Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Nad "rozwojem duchowym"

Polemiki

Czytając takie teksty jak  artykuł "Rozwój duchowy - czy na pewno "rozwój"" autorstwa Pana Marka Stefaniaka, człowiek musiałby chyba rzucić pracę i poświęcić się w całości pisaniu polemik i odpowiedzi. Nie będę się zajmował całym tekstem, bo pewnie mój własny tekst zabrałby ze dwa albo i trzy razy tyle miejsca, co sam artykuł. Można moje dość luźne uwagi traktować jako polemikę, ale ja osobiście traktuję go jako „dodatek” do artykułu pana Marka. Niniejszy tekst pomyślany był jako komentarz do umieszczenia pod artykułem, ale zrobił się on zbyt długi. Pisany był w nocy z soboty na niedzielę (około 1 i 2 w nocy) i to pisany „jednym tchem”. W niedzielę rano przejrzałem i stwierdziłem, że wiele zdań jest baaardzo długich, ale postanowiłem ich nie zmieniać, lecz pozostawić w ich pierwotnej formie. A ponieważ odpowiedź ma charakter osobisty, więc jako ilustrację (obok) włożyłem swoje własne logo (synkretyczne, bez wątpienia).





Tak, to prawda, jest u nas na Zachodzie (hahaha! „Zachodzie”! Piszę z bardzo dalekiego wschodu, ale kulturowo, cywilizacyjnie i w większości także rasowo należącego do Zachodu...) wiele terapii, „terapii”, specjalistów i pospolitych szarlatanów. Misz-masz rasowy, kulturowy, religijny, narodowy, oblany dodatkowo istną Niagarą bezsensownych informacji z manipulowanych przez wielki kapitał mass-mediów najpierw fascynuje, a potem coraz bardziej... nudzi i powoduje albo zobojętnienie albo sprzeciw. Człowiek stopniowo obojętnieje, zwłaszcza że standardy życiowe są na ogół takie (w porównaniu do większości innych krajów), że społeczeństwa są atomizowane. Ludzie jakby mniej siebie wzajemnie potrzebują Rozwody i separacje niszczą coś z 50 procent małżeństw. Dzietność jest niewielka. Wielość religii jest taka, że coraz bardziej ludzion „zwisają”. Możnaby jeszcze dalej ciągnąć te przykłady, ale chyba narazie wystarczy.

Te społeczności celowo osłabiane niemal we wszystkich elementach, które je dotąd integrowały (jak właśnie naród, rasa, religia, kultura, historia – tak, historia też, bo wielomilionowe masy imigrantów, zarówno tych legalnych jak i nielegalnych na tym Zachodzie, nie mają przecież wspólnej z gospodarzami historii...), nie są jednak całkowicie pozbawione ani duchowości, ani potrzeb duchowych. Wszyscy ludzie w końcu rodzą się ze zdolnością do przeżywania, do myślenia, filozofowania itd. Mając na codzień głowy zaświniane papką o tym, że ta różnorodność je „ubogaca” oraz „wzmacnia” – i aprobując tą papkę bez zastanowienia – no bo przecież cała telewizja o tym trąbi od wczesnego rana aż po późną noc, radio ryczy o tym wszędzie (nawet w osobistych autach...), wszystkie gazeciska marnują na to całe tony papieru, z ambon głosi się tę zarazę niczym nowe, absolutnie nienaruszalne dogmaty (na dogmaty religijne można się krzywić, ale na te „wielokulturowe” absolutnie nie...), autorytety moralne w czynie społecznym i za pieniądze z namaszczeniem głoszą tą swoistą herezję, a politycy prześcigają się w w czołobitności przed tą rozbijacką i zdradziecką subwersją własnych społeczeństw – takie społeczeństwa nie mają już żadnego mocnego „punktu zaczepienia”, na którym możnaby się oprzeć. Pozostaje bowiem jedynie pusta gadanina o tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi (tak, pusta gadanina, bo o tym akurat, że jesteśmy ludźmi, nie trzeba nas chyba specjalnie informować...) oraz – a jakżeby inaczej – RYNEK! „Gospodarka rynkowa” (a jaka jeszcze inna może być? Czy słyszał kto kiedy o gospodarce bez rynku?), „partia prorynkowa” (to o partii politycznej, która opowiada się za szczególnie umiłowanym przez banki światowe rodzajem warunku egzystencji rynku), „mechanizmy rynkowe”, „prawa rynku” itd, zawsze z tym czarodziejskim słowem „rynek” lub „rynkowy” (tak jak za komuny rzężono znowuż o „socjalistycznym” – „partia socjalistyczna”, „sprawiedliwość socjalistyczna”, „społeczeństwo socjalistyczne”, „porządek socjalistyczny”, „socjalistyczna ekonomia polityczna”, „gospodarka socjalistyczna” itd.). Ludzie sprowadzani są coraz bardziej do poziomu skundlonej bandy konsumentów, a banki, które w coraz większym stopniu rządzą rządami, parlamentami i całymi krajami, zazdrośnie pilnują, aby nic innego poza „rynkiem” (no i oczywiście poza tą „religią” różnorodności, kulturowego i etnicznego misz-maszu i gnojenia wszystkich itniejących jeszcze podstaw integracji społecznej) nie zajęło zbyt mocno uwagi konsumenckiego bydła...

Czy można się dziwić zatem, że w takich warunkach ludzie uciekają w rozmaite terapie, „counsellingi” i inne formy, za pomocą których pragną się jednak duchowo rozwijać? Niektórzy ludzie rzucają się w wir takiego rozwoju, tak, jak zrozpaczeni muzułmanie na Bliskim Wschodzie rzucają się znowuż – z ładunkami wybuchowymi – do zamachów bombowych... Jedno i drugie jest pożałowania godne i wręcz nienormalne, ale jedno i drugie ma swoje bardzo realne korzenie i powody.

Dlaczego tak dużo o tym piszę – i to w środku australijskiej nocy?  Bo z reguły ubolewamy jedynie nad jakąś cząstką rzeczywistości, piszemy o pustce duchowej Zachodu, ale rzadko widzimy, że wszystkie te rzeczy wspomniane powyżej (i zapewne cała masa innych) są ze sobą powiązane tą jedną cuchnącą pajęczyną wynarodowienia, zdekulturowienia (pod płaszczykiem „ubogacania różnorodnością”) ciągnącą do jednego wspólnego rynsztoka, w którym w zasadzie nic nie ma już sensu: tradycja nie ma sensu (bo przecież jest wiele różnych tradycji na świecie, wobec tego trzymanie się jednej to rodzaj „szowinizmu”), patriotyzm nie ma sensu (pamiętacie jeszcze ten debilny artykuł prof Żuradzkiego „Patriotyzm jest jak rasizm”?), nacjonalizm nie ma sensu (bo rzekomo nic poza szowinizmem nie stanowi jego treści), świadomość rasowa to wręcz grzech (bo składa się rzekomo tylko z nienawiści i chorobliwej żądzy mordu), religia nie ma sensu (bo to tylko rodzaj inkwizycji przebranej w słodki język duchowy- i tu słodka niespodzianka: sąsiedni Serwis ekumeniczny zaprasza na swych łamach na jakąś szemraną debatę o tym, cytuję: „Czy katolicyzm szkodzi nowoczesnej polskości?”), elity nie mają sensu (a kto, do cholery, słyszał kiedy o społeczeństwach bez elit? Nawet w więzieniach tworzą się elity i to samoczynnie...), spoistość narodowa nie ma sensu (bo winniśmy być „otwarci”, a nie „zaściankowi”). W tym bagnie mamy być tylko ludzkością. I chyba już niczym więcej. Ludzkością o orientacji „rynkowej” oczywiście. „Ludem” o określonych potrzebach konsumpcyjnych i stadem robotów do głosowania na figurantów uprzednio wyselekcjonowanych przez kapitał...

I tu dopiero dochodzimy do sedna problemu. Wyzwoleni z jednej strony ze sztywnych nieco okowów dotychczasowych systemów, a z drugiej nie mając niczego trwałego w zamian, ludzie będą poszukiwali rozmaitych dróg. Jedni w nowych religiach (jak scjentologia), inni w reformowanych wersjach dotychczasowych religii (lub w ich zdegenerowanych formach, uchodzących za „reformowane” i „unowocześnione”), jeszcze inni poza wszelkimi religiami (bo doszli już do wniosku, że wszelka religia jest zła i podła niczym komunizm czy „rasizm”). Będą zatem korzystać z rozmaitych form rozwoju (lub pseudorozwoju) duchowego oferowanych n.... właśnie: na RYNKU.
I tak jak są już wystarczająco zatomizowani jako społeczeństwo, tak też w takiej właśnie zatomizowanej, zindywidualizowanej formie "rozwoju" będą poszukiwali odpowiedzi niemal na wszystkie kwestie: od stworzenia świata aż po codzienną dietę. 

Nie chcę zajmować się całym tekstem p. Marka Stefaniaka (nazwisko to czy pseudonim? Pytam, bo od „Gallów Anonimów” się tu roi, w przeciwieństwie do ludzi podających swoje pełne nazwiska). Nie będę próbował ustosunkowywać się do każdego stwierdzenia. Nie twierdzę też, że nie ma on sporo racji, bo w jego tekście jest sporo prawdy. Zasygnalizujmy jednak parę kwestii zawartych choćby w jednym tylko fragmencie:

 Praktyki te są żywcem czerpane z religii wschodu, przy czym w sferze magicznej czerpią przede wszystkim z krwawych wierzeń religii hinduistycznej a w sferze praktyk oświeceniowych z tradycji buddyzmu tybetańskiego. Granice są tu zresztą płynne, bowiem jak wiadomo, buddyzm tybetański sam jest tylko schizoidalnym wypaczeniem religii hinduistycznej. Wartością, której dostarcza buddyzm, a której sam hinduizm nie daje, jest wiara w samo "oświecenie" i wiara w nadludzkość każdego oświeconego - każdego Buddy, który sam jest człowiekiem bogiem - istotą ponad światem i ponad prawem. "Duchowi rozwojowcy" wierzą a przynajmniej starają się sobie wmówić, że każdy z nich może takim bogiem - człowiekiem zostać”.

Powiedziawszy parę linijek wyżej coś o chęci wywyższania się (i przywoławszy przykład komunistów i SS-Mannów – ciekawe, czemu nie naszych niegdysiejszych biskupów, bardziej chyba pasowaliby tu w odniesieniu do duchowości i religii...), autor sam okazuje pogardę innym religiom (ja jako rasista mam lepsze zdanie o wszystkich innych rasach niż on ma o innych religiach...). Najpierw pisze o „krwawych wierzeniach religii hinduistycznej” (hola, hola, a Stary Testament to co? Nie leje się tam krew niczym w szlachthauzie? I to wszystko „ubogacone” jeszcze pisaniną jak najbardziej wywyższającą „naród wybrany”, który jest „błogosławioną rasą”), potem dodaje, że „wiadomo” (komu wiadomo, Panie Marku?) że buddyzm tybetański jest jedynie tegoż krwawego hinduizmu „schizoidalnym wypaczeniem” (zaiste, marksistowska frazeologia o „opium ludu i opium dla ludu” wydaje się być w miarę umiarkowanym określeniem). Potem dodaje, że każdy poszukujący oświecenia stawia siebie ponad światem i ponad prawem. Najprościej byłoby zapewne odpowiedzieć, że ni ma takiej idei, takiego poglądu, takiej opinii czy takiego wierzenia, które nie potrafiłoby zwieść na manowce. Tak jak nie ma takiego przedmiotu, który nie mógłby stać się narzędziem przestępstwa i tak jak nie ma takiego ludzkiego temperamentu, który w określonych okolicznościach nie mógłby okazać się raz to pozytywny, to znów negatywny... W końcu czy Biblia (głównie w swej starotestamentowej części) nie stała się glejtem dla barbarzyńskiego zwyrodnienia w metodach walki z „herezją”?  Również uwagi o o oddaniu się nakazom „guru” mają swoje zastosowanie do pomieszczonych w Nowym Testamencie uwagach o Pomazańcu („Christosie”), uwagach tak licznych, że aż nie chce się tu ich wyliczać i cytować. One też dały asumpt do niejednego prześladowania.

I tu dochodzimy do drugiego sedna: w świecie coraz większego bałaganu ideowego, mieszania niczym „grochu z kapustą” wszystkiego, co tylko da się mieszać – od ras aż po idee, frustracje następują tak po stronie tych, co od tradycji odeszli, jak i po stronie tych, co przy niej pozostali. Sądzę, że również sam artykuł Pana Marka jest tego ilustracją. W jakimś sensie i mój do niego dodatek też dałoby się podobnie odczytać.

W tym miejscu przerywam. Rozpisałem się i tak i nie mam czasu, by napisać krócej. Jeśli będzie dyskusja, to wtedy dokończę.


Cheers!!!


Michał Monikowski


Nad "rozwojem duchowym" | 1 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Nad "rozwojem duchowym"
montsegur wto, 25 lis 2008, 13:56:06

Na zakończenie powyższego tekstu napisałem, że jeśli będzie dyskusja, to go dokończę. Zamierzam spełnić tę obietnicę, bowiem dyskusja jest! Pan Marek Stefaniak odpowiedział na powyższy tekst swoim własnym, drugim już z kolei artykułem .

Przyznam, że nie za bardzo rozumiem logikę w ocenie buddyzmu czy jakiejkolwiek innej religii na podstawie testów psychologicznych, ocenie podanej w taki sposób, jak to uczynił Pan Marek. Fakt, że ludzie o określonych temperamentach czy typach psychiki mogą preferować konkretne religie (lub konkretne odmiany religii) nie czyni z tych religii „schizoidalnych” czy „histerycznych”. Znane są także przykłady preferencji konkretnych rodzajów muzyki przez ludzi o rozmaitym usposobieniu. Powstała nawet nowa gałąź zwana „music psychology”. Nie oznacza to jednak, że muzyka jest schizoidalnym wypaczeniem dźwięku. Można oczywiście wskazać, że poszczególne utwory są wynikiem schizofrenii lub histerii swych kompozytorów, ale to akurat byłoby właściwym porównaniem dla – jeśli mowa o religii – szczególnie wypaczonych sekt. Czy tango jest „schizoidalne”, a samba „histeryczna”? Czy oba te rodzaje muzyki są „wypaczeniem” czegokolwiek?  No cóż, jeśli teza Pana Marka o “schizoidalnym wypaczeniu” “krwawych wierzeń hinduistycznych” w odniesieniu do buddyzmu, ma być uzasadniona w opinii Autora (na bazie Szondiego  - a czemuż tylko na bazie jednego, wyjątkowo kontrowersyjnego testu jednego badacza?), to rozumiem, że Autor nie ma nic przeciw, aby jego własną religię (czyli katolicyzm) uznać jedynie za „histeryczne i epileptyczne wypaczenie krwawych wierzeń judaistycznych”... Używając cytatu z tekstu Pana Marka, możnaby w tym momencie zapytać: „Czy więc wobec tych faktów, nazywanie katolicyzmu „histrycznym i epileptycznym…” nie jest uzasadnione?”

By the way: Siegmund Freud też miał sporo do powiedzenia o religii (a Szondi był nim zachwycony...). Czy zatem normą ma być od tej pory próba dyskredytacji  jakiejkolwiek religii (przez wyznawcę innej religii...) pełna frazeologii freudowskiej?  I czy taka próba dyskredytacji staje się czymkolwiek bardziej uczonym tylko dlatego, że posługuje się ona taką frazeologią?

Doczekaliśmy się psychologii i niestety – doczekaliśmy się także wyjątkowo niesympatycznego wykorzystania tego „narzędzia” w postaci prób doszukiwania się schizofrenii i innych schorzeń niemal wszędzie – szczególnie w nieakceptowanych przez nas poglądach i wierzeniach innych ludzi... (właśnie: co by na taką „metodę” powiedziała psychologia?)

I potem taką argumentację stosuje się – jakżeby inaczej – dla  spotwarzania cudzej religii przy jednoczesnym gloryfikowaniu własnej. Oto próbka z drugiego tekstu Pana Marka:

„nie ma takiego przedmiotu, który nie mógłby stać się narzędziem przestępstwa”. (to cytat z mojego tekstu powyżej)

Zgoda, tylko jest jednak różnica w pierwotnym przeznaczeniu tych różnych przedmiotów. I znowu, buddyzm, czy szerzej, jego liczne synkretyczne klony bazujące na fundamencie gnozy, które zakładają, że świat realny jest światem złym, dążąc do zniszczenia tego świata (realnie lub w wyobraźni), czy też wyzbycia się go, oderwania od niego, są całkowicie czym innym, niż wszystkie inne postawy (religie judaistyczne, darwinizm), które postrzegają ten świat jako co najmniej co do zasady dobry. W wypadku tych pierwszych religii cel ucieczki od świata jest postulatem kanonicznym, w wypadku tych drugich postaw, bywa „wypadkiem przy pracy”.

Istotnie, trzebaby się natychmiast zwolnić z pracy, by odpowiadać na wszystkie takie „trafne” oceny. I to nie tylko oceny dokonywane przez naszych ko-religionistów. Wyznawcy innych religii również wykazują jakże podobną skłonność do stosowania takiej „metody poznawczej”, w wyniku której religie Zachodu są „pełne przemocy”, autorytaryzmu, nietolerancji i tym się między innymi różnią od pokojowo nastawionych, ach! jakże przepełnionych tolerancją i miłością religii Wschodu...Religii, które oderwaniu od świata (tak rzekomo charakteryzującego nas, Zachodusów...) przeciwstawiają ideę harmonii celesnego z duchowym...

Takie dyskusje, jak ta, którą my tu, Panie Marku, prowadzimy, miały tu już miejsce. I są tych dyskusji obszerne zapisy. Twierdzi Pan, że jest Pana stosunek wobec innych religii być może znaczony pogardą, ale to tylko dlatego, że w ten sposób odpowiada  Pan na „wywyższanie się” innych? (syjonistyczni Zydzi oraz Arabowie też twierdzą jedynie, że każdy ich zbrodniczy atak terrorystyczny to jedynie „odpowiedź” na terroryzm przeciwnika...). To stara, mająca tysiące lat historia. Wywyższanie się i ekskluzywizm znane były i naszym ko-religionistycznym przodkom.
A przypisywanie komujś oderwania się czy to od duchowości czy od realiów świata (zależnie od potrzeb propagandowych) ciągnie się bez przerwy za nami aż po dziś dzień. Mogę w tym miejscu odwołać się do artykułu, który 3 lata tem tu posłałem, a konkretnie do jego przypisów. Polecam szczególnie przypis 4 oraz 13 . One co prawda nie pokrywają się w 100% z naszą dyskusją, ale pokazują tę starą historię wywyższania się nad innych oraz „wolnoamerykankę” w dyskursach z gnozą (i pokrewnymi jej ideami...).

I już na koniec obecnego kometarza pytanie zadane mi przez Pana Marka:

„Pan Michał przedstawił dosyć radykalne stanowisko w kwestii „kręgosłupa kulturowego”. Co do zasady zgadzam się z tymi poglądami jednak nasunęło mi się pytanie, jak poglądy w takiej postaci mogły zafunkcjonować u Australijczyka a więc mieszkańca kraju naprawdę wielu kultur. Nie ma w tym pytaniu żadnych podtekstów czy też ironicznych pułapek. Po prostu czysta ciekawość wynikająca z nieznajomości tamtejszego otoczenia.”

Z przyjemnością odpowiem. Bo w kraju wielu kultur łatwiej dostrzec potencjalne zagrożenia wynikające z ekscesywnej polityki imigracyjnej niż w kraju takiej polityki nie posiadającym. To trochę tak, jak łatwiej poznać i domyślić się niebezpieczeństwa przestępczości w dzielnicy, gdzie stanowi ona plagę niż tam, gdzie przestępców się na ogół nie spotyka. I tak samo, jak udawało się pułapki komunizmu dostrzec łatwiej obywatelom demo-ludów niż np Niemcom Zachodnim. To właśnie w Australii zacząłem (niedawno dopiero) określać swoją narodowość jako „aryjską”  (dokładnie tak: „my Race is my Nation”) i to tutaj zacząłem siebie określać mianem „WN” (skrót od White Nationalist). W Polsce tego nie czyniłem.  Jeśli przejrzał Pan ten mój powyższy tekst w tej jego wersji, jaką „wkleiłem” bezpośrednio pod Pana pierwszym  tekstem z tej serii, to tam zauważył Pan fragment, który stanowi po części odpowiedź na Pańskie pytanie:

(Małe wyjaśnienie: oczywiście mam tu na myśli nie samą obecność rozmaitych kultur czy ras na jednym terytorium, bo to samo w sobie nie stanowi niczego złego. Chodzi o tempo szaleństwa polityki imigracyjnej i „wielokulturowej”, która, w razie jej kontynuowania, zamieni istniejące w poszczególnych krajach większości w mniejszości i to zaledwie w następnych kilkadziesięciu latach. Sama rozmaitość kultur czy religii mi nie przeszkadza. Sam jestem w pewnym sensie synkretyczny w poglądach).

Tak nawiasem: nie chodzi jedynie o „kręgosłup kulturowy”. Takie podejście zamykałoby całą sprawą jedynie w kategoriach kultur. Tymczasem człowiek posiada wiele „płaszczyzn identyfikacji”, nie tylko kulturę. Religię zna on również. Pojęcie narodu nie jest mu obce. Utożsamiać się on potrafi z konkretnym regionem w kraju, z samym krajem, z kontynentem, z rasą, z językiem, klanem, rodziną czy plemieniem. Utożsamiać się on może też z konkretną opcją polityczną (prawicą, centrum lewicą), z grupą zawodową, do której należy. I tak dalej.

 

C.D.N. – jeśli dalej się dyskusja potoczy...

Cheers!!!







---
Uwolnić Rudolfa, Zűndela, Frőlicha i Stolz! - bo Tőben już wygrał w Londynie i został zwolniony!

 

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,655 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń