Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Amoris laetitia: Co zostanie po Bergoglio? (cz. 2)

Rodzi się na naszych oczach Kościół dwóch prędkości: który respektuje definicję grzechu ciężkiego i jego konsekwencje, łącznie z sakramentalnymi oraz ten na Zachodzie, za którym postępuje autor adhortacji o rodzinie. Zgoda na edukację seksualną, uregulowania dla par jednopłciowych i społeczną ekspozycję niemoralności wołają o pomstę do nieba.



 

I.              Bergoglio przechodzi na stronę Kaspera: Komunia święta dla rozwodników

II.             Od pluralizmu do relatywizmu. Prądy sekularystyczne w Kościele

III.            Sumienie, wyjątek, norma

IV.            Ile jeszcze świata w adhortacji? Od błędów metody do dyktatury

V.             LGBT. Nie dla małżeństw, tak dla związków

VI.            Rodzina i edukacja seksualna

VII.           Inkluzja a tożsamość

VIII.          Jak Wojtyła przechytrzył niemiecki idealizm? Za co w adhortacji nokautuje się Biblię?

IX.            Prawdziwe niebezpieczeństwo


*    
   

IX.  Jak Wojtyła przechytrzył niemiecki idealizm. W adhortacji nokautuje się Biblię

 

Święty Jan Paweł II dzierży klucze, którymi można zamknąć spiżową bramę przed jednym z największych niebezpieczeństw zagrażających społeczności katolickiej od czasów Lutra. Takie niebezpieczeństwa zawsze pochodzą z ludzkiego umysłu. I na terytorium intelektualnym muszą zostać zwalczone "kontrideą". Dyscyplina i rygoryzm kościelny w takich konfliktach zawodzą.

 

Nie jest to jakiś tani dewocyjny ukłon w stronę polskiego papieża. Historia zatoczyła koło. W sukurs atakowanej przez rewolucję seksualną i teologów nowej moralności stolicy apostolskiej przychodzi realistyczny personalizm etyczny, z Polski, prześwietlający kolejne śmiertelne dla wiary chrześcijańskiej próby osadzenia moralności na idealizmie niemieckim.

 

Poznaj Häringa: od protestantyzmu do idealizmu w moralności katolickiej

Założeniem papieża Bergoglio było wykreowanie dokumentu teologicznego radykalnie duszpasterskiego. Ojciec święty nawiązuje w tym dążeniu do jednego z dwóch wielkich nurtów teologii moralnej autorstwa niemieckiego redemptorysty, Bernharda Häringa. Oba starły się przy okazji doniosłej deliberacji etycznej, której owocem była wydana 25 lipca 1968 roku encyklika Pawła VI o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego.

 

Bergoglio nie jest oryginalny. Mógł się posłużyć w nauczaniu o rodzinie i małżeństwie tylko jednym z dwóch aparatów krytycznych dostarczanych teologii moralnej w ostatnim półwieczu. Ich omówienie i porównanie pomoże zapobiec błędom wpojonym adhortacji o rodzinie, gdyż tylko jeden z nich koresponduje z nauką biblijną.

 

Urząd Nauczycielski Kościoła stanął w latach 60. ub. wieku przed dylematem: dopuścić antykoncepcję jako godziwą metodę zapobiegania poczęciu czy też ją odrzucić? Häring, będąc pod wpływem wielkich protestanckich etyków, uważał, że moralność jest dopełnieniem dialogu człowieka z Bogiem, wynikiem negocjacji, jakie ze Stwórcą prowadził Abraham i Jakub. Każdorazowo ma ona inny wynik, osobny dla każdego człowieka. Naprzeciw usadowiła się tradycja obiektywistyczna: personalizm realistyczny etykietujący myśl reformatorów teologii moralnej i obnażający jej sytuacyjną jakość. Jednym z liderów tej krytyki był współpracownik naukowy Wojtyły, ks. Adam Szostak.

 

Dwie teologie moralne w Kościele czerpały z dwóch różnych źródeł filozoficznych: idealistycznego i realistycznego. Tradycja moralności autonomicznej, która subiektywne sumienie z jego intencjami i przyczynami sytuacyjnymi separowała – w szczytnych celach - od obiektywnej prawdy żywiła się radykalnym egzystencjalizmem (min. J.P. Sartra). Bernard Häring płynął w wielkim autokratycznym nurcie egzystencjalistycznym, który wzbierał od lat 30. ubiegłego wieku i zalewał europejską myśl teologiczną. Moraliści katoliccy raczej nie nazwaliby się egzystencjalistami, zawsze podkreślali, że interesuje ich posoborowa odnowa, ale w metodzie i mentalnie trwali w idealizmie niemieckim. Tradycja tomistyczna, w której po pewnych korektach znaleźli się min. K. Wojtyła i belgijski tomista S. Pinker, inspirowała się dobrem metafizycznym i przeżyciem moralnym wiernie trzymając wybór moralny na powierzchni prawdy objawionej i odkrytej przez człowieka, także w procesie społecznym, w więzi etycznej.

 

Moralność autokratyczna przypisywała podmiotowi moralnemu trzy etapy działania. Opcję fundamentalną (wybór podstawowy), kiedy podmiot określa sam siebie, a więc nie jest w żaden sposób determinowany przez naturę, której biologiczne rozumienie zarzucano encyklice Humanae Vitae. Drugi to poziom autoprojektu, który pozwala formułować sądy słusznościowe w oderwaniu od natury i celu naturalnego i nadprzyrodzonego. Trzeci, dookreślający poprzedni, polega na uzgodnieniu autoprojektu indywidualnego z autoprojektem społecznym i dopisaniu do etosu moralnego pewnej uległości społecznej, a w niektórych wariantach włączenie jednostki w grzech społeczny.

 

Memorandum biskupiej komisji krakowskiej kontridealistycznie głosiło w tym czasie: "Osoba ludzka, mężczyzna czy kobieta, nie jest istotą bez ciała, ale jednością ciała i ducha. Moje "ja" nie jest tutaj, a "moje ciało" tam. Jako wolny podmiot moralny, jestem jednością ciała i ducha. Myślenie o życiu moralnym musi być myśleniem w obrębie tej jedności, biorącym pod uwagę oba wymiary ludzkiej osoby".

 

Jedna więc tradycja moralna wędrowała ku autokreacji i samostanowieniu a druga ku więziom etycznym i harmonijnemu, celowemu (celem jest miłość) rozwojowi człowieka.

 

Jedna praktycznie ignorowała metafizyczne przemyślenia zdając się na impulsy egzystencjalistyczne, które świetnie dopasowały się do postmodernistycznego klimatu. Druga, za św. Tomaszem, podkreślała - wchodząc tym samym w konflikt z postmodernizmem - istnienie obiektywnej natury ludzkiej, obiektywnego dobra i szczęścia człowieka oraz odpowiedzialności.

 

Najbardziej rzucającą się różnicą między tymi dwiema szkołami jest stosunek do wolności. Dla "nowej teologii moralnej", tzw. "moralności autonomicznej" punktem wyjścia niezmiennie jest wybór człowieka wytranscendowany w fenomenie – spotkaniu samego siebie w poznawanej rzeczy, ponad nią i obiektywną rzeczywistością (człowiek miarą poznania). W tomizmie o podmiotowości decyduje w pierwszym rzędzie miłość i sam fakt istnienia. Wyboru nie może dokonać ktoś, kto nie istnieje, kto nie potrafi przeprowadzić sądu egzystencjalnego, że coś jest albo nie jest i że coś jest albo nie jest dobrem, implikującym przyciąganie (pasja miłości). Usunięcie ontologii sprawia, że spotkanie z drugim człowiekiem i rodząca się z tego spotkania miłość narażone są na zamknięcie się w wyobrażeniu sobie "drugiego" (por. E. Levinas). Dlatego miłość w myśli kantowskiej i heglowskiej ulega marginalizacji i manipulacji – jest podmiot poznawczy i on się liczy. Liczy się odniesienie podmiotowe (wsobne), a nie przedmiotowe, ku rzeczywistości, bowiem rzeczywistość, łącznie z rzeczywistością drugiej osoby - w takim ujęciu - poznajemy poprzez siebie i wchodzimy z nią w relację poprzez siebie.

 

Koncepcja antropologiczno-wolnościowa człowieka każe upatrywać kryterium wartości moralnej czynu (czyli normę moralności) głównie, lub wręcz jedynie, w tym, jak dalece przyczynia się on do potwierdzenia wolności ludzkiego podmiotu i jej rozszerzenia: powiększenia jej władztwa względem "natury " nie zaś balansowania natury i kultury, ducha i materii, jak jest to w realizmie. Konsekwencją outującego naturę stanowiska było pokantowskie uzewnętrznienie norm moralnych. Natura człowieka nie będąc godna rozumu, który zdaniem Hegla jest duchem (słychać platońską pogardę dla ciała) nie mogła być - tym samym - bijącym wewnątrz ludzkiej struktury źródłem moralnych drogowskazów i śladów, nie miała też dostatecznej renomy, aby wchodzić w specyficzny dialog z kulturą i duchowością dla wyprowadzenia moralności. Zatem jedyną drogą, którą normy moralne mogły do nas dotrzeć, były zewnętrzne imperatywy, receptowane i przeobrażane przez jednostkę. Moralność ma więc wartość zewnętrzną, narzucającą się a człowiek selekcjonuje odgłosy dobiegające go ze środowiska. Taki układ implikuje opozycję wolności, wolnego ducha i rozumu do nakazów i zakazów. Człowiek staje się wiecznym i wątpiącym, falsyfikującym przedstawiane mu dane podmiotem własnych wyobrażeń i gier umysłu.

 

W szczególnym sporze, który definiował reformę kościelną i format duszpasterski, zwarły się wszystkie pasje niemieckiego idealizmu, który tak niepowtarzalnie zasymilowała teologia protestancka. Będąc, początkowo niezmiernie biblijną, zdominowała ona katolicką teologię, tak jak wyższe cywilizacje i kultury wchłaniają pośledniejsze organizmy.

 

Urząd Nauczycielski Kościoła katolickiego nie ugiął się przed niemieckim moralizmem. Paweł VI - mimo przewagi trendu permisywnego w specjalnie powołanej komisji doradczej - zakazał antykoncepcji i ocenił ją jako niemoralną. W niedalekiej przyszłości decyzje Montiniego potwierdził i rozbudował Jan Paweł II, sam etyk realistyczny. K. Rahner, J. Fuchs, B. Schtiller, K. Demmer mogli się czuć zawiedzeni. Wojtyła zradykalizował magisterium Kościoła pod kątem realizmu etycznego wprowadzając kryterium prawdy w encyklice Veritatis Splendor (Rozdział II) oraz powołując nadrzędnie w tym samym dokumencie filozofię realistyczną św. Tomasza, co zawężało im pole teologicznego manewru.

 

Przed setkami księży wychowanych przez protestantyzujących mistrzów teologii etycznej pojawiła się pokusa buntu i kontestacji, co przez cały swój pontyfikat odczuwał na własnej skórze przewodzący Kościołowi od końca lat 70. Polak. Przekonane o własnej wyższej kompetencji pokolenie uczniów Häringa dotkliwie przyjęło wyrażaną wprost dezaprobatę stolicy apostolskiej. Wielu z nich zostało zawieszonych w nauczaniu. Ich koncepcja antropologiczno-etyczna znalazła się, wbrew posoborowym nadziejom, poza głównym nurtem katolickiego nauczania, choć była mocno osadzona w duszpasterstwie nie znajdując w nim żadnej innej konkurencji. Niemieccy katolicy byli upominani przez Watykan za stosunek do aborcji, antykoncepcji, praktyki sakramentalnej i małżeńskiej. Takie położenie części posoborowych intelektualistów wyrobiło w nich ogromnie szkodliwy dla całości chrześcijańskiej w Niemczech status dyscyplinowanych dysydentów a że Paweł VI nie odważył się otworzyć forum dla debaty, w której jak równy z równym teolodzy wymieniliby się racjami niemiecka strona sporu zasklepiła się surowo identyfikując Rzym z pozbawioną argumentów bezduszną biurokracją. Niemcy ponieśli dumnie swój wewnętrzny bunt do naszych niespokojnych czasów.

 

Tradycja Häringa wciąż żywa i atrakcyjna - z tych samych zapewne powodów co nurty postmodernistyczne poddające krytyce wieloraki klasycyzm oparty na myśli św. Tomasza i Arystotelesa - dotknięta też jest tymi samymi wadami co postmodernizm, w którym znalazła sprzymierzeńca. Postulaty egzystencjalistów, do których nawiązywała przebiły się do dyktatury gender znajdując wspólną przestrzeń w zasadzie autokreacji (konstrukcji i dekonstrukcji). Nie mogła orzekać o samodzielnej i kompetentnej teorii moralności: nie precyzowała definicji, upłynniała granice dyscyplin teologicznych i antropologicznych. Była wyzwaniem i ciekawą bazą krytyczną dla nurtu realistycznego w teologii, ale nigdy szkieletem akademickiej teologii moralnej poważanej przez Watykan. Niemniej dla wielu młodych teologów i duszpasterzy odnajdujących się w awangardzie zmagań o tożsamość katolicką mogła się wydawać adekwatną i ciekawą odpowiedzią w posoborowym zamęcie, który stał się okazją do otwarcia bram Kościoła przed ideologicznymi barbarzyńcami.

 

Häring, jako pewien znaczący symbol represji ze strony Urzędu Nauczycielskiego Kościoła i autor "kultowego" podręcznika teologii moralnej, wywołał kryzys niemieckiego duszpasterstwa i miał być jego lekarstwem. Z jakim skutkiem dostrzec można w szerokim kadrze dziesięcioleci.

 

W Niemczech, w dobie swojego kształcenia, z myślą redemptorysty zetknął się Bergoglio. Pozostał pod jej wpływem po przyjeździe do ojczyzny. Wraz z wyborem Argentyńczyka na Tron Piotrowy nastała godzina powrotu moralności autonomicznej z wygnania. I tak jak Wojtyła preferował swój nurt personalistyczny w magisterium kościelnym, tak Kasper, Schönborn i Marx posłużyli się Bergoglio, żeby przywrócić do łask teologię Häringa. Pasywny teologicznie Bergoglio zachęcony sentymentalnymi przesłankami podsuwanymi przez niemieckich biskupów instaluje ją w adhortacji.

 

Ewangelia Jezusa a moralność seksualna

W porządku chronologicznym opustoszenie Kościoła poprzedziła jego otwartość na ideologię świecką, lecz punktem odniesienia dla samej adhortacji i jej interpretacji może być tylko osoba Pana Jezusa, Jego nauczanie i postawa. "Co ponad to jest, od złego pochodzi".

 

Jeśli chcemy znaleźć teologiczny klucz do tego dokumentu (antropologiczny i ideologiczny po trosze omówiłam), to dzierży go właśnie niemiecka automoralność, która finalnie rozmija się z kilkoma spójnymi strategiami Dobrej Nowiny Pana Jezusa.

 

Jak Ewangelia zarysowuje te kwestie moralne, bo ważne jest nie tylko to, co zostało wepchnięte w terytorium Kościoła, ale i to co zostało wypchnięte pozostawiając w nim pustkę?

 

1.      Jezus wzywał do heroizmu i doskonałości a półśrodki w jego pedagogice były nieobecne.

2.      Tylko grzech i świętość były podnoszone przez Jezusa. Nie ma w Ewangelii stopniowania grzechu czy cieniowania świętości.

3.      Nawrócenie w pedagogice Jezusa miało charakter natychmiastowy, bezzwłoczny i każdorazowo finalizowało każdy dialog, którego treścią była refleksja nad grzechem.

4.      Nauka o małżeństwie i seksualności (pożądliwości) jest w Ewangelii spięta dwiema klamrami: początkiem – Księgą Rodzaju i Eschatologią.

 

Franciszek chce przezwyciężenia idealnej, czyli jego zdaniem abstrakcyjnej rodziny, przez powrót do kontaktu z jej bogatą i kompleksową rzeczywistością, czyli niedoskonałą postacią. Czy Pan Jezus unikał kontaktu z bogatą, niedoskonałą rzeczywistością? Nie. Czy ta bogata, niedoskonała rzeczywistość była treścią jego nauczania? Nie.

 

(Kult różnorodności cywilizacyjnej zawsze stanowił pokusę wielokrotnie artykułowaną w Biblii od chaldejskiego Ur, które Abraham na żądanie Boga porzucił dla jałowych kulturowo przestrzeni.)

 

Jaką pułapkę zastawia Bergoglio? Albo w jaką sam wpada? Treścią nauczania i definicyjnego zrównania chce uczynić rodzinę niedoskonałą – niesakramentalną, co prowadzi do stopniowej marginalizacji pełnej i trwałej relacji rodzinnej.

 

Papież sugeruje, że Kościół konserwatywny, czyli ten trzymający się kurczowo nauczania o doskonałej rodzinie, nie wchodzi w kontakt duszpasterski z rodzinami w sytuacji nieregularnej. - Jeżeli nie wchodzicie w kontakt ze współczesnymi, niedoskonałymi rodzinami, to nie możecie nauczać i czynić priorytetem doktrynalnym doskonałej rodziny - insynuuje. Tak sformułowany wniosek to błąd podstawowy następstwa logicznego.

 

Otóż ani Kościół współczesny, zwłaszcza konserwatywny nie unika, jak sugeruje Bergoglio, kontaktu z rozwodnikami i ich dziećmi (to schemat lat 50., który dziwnie jest świeży w percepcji duszpasterskiej papieża: jeśli Kościół uwolni się od zachowawczego formalizmu, który Franciszek podejrzliwie wszędzie wykrywa, choć na zachodzie jest on od dawna anulowany, kryzys zostanie pokonany), ani brak takiego kontaktu nie jest racją dla usunięcia nauczania o wzorcowym pożyciu rodzinnym i małżeńskim.

 

W horyzoncie wiary już osiągamy doskonałość w Jezusie Chrystusie i ci małżonkowie, którzy z czystym sumieniem przystępują do Komunii świętej i złączeni są sakramentem małżeństwa uczestniczą w doskonałości Jezusa Chrystusa. Perspektywa socjologiczna dopuszczająca różnorodność, jako najwyższą wartość społeczną przesłoniła więc w dokumencie papieskim stan doskonałości męża i żony trwających w łasce uświęcającej. Chrześcijanie są doskonali Jezusem a nie sobą czy społeczeństwem.

 

Papież nagina doktrynę chrześcijańską do duszpasterstwa. Ale to nie doktryna ma problemy z duszpasterstwem, lecz konkretnie duszpasterstwo Bergoglio i zachodniego świata z doktryną. Takiego zakłopotania doktryną nie znajdziemy w Ewangelii, bowiem Jezus przezwycięża napięcie - między jednym a drugim - zakotwiczeniem w woli Ojca, który chce "abyście i wy byli doskonali".

 

Zrywając z propozycją białego małżeństwa, jaką w Familiaris Consortio wysuwa Jan Paweł II, obecny następca św. Piotra poddaje krytyce ewangeliczną zachętę do heroizmu, czyli podstawę jedności doktryny i duszpasterstwa i jakby sugeruje, że coś jest ponad wolą Ojca. A tracąc cel, którym jest doskonałość albo oddalając się zbytnio od niego nie służy się zbawieniu dusz albo to zbawienie przemianowuje się w slogan.

 

Radykalizm ewangeliczny kontrastuje sytuację egzystencjalną człowieka. Mamy w Ewangelii do czynienia z binarnym systemem moralnym: jest grzech i świętość, nic poza tym.

 

Czy Bóg nie rozumiał, nie wnikał, nie stanowił latarni miłosierdzia w szarej strefie, pośrednich sytuacjach, indywidualnych przypadkach i zaułkach moralności? Źródło Światła Pańskiego jest zawsze po stronie doskonałości Bożej i stamtąd dociera w mroki ludzkiej duszy. Zdaje się, że Bergoglio wprowadzając do swojej adhortacji zasadę niuansowania moralnych okoliczności traci z oczu zenit eschatologiczny, a zarazem soteriologiczny.

 

Przyjrzyjmy się osobie Jezusa. Jak on to robił w kontakcie z człowiekiem? Nasz Pan nie odróżniał tego kontaktu od wizji Boga, ponieważ życie Boże było dla Niego zasadą wszelkiego życia, tak z oglądu filozoficznego (byt konieczny dla bytu przygodnego), jak teologicznego. Będąc cały zanurzony w Ojcu nigdy sam nie schodzi sprzed Jego oblicza, ani jego nauka nie odchodzi od zażyłej więzi z Ojcem. Następnie taki rodzaj łączności proponuje między ludzkością a sobą.

 

Więź z Jezusem stawia nas w centrum wieczności nie wyłączając z uczestnictwa w ziemskiej pielgrzymce. Dla teologii moralnej oznacza to takie kształtowania relacji międzyludzkich, a więc kształtowanie sumienia, które nie traci z pola widzenia wzorca eschatologicznego, że żyjemy dla Boga i poddajemy się zbawczej przemianie bez względu na okoliczności.

 

Charakter nawrócenia, którym operuje papież również zdaje się odbiegać od ewangelicznego. Otóż Jezus proponuje natychmiastową przemianę: nie każe czekać bogatemu młodzieńcowi i oglądać się wstecz. Tolerancja dla współżycia seksualnego osób niebędących w związku sakramentalnym - po to aby dotarły one do decyzji o nawróceniu, osiągnęły chrześcijańską dojrzałość i zawróciły z drogi grzechu lub - co też sugeruje dokument - mimo wszystko włączyły się w pełne życie Kościoła, pomimo obiektywnej sytuacji odłączenia od łaski - odbiega od postępowania Jezusa z ludźmi i ich reakcji na Niego, na przykład Piotra, który porzuca wszystko i podąża za Jezusem. Młodzieniec odszedł nienagabywany przez Pana, który daje wybór człowiekowi i nie relatywizuje Bożej łaski, żeby człowiek był ją w stanie przyjąć, takim jakim jest bez przemiany serca. . Bóg nie wskazywał jakichś półśrodków, pośredniej między sytuacją grzechu a pełnią chrześcijaństwa drogi. W innym razie przedłużenie w czasie procesu nawrócenia albo rezygnacja z nawrócenia w kompilacji moralnie nierozwiązywalnej (gdy penitenci nie noszą się z zamiarem rezygnacji ze współżycia seksualnego) byłyby niczym innym jak utwierdzeniem w grzechu ze względu na uparte powtarzanie zachowania niebędącego w planie i błogosławieństwie Bożym lub nadawanie nadzwyczajnemu odstępstwu charakteru długotrwałego. Biblijne wydostawanie człowieka z grzechu ciężkiego ma walor niezwłoczności, gdyż jego skutki są katastrofalne i postępują arytmetycznie.

 

Tymczasem papież podpowiada, że scaleniu nowej wspólnoty rodzinnej na zgliszczach poprzedniego sakramentalnego związku może towarzyszyć trwała aktywność seksualna i jakby nie zakłada, że wartość rodzinną można uratować bez poddania się grzechowi ciężkiemu.

 

Najbardziej fascynujące są te fragmenty Ewangelii, które osadzają małżeństwo w paruzji i początku, to znaczy w planie Boga z Księgi Rodzaju. Oba na swój sposób relatywizują seksualność małżeńską. Pan Jezus mówi, że po Zmartwychwstaniu ani się żenić, ani za mąż wychodzić nie będą a poprzez Księgę Rodzaju charakteryzuje małżeństwo nierozerwalnością, która izoluje wspólnotę mężczyzny i kobiety od przesłanek namiętności tkwiących w pokusach powtórnych związków.

 

Rezygnacja z moralności ewangelicznej pod urokiem idealizmu

Węzłowym przedmiotem refleksji papieskiej, czasami utajonym, innym razem czynnym i obecnym, jest seksualność ludzka. Min. przez nią, jedną z pożądliwości i jeden z nieporządków, szatan wystawia głowę na świat. Reakcja Kościoła filtrowana przez realizm wydaje się miarowa. Gorzej z filtrem, którym posłużył się papież w adhortacji. Przyjrzyjmy się jego strukturze.

 

Franciszek miał odnieść się - według wypracowanego przez poprzedników klucza - do seksualizacji w wychowaniu dzieci młodzieży, czystości partnerskiej w związkach niesakramentalnych oraz abstynencji gejów i lesbijek, których rezygnacja z związków jest ich drogą uświęcenia, jako palących problemów etyki pożycia.

 

Musimy zrozumieć – tym razem w świetle teologii moralności - dlaczego tego nie zrobił. Stawialiśmy hipotezy, które sumowały się w uległości ideologicznej papieża.

 

Nie ma podstaw w objawieniu odstępstwo od kompletnej deskrypcji życia małżeńskiego i rodzinnego, w której Pan Jezus stawiał jasne wymagania z dziedziny etyki seksualnej, poszerzając je a nie minimalizując.

 

W architekturze adhortacji Amoris Laetizia nie pojawia się człowiek ontologiczny, z krwi i kości, który przekracza naturę i zmierza do celu naturalnego i nadprzyrodzonego, tak jak wyłania się on ze Starego i Nowego Testamentu.

 

Papież Franciszek aplikuje w adhortacji autokratyczną wersję teologii moralnej oraz wizję człowieka wystudiowaną przez Karla Rahnera na jej pożytek. Mężczyzna i kobieta z adhortacji utożsamiają się tylko z wolnością a natura w ich postrzeganiu jest platońskim dodatkiem do ducha. "Natura" jako to, co przedosobowe traci – dla Bergoglio, który pewnie o tym nie wie, bo będąc niewykształcony chłonie idee poplatońskie na oślep – moralną doniosłość. Człowiek – duch (por. Hegel) może tylko dokonywać kolejnych i kolejnych wyborów, zaprogramowanych w takim czy innym duszpasterstwie, takim czy innym kierownictwie duchowym czy wreszcie autonomicznym rozeznawaniu bez oglądania się na ograniczenia wyboru biegnące z sąsiedztwa prawdy i miłości, bowiem to jego osoba, jako podmiot działania jest metrum moralności.

 

W kontekście papieskiej adhortacji nabiera szczególnego znaczenia relacja wolności do woli. Jak wiemy papież nie wspomina nic o edukacji woli, która jest niezbędnym podkładem dla wzrostu miłości altruistycznej, wybaczającej i podtrzymującej zobowiązania.

 

Bez dowartościowania woli nie zdefiniujemy miłości, która jest wolitywna, która na poziomie duchowym nie jest uczuciem. Dlaczego Franciszek pisze o edukacji seksualnej a przemilcza zawsze obecną w wychowaniu chrześcijańskim edukację woli? W modelu idealistycznym, w który wtłoczył swoje relacje i przemyślenia posynodalne, natura z uwagi na wyjściową pozycję wolności, rozumianej jako wybór zostaje odcięta, nie może jakkolwiek podważać wielkości człowieka – ducha, co przybiera karykaturalną, ale konieczną dla zachowania spójności tej abstrakcyjnej akrobacji postać ignorowania jej obecności w człowieku (w wizji człowieka). Skoro natura nie potrafi wiązać ducha, to bez sensu byłoby odnoszenie się do niej i włączanie jej w jakąkolwiek aktywność prorozwojową . Nie jest na tyle ważnym elementem człowieczeństwa, żeby komunikować ją z duchem i transcendować. Zatem wysiłek woli niezbędny dla przekraczania natury przestaje mieć sens, zostaje wchłonięty przez akt decyzyjny niewymagający żadnej rezygnacji. Wolność może mieć wyłącznie wartość dodatnią, nic z niej nie da się ująć. Jest procesem, w którym ciągle na nowo podejmujemy wybór bez oglądania się wstecz. Dlatego wola rozumiana jako podtrzymanie zobowiązania, wysiłek i rezygnacja są zbędne i zaprzeczają w pewnym sensie wolności. Siłą rzeczy ta koncepcja musi generować kryzys: jednostka nie przestaje być zdolna do poświęcenia i tworzenia wspólnoty, gdyż to nie wolność ostatecznie konstytuuje miłość ale wola, dla której wybór jest tylko punktem wyjścia orientującym na dobro.

 

Wyłaniająca się z idealistycznej wolności ducha etyka seksualna nie ma żadnych znamion zobowiązania i samoograniczenia, ponieważ zależy od sensu, jaki działaniu seksualnemu nada człowiek w imię swego wyboru podstawowego, z natury swej wymykającego się ocenie w świetle norm ogólnych, które są dostosowane do jego sytuacji egzystencjalnej a nie on do nich poprzez wrośnięcie w drzewo, którym jest Jezus. Odrzucając ontologię trudno wrosnąć w Jezusa, który jest bytem wcielonym. Stąd jasne jest, że dla obecnego papieża najwyższą normą jest dialog penitenta z Bogiem, w miejsce którego wchodzi spowiednik. I jest to najwyższa miara obiektywizacji grzechu, jaką Franciszek za idealistami dopuszcza, bowiem każda inna podważałaby te granice autonomii, na jakie godzi się filozofia idealistyczna wskazując na podmiotowość.

 

Podobny wymiar ma stosunek Bergoglio do biblijnego rygoru. Trudno posądzać papieża o nieznajomość Ewangelii, ale mając taką optykę w której podmiot stanowi siebie papież nie mógł przenieść Biblii w swoją adhortację w stosunku jeden do jednego. I to nie dlatego, że pojawia się wymóg egzegetyczny. Przeszkodą jest źle pojęta przez idealizm autonomia człowieka, bez którego zgody Bóg, Jezus Chrystus w swojej zbawczej misji nie może zaistnieć w świadomości człowieka, a skoro może zostać niedopuszczony do świadomości, a natura ludzka i bytowość są wtórne do świadomości i w ten sposób przestają istnieć, to cały człowiek staje poza Bogiem, jest jakby na zewnątrz i to nie w konwencji znanej z Ewangelii: Ja pukam, otwórz mi drzwi. Człowiek nie słyszy wołania, nie widzi innych podmiotów niezależnie od siebie. A jeden z nich – Bóg - będący racją i koniecznością istnienia podmiotu poznania może zostać – zdaniem teologów idealistów – skreślony subiektywnie.

 

Skoro Bóg wiąże ludzką osobę swym prawem wyłącznie poprzez rozumną tejże osoby wolność, to nie tylko Jego wola nie ogranicza wolności człowieka. Owszem człowiek jest zobowiązany Bożym Prawem — do szukania właściwych form miłości ale w poszukiwaniu tym zdany jest wyłącznie na własne rozeznanie — i w tym sensie jest on autonomiczny.

 

"Nie można w tym kontekście powoływać się na objawione Boże nakazy i zakazy. Tego rodzaju normy zawarte w Piśmie św. ukazują najgłębszy sens dobra i zła moralnego, zachęcają człowieka do szukania dobra, nie wyręczają go jednak w tych poszukiwaniach. Zamiast więc mówić, że czyn jest moralnie dobry, o ile jest zgodny z Bożym Prawem, należy raczej powiedzieć, że jest on zgodny z tym Prawem, o ile jego podmiot dokonuje go wedle własnego· przekonania o tym, co słuszne".*

 

Wydaje się, że nie dobro Kościoła, lecz martwa heglowska idea - pod którą podpisywali się własną krwią cierpliwie oczekujący swojej godziny pogrobowcy z klubu Häringa - przyświeca wysiłkom Bergoglio.

 

Dumni ze swojej tradycji idealistycznej i przywiązani do niej Niemcy nie zauważają szkodliwych znamion ideologicznych w takiej inspiracji. Kant, Hegel, Nietzsche to myśliciele, którzy fundowali - niebezpośrednio i nie świadomie, rzecz jasna - nazizm i komunizm.

 

Pomni własnych doświadczeń kardynałowie nie chcą narzucać z katedry św. Piotra swojej wizji całemu Kościołowi. Mówią więc o lokalnych doświadczeniach i przyśpieszeniach, które mają jednakże o wiele większą moc rozpowszechnienia się, bo współgrają z kulturą permisywizmu, również idealistyczną. Można powiedzieć, że mamy przymierze idealizmów kastrujące Kościół z jego znaków oporu.

 

Niemniej rzuca się w oczy, że to co etnicznie bliskie owym kardynałom, bo niemieckie postrzegane jest przez nich, jako ich własne doświadczenie, które chcieliby pielęgnować. Mowa o całej burzliwej historii Häringa i innych niemieckich teologów oraz o estymie, jaką wśród nich cieszyli się idealiści będący nośnikiem metody naukowej i wizji człowieka oddalonych od Biblii bardziej aniżeli realizm.  Dla nich zaprowadzenie równości, między uprzywilejowanym do tej pory realizmem etycznym a idealizmem, to kwestia dziejowej sprawiedliwości, która dopuściła do głosu marginalizowaną i prześladowaną mniejszość.

 

"Narodowa" filozofia wypaliła piętno na Kościele uniwersalnym, katolickim. Papież temu nie przeciwdziałał, poparł – świadomie czy nie - idealizm odnajdując cały Kościół w organizacji pluralistycznej, zdecentralizowanej i wrażliwej - pozornie – na poszczególne przypadki.

 

Czy w tej sytuacji nie byłoby właściwsze zrzucić maski i skonfrontować realizm i idealizm, wyśledzić ich obecność w teologii i odnieść do nauczania biblijnego na jakimś otwartym areopagu wymiany myśli?

 

* Paweł VI, Encyklika Humanae vitae oraz komentarz teologów moralistów środowiska krakowskiego pod kierunkiem Karola kardynała Wojtyły (przedruk z: Notificationes e curia Metropolitana Cracoviensi, nr 1-4 A.D. 1969, s. 71-105)

http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Studia_Philosophiae_Christianae/Studia_Philosophiae_Christianae-r1989-t25-n2/Studia_Philosophiae_Christianae-r1989-t25-n2-s43-63/Studia_Philosophiae_Christianae-r1989-t25-n2-s43-63.pdf

 

** Szostek A. "Człowiek jako autokreator. Antropologiczne podstawy odrzucenia encykliki "Humanae vitae".

 

 

IX.              Prawdziwe niebezpieczeństwo

 

Adhortacja o rodzinie - wciągająca młode pokolenia pogawędka z dziadkiem, pouczająca i mądra, trochę skrojona na miarę podręczników dobrego życia - różni się od innych dokumentów kościelnych nie tylko stylem narracji. Nie mieści się ona w obramowaniu doktryny, w związku z czym musimy czytać Franciszka krytycznie, zabiegając o gorliwość uczniów Jezusa, uważając na respektowanie twardego jądra jego moralnego nauczania. Poradników życiowych na rynku mamy wiele a chcielibyśmy wysłuchać, co ma do powiedzenia Pan Jezus.

 

Praca Franciszka jest cennym dialogiem ze współczesnym człowiekiem i nie musi być nazywana adhortacją, a jako dokument kościelny będzie niestety powoływana dla rozwiązania dylematów o naturze teologicznej w duszpasterstwie.

 

Dyskusja na synodzie i samo jej podsumowanie przez papieża są etapem przejściowym. Reszta pontyfikatu Bergoglio zużyje się w sporze z konserwatystami, którego nie jest w stanie nikt wygrać. Jedni owo zaproszenie do dialogu nad moralnością małżeńską, będące z samego założenia destabilizujące, uznają za odkrywcze i budujące, inni za złe.

 

Ani na synodzie, ani w podsumowaniu synodu dedykowanego rodzinie i małżeństwu Kościół nie zdefiniował swojego oporu wobec świata, co było esencją nauczania Jana Pawła II, który przyznawał się do Chrystusa i pokornie przyjmował wyznaczony mu przez Pana bolesny charyzmat znaku sprzeciwu. Na konferencji aklamującej adhortację Amoris Laetitia kardynałowie epatowali światowym zadowoleniem, które płynie ze zgodności z sekularystyczną wizją człowieka. Ewangeliczny znak sprzeciwu opiera się na żarliwym rozgraniczeniu prawdy od nieprawdy a tego wysiłku - w rozeznaniu rodziny, małżeństwa, moralności seksualnej jasno odróżniającej się od ich światowego rozumienia i postępowania - zabrakło na synodzie i w adhortacji.

 

Zgodnie z tradycją seksualne pożycie poza uświęconym węzłem małżeńskim nie znajduje miejsca w planie Bożym w każdej bezwzględnie sytuacji partnerskiej: regularnej czy nieregularnej. Czy za ambiwalentnym stosunkiem niektórych biskupów do legalizowanego cudzołóstwa, jak nazywa Jezus każdą relację seksualną pozamałżeńską (Jezus nigdy nie używał eufemizmu, jakim jest sytuacja nieregularna), nie czai się zwątpienie w trwałość małżeństwa, niewiara w potencjał młodzieży silnej i odpornej na pokusy współczesnego szatana oraz bezradność względem rozkładu więzi rodzinnych, postrzeganego błędnie jako słuszna heterogenizacja modelu intymnych relacji?

 

Katolicy bardzo liczyli na odnowioną definicję tradycyjnej rodziny i małżeństwa i nie dostali jej, co utrudnia walkę o wysoką i niepodważalną, niczym nierelatywizowaną pozycję związków sakramentalnych.

 

Walka o duszę młodego człowieka wymaga odwagi, której adhortacja nie dodaje, ponieważ nie mówi nic o tym, że człowiek może i powinien pozostać wolny od pożądliwości. Adhortacja szmugluje niewiarę w wolną wolę człowieka, która prawdziwie dysponuje potencjałem seksualnym i kontroluje go rozumnie dla relacji w miłości. W tym procederze papież, przez zamilczenie nad daną od Boga władzą człowieka, sprzymierza się z kulturowo wyrażaną obsesją na punkcie pożądania ludzkiego ciała. Czyż w ten sposób nie unicestwia się wiarygodnej komunii z Bogiem w obrębie katolickiej wspólnoty? Kościół lokalny - który stoi przed społecznie organizowanym demontażem duchowej wizji człowieka zdolnego panować nad sobą – nie ma w nim oparcia dla stawienia czoła niebezpieczeństwu demoralizacji.

 

Prawdziwie dwuznaczny jest arcybiskup Wiednia, którego intencji warto się bacznie przyjrzeć. Liberalni i bardzo inteligentni hierarchowie, jak Christoph Schönborn lepiej, niż Bergoglio, zdają sobie sprawę z destrukcyjnej mocy wyjątku, który znajdując uzasadnienie w magisterium Kościoła będzie szerzył spustoszenie w sumieniach wiernych.

 

Pomieszaniu moralnemu próbują zapobiec konserwatywni duchowni, ale ich ingerencja jest ograniczona w porównaniu do papieskiej.

 

Wiernemu nauczaniu katolickiemu biskupowi pozostaje dogłębna analiza adhortacji i staranie o suplementację kategorii budzących wątpliwości w adhortacji w oparciu o wykładnię Kongregacji Wiary. Można do niej skierować zapytanie, w imieniu wszystkich biskupów krajowych, o kryterium pożycia seksualnego w sytuacji nieregularnej, gdy chodzi o przystąpienie do Komunii świętej. Być może papieżowi chodziło tylko o te pary, które powstrzymują się od współżycia. Warto też pytać Kongregację o obowiązek negacji prawodawstwa gender i edukacji seksualnej.

 

Lepiej gdyby Franciszek, na prośbę episkopatów i zwykłych wiernych, w cieniu niepowodzenia swojego duszpasterstwa i zwierzchności nad formacją kapłanów w Buenos Aires, a także klęski Kościoła zachodnioeuropejskiego odwołał to nauczanie w kontrowersyjnej części, cofnął zmiany i potraktował swój dokument jako etap dyskusji oszczędzając tym samym wskazanej w adhortacji drogi innym, prężnie rozwijającym się wspólnotom katolickim, które wiedzione mylnymi impulsami ze stolicy apostolskiej mogą wejść na gorzki teren sekularyzacji i dwuznaczności doktrynalnych. Gdyż nie jest to nauczanie ex cathedra.

 

Papież nie zamknął sporu synodalnego o Komunię świętą dla rozwiedzionych, ale otwarł jego nowy rozdział, który będzie toczył Kościół jak robak i dopiero następca Franciszka wyklaruje definicje, które w mętnej postaci promuje obecny Piotr.

 

Do tego czasu nastanie - legitymizowany już przez Urząd Apostolski - Kościół dwóch prędkości: ten który współżycie seksualne poza małżeństwem, w kolejnym pozasakramentalnym związku nie uznaje za grzech ciężki i przeszkodę do przyjmowania Komunii świętej i taki, dla którego, jak do tej pory było, współżycie pozamałżeńskie jest barierą, której złamanie wystawia duszę na niebezpieczeństwo duchowe.

 

Szeroka jest droga ku zatraceniu, jak kontrowersyjne ustępstwa w obszarze etyki seksualnej i rodzinnej z adhortacji "Radość miłości".

 

Franciszek - rzecz jasna – reformy nie cofnie, podobnie jak Henryk VIII nie cofnął swojej. Pycha monarchów i utopistów nadaje nowy bieg historii. Tak było zawsze.

 

 

 Amoris laetitia: Co zostanie po Bergoglio? (cz. 1)

            



Amoris laetitia: Co zostanie po Bergoglio? (cz. 2) | 0 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Szukaj

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 10,643 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń