Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Gnostyk i chrześcijanin - część 2

 Gnostyk i chrześcijanin - część 2

Przypisy:

1. Przede wszystkim zgadzam się z poglądem Rahnera, że istnieją "chrześcijanie anonimowi". Nie jest to pogląd nowy, bo już w starożytności pojawiła się owa "anima naturaliter christiana". Buddyści też mają podobne określenie. Mawiają nieraz, że "każdy człowiek rodzi się buddystą" i tylko od niego zależy, czy sobie kiedyś ten fakt uświadomi.



W tym sensie wszyscy tutaj są "anonimowymi buddystami". Zapewne również anonimowymi hinduistami, szintoistami, sikhami oraz "wyznawcami" kilku innych jeszcze religii. Zresztą odnosi się to nie tylko do religii. Nieżyjący już były prezydent Francji Francois Mitterand, który był masonem, mawiał, że każdy, kto podaje w wątpliwość jakikolwiek dogmat, jest tym samym już "masonem bez fartucha" (chodzi oczywiście o fartuch noszony przez masona podczas szczególnych okazji w loży).

Ci jednak, którzy wyraźnie identyfikują się z jakąś konkretną religią i należą do konkretnego kościoła, do "anonimowych" chrześcijan się nie zaliczają...

Próby wzajemnego wykluczania siebie z własnej religii nie są jedynie naszą specjalnością.

Wystarczy wspomnieć Allamaha Nooruddina, jednego z najlepszych tłumaczy Koranu na język angielski. Niejednokrotnie mówi się, że był to "jeden z największych erudytów Koranu w historii islamu". Tymczasem wśród jego islamskich koreligionistów nie brakuje i takich, według których to w ogóle nie muzułmanin! Ze swej strony podobne problemy mają Żydzi, o czym informują niejednokrotnie serwisy ekumeniczne, np. w notatce “Żyd Żydowi nie-Żydem" http://www.ekumenizm.pl/article.php?story=20041125084452104&query=ortodoksyjni

2. Tymczasem gnostycy od początku traktowani byli jako część rodzącego sią ruchu chrześcijańskiego. Świadczą o tym rozmaite fakty. Na przykład wiadomo, że gnostyk Walentyn (Valentinus) kandydował (ok. roku 140 n.e.) na biskupa Rzymu. Przegrał z Piusem. Był już wówczas znany jako wielki nauczyciel gnostyczny. Nigdy nie został ekskomunikowany przez kościół rzymski, co dowodzi, że nie był on uważany wówczas tam za "dysydenta". Próbował on godzić rozmaite nurty (przede wszystkim psychików i pneumatyków) w jednym kościele. Dopiero później drogi walentynian i "ortodoksów" zaczęły się rozchodzić. Ekskomunikowano natomiast Marcjona, czym ten chyba zbytnio się nie przejął (i to też dopiero po tym, gdy zaczął organizować swój własny kościół) najpewniej zresztą z powodu odrzucenia przezeń Starego Testamentu, czego z kolei Walentyn nie uczynił. Innym przykładem jest Bardesanes z Edessy (zwany "Bar-Daisan"). Ten niegdyś pogański gnostyk nawrócił się na chrześcijaństwo "ortodoksyjne", ale gnostykiem pozostał do końca życia.

Ireneusz skarży się w "Adversus haereses", że nawet za jego czasów wielu biskupów i diakonów katolickich szukało wtajemniczenia do ezoterycznych nauk gnostyków walentyńskich. Ale nie postulował on w związku z tym nawet, by tych biskupów ekskomunikowano. Polemiki "herezjologów" dają natomiast dowód rodzącego się "ortodoksyjnego" ekskluzywizmu. Ale dowodzą one też, że ten ekskluzywizm stanowił wówczas w kościele rzecz nową.

Nawet później, w czasach wymierzonego w gnostyków terroru na przełomie IV i V wieku n.e. "ortodoksi" tolerowali wśród siebie gnostyków, jeśli ci tylko gotowi byli nie przeczyć publicznie oficjalnej "bazie i linii" "ortodoksyjnej". Przykładem tego choćby słynny Synesius z Cyrenajki (365 - 414 n.e.), ewidentny gnostyk, który studiował filozofię pod kierunkiem pogańskiej filozofki Hypatii z Aleksandrii (zamordowanej w wyjątkowo sadystyczny sposób w 415 r. przez "ortodoksyjny" motłoch). Został biskupem w kościele katolickim w 410 roku n.e. O Zmartwychwstaniu pisał m.in., że to “coś świętego i nie do opisania" i że w odniesieniu do niego "jestem daleki od podzielania opinii mas". Tolerowano go pod warunkiem, że będzie filozofował jedynie prywatnie, nie publicznie (zakaz filozofowania był już wówczas oficjalnie wprowadzony w cesarstwie), zwłaszcza, że poglądem jego było, że religia to w najlepszym wypadku popularny wyraz prawd filozoficznych dla nie-filozofów.

3. I jako chrześcijanie marcjonici znani byli powszechnie również w starożytności. Przyznaje to również (choć z przysłowiowym już "płaczem i zgrzytaniem zębów") wróg "heretyków", Justyn Męczennik:

"I jest Marcjon, człowiek z Pontu, który jeszcze żyje i uczy swych uczniów wierzyć w innego jeszcze boga, większego niż Stwórca. I spowodował on z pomocą diabłów, że wielu we wszystkich narodach bluźni i przeczy temu, że Bóg jest stwórcą świata i twierdzi, że inna jeszcze istota, większa niż on, dokonała większych rzeczy. Wszyscy, którzy przejmują opinie od tych ludzi są, jak już powiedzieliśmy, nazywani chrześcijanami" ("Pierwsza Apologia", I; 26)

Nie jedyny to "pomnik" wystawiony heretykom przez "ortodoksyjnego" herezjologa: nie dość, że "nazywani chrześcijanami", to jeszcze podąża za nimi "wielu we wszystkich narodach"! (chodzi, rzecz jasna, o narody imperium). Osobliwy to portret jakichś "dysydentów"... W ogóle energia, jaką użyto kiedyś na "walkę z herezją" i liczba pism skierowanych przeciw niej, zwłaszcza przeciw gnostykom tamtego okresu, świadczy, że nie chodziło o jakieś mało znaczące sekty "odszczepieńców", lecz o dobrze już zakorzenione wyrazy wiary w religii chrześcijańskiej. Pod tym względem diatryby "herezjologów" stanowią niezamierzony "pomnik cenniejszy niż spiż i złoto" wystawiony gnozie i gnostykom.

4. By zilustrować ów ortodoksyjny ekskluzywizm, Ireneusz opowiada ("Przeciw herezjom") dwie plotki, których bohaterami są Marcjon, Polikarp, Kerinthos i apostoł Jan. W jednej z tych historyjek Marcjon, spotkawszy się z Polikarpem, pyta go "czy mnie poznajesz?". Polikarp odpowiada: "Tak, poznaję pierworodnego szatana!". W drugiej natomiast apostoł Jan udaje się do publicznej łaźni, a spostrzegłszy tam gnostyka Kerinthosa, wrzasnął do wszystkich obecnych, żeby czym prędzej i co sił w nogach stamtąd uciekali, gdyż jest tam "Kerinthos, wróg prawdy". Sam też czym prędzej uciekł, nie biorąc nawet kąpieli. Bał się bowiem, że się łaźnia zawali, gdyż był tam taki "wróg prawdy"... ("Przeciw herezjom", III;III)

Przyjrzyjmy się bliżej tym dwóm plotkom: otóż w żadnej z nich, jak opowiedzianych w końcu przez ‘ortodoksa’, heretyk nie zachowuje się jak pyszałek szukający zaczepki, jak arogant lub co najmniej jak "ekskluzywista", co to literalistyczny "plebs" ma w pogardzie. Marcjon jedynie pyta Polikarpa, czy ten go poznaje. Kerinthos nie czyni nawet tego, lecz występuje całkowicie biernie i nie mówi nic. Ciekawy kontrast stanowią u Ireneusza Polikarp oraz przedstawiony tam jako ‘ortodoks’ apostoł Jan: Polikarp jako pozbawiony manier chamowaty jegomość, a Jan wręcz jako człowiek niespełna rozumu.

Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której my, użytkownicy tego Serwisu, zbieramy się w jednym miejscu i czy to Pan Roman czy Wielebny Alfred, dostrzegłszy np. któregoś z tutejszych "heretyków", podnosi krzyk, nakazując wszystkim wiać gdzie pieprz rośnie, bo jest wśród nich taki to a taki "wróg prawdy" i budynek może się zawalić...

Z całą pewnością nie byłaby to najlepsza reklama dla ‘ortodoksji’, ale Ireneusz taki właśnie stawia wzór, podpierając się przy tym innym jeszcze przykładem "teologii insultatywnej", wersetami z tak zwanego "drugiego listu Jana" z Nowego Testamentu:

"Jeśli ktoś przychodzi do was i tej nauki nie przynosi, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie go, albowiem kto go pozdrawia, staje się współuczestnikiem jego złych czynów" (2Jn 10-11).

Nie ma tu znaczenia jaki to "Jan" napisał ten list, który datowany jest na II wiek n.e. (więc apostoł nie miał szans go stworzyć). Natomiast zwraca uwagę, że to, co propaguje Ireneusz, to właśnie skrajna forma ekskluzywizmu; forma, w ktorej czytelnik zachęcany jest wręcz do wrogości i nienawiści wobec "heretyków" i to okazywanej im publicznie. Ireneusza zdawało się nawet nie żenować i to, że w celu jej propagowania, przedstawił on swych głównych bohaterów jako osobników chamowatych i tępych.

Dla porównania, trudno byłoby komukolwiek znaleźć jakikolwiek bądź strzępek dzieła jakiegokolwiek spośród znaczących liderów antycznego gnostycyzmu (jak Bazylides czy Walentyn), choćby cytowany przez któregoś z "herezjologów", któryby zachęcał do podobnych "kurtuazji" wobec ‘ortodoksów’...

5. Przedstawione w długich rozdziałach "Stromateis" wywody Clemensa Alexandrinusa nie pozostawiają co do tego cienia wątpliwości. Uważał on np., że filozofia grecka oczyszcza duszę i przygotowuje ją do przyjęcia wiary, na której Prawda wznosi gmach Gnozy. Idealny gnostyk to według niego kombinacja człowieka kontemplującego plus filozofa plus naukowca, używającego rozumu do poznania tego, co daje wiara. Posuwa się on w związku z tym do stwierdzenia wartego dania pod rozwagę wielu naszym koreligionistom:

"Jeśli założymy, że ktokolwiek dałby gnostykowi wybór między znajomością Boga a wiecznym zbawieniem; i gdyby te dwie rzeczy całkowicie identyczne ze sobą mogły być rozdzielone; to bez najmniejszego wahania wybrałby on znajomość Boga uważając tę własność wiary, co z miłości wyrasta w wiedzę, za pożądaną samą w sobie". (Księga IV, rozdz. XXII).

Można w wywodach Alexandrinusa odnaleźć echa wcześniejszych poglądów "poganina" Plutarcha z jego dzieła "Moralia" na podobny temat. Ciekawostkę stanowią tak nawiasem m.in. czynione przez autora paralele między poszczególnymi imionami a terminologią grecką:

"Tęsknota za prawdą, szczególnie za prawdą dotyczącą Bogów, jest tęsknotą za rzeczami boskimi, odkąd nauka oraz poszukiwanie obejmują badanie rzeczy świętych i są zajęciem bardziej pobożnym niźli poświęcanie się czystości i obecność w świątyniach. Co więcej, to poszukiwanie jest szczególnie miłe mądrej i miłującej mądrość Bogini, którą czcicie, a której samo imię zdaje się wskazywać, że wiedza i zrozumienie są jej domeną. "Isis" jest w końcu greckim słowem (chodzi o zbieżność z "gnosis"), tak jak jest nim imię jej wroga Typhon, który jest napuszony (od "tufi" "jestem napuszony") ignorancją i kłamstwami. To on drze i niszczy święty tekst, który Bogini zbiera i składa z powrotem, by go ofiarować wtajemniczonym (...)

"Zapuszczanie brody (...) i noszenie togi nie czyni człowieka filozofem, tak jak noszenie lnianej szaty i golenie głowy nie czyni go prawdziwym czcicielem Izydy. Prawdziwy izydowiec to ten, kto otrzymuje we właściwy rytualny sposób rzeczy pokazane oraz dokonane, a dotyczące Bogów, a następnie poszukuje prawdy i bada ją w nich poprzez użycie rozumu."

6. W swym dziele "Stromateis" Clemens Alexandrinus ma sporo do powiedzenia i na ten temat, szczególnie godne są polecenia rozdziały IX i X księgi V. Oto dwie małe próbki:

""Gdyż wiem" - mówi apostoł - "że gdy przybędę do was, przybędę w pełni błogosławieństwa Chrystusa"; wyznaczając dar duchowy i gnostyczną wiadomość, którą, będąc obecnym, pragnie przekazać im (...) Lecz jedynie nielicznym z nich jest pokazane czym są rzeczy zawarte w tajemnicy." (V;X)

"Nie jest pożądane, by wszystkie rzeczy były odkrywane bezładnie wszystkim bez wyjątku, lub korzyści mądrości komunikowane tym, co nawet we śnie ne byli oczyszczeni w duszy (gdyż nie jest dozwolone dawanie osobom przypadkowym tego, co sprokurowane zostało z tak pracochłonnym wysiłkiem); ani też tajemnice słowa nie mogą być wyjaśnione pospólstwu." (V;IX)

Doprawdy, czytając Alexandrinusa, odnosi się nieraz wrażenie, że jego gnostycyzm był stosunkowo radykalny nawet jak na owe czasy...

Jest to dowód, tak nawiasem, że o fałszywości lub prawdziwości gnozy decydowała w oczach "ortodoksów" literalistyczna interpretacja tego, co się mówiło, a nie wewnętrzna tego treść. Krótko i węzłowato: można było wśród "ortodoksów" być nawet ultra-gnostykiem, byle tylko publicznie afirmować "ortodoksję".

7. Nawet dzisiejsi niechrześcijańscy "technologiczni gnostycy", scjentologowie, tak to definiują: "you are a spiritual being" ("jesteś istotą duchową"). To jedno z pierwszych i najczęściej powtarzanych stwierdzeń w ich kościele. I nie oznacza to tam np. tego, że się ma duszę, lecz że to raczej dusza posiada ciało i umysł.

8. Pamiętam, że to właśnie na tym forum miałem kiedyś dłuższą dyskusję ż pewnym Dyskutantem na ten temat. Moje stwierdzenie, że Jezus mógł się był ożenić z Marią Magdaleną (nie twierdziłem, że on to zrobił, bo ewidencji brak, lecz właśnie tylko, że mógł) ów Dyskutant uznał niemal za "dowód", że nie jestem chrześcijaninem!!! Bo w Jego opinii tak po prostu nie mogło być, gdyż Jezus nie przyszedł po to, by "spać z kobietą". Jak zatem widać, nie ma takiego zarzutu przeciw gnostycyzmowi, którego nie dałoby się równie dobrze obrócić przeciw "ortodoksji". No to jak to w końcu jest: który z tych "dwóch Chrystusów" jest bardziej "eteryczny" i "sterylny": nasz czy Wasz?

Wielebny Alfred Palla (Wielebny, bo jest pastorem) zdaje się dostrzegać jedynie gnostyków ekstremistów: albo są radykalnie ascetyczni albo znów rozwiąźli (artykuł "Gnoza i gnostycy") oraz że odnalezione w Nag Hammadi (r. 1945) teksty gnostyczne potwierdzają to, co o gnostykach pisali ich ortodkosyjni oponenci, których to oponentów niesłusznie w związku z tym posądzano o tendencyjność. Byłbym zatem wdzięczny gdyby wskazano nam które to konkretnie teksty z Nag Hammadi to potwierdzają, bo choć osobiście teksty te (w tłumaczeniach) czytałem, to jakoś nie mogłem w nich zlokalizować niczego, co by pasowało do takiego wizerunku owych ludzi, jaki Wielebny raczył był naszkicować w swoim artykule.

9. By wesprzeć tezę o gnostycznym poglądzie, że małżeństwo i seks są "rzeczą kalającą człowieka", A. Palla posuwa się do stwierdzenia, że gnostyczna (pochodząca zapewne z II lub III w.n.e.) "Ewangelia Filipa" określa mianem "skalanej" kobiete w małżeństwie. Nie jest to dokładne. W “Ewangelii Filipa" nie ma mowy o tym, że kobieta żyjąca w małżeństwie jest skalana. Mowa jest o kobietach skalanych, gdy wspomina się, że komnata małżeńska "nie jest dla zwierząt, ani dla niewolników, ani dla skalanych kobiet, lecz dla wolnych mężczyzn i dziewic". Jest mowa o tym, że złe duchy, męskie i żeńskie w formie, próbują skalać samotne kobiety i samotnych mężczyzn. Jeśli małżonkowie jednak są razem, nie ważą się tego czynić. O skalaniu utwór ten mówi jeszcze w paru innych miejscach, między innymi:

"Maria jest dziewicą, której żadna siła nie skalała."

Nikt nie może wiedzieć kiedy mąż i żona mają stosunek ze sobą, poza nimi samymi. W istocie małżeństwo na świecie jest misterium dla tych, co wzięli sobie żony. Jeśli istnieje ukryta wartość małżeństwa skalanego, o ileż bardziej nieskalane małżeństwo jest misterium! Nie jest cielesne, lecz czyste. Nie należy do pożądliwości, lecz do woli. Nie należy do ciemności lub nocy, lecz do dnia i światła."

Zaden jednak fragment "Ewangelii Filipa" ani nie stwierdza wprost, ani też nie sugeruje, że małżeństwo kogokolwiek "kala", obojętnie już czy chodzi o mężczyznę czy kobietę. "Wielkie jest misterium małżeństwa. Gdyż bez niego świat by nie istniał." – to inne jeszcze stwierdzenie z "Filipa". Akurat aluzji do małżeństwa jest u "Filipa" sporo, trudno je przeoczyć. A. Palla przypisał "Ewangelii Filipa" coś, czego w tym dokumencie nie ma. Jeśli Czytelnicy nie posiadają w domu egzemplarza, a w internecie polskie tłumaczenia obejmują jedynie fragmenty, służę chętnie pełnym tekstem zamieszczonym gdzie indziej w wersji angielskiej http://reluctant-messenger.com/gospel-of-philip.htm .

Przyznam tu na marginesie, że początkowo zamierzałem napisać artykuł "Gnostyk i chrześcijanin" jako polemikę z artykułami A. Palli. Po dłuższym namyśle jednak zdecydowałem, że napiszę tamten tekst jako całkowicie niepolemiczny. Zamierzałem bowiem skoncentrować się na pisaniu o tym, czym chrześcijański gnostycyzm jest, a nie na polemizowaniu z tym, czym on nie jest.

10. Dokładnie tak, jak się to robi w odniesieniu do doketystycznych elementów w Nowym Testamencie. Ewangelia "Według Jana" mówi w jednych fragmentach, że zmartwychwstały Chrystus był cielesny, bo jadł rybę i Tomasz mógł dotknąć jego ran. Ale w innych daje ona pełną satysfakcję doketystom: to "stuprocentowe" ciało potrafi niczym duch lub zjawa(czyli "doketos" właśnie...) nagle się pojawiać i równie nieoczekiwanie znikać, potrafi przechodzić przez zamknięte drzwi jak "biała dama" w starym zamku (wzbudzająca wśród widzących ją nie mniejszą konsternację niż Jezus w wieczerniku...), a poza tym wygląda tak dziwnie i... nierealnie, że jego najbliżsi uczniowie początkowo nie umieją go poznać...

Do jakiego stopnia literalistyczna była krytyka gnostycyzmu przez "ortodoksów", niechaj świadczy pewien "argument" u Ireneusza. Skoro mianowicie Paweł opisał swoje własne doświadczenie jako wstąpienie do TRZECIEGO nieba (2Kor 12;2), to - jak pisze Ireneusz (księga II, rozdz. XXX, akapit 7) - "nie może być, że ci ludzie (t.j. "heretycy" przyp. MM) wstępują powyżej SIÓDMEGO nieba, bo z pewnością nie przewyższają apostoła".

A zatem tym razem NUMERY okazały się decydujące: trzecie niebo jest prawowierne, siódme heretyckie (i oszukańcze zapewne).

11. Przyjrzyjmy się osobie:

  • Jest Bogiem wcielonym, Zbawicielem i Synem Bożym

  • Ojcem jego jest Bóg, a matką śmiertelna dziewica

  • Jego narodzenie zapowiada gwiazda na wschodzie

  • Rodzi się w grocie lub stajence 25 grudnia

  • Daje on ludziom szansę ponownego narodzenia przez obmycie wodą lub zanurzenie w niej

  • Cudownie zamienia wodę w wino na weselu

  • Triumfalnie wjeżdża na osiołku do miasta, podczas gdy ludzie machają mu na powitanie gałązkami oliwnymi

  • Uzdrawia chorych, wskrzesza umarłych, wypędza demony, ucisza sztormy

  • Posiada dwunastu uczniów

  • Jest niesłusznie oskarżony i stracony w ofierze za grzechy ludzi

  • Zmartwychwstaje trzeciego dnia

  • Ofiaruje swym uczniom i wyznawcom swe ciało i krew w postaci chleba i wina

Pytanie: kto to taki, o kim mowa powyżej? Odpowiedź: Ozyrys- Dionizus...

Justyn Męczennik w "Pierwszej Apologii" odnotował (pod adresem "pogan"):

"A gdy my również mówimy, że Słowo, które jest pierworodnym Boga, poczęte zostało bez unii seksualnej i że On, Jezus Chrystus, nasz Nauczyciel, został ukrzyżowany i umarł, i zmartwychwstał, i wstąpił do nieba, to nie głosimy niczego innego od tego, w co i wy wierzycie odnośnie tych, których wielbicie jako synów Jowisza."

W sumie znaleziono około 200 analogii pomiędzy naszym Pomazańcem a motywami w samej tylko religii egipskiej (por.: Gerald Massey: "Ancient Egypt, The Light of the World: A Work of Reclamation and Restitution in Twelve Volumes" T. 1 i 2; "The Historical Jesus and the Mythical Christ"; The Natural Genesis" ).

12. W "Pierwszej Apologii" Justyn Męczennik napisał m.in.:

"Usłyszawszy proklamowanie przez proroków, że Chrystus ma przyjść i że niegodni spośród ludzi mają być karani ogniem, złe duchy wysłały wielu, by ich nazywać Synami Jowisza, mając nadzieję, że będą oni w stanie stworzyć u ludzi wrażenie, że te rzeczy, które są mówione o Chrystusie, są jedynie wspaniałymi opowieściami, jak te rzeczy, o których mówili poeci."

Żeby zaś nadać większej wagi swoim słowom, Justyn dalej posuwa się do stwierdzenia, że Mojżesz "jest starszy od wszystkich pisarzy" (sic!).

Temu tonowi Justyna zawtórowali później inni, jak choćby Tertullian:

"Diabeł, którego interesem jest wypaczać prawdę, naśladuje dokładne okoliczności Bożych Sakramentów. Chrzci swoich wyznawców i obiecuje odpuszczenie grzechów ze Świętego Źródła i w ten sposób wtajemnicza ich w religię Mitrasa. Tak więc celebruje on oblaty chleba i przywodzi symbol zmartwychwstania. Uznajmy zatem zręczność diabła, który kopiuje pewne rzeczy z tych, co Boskie."

Religia Mitrasa była również starsza od chrześcijańskiej, a zatem i tu miałoby chodzić o "mimikrę przez uprzedzenie"...

13. Gdzie tkwi jakakolwiek prawda tych uproszczeń typu: ortodoksyjny Chrystus jest naturalny, gnostycki nierealny? To zwykła "klisza" propagandowa, pozbawiona jakichkolwiek realnych argumentów. Jeśli już zależy komuś na rozkładaniu mitologii na czynniki pierwsze (nie mam nic przeciwko temu, sam to nieraz robię...), to czemu nie sięgnąć już konsekwentnie do wszystkich mitologii? Niejednokrotnie przeczytać można pogląd (i to autorów jak najbardziej utożsamiających się z "ortodoksją"), że ewangelie kanoniczne to nie historia do dosłownego traktowania, lecz zapis wiary prymitywnego kościoła. To od razu rodzi jak najbardziej uzasadnione pytanie, że jeśli ta wiara prymitywnego kościoła niekoniecznie odzwierciedla fakty, to dlaczego ma ona w ogóle być uważana za jakąkolwiek formę ortodoksji i dlaczego inny jej rodzaj ma uchodzić za jakąkolwiek "herezję"? A już tym bardziej należałoby się bardziej szczegółowe wyjaśnienie, dlaczego ten inny rodzaj wiary miałby być "niebezpieczeństwem" oraz co to w ogóle za "niebezpieczeństwo", o którym wspomina w swym artykule Pan Roman Zając? ("Chrześcijaństwo gnostyczne?").

Czasami odnosi się wrażenie, że argumenty przeciw gnozie i gnostycyzmowi skleca się po prostu "jak popadnie". A ostateczny wniosek formułuje się zawsze taki właśnie, jaki najwygodniej w danej chwili wyciągnąć: jeśli chodzi gnostykom o duchowego Chrystusa (lub w ogóle jeśli podkreślają oni duchowość), to się nazywa, że to odwracanie się od rzeczywistości ziemskiej przez dualistów (to jak bym Pana słyszał...) i że taki Chrystus to "fantom oderwany od rzeczywistości" (tu się z kolei kłania Wielebny dr Palla...). Gdy znowu gnostycy mówią, że ten Jezus był bardzo ludzki i mógł nie być aseksualny, to znowuż następuje oburzenie na tych, co to "bezczelnie" "pomniejszają" i "ośmieszają" Syna Bożego. W jednym i w drugim wypadku podciąga się to pod "apostazję", "niechrześcijaństwo", jakąś tam "postawę antyhistoryczną", "nieuznawanie rzeczywistości ziemskiej" i podobne "kategorie", które jeśli już o czymkolwiek w ogóle świadczą, to właśnie o niczym innym jak o ekskluzywizmie, który niejednokrotnie próbuje się nam przypisać, choć nie ma on do nas zastosowania..

Cytowany przez p. Romana Zająca ks. Szymik też nie "wyłamuje się" z tego schematu. W obu cytowanych fragmentach robi dokładnie to, co opisałem powyżej, przecząc sobie samemu: w pierwszym ma za złe, że ktoś celebruje "boskość samego życia"; w drugim żaś oskarża o chęć zamienienia chrześcijaństwa w "spirytualistyczną sektę" nienawistną wobec... realizmu życia (sic!). Drogi Księże! Albo jedno albo drugie: nie możemy przecież nienawidzić realizmu życia i jednocześnie celebrować jego boskości!!!

Panie Romanie: Pan sam wie, jakimi to "argumentami" szermują nieraz "ortodoksi". Jak zauważyła, zresztą słusznie, Zoe Oldenbourg ("Massacre at Montségur. A History of the Albigensian Crusade". Phoenix Press, London 2000) niekiedy wręcz ludzie sami niewiele mający wspólnego z “herezją" dostrzegają ewidentną przesadę w zarzutach kierowanych pod jej adresem. Nie trzeba daleko szukać: Encyklopedia Katolicka nadal szerzy wprost żenujące wymysły na temat choćby właśnie katarów, cytuję:

"Jednakże najgorszym niebezpieczenżństwem było to, że triumf zasad heretyckich oznaczał wymarcie rodzaju ludzkiego. To wyniszczenie było bezpośrednią konsekwencją doktryny katarskiej, według której każdy stosunek między płciami powinien być unikany oraz że samobójstwo, lub Endura, w niektórych okolicznościach było nie tylko legalne, ale zalecane".

I dalej:

"Gdyby kataryzm stał się dominujący lub pozwolonoby mu tylko na istnienie na równych warunkach, jego wpływ nie mógłby nie okazać się zgubny".

"Wymarcie rodzaju ludzkiego...". Tu już trudno byłoby powiedzieć, że winowajca "nie wie, co mówi i czyni". Jeden rzut oka na jakikolwiek kraj buddyzmu, opartego na podobnej podstawie, co kataryzm, wystarczyłby, by się przekonać jak tam "ludzkość wymiera" i jak "zgubny wpływ" wywiera na nią buddyzm... Powyższe cytaty naprawdę się znajdują w Encyklopedii Katolickiej. Warte są one istotnie przeczytania i dobrego zapamiętania...

(patrz: http://www.newadvent.org/cathen/03435a.htm )

Kto propaguje "obrzydzenie płciowością", o którym pisze cytowany przez Pana Zająca Ks. Szymik? Zdaje się, że i on pomylił adresy posuwając się do tego zarzutu. Praktyki pokutne? A czyż nie znamy ich z historii katolickich zakonów? Katarscy perfekci mogli żyć w celibacie (jak nasi duchowni i zakonnicy), mogli nosić czarne szaty (jak nasi księża i mnisi), mogli być wegetarianami (jak mnisi buddyjscy), ale nikt nie potrafi wskazać, by praktykowane było przez nich samobatożenie rzemieniami, kijami lub też - jak w wypadku "św" Dominika - żelaznymi łańcuchami... Do niektórych praktyk pokutnych otwarcie zachęcano jeszcze w XX wieku, ale wśród zachęcających do tych praktyk trudno byłoby znaleźć gnostyka nie tylko już "ze świecą", ale nawet z całym kandelabrem pełnym takich "świec"... Czytając nieraz nawet współczesne diatryby przeciw wszelkim heretykom, odnosi się wręcz wrażenie, że błędy i pomyłki "ortodoksji" również próbuje się "przy okazji" zrzucić na barki heretyckie...

Niczym australijski bumerang powraca zatem stale jedno i to samo pytanie: to kto właściwie odrzucał rzeczywistość ziemską?

Oczywiście, że najrozsądniejszą odpowiedzią na nie byłoby: niektórzy spośród "heretyków" i niektórzy spośród "ortodoksów". Nie ma żadnej "żelaznej" reguły będącej "programowo" związaną z którąkolwiek ze stron debaty.

Ksiądz Szymik twierdzi dalej, że gnoza "chce uczynić z chrześcijaństwa spirytualistyczną sektę". Przede wszystkim nie "sektę", skoro gnostycy nie nawołują do poszatkowania kościołów na mniejsze wspólnoty i na ogół - jeszcze raz to podkreślmy - pozostają w swoich macierzystych kościołach, nie zmieniając denominacyjnej przynależności niczym "rękawiczek". No, ale jeśli już, to już: odpowiedzmy tu na moment podobną "monetą": w jaką zatem "sektę" pragną przemienić je niektórzy "ortodoksi" (bo uznajmy tu bezstronnie i optymistycznie, że nie wszyscy), zwłaszcza ci, którzy chcieliby zbudować jedną instytucję, jedną dogmatykę, jedną hierarchię, jeden zbiór regulacji i to wszystko razem oddać pod jedno przywództwo jednego (nieomylnego...) duchownego?

W pewnej mierze na to pytanie zdaje się odpowiadać, również cytowany przez Pana Zająca, o. Jacek Salij. Pisząc o rodzącej się "ortodoksji" wczesnego chrześcijaństwa, zauważa on:

"ta nowa regulacja życia wiary nie obyła się bez utraty pewnej "wolności twórczej" na rzecz Instytucji zatroskanej o swą samoobronę".

Idąc dalej tym samym torem dochodzimy do wniosku, że takie zjednoczenie "nie obyłoby się" bez... dalszej utraty owej wolności. Możnaby pójść jeszcze dalej, pytając jaki zatem "produkt finalny" uzyskalibyśmy u kresu tego procesu "utraty na rzecz Instytucji"?

14. Oczywiście, że tego faktu nie odkryto niedawno. Był znany i wtedy zarówno "heretykom" jak i "ortodoksom". Ireneusz zdawał się być sfrustrowany tym, że werset ten jest ciągle przywoływany: "wszyscy heretycy zawsze przywołują ten werset" narzekał w księdze V, rozdz. IX swego dzieła "Przeciw herezjom".

Ale też zwraca uwagę jego bardzo długa odpowiedź. Praktycznie rzecz biorąc nie odparł on twierdzeń heretyków, lecz wdał się w długą dywagację, w której jedynymi konkretami były następujące stwierdzenia:

"ci zatem, ilu by ich nie było, co nie mają tego, co zachowuje nas i formuje do życia wiecznego (chodzi o Ducha przyp. MM) pozostaną i będą zwani jedynie ciałem i krwią". Czyli innymi słowy, jeśli nie mają w sobie Ducha Bożego, to nie odziedziczą Królestwa Niebieskiego. I dalej:

"Ciało zatem opuszczone przez Ducha Bożego jest martwe, nie mające życia i nie może posiąść Królestwa Bożego: jest jak irracjonalna krew, jak woda wylana na ziemię. I dlatego mówi on (t.j. Paweł w 1Kor 15; 48 przyp. MM) "jak jest ziemski, tak i oni są ziemscy". Lecz gdzie jest Duch Ojca, tam jest żywy człowiek; tak jest racjonalna krew zachowana przez Boga na pomszczenie tych, co ją przelali; tak jest ciało posiadane przez Ducha, zapominające istotnie co doń należy i adoptujące cechy Ducha, stające się dostosowanym do Słowa Bożego."

Przez bite cztery akapity (czyli przez cały rozdział) "wałkował" ten temat w sposób istotnie ocierający się o mistycyzm i gnostyczny ezoteryzm i trudno byłoby wyobrazić sobie gnostyka, który nie byłby kontent z takiej polemiki...

Zamiarem Ireneusza było oczywiście "zbicie herezji", tymczasem jednak to, co osiągnął (wyjąwszy niepotrzebne dłużyzny) to coś podobnego do tego, co kilkanaście wieków poźniej Swedenborg zrobił w odniesieniu do transmigracji dusz: znalazł mianowicie wykładnię mogącą zadowolić obie strony debaty, dowodząc (rozumiem, że wbrew intencjom), że oba stanowiska, choć różne, niekoniecznie są aż tak sprzeczne, jak na to wyglądają. Pod tym względem wywód Ireneusza możnaby nawet uznać za genialny...

15. Alfred Palla w artykule "Jezus: człowiek czy Bóg?" próbował wykazać boskość osoby Jozuego z Nazaretu m.in. cytując Pawła z jego listów do Kolosan i Filipian (Kol 2;9 i Flp 2;6), gdzie użyto słów "theotes" (lub "theotetos") i "morphe" odnoszących się do "natury boskiej", "boskości" czy "bóstwa" oraz do "postaci" (boskiej).

Gdyby istotnie Paweł uważał Pomazańca za Boga, to czy nie wyraziłby tego po swojemu czyli wprost, bez "owijania w bawełnę", używając w tym celu po prostu słowa "theos" (czyli dosłownie "bóg"), żeby już nie było żadnej wątpliwości, zamiast kluczyć gdzieś po meandrach niejasnej "natury boskiej" w rodzaju "theotes", "theotetos" czy "theiotes", które to pojęcia różnie w związku z tym mogą być interpretowane? Cytowany przez nas Rz 1;4 wyjaśnia dokładnie, bez zbędnych niuansów i wieloznacznych słów, w prostym języku, za kogo Paweł uważał Jezusa.

Powoływanie się na t.zw. "List do Tytusa" (Tyt 2;11 14) oraz na t.zw. "Drugi List Piotra" (2P 1;1) jest o tyle wątpliwe, jeśli się istotnie przypisuje ich autorstwo apostołom. Obydwa one należą do tak zwanej "pseudoepigrafii" i datowane są na II wiek n.e., więc oczywiście żaden z apostołów nie miał szansy nawet tych listów przed śmiercią ujrzeć, a co dopiero ich napisać.

Przypatrzmy się sprawie na chłodno, z "olimpijskim spokojem". Dzisiejszy podział na wierzących w boskość osoby Pomazańca, przebiegający mniej więcej wzdłuż linii "ortodoksi" - "gnostycy" nie powinien nas mylić, jeśli chodzi nam o czasy wczesnego chrześcijaństwa. Mentalność ówczesnych ludzi była istotnie taka, że jak najbardziej dopuszczała wiarą w boski charakter takiej czy innej wybitnej postaci. Pod tym względem podział na "ortodoksów" i gnostyków niewiele nam powie.

Czy nie uważano władców Rzymu za "Boskich Cezarów"? Czy faraonowie egipscy nie byli "Synami Ozyrysa"? Czy nie istniały religie, bardzo zbliżone charakterem i wierzeniami do chrześcijaństwa? Czy nie wielbiono w nich rozmaitych bogów - ludzi? Właśnie bliskie pokrewieństwo chrześcijaństwa i "pogańskich" religii misteryjnych typu dionizyjskiego wręcz nakazuje poważne potraktowanie odniesień naszych "ortodoksów" do historyczności ich wiary w boskość Jezusa. Spoglądając na historię bez niepotrzebnego zacietrzewienia (z którejkolwiek strony!) uznać wypada, że wiara w boskość Jozuego z Nazaretu ma zatem swoje głębokie historyczne (bo nie twierdzę, że akurat logiczne...) uzasadnienie. O Jezusie jako bogu mówią również gnostyczne pisma z Nag Hammadi, na przykład w jednym z nich, znanym jako "List Piotra do Filipa", czytamy m.in. pytanie: “Czy zatem zgodziłbyś się przybyć zgodnie z nakazem naszego Boga, Jezusa?" Z kolei inne pismo ("Nauki Sylwanusa") nakazuje: "Wiedz kim jest Chrystus i pozyskaj go jako przyjaciela, gdyż jest to wierny przyjaciel. Jest on również Bogiem i Nauczycielem".

Nie zapominajmy też o jeszcze jednym aspekcie, który najczęściej umyka naszej uwadze, gdy ten temat jest poruszany. Gdy dziś mowa o tym, że "Jezus to Bóg", to wydźwięk tego stwierdzenia jest dziś dość jednoznaczny. W uszach ludzi antyku takie stwierdzenie mogło jednak brzmieć niejednoznacznie. Pamiętajmy, że były to czasy, gdy wierzono w rozmaitych bogów i że stopień "boskości" tychże też bywał różny. "Boscy Cezarowie" byli na ogół włączani "w poczet bogów" dopiero po swojej śmierci (byli co prawda tacy wśród nich, co za życia już uważali się za bogów - jak Kaligula, który jednak już wówczas uważany był za szaleńca). Poszczególni bogowie bywali głównie synami/córkami innych bogów. I do wszystkich nich odnosił się ten sam termin "theos".

Nie brakowało w mitologiach również półbogów, będących dziećmi bogów i ludzi.

Dostrzegano jednocześnie czynnik boski także w samych ludziach: człowiek miał więc dwie natury: boską, zwaną z grecka "daimon" (które to pojęcie potem "opluskwiono" i dziś jest synonimem "demona", "złego ducha" itd) oraz cielesny "wizerunek" ("eidolon", z którego znów wywodzi się "idol", czyli po polsku "bałwan"; "eidololatreia" to zatem "bałwochwalstwo"). "Daimon" to nie dokładnie to samo słowo co "theos" (choć używano terminu "daimon" także w znaczeniu "boga" lub "bóstwa"), ale dziwne, jak sie to może wydawać dzisiaj, wówczas i "theos" mógł, rzadko co prawda, znaleźć odniesienie i do ludzi. Ślad tego odnajdujemy również w Nowym Testamencie. W "Ewangelii Jana" (10;34-36) Jezus, odpowiadając na gniewne oskarżenia "uczonych w piśmie" o czynienie z siebie boga, gdy jest jedynie człowiekiem, tłumaczy, biorąc za podstawę Psalm 82 (werset 6), że Jahwe nazwał bogami również ludzi ("Ego eipa, theoi este"):

"Skoro ono (t.j. Prawo) nazywa bogami (theous) tych, do których przyszło słowo boże, a nie można odrzucić Pisma, to jakże o tym, którego ojciec konsekrował ("‘egiasen") i posłał na świat, mówicie "bluźnisz", bo powiedziałem ‘jestem synem boga’ ("uios tou theou")?"

Zapytawszy ich w ten sposób, musiał jednak, jak podaje dalej "Ewangelia Jana", salwować się ucieczką, gdyż i takie postawienie sprawy rozwścieczyło jego oponentów.

Widać zatem, że w Jn 10; 34-36 w stosunku do śmiertelników użyto słowa mocniejszego i bardziej jednoznacznego niż to, co pisał u siebie o Jezusie Paweł. Jeśli zaś relacja z Jn 10 odpowiada prawdzie, to oznacza to, że Pomazaniec, który niejednokrotnie w tej gnostycyzującej ewangelii czyni aluzje do swych własnych związków z boskością, miał najwyraźniej takie usposobienie, że wybitne jednostki ludzkie (a do takowych zaliczał również siebie) potrafił on tytułować w niecodzienny sposób i to do takiego stopnia, że wobec nich gotów był użyć jednożnacznego sformułowania, którego nigdy jednak nie ważył się odnieść do samego siebie.

Pisma Nowego Testamentu oraz inne dzieła wczesnego chrześcijaństwa potwierdzają tezę, że pierwsi chrześcijanie byli dość "mieszanym towarzystwem" o rozmaitych poglądach, często toczącym wewnętrzne polemiki. W boskość Jozuego mogło zatem wierzyć wielu spośród nich, zapewne bardziej nawet spośród tych, którzy uformowani byli klimatem religii "pogańskich" niż żydowskiej. Bo choć nie brakowało wśród "pogan" monoteistów, to jednak było wśród nich także wielu politeistów uważających za rzecz całkiem naturalną, że poszczególni ludzie mogli okazać się bogami. Jest mało prawdopodobne, że akurat Paweł przejął taki pogląd. W żadnym ze swoich listów niczego podobnego nie napisał. Podobnie żydowscy ebionici już w I wieku n.e. nie uważali Jozuego za Boga i również później nie zmienili zdania.

W księdze "Dziejów", której powstanie datuje się różnie, od końca I w.n.e. do II w.n.e., opisana jest historia proto-męczennika Szczepana (Dz 6;5 - 7;60). Nawet jednak po tylu latach, jakie upłynęły od jego śmierci (pod "auspicjami"... Pawła właśnie), tekst przypisanej Szczepanowi mowy (Dz 7;2 - 7;53) nie nazywa Jozuego "Bogiem", a jedynie określa go mianem "Sprawiedliwego" ("dikaios", Dz 7;52). Ba, w greckim tekście nie pojawia się tam nawet owo niejasne "theotes"...

Św. Polikarp ze Smyrny (dzisiejszy Izmir w Turcji) w napisanym przez siebie liście do Filipian też nie nazywa Jezusa Bogiem choć list ten datowany jest na ok. 135 r.n.e., czyli na II wiek. Polikarp miał też, według tradycji kościoła, być uczniem apostoła Jana (a także innego jeszcze – również według tradycji - ucznia Jana, biskupa Ignacego z Antiochii).

Oczywiście, że jeśli z drugiej strony w rozmaitych, "ortodoksyjnych" i "heretyckich" dziełach w pierwszych wiekach n.e. jacyś chrześcijanie nazywali Jozuego "Bogiem" lub pisali "pseudoepigrafię" z podobnymi sformułowaniami (przypisując autorstwo apostołom dla nadania wagi swoim tekstom), to oznacza to, że najpóźniej w II wieku n.e. byli już tacy, którzy w boskość Jezusa istotnie wierzyli (piszę "najpóźniej", bo jedynymi pismami w NT, co do których nie ma żadnych wątpliwości, że powstały istotnie w I w.n.e., są autentyczne listy św. Pawła). A jeśli pisali o tym najpóźniej w II wieku, to jest całkiem prawdopodobne, że wierzyli już nawet w I wieku. W końcu najpierw się w coś wierzy, a dopiero potem można o tym pisać.

I wystarczyłoby, gdyby "ortodoksi" powołali się właśnie na takie, bezsporne fakty i tło historyczne, by wykazać innym swoje "historyczne racje" swej własnej wiary w boskość Jezusa z Nazaretu. Byłoby to o wiele bardziej dla nas wiarygodne niż próba (jak ta podjęta przez A. Pallę) jednoznacznego przypisywania apostołowi Pawłowi jednoznacznych poglądów w tej mierze, których sam apostoł nigdy i nigdzie nie sformułował.

Na marginesie warto dodać, że zgadzamy się w pełni ze stwierdzeniem dra Palli ("Jezus: człowiek czy Bóg?"), że "każdy, kto przeczyta Nowy Testament, przekona się, że chrześcijaństwo nie było ruchem żałożonym przez kogoś uważanego za zwykłego śmiertelnika...". Za zwykłego śmiertelnika z całą pewnością nie. Za niezwykłego śmiertelnika. Żadna wielka religia nie została nigdy założona przez zwykłego śmiertelnika, lecz przez niezwykłego, czyli wybijającego się ponad przeciętność i ponad sobie współczesnych.

16. Elaine Pagels podaje ciekawą rekonstrukcję walentyniańskiej egzegezy całego fragmentu 1Kor 15; 13 19:

"Gdyż "jeśli nie ma zmartwychwstania", czyli jeśli psychicy nigdy nie mogą osiągnąć "poznania prawdy", to Paweł uważa, że cała jego działalność nauczania psychików tej kerygmy oraz ich wiara w nią pozostaną próżne. W takim wypadku, jeśli psychicy, którzy są "martwi", nie mogą zostać "podniesieni", to ci co "zasnęli" (15;18) poszli na zatracenie."

("The Gnostic Paul", s. 82).

Dziś zamiast "poszedł na zatracenie" powiedzielibyśmy: zmarnował swe zycie ten, co się w porę nie "przebudził"...

17. W Liście do Rzymian czytamy:

"Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnniezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi." (Rz 1; 26-28)

Elaine Pagels prezentuje rekonstrukcję podwójnego znaczenia powyższych wersetów w ujęciu wczesnych gnostyków, m.in. Teodota i Herakleona:

"Co ten fragment może oznaczać? Odczytywane literalnie, znaczenie jest całkiem proste: wypaczony przez człowieka stosunek do Boga przyniósł "przeciwne naturze" stosunki międzyludzkie, przede wszystkim homoseksualizm. Psychiczny czytelnik zatem, widząc jedynie ten aspekt, może odczytać stąd użyteczne ostrzeżenie moralne (...)"

Znaczenie pneumatyczne (t.j. duchowe) jest natomiast bardzo ciekawą alegorią, pasującą jak ulał do tematu dyskutowanego w tych artykułach: "kobiety" i "mężczyźni" to alegoria owych "psychikoi" i "pneumatikoi" w kościele chrześcijańskim. Porzuciwszy naturalne stosunki, "psychikoi" grupują się jedynie w swoim własnym gronie, "pneumatikoi" również.

Według egzegezy walentynian, pisze E. Pagels, Paweł "dostosowując się do różnych charakterów obu tych grup, głosi ewangelię "na każdy z tych dwóch sposobów" (...) Kieruje on literalne znaczenie do psychików (...) lecz adresuje on znaczenie symboliczne do tych, co jak on sam, są pneumatyczni." ("The Gnostic Paul. Gnostic Exegesis of the Pauline Letters". Fortress Press, Philadelphia, USA 1975, s. 17-19).

Na uwagę zasługuje tu teza o Pawle umiejącym zwracać się do obu stron jednocześnie. Jeśli zważyć, że obie te grupy z jednakową mocą odwołują się do listów Pawła, to ponad już osiemnaście wieków historii nie przestaje przyznawać wciąż na nowo racji naszym wczesnym gnostycznym egzegetom.

18. Istnieje powtarzana niejednokrotnie anegdota o tych dwóch rabinach: Shammai był bardzo sztywny i był tym, co moznaby dziś uznać za stojącego na straży "litery prawa". Legendarny Hillel natomiast zainteresowany był raczej "duchem prawa" niż jego "literą". Ci dwaj otrzymali kiedyś propozycję od pewnego wesołka (zapewne Greka), by wytłumaczyli mu całą Torę w tak bardzo krótkim czasie, że zdoła on ustać na jednej nodze, a jeśli tak się stanie, to on się nawróci na religię Żydów. Shammai się skrzywił i propozycję zdecydowanie odrzucił. Hillel natomiast był mądrzejszy i wyzwanie przyjął, wyjaśniając Grekowi jak następuje:

"Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe - oto najważniejsza treść Tory. Reszta to jedynie komentarze do niej. Idź i naucz się ich".

19. Możnaby zapytać po co właściwie recytować "Credo", jeśli się nie wierzy bodaj w jego część? Jest parę przyczyn:

Każdy z takich "heretyków" wyrósł jednak w tradycji kościoła oficjalnie wyznającego je. Innej przecież tradycji na ogół nie miał sobie dostępnej. Ludzie niczym przysłowiowe "skorupki" nasiąkają za młodu tradycją i później, jeśli nawet nie do końca ją akceptują, nie wyrażają też jednak na ogół wobec niej otwartego sprzeciwu. Albo obojętnieją, albo uczą się "godzić się" nawet z tymi elementami, które już dłużej nie są dla nich przekonujące. Recytują więc "Credo", bo "wszyscy to robią". Poza tym innego "Credo" nie znają...

Ci zaś, którzy nie obojętnieją, ale stają się "heretykami" i są w pełni tego świadomi, nie będą przecież podczas mszy protestować, ani domagać się zmiany tekstu z 381 roku. Msza nie temu przecież służy...

Osobiście nie jestem zwolennikiem zmian w tekście. Takie zmiany mogłyby mnie może nawet usatysfakcjonować, ale dla dobra kościoła nie należy tego robić. Gnostycy by się nie obrazili, ale co z pozostałymi? Wielu oburza się z mniej ważnych powodów (jak choćby język mszy...). Tymczasem nawet najbardziej zróżnicowane wewnętrznie wspólnoty religijne potrzebują, bodaj od czasu do czasu, wyznawania razem pewnych podstawowych w ich rozumieniu prawd stanowiących o tym, że są one istotnie wspólnotami.

Poza tym nawet, jeśli jakieś fragmenty są nieprzekonujące, nie oznacza to jeszcze, że są złe. A pierwszą powinnością jest - w religii tak jak w medycynie - nie szkodzić.

A zatem:

- "Wierzę w jednego Boga, stworzyciela...". Jak najbardziej.

- Każdy jest w jakimś sensie "jednorodzonym" synem/córką Boga, po cóż zatem sprzeciwiać się, gdy publicznie mówi się to o Jezusie z Nazaretu?

- Niektórzy "heretycy" kwestionują słynne "filioque" w tym "Credo". Osobiście nie kwestionuję. Skoro i tak chodzi dla mnie o rodzaj alegorii, to czy ten Duch pochodzi jedynie od Ojca, albo czy Syn też ma w tym swój udział, to doprawdy nie stanowi dla mnie "sprawy życia i śmierci".

- "W jeden święty powszechny i apostolski kościół" ("unam sanctam, catholicam et apostolicam ecclesiam") osobiście wierzę, więc do tego fragmentu też nie mogę zgłaszać "sprzeciwu".

- Że "Credo" mówi, że Jezus narodził się z dziewicy? Cóż, każda kobieta jest dziewicą do pewnego momentu swego życia... Każdy też wewnętrzny Christos "rodzi się" w dziewiczości (niewinności) nowo narodzonego istnienia ludzkiego. Więc całkowicie zgadzam się z tym cytatem.

- Że "zmartwychwstał trzeciego dnia, jak oznajmia Pismo"? Nie on pierwszy w historii alegorii religijnych. I nie według jednego Pisma, lecz rozmaitych pism. Od czasów co najmniej egipskiego Ozyrysa świat ma jakiegoś ponadhistorycznego zmartwychwstającego Christosa (w egipskim KRST czytanego jako "Karast" lub "Krist"). Ta tradycja ma wiele tysięcy lat i nie widać, by cokolwiek złego światu uczyniła. Jestem "za"!

- Warto przy okazji zwrócić uwagę, że Credo nicejsko-konstantynopolitańskie nie mówi, że Jezus zbawia przez swoją śmierć. Mówi jedynie, że umarł "również za nas", a to niekoniecznie to samo i otwarte jest dla wielu interpretacji, które tu w Credo również wyrażane mogą być równocześnie, razem i bez obrazy. Dla naszego zbawienia natomiast "zstąpił z nieba", z czym jest pełna zgoda. Ten fragment mógłby równie dobrze napisać Walentyn, Bazylides czy Marcjon...

- Że "przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych"? Ależ jak najbardziej! Nasz pogląd w tej sprawie mógłby wręcz uchodzić za bardziej jeszcze radykalny: nie tylko przyjdzie sądzić, ale praktycznie nigdy ludzkości nie opuszczał i sąd dokonuje się bez przerwy, niemal na naszych oczach ("kto ma oczy, niechaj widzi...").

- Trudno byłoby znaleźć jakiegokolwiek chrześcijanina, który nie wierzyłby przynajmniej w część treści "Credo".

- A we "wskrzeszenie umarłych i życie wieczne w przyszłym świecie" wierzy nie tylko każdy chrześcijanin, ale i każdy wierzący człowiek, obojętnie do jakiej religii się przyznaje. Zatem tu tym bardziej nie ma problemu...

Amen



Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20051213185732807

Here's what others have to say about 'Gnostyk i chrześcijanin - część 2':

kratzbaumen from kratzbaumen
kratzbaumen fur alle katzen [read more]
Tracked on wto, 18 wrz 2012, 01:08:08

Gnostyk i chrześcijanin - część 2 | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,667 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń