej osłabiony Kościół. Lecz przewiduję raczej, że Kościół zwyczajów się rozpadnie. Jak już wspomniałem, Kościół nie powinien uciekać się do szantażowania i do pozornej siły czy fałszywych resentymentów typu „wszystko to masoneria”, czy rozmaitych rodzajów „teorii spiskowych”. To wszystko jest niesmaczne i niedopuszczalne, niegodne dyskursu.

To samo odnosi się chyba też do „kompleksu historii”. Jeden z naszych pisarzy powiedział, że Polacy „rodzą się z kompleksem polskości”. Jest prawdą, że nasz naród został szczególnie naznaczony przez dzieje, ale jest też prawdą, że najmłodsze pokolenie już tego tak nie odczuwa.

Polacy powinni wiedzieć, że dzisiaj każdy naród na swój sposób jest upokorzony i przegrany. Podobnie rzecz ma się z wieloma formami wiary. Dzisiaj jesteśmy jakby w sieci — choć nikt się do tego nie przyznaje i wszyscy próbują pokazywać się jeszcze jako zwycięscy i silni. Ale gdzieś na dnie, każdy człowiek, każdy naród — zwłaszcza zaś niemiecki — jest upokarzany przez wiele porażek. Dlatego Polacy nie powinni zachowywać tego „kompleksu niższości”, rekompensując go potem fałszywym „kompleksem wyższości”, lecz wiedzieć, że wszyscy jesteśmy naznaczeni wieloma stratami, klęskami i historią pełną niesprawiedliwości.

Większość narodów europejskich jest też dzisiaj naznaczona utratą chrześcijaństwa społecznie i instytucjonalnie silnego, a w konsekwencji także utratą mocnej wiary zakorzenionej w kulturze. Już to utraciliśmy, ale przyjęcie tego jako wyzwolenia do odkrycia innego chrześcijaństwa może być źródłem obecności Chrystusa w słabości, o której mówi św. Paweł: w słabości nie nieudolnej, ale silnej, krystalicznej. I może ostatnia jeszcze myśl: chrześcijaństwo to mistyka nie tylko śmierci, ale i narodzin. Wszelkie narodziny zakładają jakieś trudne przejście, długą ciążę bolesny poród.

Daleka bliskość chrześcijaństwa w sklepie Kosciol.pl

Drogę paschalną…

Drogę paschalną jako rytm obecności Chrystusa dzisiaj. I to nie jako rezygnacja, ale w perspektywie jakiejś mistyki narodzin, bardzo silnie promowanej np. przez Mistrza Eckharta. To, jak mi się wydaje, byłoby płodną perspektywą dla prezentacji chrześcijaństwa. To byłaby mentalność nie tyle zwycięzców, ile ludzi, którzy mają zadatek, zacięcie, soki żywotne, aby móc przeżywać historię uszczuplenia i powstania ducha wiary pokornej z domieszką humoru, uśmiechu i spojrzenia w górę.

A może nawet z odwagą bycia wygnańcem…?

Wygnańcem z całą jego wolnością. W pewien sposób oczywiście w tej chwili musimy powrócić na pustynię, jak — mówiąc językiem Starego Testamentu — w czasie pierwszej miłości. Jest to zawsze bolesne, ale i bardzo obiecujące.

Być pokornym przewoźnikiem między światami... - cz. 1

Daleka bliskość chrześcijaństwa w sklepie Kosciol.pl



Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20051006011209544

No trackback comments for this entry.
Być pokornym przewoźnikiem między światami... - cz. 2 | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,669 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń