Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Pepiku, dostaniesz dziesiątkę

Jarosław Haszek w swoich opowieściach o Szwejku zamieścił między innymi historię o wachmistrzu policji, który nie potrafiąc znaleźć na powierzonym sobie terenie donosiciela, którego zwerbowania wymagali od niego zwierzchnicy, zatrudnił w tym charakterze miejscowego pastucha. Okazało się to, oględnie mówiąc nie najlepszym pomysłem i spowodowało szereg nieprzyjemnych perypetii, których skutkiem:

Odtąd wachmistrz żandarmerii nie miał już informatora i musiał

zadowolić się tym, że go sobie wymyślił i podawszy fikcyjne nazwisko

powiększył dochód swój o pięćdziesiąt koron miesięcznie, które

przepijał w gospodzie „Pod Kocurkiem”. Pijąc dziesiąty kufel dostawał

napadu sumienności, piwo przestawało mu smakować, a sąsiedzi

zwracali się do niego zawsze z tym samym zdaniem:

Pan wachmistrz jest dzisiaj taki jakiś smutny, jakby nieswój. —

Przy tych słowach wachmistrz udawał się do domu, a po jego odejściu

zawsze ktoś mawiał:

Nasi widać znowu dostali w Serbii po dupie, bo wachmajster

zaniemówił.

Zaś wachmistrz zabierał się w domu do pracy i wypełniał

przynajmniej jeden z wielu kwestionariuszów:

Nastrój wśród miejscowej ludności: I a.”


Jarosław Haszek niewątpliwie nie był przykładem cnót. Wystarczy wspomnieć, że był zażartym antyklerykałem i gorliwym funkcjonariuszem sowieckiego reżimu na Syberii. Był też jednak obdarzony zdolnością genialnej obserwacji otaczającego go świata. Tak było i w tym przypadku. Takich wachmistrzów, którzy fabrykują raporty z działalności agenturalnej, nie brakowało i nie brakuje we wszystkich policjach, wywiadach i kontrwywiadach świata. W jednych jest ich więcej, a w innych mniej. Można powiedzieć że ich ilość jest odwrotnie proporcjonalna do profesjonalizmu danej formacji. A chyba nie budzi wątpliwości, że zarówno służby CK Austro-Węgier, jak też PRL-u nadmiarem tego ostatniego nie grzeszyły. Toteż tak w jednych jak i w drugich takich wachmistrzów fabrykujących dokumentację, aby przed swoimi zwierzchnikami stworzyć pozory dobrego wypełniania obowiązków, było co niemiara.

Od kilku tygodni polską opinią publiczna wstrząsa sprawa abp. Stanisława Wielgusa i jego faktycznej, czy domniemanej współpracy ze służbami specjalnymi PRL-u. Pod koniec ubiegłego tygodnia, kilka dni przed planowanym ingresem do katedry warszawskiej światło dzienne ujrzały dokumenty wywiadu, dotyczące arcybiskupa. Są to bardzo interesujące dokumenty, mówiące jednak dużo więcej o samych służbach, niż o ich domniemanym agencie. Warto zauważyć, że w całej tej teczce jest tylko jeden dokument napisany ręką arcybiskupa, a podówczas księdza Wielgusa. Jest to plan studiów, jakie zamierzał on odbyć w Niemczech w ramach przyznanego stypendium. Pozostałe dokumenty są sporządzone przez oficerów wywiadu. Część z nich jest podpisana nazwiskiem Adam Wysocki (rzekomy pseudonim hierarchy), żaden nie jest podpisany nazwiskiem Stanisław Wielgus.

Co ciekawe nie ma w tych aktach żadnej notatki odręcznej, żadnego raportu podpisanego przez owego Adama Wysockiego. Jest to ciekawe, wręcz podejrzane, że teczka agenta wywiadu nie zawiera napisanych przez niego raportów, mimo, że znajdujące się w tej teczce warunki współpracy precyzowały, że miał on takie raporty składać. Można podejrzewać, że karty z tymi raportami zostały usunięte aby nie było możliwe porównanie charakteru pisma Wysockiego i Wielgusa. Jest to przesłanka mogąca świadczyć o sfałszowaniu akt. Po co bowiem by je usuwano, jak nie po to, by ukryć, że te charaktery pisma są różne.

Takich przesłanek jest zresztą więcej. W całym tym materiale, obszernym na prawie 70 stron jest zrelacjonowana słowami pracownika wywiadu tylko jedna informacja, jaką miał rzekomo przekazać w rozmowie ów agent. Jest to kilka zdań dotyczących zamieszkałego w Uppsali profesora Józefa Trypućki, którego ksiądz Wielgus miał poznać w czasie pobytu prywatnego w tym mieście. Informacje te mają charakter ogólnikowy i nie wykraczają poza to, co można się było dowiedzieć droga oficjalną. Określają bowiem tylko ogólny przedmiot badań profesora (nie do końca ściśle) i miejsce jego pracy (błędnie). Według teczki Trypućko jest historykiem, pracownikiem Centrum Europy Wschodniej i bada dzieje średniowieczne Inflantów oraz polonika w zbiorach szwedzkich. Tylko to ostatnie jest zgodne z prawdą. Profesor był bowiem językoznawcą i tłumaczem, badał język literacki Mickiewicza i Syrokomli, a także wspomniane polonika. Był dyrektorem Instytutu Języków Słowiańskich na uniwersytecie w Uppsali. Nie jest więc wykluczone, że ks. Wielgus poznał Trypućkę i rozmawiał o nim z pracownikiem wywiadu na przykład przy okazji oddawania paszportu, ale treść rozmów z profesorem albo niedokładnie zapamiętał albo niedokładnie przekazał. W każdym razie nie da sie tego uznać za realizację zadania wywiadowczego, raczej za działanie wykonane „na odczepkę”.

Nie można stwierdzić, że ksiądz donosił na Trypućkę, czy też mu zaszkodził. Te kilka zdań nie ma takiego charakteru. Ważne i ciekawe informacje znajdują się pod koniec teczki. Wywiad kończy współprace z księdzem Wielgusem z oceną jednoznacznie negatywną: Oceniając całokształt sprawy uważam, że „Grey” nie spełnił zadań, które przyjął do wykonania przed wyjazdem za granicę. Zachował bierność i daleko idącą ostrożność na odcinku realizacji zadań szczegółowych: brak naprowadzeń, zupełna pasywność na odcinku nawiązywania znajomości z ludźmi wchodzącymi w zakres naszego zainteresowania, zignorował zadanie dot. rozpracowania ukraińskich ośrodków nacjonalistycznych w Monachium itd.

W najgorszym razie był wiec "Grey" agentem mało użytecznym. Moim zdaniem trudno jednak w ogóle uznać go za agenta w ścisłym znaczeniu. Raczej można mówić o luźnej współpracy z wywiadem. Świadczą o tym kolejne fragmenty dokumentów z teczki. W tejże teczce często jest tak, że jedne fragmenty zaprzeczają drugim. Na wstępie pisze się, że "Grey" otrzymywał cenne prezenty, pod koniec zaś, że: W okresie prowadzenia sprawy wydatkowano: 5837 zł., 100 DM i 300 koron czechosłowackich. Jest to kwota śmiesznie niska, zważywszy, że planowane były spotkania agenta z przedstawicielem centrali w Salzburgu w Austrii. Zorganizowanie takich spotkań kosztuje niemało, a trzeba było organizować też spotkania w kraju. Kwota ta wskazuje, że tych spotkań zagranicznych nie było zbyt wiele. Na żadne prezenty juz na pewno nie starczyło pieniędzy. Pamiętajmy, że chodzi o pieniądze wydane w okresie pięciu lat.

Te planowane spotkania w Austrii to kolejna ciekawostka. Zarówno sposób wywołania spotkania (wysłanie kartki pocztowej z określonym nadrukiem i treścią), jak i rozpoznania użytkowników (gazeta w kieszeni, hasło i odzew) są bardzo archaiczne i w latach siedemdziesiątych były juz mocno przestarzałe. Co więcej, hasło, odzew, znaki rozpoznawcze i wywoławcze nie były zmieniane przez cały pięcioletni okres rzekomej współpracy.

Możliwe są dwa wytłumaczenia tego stanu rzeczy. Albo polskie służby były jeszcze mniej profesjonalne niż się przypuszcza, albo cała współpraca była fikcją, a opracowana na kolanie procedura kontaktu jedynie grą pozorów. Nieścisłości jest więcej. W jednym z dokumentów jako języki obce znane przez agenta są wymienione: niemiecki, łacina, angielski, hiszpański (błędnie) i włoski, w innym zaś jedynie niemiecki i łacina. Te wszystkie poszlaki nasuwają myśl, że akta "Greya" mogą być w znacznym stopniu sfabrykowane, chociaż faktu nawiązania przez ks. Stanisława Wielgusa współpracy z wywiadem podważyć się nie da. Dowodem na jej istnienie są zarówno dokumenty i informacje z teczki, jak słowa samego zainteresowanego. Te same materiały świadczą jednak o tym, że była to współpraca luźna i pasywna.

Głównym winowajcą obecnej sytuacji arcybiskupa Wielgusa jest on sam. W kwestii swojej współpracy z wywiadem popełnił on przynajmniej dwa poważne błędy. Pierwszym było samo nawiązanie tej współpracy, drugim, stokroć poważniejszym były krętactwa ostatnich tygodni. Ale trzeba mu oddać sprawiedliwość, że jako agent nikomu nie zaszkodził, a wywiadowi sie nie przysłużył. Nic więc nie usprawiedliwia linczu dokonywanego na nim przez niektóre media.



Pepiku, dostaniesz dziesiątkę | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,600 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń