Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Opowieść reinkarnacyjna

"W dzieciństwie moje sny były pełne wspomnień o śmierci Mary. Jako Mary, byłam w dużym pokoju z białymi ścianami; wysokie wielopanelowe okno, niemal naprzeciw mnie, wpuszczało sporo światła. Wiedziałam, że byłam chora od pewnego czasu, być może od tygodni, lecz fizyczny ból stał się odległy. Oddychałam jednak z trudem i musiałam zdobywać się na wysiłek, by zaczerpnąć powietrza, co samo w sobie powodowało panikę. Towarzyszyła temu gorączka powodująca zniekształcenie myśli i utratę poczucia czasu. Jedyną pewną rzeczą było, że byłam sama i bliska śmierci w miejscu, które nie było domem".

Tymi słowami rozpoczyna się książka Jenny Cockell „Across Time and Death. A mother’s search for her past life children” wydana w roku 1994. Autorka dodaje: „Wszystko to jednak zdawało się mieć małe znaczenie wobec mej obawy o dzieci, które zostawiałam (...) To nie śmierć sama w sobie wzbudzała strach, gdyż poprzez sny zrozumiałam śmierć jako normalny, naturalny proces. Był to żal oraz strata poprzez śmierć (...) Było zbyt wcześnie, by odejść; zbyt wcześnie, by opuścić dzieci.”

Jenny Cockell pamiętała już od dzieciństwa, że że miała kiedyś na imię „Mary” i że była matką kilkorga dzieci. Pierwszy raz wspomniała o nich swej matce zanim jeszcze ukończyła czwarty rok życia. Było to w dniu, w którym po raz pierwszy udała się do kościelnej szkoły niedzielnej w swym rodzinnym mieście w Northamptonshire w Anglii. Zapytana czy podobało jej się tam, odpowiedziała, że tak.
„Ale powiedziałam, że nie mogę zrozumieć dlaczego, jeśli chcą tam mówić o życiu i śmierci, nie wspominają naszych innych żywotów.”


„Tego dnia odkryłam, że reinkarnacja – nazwa tego, czego doświadczałam – uważana była za wierzenie, nie za fakt. W dodatku było to wierzenie, które nie było generalnie akceptowane w Brytanii. To odkrycie – że moja prawda nie była prawdą w oczach wszystkich i że ja byłam pod tym względem inna – stanowił dla mnie wielki szok i spowodował mój niepokój i stałe kwestionowanie samej siebie. Byłam świadoma, że dorośli na ogół wiedzą więcej niż dzieci i nie chciałam być w błędzie.”

Całą sprawę komplikowała jeszcze nienajlepsza sytuacja w rodzinie „i istniało nieznośne napięcie między moimi rodzicami. Wszyscy baliśmy się ojca, który dla różnych powodów usiłował żyć życiem, do którego nie pasował. Nie był też szczęśliwy w małżeństwie.”


Ta sytuacja rodzinna, o której autorka pisze otwarcie, posłużyć miała później jako jedna z podstaw kwestionowania sensu całej przedstawianej tu historii. O tej krytyce wspomnimy w dalszej części artykułu w przypisie 2.


Mary and Jenny

Jenny Cockell jest chyba jedną z bardzo niewielu osób w Europie, które zdają się pamiętać naprawdę bardzo dużo z tego, co nazywają swoim poprzednim życiem (1). Dużo – to oczywiście nie znaczy, że wszystko. Przyjrzyjmy się zatem najważniejszym szczegółom, które Jenny pamiętała ze swego poprzedniego życia oraz temu, czego nie wiedziała.

Wiedziała ona zatem, że jako Mary żyła gdzieś pomiędzy latami 1898 a wczesnymi latami 1930-tymi. Wiedziała, że żyła wtedy w Irlandii – jeszcze jako dziecko zaczęła rysować mapki ze znanymi sobie ulicami miejscowości, w której miała mieszkać, zaznaczając na nich miejsce, gdzie stał domek, w którym żyła wraz z rodziną oraz inne obiekty. Potem zaczęła przeglądać mapy Irlandii z nadzieją, że odnajdzie to właściwe miejsce. Jej uwaga nieodmiennie kierowała się ku miejscowości Malahide (Mullach Ide) tuż na północ od Dublina. Mapki, które rysowała wcześniej okazały się pasować do rozplanowania paru ulic w Malahide. Pamiętała ulicę, przy której miała mieszkać oraz domek na samym jej początku. Nawet przypomniała sobie, że nazwa ulicy zaczynała się na literę „S”, coś jak „Salmons Road” – w rzeczywistości okazała się to być „Swords Road”. Z samej miejscowości pamiętała poza tym główną ulicę ,sklep rzeźniczy przy Church Street (o cenach zbyt wysokich, by tam kupować), który to sklep istnieje nadal; swój domek oczywiście, jako mały cottage z ciemną kuchnią i o dwuspadowym dachu nieco zapadłym z jednej strony; niewysoki płot kamienny przy tym domu wraz z furtką w nim; grupę ok 12 innych domków, tworzących rodzaj malutkiej „osady” (znanej jako Gaybrook); stragany w głównej części miasteczka; stację kolejową itd. Pamiętała też – i ten motyw wracał często w jej wspomnieniach - że nieraz wystawała w chłodne wieczory na molo, owinięta czarnym szalem lub chustą, czekając na przybycie łodzi – nie wiedziała jednak, na kogo tak czekała.
Nie pamiętała natomiast – a w każdym razie nie wspomina tego w swej książce – stojącego w Malahide małego zamku.


Zawsze miała wrażenie, że jako Mary była katoliczką. Jednak nie potrafiła przypomnieć sobie wyglądu stojącego w miejscowości katolickiego kościoła św. Sylwestra, chociaż jej dzieci były tam ochrzczone. Pamiętała jednak – w pewnym ogólnym zarysie – elewację innego kościoła, kościoła św. Andrzeja, należącego do protestanckiego Kościoła Irlandii. Ale pamiętała go tak, jak się pamięta budynek, którego nie zna się w środku, lecz jedynie z częstego przechodzenia obok niego. Po jednej z sesji hipnozy regresywnej naszkicowała istotny, widoczny z ulicy, fragment elewacji (a mianowicie jedną ścianę ze szczytem. Przy czym ten jej linearny szkic pokazywał jedynie zarys tej ściany, widocznej na pierwszym planie na zdjęciu obok, bez okna jednak, ale za to z tablicą ogłoszeń kościelnych). (2)
O ile nie potrafiła sobie przypomnieć wyglądu kościoła katolickiego, o tyle z drugiej strony pamiętała, że chodziła do kościoła wraz z dziećmi oraz że chodziło tam dużo ludzi – miała bowiem w pamięci tłum ludzi stojących przed kościołem. Tłum, który przed kościołem św. Andrzeja nawet by się nie zmieścił.

Stosunkowo najlepiej pamiętała „swe” dzieci: starszego syna, około 13 lat (Sonny), dość pewnego siebie, „małego żołnierza”, jak go określiła; najstarszą córkę (miała na imię Mary, po matce) z długimi włosami i gęstą grzywką; dalej dwóch innych synów (jeden z nich o imieniu Christopher, imię innego podano w książce jako „Jeffrey”); młodszą córkę z niebieskimi oczami i blond włosami (Bridget); małego chłopaka, roztargnionego, z ręką stale przesuwającą się wzdłuż obszycia kurtki i z palcami bez przerwy bawiącymi się nią (Francis). W ten sposób pamiętała sześcioro dzieci. Odnosiła jednak wrażenie, że gdy umierała, miała jeszcze jedno małe dziecko (najmłodszą córka, Elizabeth) oraz, że w sumie miała ich siedmioro lub ośmioro (była jeszcze córka Philomena zwana „Phyllis”) . Pamiętała – lub z czasem sobie przypominała – więcej szczegółów związanych z dziećmi, na przykład to, że dzieci miały małego czarnego psa. Utkwił jej w pamięci także pewien incydent, mianowicie, że jej dzieci złapały kiedyś królika na wnyk i zawołały ją, by go jej pokazać. „On jeszcze żyje” – miała im wtedy powiedzieć (co przypomniała sobie w hipnozie). I ten szczegół został potem również potwierdzony lata później, gdy spotkała już kilkoro spośród tej ósemki. Był on całkowitym zaskoczeniem dla nich, bo uważali go oni za rzecz tak prywatną, że nikt nie mógłby się o nim dowiedzieć z innego źródła. Nie pamiętała imion tych dzieci, zaczęły one pojawiać się później, częściowo podczas hipnozy, częściowo potem z korespondencji i rozmów telefonicznych, gdy już kontakt został z nimi nawiązany.

Męża pamiętała tylko niczym przez mgłę. Ten „przystojny, robiący wrażenie mężczyzna” był raczej małomówny. Była pewna, że walczył on w I Wojnie Światowej, że zapewne wyszła za niego około tego okresu, a zawodowo wykonywał pracę mającą coś wspólnego „z dużymi belkami i robotami dachowymi” (dopiero później miała się już dowiedzieć, że istotnie był on cieślą budowlanym).
Nie pamiętała natomiast jego (a zatem i swego) nazwiska ani też swego nazwiska panieńskiego (pamiętała natomiast rodziców oraz dwóch starszych braci – Michaela i Christophera). Co do imienia męża, to podczas hipnozy stwierdziła niepewnie, że zapewne „Bryan” (okazało się później, że „John”...). Nazwisko wymieniła „O’Neil”, lecz okazało się ono później nazwiskiem rodziny mieszkającej w pobliżu w Malahide. Jak potem oceniła, nazwiska „Bryan O’Neil” nie była pewna i nawet wydawało się jej, że może ono być przekręconą wersją nazwiska aktora Ryana O’Neila.

Ciekawym elementem wspomnień Jenny Cockell są jej uwagi innego jeszcze rodzaju. Odczuwała ona podobnie szereg rzeczy jak Mary. Na przykład, jak pisze – „czuję głównie jej osobowość i pamiętam jej ubrania.” Było wówczas w modzie noszenie bluzek z niezbyt długimi rękawami, kończącymi się tuż pod łokciami, a nawet pod nimi zwijanymi. „Jeszcze dziś, jako osoba dorosła, podwijam rękawy lub wręcz spinam albo zszywam mankiety rękawów”. Pisze ona też, że już jako dziecko czuła się dziwnie w spódniczkach, które uważała za zbyt krótkie dla siebie i zbyt lekkie (niegdyś noszono dłuższe i cięższe) - „Wyobrażałam sobie, że powinny sięgać do połowy łydki, gdy tymczasem spódniczki dziecięce z lat 1950-tych sięgały do kolan”.

„Włosy Mary były długie i zdawały się być nieco falujące (...) Gdy mi przybywało lat, zdałam sobie sprawę, że Mary musiała być średniego lub nieco poniżej średniego wzrostu. Zaczęłam czuć się zdecydowanie zbyt wysoką, gdyż osiągnąwszy trzynaście lat, miałam pięć stóp i dziesięć cali wzrostu”
(177.9 cm – przyp. MM). Nie pamiętała natomiast twarzy Mary.

W dzieciństwie Jenny czuła się dość dziwnie będąc zarówno sama dzieckiem jak i matką zatroskaną o los swoich innych dzieci: „lecz było mi trudno być dzieckiem. Nie mogłam zrozumieć tych nieuzasadnionych rzeczy, które inne dzieci uważały za ważne. Przyjmowałam rzeczy wprost i nie ceniłam poczucia humoru innych, za to sama śmiałam się z czegoś zupełnie innego.”


Szukając dowodów

W międzyczasie sama – to jest w obecnym życiu – urodziła dwójkę dzieci i pracowała jako podiatra. Gdy dzieci podrosły, znów zaczęła, ze zwiększoną mocą, interesować się rodziną pamiętaną przez te wszystkie lata. W latach 1980-tych zakupiła dokładniejszą mapę rejonu Malahide i porównała ją ze swoim szkicem sprzed wielu lat. Obie mapki były do siebie podobne.

Poszukiwanie rozpoczęła od gromadzenia bliższych informacji o samej miejscowości oraz zapamiętanych z niej szczegółach i mieszkających tam w przeszłości ludziach. Możemy sobie wyobrazić, że reakcje osób zapytywanych przez autorkę były zróżnicpwane. Pewna dziennikarka zamieszkała w pobliżu Malahide, która początkowo zaoferowała swą pomoc, natychmiast zerwała kontakt, gdy dowiedziała się, że chodzi o „badanie pamięci z poprzedniego życia”. Pomocny okazał się natomiast lokalny nauczyciel historii z Dublina, będący równocześnie studentem teologii. Zamierzał on bowiem wykorzystać wspomnienia autorki dla celów swej pracy dyplomowej, gdyż „poruszały one szeregi kwestii interesujących dla teologii”.

W czerwcu 1989 roku wybrała się wreszcie do Malahide na weekend. Stwierdziła tam, że naszkicowany przez nią wcześniej kościół istotnie się tam znajdował i rzeczywiście miał elewację bardzo podobną do tej naszkicowanej lata wcześniej. Nie potrafiła odnaleźć swego niegdysiejszego domu, który już nie istniał (został zburzony w 1959 roku). Natomiast kamienny mur, strumień oraz bagno były dokładnie w tych miejscach, które pamiętała. Znalazła swoje stare molo, które pojawiało się w jej pamięci tak często – tyle tylko, że niegdysiejsze drewniane zastąpiono w międzyczasie betonowym.

Krótko potem napisała list do właściciela starego domu przy Swords Road, czyli przy tej samej ulicy, przy której miała sama kiedyś mieszkać. Mr Mahon odpisał, informując między innymi:

„Co się tyczy matki zmarłej w latach 1930-tych – była nią Mrs SUTTON. Wydaje mi się, że jej mąż był żołnierzem brytyjskim w wojnie lat 1914-18. Po jej śmierci dzieci zostały zabrane do sierocińców – później ich najstarsza córka MARY wróciła do domu. Sądzę, że mąż wrócił do UK, by szkolić żołnierzy w latach 1939-45. Ich dzieci chodziły do szkół rzymskokatolickich, ale możliwe jest, że ich ojciec należał do Kościoła Irlandii.”

Zdziwiło ją dlaczego ojciec nie utrzymał rodziny. Rozpoczęła poszukiwanie owych dzieci oraz dalszych informacji o ich losach. Odnalazła świadectwo ślubu Mary Sutton oraz jej świadectwo zgonu. Udało jej się uzyskać imiona sześciorga z ośmiorga dzieci dzięki pomocy księdza z sierocińca koło Dublina (ksiądz ten poczynił własne poszukiwania w Departamencie Edukacji), a następnie, po ustaleniu ich aktualnych adresów, zaczęła do nich pisać. W końcu spotkała się z jednym z nich - z tym najstarszym, imieniem Sonny. Potwierdził on, że ich mały dom (cottage) stał rzeczywiście w ustalonym przez nią miejscu.

Sonny dopomógł Jenny w spotkaniu z rodziną. Trójka z ósemki dzieci już nie żyła. Pozostała piątka natomiast spotkała się z Jenny w kwietniu 1993 roku w Irlandii. Jenny filmowała to spotkanie. Napisała: „było to pierwsze spotkanie rodziny od 1932 roku”.

Jenny Cockell była w sumie kilkakrotnie w Malahide i okolicach (do czasu napisania książki). Christopher, który nie był tam od czasów dzieciństwa, stojąc w obrębie pozostałości niegdysiejszego domu rodzinnego, potrafił odnaleźć to miejsce, w którym stał, gdy jego matka była zabierana do szpitala, skąd już nie wróciła.

Sama Jenny była zadowolona, że zainteresowała się swymi wspomnieniami i podjęła działanie opisane powyżej. „Poczucie odpowiedzialności i winy opadło i odczuwam spokój, którego tak naprawdę nigdy przedtem nie zaznałam” – napisała w zakończeniu swej książki, która doczekała się ekranizacji (co prawda ze scenariuszem odbiegającym nieco od faktów).


Epilog

John Sutton (ojciec) - Powodem, dla którego ojciec, John Sutton, z zawodu cieśla budowlany, nie utrzymał rodziny po śmierci żony, było to, że dużo pił („a drunkard”) i często zachowywał się brutalnie. Jeszcze za życia Mary bił ją i dzieci „grubym pasem z mosiężną klamrą”. Po jej śmierci stał się jeszcze gorszy, co spowodowało odebranie mu przez władze prawa do opieki nad siedmiorgiem z ośmiorga dzieci, pozostawiając mu jedynie syna Sonny’ego. Jego też bił aż do momentu, gdy ten w wieku 17 lat uciekł z domu i zaciągnął się do armii. Najstarsza córka (również Mary) wróciła z sierocińca do domu i przez pewien czas mieszkała tam z ojcem. Ją jednak też bił, aż w końcu i ona uciekła. Około roku 1939 lub 1940 ożenił się ponownie i przeniósł do Szkocji. Ani jego dzieci go nie poszukiwały ani Jenny Cockell.

Mary Sutton, z d. Hand – była istotnie średniego wzrostu – jak opisała ją autorka, dość pogodną kobietą. Miała długie, ciemne włosy związane w kok. Nie nosiła biżuterii (poza obrączką ślubną). Ślub z Johnem Suttonem wzięła, wg zapisu, 22 lipca 1917 roku w Dublinie (ks. „R. Garrick P.P”). W roku 1932 zmarła w Rotunda Hospital w Dublinie (na zdjęciu) – szpitalu, który istotnie miał białe ściany i wysokie wielopanelowe okna. Zmarła 24 października 1932 roku, przyczyny zgonu zostały wymienione w świadectwie jako „gas gangrene, septic pneumonia, toxaemia” – „zgorzel gazowa (czyli gangrena), septyczne zapalenie płuc, zatrucie krwi”. Zaledwie miesiąc wcześniej (25 września) urodziła swe ostatnie dziecko – córkę Elizabeth. W świadectwie zgonu napisano również, że miała ukończone 35 lat – co oznacza, że urodziła się w roku 1897, nie w 1898; choć wg innego jeszcze źródła miała się urodzić 1 grudnia 1895 (dokładna data urodzin nie jest jednak znana. Część dokumentacji i archiwaliów z tamtego rejonu spłonęła podczas irlandzkiej wojny domowej 1922-23). Pochowana została na cmentarzu przy kościele katolickim w Kinsaley, między Dublinem a Malahide.

Mary, najstarsza córka – po ucieczce od ojca udało jej się znaleźć kochającego męża. Jednak zmarła krótko później podczas porodu w wieku zaledwie 24 lat.

„Jeffrey” – nie chciał, by podawać publicznie jego prawdziwe imię, stąd ten „pseudonim”. Był pierwszym z rodziny, z którym autorka była w stanie się skontaktować. Zmarł na wiosnę 1993 roku, krótko przed „spotkaniem rodzinnym” w Malahide.

Philomena (Phyllis), Bridget i Elizabeth – wszystkie wyszły za mąż; Phyllis urodziła ośmioro dzieci, Bridget czworo, Elizabeth sześcioro. Bridget zmarła w latach 1970-tych w Australii. Elizabeth dopiero w wieku ok. 17 lat dowiedziała się, że była dzieckiem adoptowanym i że miała rodzeństwo. Nie wiedziała gdzie żyją jej bracia i siostry. Dopiero ogłoszenie zamieszczone przez autorkę w dublińskiej „Evening Press” w paździeniku 1990 dopomogło jej w odnalezieniu krewnych.
Phyllis zaakceptowała inne niż autorka wyjaśnienie fenomenu opisanego w książce: „Ksiądz zasugerował jej, że reinkarnacja jest nie do utrzymania, był jednak w stanie przedstawić pogląd, który zdawał się być łatwiejszy do zaakceptowania przez nią. Według niego Mary przemawiała przeze mnie, by zjednoczyć rodzinę”. Taki pogląd przyjęła też Elizabeth. Phyllis jest tą córką, którą widać – w wieku 2 lat – na wykonanym w 1927 roku jej zdjęciu z matką, zaprezentowanym tu u samej góry.

Sonny, najstarszy syn – pozostawiony ojcu jako jedyne dziecko do wychowania, uciekł od niego mając lat 17. Podając się za rok starszego, zaciągnął się do armii irlandzkiej (Free State Army). Nieco później się ożenił i wyjechał do Anglii, gdzie z kolei zaciągnął się do lotnictwa (RAF). Jego pierwsza żona wkrótce zmarła. Niedługo potem ożenił się ponownie. Spośród całego rodzeństwa on jeden w całości zaakceptował tezę o reinkarnacji swej matki (inni częściowo albo i nie) i to on okazał się najbardziej pomocny w zorganizowaniu spotkania rodzinnego w roku 1993. Tak jak i jego pozostałe rodzeństwo, utrzymywał dalej kontakt z autorką książki. Miał ośmioro dzieci. We wrześniu 1990 roku podczas pierwszego spotkania z Jenny Cockell był w stanie wyjaśnić jej zagadkę owego wystawania na molo o zmierzchu: „Powiem ci dlaczego pamiętasz to molo. Jako chłopak pracowałem na wyspie, usługując grającym tam w golfa, a o zmierzchu matka czekała na mnie na molo, byśmy mogli razem wracać do domu.” Zmarł w roku 2000.


Jenny Cockell
napisała od tamtego czasu jeszcze co najmniej dwie inne książki o reinkarnacji.


_______________________________________________

Jenny Cockell. "Across Time and Death. A mother's search for her past life children". New York 1994




Opowieść reinkarnacyjna | 18 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Opowieść reinkarnacyjna
eviva pon, 16 lip 2007, 22:49:53
Jest to bardzo ciekawa historia potwierdzająca istnienie reinkarnacji,o której i tak wystarczająco dużo pisze Nowym Testamencie.

---
W każdym człowieku jest DUCH BOŻY-OJCIEC i DUCH CHRYSTUSOWY-SYN.Kto ma SYNA,ma żywot wieczny.

 
Opowieść reinkarnacyjna
Marcin Królak wto, 17 lip 2007, 01:30:08
Ludzie nie rozśmieszajcie mnie. Przytoczyliście jakąś sprawnie opowiedzianą historię i ktoś mówi: to prawda. Jaki sens ma ta historia? Nie ma żadnej krytyki reinkarnacji, wątpliwości. Zachowujecie się jak dzieci na kolonii opowiadające sobie o duchach nocą.

Nie ma dowodów na reinkarnację, żadnych. Opowieści o reinkarnacji z kręgu kulturowego zachodu okazywały się kłamstwem. Kobieta, która podała się za średniowieczną żydówkę słuchała serii radiowych audycji o pogromach Żydów. W jej przypadku zafunkcjonowało zjawisko utajonej pamięci. Ludzie, którzy by;li przekonani że są jakąś reinkarnacją zawsze podawali się za członków wyższych sfer, nikt nie chciał być chłopem ani robotnikiem.

Za któy żywot odpowiemy przed Bogiem? Dlaczego Jezus nie wspomina o reinkarnacji skoro jest Prawdą, Drogą i Życiem? Gdzie się podziewają dusze, co z tworzeniem duszy przez Boga - jedna dusza dla jednego ciała. Bóg stwarza duszę dla człowieka czy dla krowy, albo z krowy dusza stwarza się sama przez ciąg wcieleń - takie samodoskonalenie się duszy od krowiej do ludzkiej.

Dużo pytań, duży tekst i żadnej odpowiedzi.

 
Opowieść reinkarnacyjna
Artur Rumpel śro, 18 lip 2007, 08:45:02
Wszystkie historie majace dowodzić reinkarnacji jakie zdarzyło mi sie czytac lub słyszeć, z powyższą właćznie  daja sie wytłumaczyć na gruncie innych zjawisk, np. telepatii, czy opętania

---
Zapraszam na mojego bloga:

http://svetomir.blox.pl/html


 
Opowieść reinkarnacyjna
eviva czw, 19 lip 2007, 05:51:26
przypomnę co na temat nieśmiertelności duszy pisał O.Salij:

CZY DUSZA UMIERA? Jacek Salij OP-fragmenty.

I P.3.18-20.Chrystus bowiem raz umarł za grzechy, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was do Boga przyprowadzić; zabity wprawdzie na ciele, ale powołany do życia Duchem,. W nim poszedł ogłosić [zbawienie] nawet duchom zamkniętym w więzieniu, niegdyś nieposłusznym, gdy za dni Noego cierpliwość Boża oczekiwała.

Zauważmy przy okazji, że w przytoczonej wypowiedzi Apostoła Piotra znajduje się wyraz: "duchom". Coś jednak przetrwało z tych nieszczęśników, którzy zginęli w potopie, skoro "duchy" ich zdolne były usłyszeć radosną nowinę o odkupieniu!

Jako chrześcijanom nie trzeba nam tłumaczyć, dlaczego Ewangelie -- w przeciwieństwie do Starego Testamentu -- głoszą nadzieję na życie wieczne wyraźnie i często.

J.11.25...kto we Mnie wierzy,choćby i umarł, żyć będzie. J.11.26.A kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki.
J.10.27.Owce moje głosu mojego słuchają i Ja znam je,a one idą za mną.
J.1o.28.I Ja daję im żywot wieczny i nie giną na wieki i nikt nie wydrze ich z ręki mojej.

Gdyby było tak, jak nauczają adwentyści czy świadkowie Jehowy -- tzn. gdyby człowiek w chwili śmierci umierał cały, razem z duszą, i gdyby dopiero przy zmartwychwstaniu ciał miał wrócić do życia -- przytoczone słowa Pana Jezusa zawierałyby nieprawdę.

Otóż w Kościele katolickim wierzymy, iż prawdziwa jest obietnica Chrystusa, że wszystkich, którzy do Niego należą, wskrzesi w dniu ostatecznym (J 6,39n). Ale wierzymy również, że prawdziwa jest Jego obietnica, iż

kto wierzy w Niego, "nie umrze na wieki" (J 11,26).

Pierwsza dotyczy wskrzeszenia ciał, druga obietnica mówi o tym, że nawet śmierć ciała nie przerywa naszej jedności z Chrystusem, jeśli tylko byliśmy z Nim złączeni w życiu doczesnym.

Nie cały więc człowiek umiera

To, co we mnie stanowi o moim "ja", nie ulegnie zniszczeniu, lecz opuści ciało i stanie w obliczu Pana.

Otóż ludzi, którzy "odeszli z ciała", w Nowym Testamencie nazywa się niekiedy duszami.

Apokalipsa mówi o "duszach zabitych dla Słowa Bożego", które "donośnym głosem wołały" (Ap 6,9; por. 20,4). Zaś kamienowany Szczepan modlił się: "Panie Jezu, przyjmij ducha mego" (Dz 7,59). Z kolei Apostoł Piotr powiada, że "celem wiary naszej" jest "zbawienie dusz" (1 P 1,9), a czekających na Chrystusa w szeolu nazywa duchami (1 P 3,19).

Nie są to oczywiście wszystkie teksty biblijne, z których wynika, że śmierć nie może istotnie zapanować nad tymi, którzy złączeni są z samym Źródłem życia, z Bogiem. "Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga -- czytamy w jednej z ostatnich ksiąg starotestamentalnych, w Księdze Mądrości (3,1-3) i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju ".

Otóż doktryna adwentystów oraz świadków Jehowy o materialności i śmiertelności duszy ludzkiej opiera się na niektórych sformułowaniach Starego Testamentu, które nie mają w sobie jeszcze tej jasności, jaką widzieliśmy w przytoczonych wypowiedziach nowotestamentalnych. Tamte niejasne i nieprecyzyjne sformułowania skierowane były jednak ku prawdzie,

że jest w człowieku jakiś pierwiastek niematerialny i że nie cały człowiek w chwili śmierci umiera.

Nawet duchowość żydowska, która rozwijała się na gruncie samego tylko Starego Testamentu, prawdę tę w nim odnalazła.



---
W każdym człowieku jest DUCH BOŻY-OJCIEC i DUCH CHRYSTUSOWY-SYN.Kto ma SYNA,ma żywot wieczny.

 
Opowieść reinkarnacyjna
eviva czw, 19 lip 2007, 06:05:04
Przypominam też co o obecnym w nas Chrystusie przez Swojego Świętego Ducha Chrystusowego mówił w swojej encyklice Papież Pius XII:
1.Encyklika Papieża Piusa XII-fragmenty:

o obecności Chrystusa jako Ducha Chrystusowego w każdym człowieku.

2. Zjednoczenie to uwydatnia się zewnętrznie przez wiarę, nadzieję i miłość.

Nie mniej też między sobą i z Boską Głową naszą jesteśmy przez wiarę złączeni. Ilu nas bowiem jest wierzących "mających tego samego ducha wiary" (2 Kor 4, 13), tą samą światłością Chrystusową bywamy oświeceni, tym samym pokarmem Chrystusowym żywieni, ta sama Chrystusowa powaga i urząd nauczycielski nami rządzi. Jeśli więc ten sam we wszystkich duch wiary rozkwita, to wszyscy także tym samym życiem "żyjemy we wierze Syna Bożego, który umiłował nas i wydał samego siebie za nas" (Gal 2, 20),

a Chrystus, Głowa nasza, żywą wiarą do serca przyjęty i mieszkający w sercach naszych (Ef 3, 17), jak jest sprawcą wiary naszej, tak też będzie jej dokonawcą (Hebr 12, 2).

64. .. Owszem, i to trzeba stwierdzić, że tym bardziej będziemy zjednoczeni z Bogiem i z Chrystusem Panem {naszej duszy}, im więcej stawać się będziemy jedni drugich członkami (Rzym 12, 5), mającymi jedni o drugich jednako staranie (1 Kor 12, 25). Z drugiej strony i to jest prawdą, że tym bardziej będziemy między sobą złączeni i zjednoczeni miłością, im gorętszą miłością przylgniemy do Boga i

Boskiej Głowy naszej.

B. ZJEDNOCZENIE CHRYSTUSA Z NAMI

1. Chrystus nas objął.

67. Z tego, cośmy dotąd przytoczyli, łatwo widać, Czcigodni Bracia, dlaczego to św. Paweł pisze tak często, że Chrystus jest w nas, a my w Chrystusie Panu. Rzecz da się udowodnić z pomocą głębszych racji.

Jest bowiem Chrystus Pan w nas, jak to wyżej wyłożyliśmy, przez Ducha Swego, którego nam udziela i przez którego tak w nas działa że cokolwiek Boskiego w duszach się dzieje przez Ducha Św., to samo trzeba uznać za zdziałane również przez Chrystusa Pana.

"A jeśli ktoś Ducha Chrystusowego nie ma, ten nie jest Jego. Lecz jeśli Chrystus w nas jest... Duch żyje dla usprawiedliwienia" (Rzym 8, 9 - 10).

69. Wiemy zaiste dobrze o tym, że, chcąc tę tajemniczą naukę o naszym z Boskim Odkupicielem złączeniu a zwłaszcza

o mieszkaniu Ducha Świętego {Chrystusowego} w duszach ludzkich,

zrozumieć i dobrze wytłumaczyć, spotykamy dużo tajemnic i zagadek... Nie ganimy wcale tych, co obierają różne drogi i sposoby, aby odkryć i wedle sił oświetlić tę wzniosłą tajemnicę naszego przedziwnego z Chrystusem Panem zjednoczenia.

Dlatego też słusznie poprzednik nasz Leon XIII, jaśniejący mądrością, mówiąc o tym naszym

zjednoczeniu z Chrystusem oraz o Duchu Świętym{Chrystusowym},zamieszkującym w nas,

wznosi oczy swoje ku owej wizji błogosławionej, przez którą kiedyś w niebie to samo mistyczne zjednoczenie osiągnie swą dokładność i dokonanie. "To dziwne zjednoczenie - powiada on - które zwie się właściwie zamieszkiwaniem, różni się tylko okolicznościami i stanem, od tego, którym Bóg ogarnia i uszczęśliwia niebian".


---
W każdym człowieku jest DUCH BOŻY-OJCIEC i DUCH CHRYSTUSOWY-SYN.Kto ma SYNA,ma żywot wieczny.

 
Opowieść reinkarnacyjna
Dopler pią, 20 lip 2007, 09:54:01
Powiem tylko tyle: Reinkarnacja zaprzecza istnieniu duszy - tak - właśnie tak. Wszystkie teksty z ST i NT które mówią o nieśmiertelnej duszy, przyszłym życiu, niebie, czyśćcu, piekle i w ogóle życiu pozamaterialnym, w którym istnieje porządek: stworzenie z duszą-życie-śmierć-czyściec-niebo-przyszły świat z JEDNYM TYLKO życiem ziemskim interpretują jako historyjki o energii/świadomości która sobie podróżuje. Przyjmując wiarę w reinkarnacje reinterpretuje się całą Biblię jako opowiastkę o paranaturalnych zjawiskach.
 
Opowieść reinkarnacyjna
angelo nie, 22 lip 2007, 12:37:41
Dopler Twoje twierdzenie,że:" Reinkarnacja zaprzecza istnieniu duszy" nie zgadza sie z tym co pisze w Biblii.Przecież dusza istnieje niezależnie od tego,czy się wierzy w reinkarnację,czy się w nią nie wierzy.Nie wiem jaka jest Twoja wiara,ale przecież w NT pisze,że:Celem wiary jest zbawienie duszy." Jeśli nie widzisz naszej właściwej istoty-duszy i obecnego w niej Ducha Chrystusowego,Syna naszego Zbawiciela,to jak możesz widzieć reinkarnację? Jeśli w każdym z nas jest obecny Chrystus jako Duch Święty Chrystusowy,to jaką On ma w nas rolę do spełnienia? Droga Zbawienia=dusza->Duch Chrystusowy->reinkarnacja

---
angelo

 

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,654 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń