Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Konserwatyści

Wielu intelektualistów staje przed dylematem czy można i warto zaczynać reformę ustrojów politycznych od koncepcji człowieka. Człowiek, jako klucz ustroju wcale nie jest oczywisty. Pokusa, by ustrój stanowić kluczem do rozumienia i nawet kształtowania człowieka urosła w niepodważalne twierdzenie. Ustrój i człowiek kroczą razem, ale kto tu jest ważniejszy? Sprzeciw wobec przedmiotowego traktowania człowieka w imię słusznego modelu ekonomicznego czy politycznego rodzi niebywałe kontrowersje.

Parę tygodni trwała ostra wymiana zdań pomiędzy Rzeczpospolitą a Dziennikiem. Mimo, że publicystów obu gazet łączy prawie wszystko: stosunek do tarczy antyrakietowej, Ameryki, jako niekwestionowanego lidera demokracji w świecie, do wojny w Iraku, do lustracji, globalizacji, przewodniej siły korporacji, do Michnika itd. Itd. Z wyjątkiem etyki. Jeden z wybitniejszych intelektualistów - Cezary Michalski i gazeta, w której publikuje - Dziennik nawołują prawicę do zachowania jedności. I antagonizują jej zaplecze intelektualne równolegle do tego wezwania.

Dziennik – chlubiący się spolaryzowanym spectrum opinii – prowokacyjnie skręca w lewo, gdy pisze o aborcji, antykoncepcji czy rozwodach. Złota zasada pluralizmu zostaje wówczas zawieszona i prezentowane są w gazecie Springera opinie skrajnie jednostronne, na przekór różnorodności realnej, tętniącej w tysiącach ośrodków myśli i formacji niekoniecznie przecież chrześcijańskiej .

Publicyści Dziennika mówią szerokie tak wolności, która kocha ryzyko (za Manuelą Gretkowską), fałszywie i nieodpowiedzialnie identyfikuje dobro osoby z przyjemnością i naraża człowieka na niebezpieczeństwo. Obyczajowe dylematy prowokują irytację lub kpinę dziennika. Dla Rzeczpospolitej są punktem wyjścia w debacie cywilizacyjnej, tak jak – zabrzmi to prosto i oczywiście – człowiek powinien być centrum demokracji.

Dziennik wywiera stanowczą presję na decydentów, by ideałom, które wyznaje większość społeczeństwa nie nadawać żadnego kształtu.

Umysły takie jak Cezary Michalski – czołowy publicysta Springera - potrzebują bardziej wyrafinowanej - niż springerowska - racjonalizacji tego stanowiska. Muszą mieć dla takiego sprzeciwu wobec wartości powód głębiej ukorzeniony. To zwyczajne samooszukiwanie się – uważają jasno określający się - jako realni humaniści - publicyści z Rzeczpospolitej. Bo jak można być konserwatystą – za jakiego się uważa Michalski – będąc liberałem w sensie antropologicznym, czyli nie uznając żadnych granic człowieczeństwa i ludzkich zachowań.

Michalski przekonuje, że upór obyczajowy (fraza zastępująca wielkie rozważania o człowieku i jego dobru) nie ma sensu, bowiem z jego powodu grozi nam wysadzenie na jakiejś prowincjonalnej stacji. Lecz argument to żaden – ripostują jego adwersarze. To co robi Michalski miałoby być wielkie, ponieważ broni suwerenności państwa i narodu, poszukuje formuły politycznej maksymalnie korzystnej w świecie globalizującym się. Rzecz jasna Rzeczpospolita – w odczuciu głównego szermierza Dziennika - nie nadąża za intelektualnymi wyzwaniami, jakie stawia on swojej gazecie.

Nie chcę rozstrzygać sporu między jednym a drugim środowiskiem. Niepokoi mnie paradygmat wrogiej separacji rozumu i wiary wszechobecny w publikacjach Dziennika. Nawet jeśli zagości na jego łamach jakiś duchowny, to wokół niego unosi się odium irracjonalizmu, a zabrany przez niego głos nie ma szansy wpłynąć - z racji przyjętej przez dziennik strategii warsztatowej i ideologicznej - na aktualnie dyskutowane i przyjmowane rozwiązania społeczne. Głosy chrześcijan słychać w kontekście neutralnym, nic nie znaczącym. Wpływowe tematy są zastrzeżone w czasie i przestrzeni dla dziennikarzy o wyrazistym światopoglądzie, zgodnym z linią moralną Axel Springer, bo taka – asymetryczna do poglądów Polaków – istnieje. Gdy więc ważą się losy wchodzącej na rynek polski pigułki wczesnoporonnej znajdziemy w Dzienniku trzy materiały za, ani jednego przeciw. Społeczeństwo nie jest doinformowane przez media Springera, jakie skutki niesie ze sobą zażywanie hormonów.

Dziennikarze niemieckiego wydawnictwa dają do zrozumienia, że konserwatywne 80 procent społeczeństwa powinno się i tak cieszyć, bo Gazeta Wyborcza – jak zauważył ksiądz Dariusz Oko – dawkuje swobodę obyczajową w proporcjach: 100 artykułów pro – 1 przeciw relatywizowaniu realistycznej antropologii. Lecz misja publiczna pełniona przez media nie jest żadną łaską udzielaną społeczeństwu, które ma prawo dostępu do różnorodnych opinii i do wolnej debaty niekształtowanej odgórnie. Pod względem promocji liberalizmu obyczajowego Dziennik wyraźnie dogania krytykowaną przez siebie Wyborczą i chętnie zapomina, że mało uczciwe początki III – j Rz-j obejmują wymuszone przez laicką lewicę kompromisy wokół kwestii etycznych– zauważa goszczący w Polskapress biskup Adam Lepa. - Sanacja Polski nie może się więc kończyć na lustracji – dopowiada hierarcha.

Cezary Michalski chce zakończenia sporu obyczajowego w imię zaangażowania w poszukiwanie suwerenności państwowej i narodowej. I stawia za wzór kapitulujących przed liberalizmem polityków, umownie zwanych prawicą. Ale czy jest możliwa obrona narodu z pominięciem jednostki? Pisarz wpada w tę samą pułapkę, przed którą tak dzielnie nas bronił: ustrój ma – według niego - kształtować człowieka, a nie na odwrót. Innymi słowy człowieczeństwo przestaje być początkiem demokracji i jej miarą. Michalski, jako aktywny uczestnik medium komercyjnego, nadaje zwodnicze kształty takiemu totalitaryzmowi.

Stosunek do życia jest wiele mówiącą ilustracją środowiska około konserwatywnego, w której można przejrzeć prawdziwe intencje tuzów prawicy.

W budzącej kontrowersje debacie o aborcji zmierzyliśmy się z dwojaką argumentacją przeciwko życiu dzieci niepełnosprawnych i poczętych w wyniku gwałtu: w wersji soft i w wersji hard. Argumentacja hard kręciła się wokół twierdzenia, że państwo nie powinno władać brzuchem kobiet. Miękka posługiwała się sloganem: nie zmuszać do heroizmu. Wychodziło na to samo: nie ruszać Konstytucji. Różnica między jednym a drugim dowodzeniem jest jednak połowiczna. Podobnie dzieje się z prasą głoszącą oba poglądy: różnice pojawiają się na tyle, na ile jest to potrzebne do zagospodarowania czytelnika. Jednakże w kluczowych – decydujących – momentach proponuje się identyczne rozwiązania, ponad podziałami światopoglądowymi odbiorców, a w duchu tego jednego i słusznego.

Cezary Michalski

Zainteresowało mnie w zamieszaniu wokół Konstytucji stanowisko dwojga dziennikarzy – mądrych sympatyków prawicy. Joanna Lichocka i Cezary Michalski przez długie lata goszczeni byli przez telewizję franciszkanów. Dali się tam poznać szerszej katolickiej widowni. Michalski zepchnięty przez – jak to sam określa - salon warszawski na margines życia publicznego odważnie podjął się roli dysydenta. Jego wypowiedzi w Telewizji Puls były prawdziwą rewelacją i zapowiadały poważny wyłom w liberalnej strukturze narzuconej demokracji. Przełom nadszedł. Michalski zaproponował dyskusję niepoprawną politycznie. Do szerokiej rzeszy czytelników zaczęły docierać przemyślenia głównych krytyków liberalizmu.

Michalski, jako intelektualista nie kryjący swojej sympatii do Chrystusa, wywiódł – mimowolnie - katolicyzm z intelektualnego zaścianka. Przekonaliśmy się, że krytyka zjawisk współczesności przypuszczona przez Jana Pawła II jest w pełni uzasadniona, nowoczesna i nawiązująca intelektualny kontakt z prądami umysłowymi przełomu wieków. Kościół bardzo nieśmiało wychodził poza ściśle teologiczne uzasadnienie swojego stanowiska w sprawach społecznych. Okazało się jednak, że filozofia społeczna Wojtyły jest w istotnych zagadnieniach społecznych zgodna z „świecką” krytyką liberalizmu. (Ta modulacja zaangażowania Kościoła utrwaliła się za pontyfikatu Benedykta XVI. Adam Szostkiewicz przyrównuje radykalizm krytyki kapitalizmu uprawianej przez Benedykta do lewicowego. Polityka z 12 maja 2007, s. 60. Porównanie nieścisłe, choć znaczące.)

Michalski rzetelnie się wywiązywał z roli obiektywnego komentatora rzeczywistości. Do dyskusji dopuszczał obie strony sporu. Ten ważny, godny podziwu koloryt uczciwości intelektualnej, zaczął blaknąć w nowym medialnym przedsięwzięciu, gdy pisarz wypłynął na szerokie wody Dziennika, najmłodszego dziecka Springera w Polsce. Osobowość Michalskiego zaczęła jakby zanikać. Opinie w Dzienniku, który firmuje, nie były już tak zróżnicowane i autentycznie reprezentatywne dla różnych nurtów myślenia, zaniechano złotej zasady parytetu – Pilcha i Króla można było czytać do znudzenia (autorzy ci są nudni z natury, tak jak każda forma bez treści), „zrównoważonych” polityków zaczęto widzieć tylko po jednej stronie (Bronisław Komorowski) a całe przedsięwzięcie, w którym zaistniał pozbawiono duszy, czegoś szlachetnego, głębokiego, co starał się Michalski promować w dodatku do Faktu - Europie.

A to dlatego, że spora część najemników Springera pozbawiona jest wrażliwości społecznej i - co równie ważne - eklezjalnej. Poszukują przede wszystkim sensacji i są jawnie niechętni Kościołowi (mam na myśli dziennikarzy z działu Kraj, Świat). Brutalnie wkraczają w dyskurs społeczny z pakietem ustawień tępiących chrześcijańską inspirację w życiu społecznym. Pod pretekstem uszanowania rozdziału państwa od Kościoła kreują opozycję między wiarą i rozumem.

Jest to linia postępowania twarda i bezkompromisowa, nastawiona na dokonanie konkretnych zmian mentalnych i ustawowych. Gdy nie da się zliberalizować obyczajowo społeczeństwa, Springer stara się przynajmniej nie dopuścić do zaostrzenia kursu obyczajowego. Springerowi zależy, by podobieństwo człowieka do Boga nie było zbyt wyraziste. Neutralność światopoglądowa proponowana przez Springera jest tylko zakamuflowanym wyborem immoralizmu, który w rzekomej pustce ideologicznej czuje się doskonale i podporządkowuje sobie przestrzeń publiczną.

Jak pisze Broch, ucieczka od pytań metafizycznych jest znamienna dla kiczu. Dziennikarze Springera, paranoicznie uderzając w Kościół, pod każdym pretekstem, a to lustracyjnym, a to aborcyjnym, a to z okazji buntu parafian, powielają podstawowy błąd skrajnie laickiej popkultury: zabijają duszę. Ta demokracja, której chronią, nie odnosi się do wartości, jest radykalnie laicka i wyzuta z przyzwoitości stawiającej na obiektywną prawdę. Dziennik pod ich wpływem zaczął produkować estetyczne zło, posługując się sformułowaniem Hermanna Brocha, gdyż – jak głosi austriacki pisarz – nie ma prawdy i dobra, z których by czerpał. W kiczu wyczuwalny jest brak prawdy, za którym kryje się etyczne zło. Etyczne zło rodzi estetyczne zło. (Hermann Broch, KILKA UWAG O KICZU I INNE ESEJE, Warszawa 1988). Dziennik stał się kiczowaty i płynny płynnością uniemożliwiającą wyłączenie Zła z poszczególnych obszarów wartości. (Hermann Broch, tamże).

Potrzeba [kontrolowanego] pluralizmu wymusza na koncernie Springera obecność zwolenników swobodnej wymiany poglądów. Jednak autorzy pokroju Michalskiego są narażeni na presję tak mało błyskotliwych, ale fanatycznych dołów jak korporacyjnej góry, dla której zysk to jeszcze nie najgorszy motyw zarządzania komunikacją społeczną.

Cezary Michalski naruszył granicę dobrego smaku pisząc czołobitny tekst o rocznicy powstania Faktu - wyjątkowo wulgarnego, ale istotnego wokabułu koncernowej doktryny - który w pogoni za tanią sensacją narusza wszelkie zasady życia społecznego. (Tragikomiczną próbą podobnego zachowania było robienie zdjęć Danuty Hojarskiej w toalecie sejmowej przez fotoreporterów Faktu). Zachowanie Michalskiego nie powinno dziwić. Jak się weszło do jakiejś drużyny, trzeba z nią grać. Naczelny Faktu to zaufany człowiek wydawnictwa Axel Springer na Polskę. Tego wydawnictwa, które pogrąża i wynosi kanclerzy Niemiec. (I bez telewizji „Bild” może zniszczyć dowolnego polityka – można było przeczytać w Przekroju. W berlińskich kuluarach władzy obowiązuje niepisana zasada: z „Bildem” się nie walczy, „Bildowi” udziela się wywiadów).

To nie tylko wina nowych kręgów, w których Michalski zaczął się z niebywałym wigorem obracać. Pisarz przez długie lata zasłaniał się przed zaszachowaniem, które sam sobie teraz zafundował. Wyoutowany przylgnął z wdzięcznością do ludzi, którzy dali mu szansę, ale którzy należeli do systemu uprzednio przez niego krytykowanego. – Można popaść w obłęd, bo wszystko wokół kontrolują – zwierzał się w Telewizji Puls. (Artysta pominięty przez dystrybucję i pozbawiony odbiorców umiera). Mówił wówczas o środowisku, które próbuje posługiwać się demokracją z pozycji liberalnych. Dziś również z pozycji kłamliwie nazywanych konserwatywnymi.

Michalski uległ czarowi potęg tego świata, napisał tekst, który wzmacnia w wydawnictwie Springera jego własną pozycję i jego przyjaciela, Roberta Krasowskiego. Laurka Michalskiego to jednak o jeden krok za daleko. Wzbudziła niesmak i rozczarowanie wśród sympatyków pisarza. Nasz bohater – dysydent uprawia kicz na usługach ideologii, bo tak chyba należy nazwać politykę wydawnictwa, w którym pracuje. Władcy korporacji – zwierzchnicy Michalskiego, maskują swoją małość posiadaniem nadwornego pisarza, utalentowanego krytyka współczesności.

Michalski się nie łudzi ani swoimi zależnościami się nie chwali. Jest tolerowany na tyle, na ile mieści się w ambitnych planach korporacyjnego podboju. Jak sam to przyznawał: żyje w Matrixie – wykrojonym z korporacyjnego świata kawałku autonomii działającej na zasadach komercji i fikcji, które stara się oszukiwać.

Ale może dzięki tym zabiegom, tej odrobinie koniunkturalizmu Michalski przywraca nam - paradoksalnie - nadzieję na wolność od dyktatu właścicieli mediów, którym się przypochlebia… ? W latach ucisku nawet taka fikcja zdolna jest przywrócić nadzieję, dowiadujemy się z filmu Beniniego. (Uciskiem nazywam sytuację pozbawienia wyboru, a skoncentrowanie wolności wyboru i władzy w rękach ludzi będących poza wszelką kontrolą społeczną, ponad „granicami narodowymi i kulturowymi”).

Nie wiemy też, ile go kosztuje wywalczenie sporadycznej przyzwoitości w kręgach pracowników Dziennika. (Takim aktem przyzwoitości była np. decyzja o opublikowaniu wywiadu z siostrą Małgorzatą Chmielewską, która brawurowo rozprawia się z argumentacją popleczników eutanazji). Może Michalski jest jak Konrad Wallenrod, najprzyzwoitszy z koncernowych publicystów.

Ale jest też druga strona medalu. Michalski jako ta szlachetniejsza twarz Dziennika uwiarygodnia ideową pustkę jego dziennikarzy, ich rzemieślniczy i arogancki kręgosłup.

Michalski pisał: (…) na przesunięcie polskiego ustawodawstwa aborcyjnego jeszcze nieco w prawo nie pozwolił Marek Jurek i grupa bliskich mu posłów PiS. To ich głosów zabrakło, aby PiS wyszło z awantury z twarzą, aby w Konstytucji znalazły się dodatkowe zabezpieczenia utrudniające swobodną partyjną grę ustawą aborcyjną. I sądzę, że gdyby Kazimiera Szczuka, Magda Środa i Kasia Bratkowska były wystarczająco dowcipne, posłałyby teraz Markowi Jurkowi wielki bukiet róż.

Rozumiem Michalskiego, choć Michalski nie rozumie Jurka. To nie musi być przecież ostatnia debata na temat aborcji (również w Dzienniku). Jest czas, by politycy ochoczo pielgrzymujący do Łagiewnik wsłuchali się ponownie w to, co ma do powiedzenia ks. abp Stanisław Dziwisz, a Dziennik by dopuścił ten głos do debaty, nie przed i nie po jej przeprowadzeniu.

***

18 maja Cezary Michalski napisał krótką notkę o Annie Radosz.

Ostatnim razem spotkałem się z historią Anny Radosz przed paroma miesiącami w programie Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”. Pokazano ją tam jako ilustrację do wystąpienia ówczesnego marszałka Sejmu Marka Jurka, który przygotowywał się właśnie do batalii o zmianę konstytucji. I wcale nie ukrywał swojej woli przystąpienia, prędzej czy później, do walki o totalne uszczelnienie ustawy antyaborcyjnej. Tak, aby kobieta zagrożona śmiercią, nie mogła wybierać.

Pisarz skłamał. Jurek jak i nauka społeczna Kościoła pozostawiają matce wybór między życiem a życiem. Można snuć domysły dlaczego tak podle poniżył intencje byłego marszałka. Niech to pozostanie tajemnicą jego duszy. Pisarz poniżył też moralność chrześcijańską nazywając ją z iście postkantowską dosłownością: szantażem i wymuszeniem. (Anna Radosz wymyka się kantowskiej dialektyce – jej wybór dyktowała prawdziwa miłość, czyli istota moralności chrześcijańskiej działającej wewnątrz człowieka).

Anna Radosz stała się już symbolem, który natchnął Anglików i Szkotów. Obywatele Albionu niespodziewanie obudzili się ze złego snu, w którym miłość przestała już odgrywać pierwszoplanową rolę. W swojej ojczyźnie Anna tym bardziej cieszy się szacunkiem. Nic wymowy i skutków jej decyzji nie osłabi.

Michalskiemu – ukształtowanemu w typowej, konceptualnej manierze – brakuje bardziej wysublimowanego aparatu pojęciowego. Pisarz nie zauważa sensu demokracji definiowanej wokół godności człowieka. Jeśli mówimy: godność ludzka, to musimy się zgodzić na definicję tego co ludzkie, co jest dobrem człowieka. Nie sposób zapewnić bezpieczeństwa jednostkom nie definiując w ogóle ludzkiego.

Będąc chrześcijaninem Michalski odmawia sobie rozumnego uzasadnienia godności ludzkiej, zastrzegając je tylko dla wiary. Wiara zaś w jego dyskursie jest obecna pomocniczo, zatem na marginesie. Dlatego człowiek w takim ustawieniu ląduje, jako drugi po ustroju. To kwestia formacji. Przełamanie monopolu postkantowskiego może się dokonać na gruncie umysłu wolnego od idealizmu, a wolnego do odkrycia celów ludzkiej egzystencji. Byt i umysł zostały drastycznie rozdzielone u Kanta, a przecież sens rzeczy bierze się z afirmacji bytu (Najpierw kodujemy neuronalne a potem poznawczo – powiedzą psychologowie umysłu.)

Michalski, odmawia umysłowi najwznioślejszej aktywności – dochodzenia prawdy o człowieku i Bogu. Przed takim kierunkiem myślenia nie ma przyszłości, bo świat na przekór idealistycznej presji będzie ewoluował w kierunku życia społecznego czerpiącego inspirację z transcendencji. Michalski nie uwzględnia - tętniącego w swoich cywilizacyjnych propozycjach - niszczącego chaosu, bo nie wolność wyzwala, lecz prawda, której wybór jest spełnieniem. Utopia absolutnej wolności wyrasta z przekonania, że wolność jest ufundowana na samej sobie i spełnia się w sobie samej. Nic bardziej błędnego.

Suwerenność narodów z pominięciem ludzkiej godności jest niemożliwa, a ludzka godność wyniesiona ponad ustroje polityczne i systemy nadaje prawdziwą wolność ludom i narodom, której żadne siły wywołujące respekt w Michalskim - oprzeć się nie zdołają. Kto wie czy Michalski żyjący w cieniu Springera najzwyczajniej nie jest przerażony przemocą, której jest pasywnym modułem. Strach tłumaczyłby jego dwuznaczne wypowiedzi.

Joanna Lichocka

Przyglądam się Michalskiemu z potrzeby uznania jego wielkości, adekwatnej zresztą do dylematów sumienia, które można porównać z tymi przeżywanymi przez pisarzy emigracyjnych dekadę wcześniej. Ale jest to też tło do przeprowadzenia krytyki Joanny Lichockiej, koleżanki Michalskiego z czasów Pulsu, dziś zbliżonej do środowiska Dziennika, choć publikującej w Rzeczpospolitej . Wrażliwość Michalskiego uchroniła go od całkowitego i bezmyślnego zapadnięcia się w koniunkturalizm. Inaczej jest z Lichocką, która jest mniej wrażliwa i dużo bardziej koniunkturalna.

Konserwatysta korporacyjny jest w stanie pomieścić w sobie wiele postaw. O ile ta Michalskiego w kwestii poprawki do Konstytucji wykazywała się jakąś spójnością, to myślenie Lichockiej wstrząsa brakiem konsekwencji.

W tekstach Lichockiej kompletnie nie słychać troski o pozytywną dla dzieci poczętych zmianę Konstytucji. Publicystka przesuwa punkt ciężkości debaty z pryncypiów etycznych na politykę, upolitycznia więc zasadę, że życie ludzkie jest święte.

Lichocka troszczy się o wszystko i wszystkich, z pominięciem tych, którzy głosu nie mają. Wyraża się jasno i logicznie. Nie rozbijajmy prawicy – postuluje. To piękne – troszczy się o jedność prawicy! Ale logika jej dowodzenia jest identyczna z tym, co mówią do nas posłowie lewicy z PO i SLD. Bardziej prostolinijni od Lichockiej wydają się SLD-owcy, którzy są przekonani, że życie ludzkie nie zaczyna się z chwilą poczęcia. Lichocka – przynajmniej w czasach, gdy związana była z franciszkanami, wychodziła z założenia, że jest tak jak mówi Kościół.

Ta katolicka publicystka, jak jeszcze niedawno mawiała o sobie, zmieniła się po wyjściu z Pulsu i tak jak wielu neofitów otwarcie dystansuje się do swoich korzeni i wstydzi się ich. Zachowuje się jakby próbowała zyskać wiarygodność w środowiskach, które inspirację chrześcijańską w zawodzie dziennikarza uznają za bezrozumną i podważającą bezstronność, choć to raczej bywa na odwrót – ideologami stają się ci, którzy ostentacyjnie preferują neutralność światopoglądową.

W tekście Lichockiej o Jurku można więc było usłyszeć ton pogardy względem ultrakotolików (czy papież, który był przeciwny zabijaniu dzieci niepełnosprawnych, też się do nich zalicza?). Ci którzy nie chcą budować cywilizacji (czytaj IV-j Rz-j) zdecydowanej na zagładę własnych dzieci są tchórzami i hipokrytami – przekonuje Lichocka. - Opętanymi przez złe duchy.

Już samo natężenie tak emocjonalnych określeń na tak wąskim odcinku jak felietonik dla Rzeczpospolitej budzi wątpliwości. Lichocka mówi jak rasowy wychowanek salonu dzierżący bat reguł wpływu społecznego. I z gorliwością nowonawróconej wtopiła się w korporacyjny pejzaż utrzymując, że poza nim nic nie istnieje, a prawicowe dochodzenie do hipostazy społecznej nie może dokonywać się w opozycji do Matrixu. Dlatego m. in. przyjęcie logicznego założenia, że życie ludzkie jest autonomiczne samo w sobie przedstawione jest przez Lichocką w krzywym zwierciadle. Mamy się wstydzić – według niej – radykalizmu, którym autorka felietonu o Marku Jurku umiejętnie zastępuje logikę życia i demokrację WARTOŚCI.

Etykietyzuje, zastrasza, przekonuje, byśmy stanęli po stronie większości, wywołuje pogardę dla zdziecinniałych zwolenników ochrony życia, jakże nieracjonalnych, apolitycznych, głupich i radykalnych. Obrońcy niepełnosprawnych powinni się wręcz wstydzić swojego fanatyzmu - uważa.

Czytając tekst Lichockiej o aborcji można odnieść wrażenie, że tak jak jej liberalni obyczajowo koledzy, chce zapłacić życiem dzieci niepełnosprawnych za opinię w Europie zachodniej, że liberalizm w Polsce trzyma się dobrze, a katolicyzm biegnie dwutorowo: inaczej w praktyce, inaczej w teorii. Katolicka dychotomia miałaby łagodzić obraz Polski złożony z ludzi głęboko wierzących.

Nadto głos Lichockiej w korporacyjnym chórku znowu uwierzytelnił tezę, iż włączenie wszystkich dzieci we wspólnotę cywilizacyjną jest nadmiarem WIELKODUSZNOŚCI, co w znacznej mierze zaważyło na klimacie poprzedzającym głosowanie w Sejmie. I stało się to zanim Jurek podjął decyzję o secesji.

Nie pogratuluję Lichockiej zmysłu politycznego, bo przyszłość może ją zaskoczyć. Uczciwość i konsekwencja w poglądach zazwyczaj bywa nagradzana, nawet w świecie wpływu społecznego.

Fałszywa troska o dobrostan obozu rządzącego przysłoniła jej podstawy naszej cywilizacji. Jurek, chociaż prezenterem w Pulsie nie był, doskonale pamięta słowa Jana Pawła II: cywilizacja, która zabija najsłabszych, niewarta jest przetrwania.

I to nie Jurek jest winny rozbicia prawicy, lecz ci konserwatywni intelektualiści, którzy rozmywają znaczenia słowa prawica, konserwatyzm czy wreszcie moralność i wartości życia społecznego. Polska prawica może się zjednoczyć wyłącznie na gruncie chrześcijańskiej inspiracji, refleksji antropologicznej, bogactwa nauczania społecznego Kościołów chrześcijańskich i mądrej, intelektualnie pogłębionej opozycji do liberalizmu. Tak przynajmniej podpowiadają pragmatyzm i doświadczenie.

Lichockiej zaś życzyć można przełamania barierek salonu warszawskiego, może wtedy rozluźni się i zacznie być taką, jaką ją pamiętamy z telewizji ojców franciszkanów, w której jeszcze szanowała zdanie biskupów.

Manuela Gretkowska

Aby jednak uzmysłowić sobie wysokość „ciśnienia cywilizacyjnego” na polskich konserwatystów trzeba by się przyjrzeć konserwatystce jeszcze bardziej skrajnej obyczajowo. Wulkanem emocji politycznych jest kontrowersyjna Manuela Gretkowska. Przywołuję jej postać jako ikonę polskiej emigracji wewnętrznej, dylematów nielicznych polskich intelektualistów, którzy zdołali się przebić się do masowej świadomości za cenę utraty swojej tożsamości.

Głosiła wyjątkowo konserwatywne poglądy. W 1993 roku część jej kolegów z brulionu ustosunkowała się do nich.

„Pełen zadowolenia, odruchowy, wolny od cienia wątpliwości antysemityzm i odwieczna mrzonka o narodowej wyższości. Ta młoda autorka opowiada tutaj rzeczy właściwie niebywałe: jednym tchem wspomina od niechcenia, że jej krewni działali w SS i dodaje, że ona łatwo mogła sama zostać Żydówką, tylko ci cholerni izraelscy rasiści uznali ją [...] za nie dość aryjską. O tym wszystkim opowiada mimochodem i bardzo chytrze [...]. Oczywiście to Arabowie próbują w austriackim obozie dla uchodźców okraść „Herrenmenscha” z Polski; i oczywiście to czarnuchy w paryskim metrze sygnalizują sobie, gdzie najtaniej można dostać banany. [...] To tekst przesycony na wskroś jadem starego polskiego rasizmu” („bruLion” 1993, z. 4, s. 21-22).

Czy w przypływie szczerości Gretkowska faktycznie ujawniła wtedy swoje kompleksy. Żydówką zostać nie mogła, ale liberalnym skandalistą - czemu nie? Oczywiście wejściówką okazała się aborcja. Wychowana w tradycjonalistycznej rodzinie, pozująca na matkę Polkę (córka Gretkowskiej to Pola), katoliczkę posyłającą dziecko na lekcje religii zajęła pozycje już wypróbowane w wyścigu do sławy: jako konserwatywna feministka stanęła w obronie kobiet uciskanych przez mężczyzn – zmuszanych do donoszenia ciąży.

Chwyciło! Gretkowska była coraz częściej zapraszana na salony, obnoszona jako cud przemiany, powrót na łono rozsądku. Ale przenikliwe autorytety i tak nie dały jej wiary. Pisano o niej: „Istnienie Gretkowskiej w przestrzeni publicznej polega na budowaniu fikcyjnej autobiografii o znamionach gry”.

Los neofitów jest nie do pozazdroszczenia. Gretkowska, oryginalna pisarka, która nie mogła zostać Żydówką, musiała odegrać rolę liberała, żeby nie oszaleć w granicach swojej wewnętrznej emigracji, wygnania za niepoprawność poglądów antysystemowych. Jak ostrzegał Cezary Michalski: nie da się żyć dłużej poza systemem, można oszaleć.

Tych troje konserwatywnych intelektualistów włączyło się w arbitralnie realizowany system liberalny. Każde na swój sposób. Trochę z głupoty (Lichocka), trochę z próżności (Gretkowska), a w przypadku Michalskiego z tchórzostwa i samooszukiwania się. Każde w jakimś stopniu wyrzekło się siebie, poszło na kompromis, żeby nie oszaleć - w głębi duszy pozostając chrześcijanami.

Jacek Lehr


Biskupi - nie fanatycy - polemika z Cezarym Michalskim

Robert Krasowski i kulisy jego państwa neutralnego



Konserwatyści | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,697 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń