Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Uwaga na 'ekumenicznego' Saturna!

Tekst ten ma się stać okazją do rozpoczęcia dyskusji na temat celów dialogu ekumenicznego i stosowanych  w nim metod. Rozpoczynamy od tekstu "szarego członka Kościoła", bowiem najlepiej pokazuje on, jak wielu zwykłych chrześcijan traktuje problemy ekumeniczne. Zachęcamy do polemiki.

Na trudności w dialogu teologicznym wielokrotnie już zwracano uwagę, (m.in. całkiem niedawno w Magazynie Semper Reformanda w artykule p. Dariusza Bruncza "Między mitem a dogmatem - przestrzeń żywej wiary"). Stawia się w tym dialogu nacisk na jedność w sensie doktrynalnym oraz strukturalnym Kościołów, tj. na warunki ewentualnej unifikacji, w której działacze upatrują m.in. spełnienia się modlitwy chrystusowej z ewangelii "według św. Jana". Rzadziej jednak stawiane są publicznie pytania, dokąd tak pojmowana jedność mogłaby prowadzić i czy w ogóle o taką jedność powinno chodzić. W dodatku autorzy publikacji na ten temat pisują z pozycji teologów i duchowieństwa, rzadziej z pozycji tzw. "człowieka z ulicy". Poniżej prezentowana jest opinia nie-teologa, "szarego" członka wspólnoty kościelnej na temat ekumenizmu.



 

Niewłaściwy cel

Cała trudność tego dialogu teologicznego zdaje się polegać na tym, że stawiany mu jest całkowicie niewłaściwy cel. Mianowicie oficjele i teologowie zaprzątają sobie głowy znalezieniem wspólnych formułek w celu "zjednoczenia" chrześcijan w jeden Kościół, czyli - w pewnej perspektywie, oczywiście - w jedna strukturę, bo twierdza, że to, co jest obecnie (ok. 22 000 Kościołów) to "zgorszenie dla świata". Założenie takie jest po prostu fałszywe, bo świat tak jest "zgorszony" naszym 'rozbiciem', jak my np. 'brakiem jedności wszystkich muzułmanów'. Ludzie mają (i zawsze mieli) tendencje do łączenia się w grupy i zgromadzenia zależnie od sposobów wyrażania swych wierzeń. Nie ma sensu tego zmieniać pod katem np. wspólnej struktury czy wspólnej dogmatyki, bo w ten sposób stworzymy jedynie potwora, który w końcu ("w imię jedności" rzecz jasna, a jakże!) zacznie pożerać swoje dzieci niczym mityczny Saturn (jak w obrazie Francisco Goyi -

Jeszcze może się okazać, że obecny kształt chrześcijaństwa jest stosunkowo najlepszym z możliwych.

Zamiast zatem przeć ku temu zmitologizowanemu aż do granic absurdu "zjednoczeniu" (a niektórzy mają dość szczególne i precyzyjne pomysły na to, jak się ono powinno dokonać i kto - KONKRETNIE - powinien takim zjednoczonym Kościołem rządzić), starajmy się budować jedność duchową. A tę zbudować można jedynie droga zdrowego rozsądku, a nie "rozwiązywaniem" semantycznych łamigłówek teologicznych. Zadanie to, choć nie obejmuje tworzenia specjalnych "ciał" ani gremiów czy "wspólnych komisji" i nie narzuca sobie "konieczności" unifikacji, jest jednak nie mniejszym wyzwaniem, zarówno dla liderów jak i pozostałych wiernych, zapewne nawet pod niektórymi względami bardziej ambitnym. Siła chrześcijaństwa leży w jego różnorodności (formy, mitu, dogmatu, liturgii, konkretnej działalności) większej niż w przypadku jakiejkolwiek innej religii na świecie, a nie w próbach tworzenia czegoś na kształt religijnej "Tysiącletniej Rzeszy".

Oznacza to m.in., że kościoły mogą się ze sobą łączyć oraz dzielić strukturalnie, jeśli tak zadecydują.

Największym sukcesem chrześcijaństwa w odniesieniu do jedności nie jest (i nie będzie) zatem tworzenie oraz wspólne interpretowanie doktryn teologicznych na temat Królestwa Niebieskiego, ale wzajemne TRAKTOWANIE SIĘ w sposób, w który sami chcielibyśmy być traktowani w takim Królestwie. I nie musi to wcale oznaczać np. końca prozelityzmu. W końcu, jeśli np. katolicy dalej będą chcieli namawiać protestantów do "powrotu na łono Matki Kościoła", to niechaj to robią, tak samo jak z kolei protestanci będą wciąż mogli próbować "nawracać katolików na chrześcijaństwo".

Ludzie tacy już są, że potrzebują również polemik, debat, a nawet - mówiąc wprost - pohandryczenia się o to, który Kościół "lepszy", która wiara "pełniejsza" itd.

Prymat dekretu nad wiara…

Odnoszę czasem wrażenie, że największe problemy z ekumenizmem mają właśnie "spece od Pana Boga", bo tak już 'zaklopsowali' się w swoich teoriach, że po zdrowy rozum coraz trudniej im 'skoczyć' do głowy. To, co jest "kryzysem wiary" (a do tego terminu pozwolę sobie jeszcze tutaj powrócić), wynika bowiem w dużej mierze z… działalności ekumenicznej w jej obecnej postaci, tj. bazowanej na tych stanowczo zbyt przeteologizowanych zasadach. Nasi szanowni liderzy, na których (coraz bardziej) pożal się Boże, zamiast próbować uczyć tego, jakie jest znaczenie istniejących w ich Kościołach doktryn W ODNIESIENIU DO JEDNOSTKI LUDZKIEJ I JEJ ŻYCIA (czyli inaczej: jak się ma taki czy inny dogmat do TWOJEGO osobistego rozwoju duchowego), starają się raczej dopasowywać te doktryny do siebie w celu stworzenia wspólnej, jakże przeteoretyzowanej i pełnej "fachowych Ausdrucków" dogmatyki.

Nic zatem dziwnego, że tak małe zainteresowanie towarzyszy ze strony "zwykłego człowieka z ulicy" tego rodzaju napuszonej działalności oficjalnej. Ten "człowiek z ulicy" (który w końcu - przynajmniej w założeniu - ma być głównym odbiorcą tej teologicznej retoryki) czuje się zupełnie wyobcowany w tym gąszczu (by nie rzec "dżungli") zawodowego dysputowania o Bogu, pomieszanego niejednokrotnie z oczywistym 'faryzeizmem', jeśli nie wręcz chamstwem wobec wszystkiego, co - zdaniem Wielce Szanownych Liderów - "nie mieści się" w chrześcijaństwie jak "zadekretowanym" przez papieży czy "uzgodnionym" przez Światową Radę Kościołów. Choćby nie wiedzieć jak by się poszczególni działacze starali (w jak najlepszej wierze zresztą, w to akurat nie wątpię) działać na rzecz jedności ludzi czujących się chrześcijanami, rozmaite gremia i autorytety (te rzeczywiste i te urojone) wciąż chcą 'decydować' kto "może" lub "nie może" być uważany za chrześcijanina.

Wiara, własne przeżycie religijne "człowieka z ulicy" nie wystarcza owym bonzom o ile nie mieszczą się one w ramach precyzyjnie sformułowanej "zadekretowanej", "zencyklikowanej" lub (nawet) "przegłosowanej" ortodoksji.

I tu właśnie kryje się owa" próba przywłaszczenia", już nie tylko języka i formułek (o której pisał  p. Dariusz Bruncz), ale wręcz religii i wiary jako całości.

Nie łudźmy się: era "świętej inkwizycji" wciąż jeszcze nie jest za nami. Będzie istniała tak długo, jak długo o "przynależności" do świata chrześcijańskiego będzie decydować werbalna akceptacja dogmatu (używanego w charakterze hipokrytycznego narzędzia władzy), nie mówiąc już o istnieniu rozmaitych specjalnych struktur w formie czy to kongregacji DOKTRYNY wiary (czyli… "świętej inkwizycji" właśnie!) lub innych (równie doktrynerskich) gremiów z ich Aparatczykami i Dygnitarzami Wiary, którym wydaje się, że to ONI są od tego, by decydować o czyjejś wierze i przynależności. Jak długo TAK wyglądać będzie oficjalna "twarz" ekumenizmu w wydaniu oficjalnym, tak długo rozmaite wspólnoty religijne będą się dalej obawiały siebie nawzajem i nie osiągną rzeczywistej jedności, choćby nie wiedzieć ile tam wspólnych "struktur" stworzyły i ile ton papieru zapaskudziły "uczonymi" traktatami swoich doktrynerów na temat istoty chrześcijaństwa i dialogu ekumenicznego.

"Poważne autorytety" ustalają sobie 'kryteria', według których dzielą później wyznawców Chrystusa na "chrześcijan" i "niechrześcijan". I tak np. "poza" chrześcijaństwem mają się rzekomo "znajdować" Świadkowie Jehowy - bo nie uznają, że Chrystus jest osobiście Bogiem oraz ponieważ nie uznają dogmatu o Trójcy Świętej. Mormoni też są "wykluczani" z tego wspólnego dziedzictwa, bo oni z kolei uznają (poza Biblia) jeszcze inne pisma ("The Book of Mormon", "Doctrines and Covenants", "Pearl of Great Price"). Wykluczanie mormonów jest jeszcze nawet śmieszniejszym "zabiegiem" ze strony fundamentalistycznych klik liderskich, zważywszy, że uznają oni boskość Chrystusa.

W 1991 mormoński biskup Stephen E. Robinson wydał książkę "Are Mormons Christians?", w której przekonywująco odpiera wszelkie 'zarzuty', według których mormoni chrześcijanami nie są. I jest to hańba dla nas, że mormoński duchowny musiał zniżyć się do napisania książki, by wyjaśniać sprawy tak niemal dziecinnie proste! Proszę mi pozwolić na przedstawienie tutaj jednego tylko fragmentu z tej pozycji, która znakomicie tłumaczy, kim są mormoni. Otóż pewnego dnia S. E. Robinson miał okazje polemizować z pewnym protestanckim historykiem. Profesor ten dawno odrzucił większość dogmatów chrześcijańskich, co samo w sobie nie byłoby jeszcze niczym dziwnym, gdyż wielu dzisiaj ich nie akceptuje (włączając piszącego). Warto jednak przyjrzeć się argumentom, jakie wysunął on przeciw tezie o chrześcijaństwie mormonów. Oto krotki fragment tej rozmowy:

"… No dobrze, ja jako mormon wierze, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym w dosłownym sensie; że był i jest Bogiem; że miał moc czynienia cudów; że wziął na siebie grzechy świata w Gethsemane i na Kalwarii; że umarł za nas; że w dosłownym sensie zmartwychwstał trzeciego dnia; oraz że wskrzesi nas z martwych, by nas osądzić i dać nam życie w chwale. Więc jestem chrześcijaninem?

'Absolutnie nie'.

'Dlaczego nie?'

'Bo jest pan członkiem Kościoła, który nie pochodzi i nie zależy teologicznie od soborów i wyznań wiary Kościoła historycznego i ponieważ odrzuca pan tradycyjne chrześcijaństwo i jego teologie z okresu po II wieku n.e.'

'Czy pańska definicja 'bycia chrześcijaninem' ma cokolwiek wspólnego z moją osobistą wiarą w Jezusa Chrystusa?'

'Nie'".

Nic dodać, nic ująć. Oto jak to działa: liczą się "sobory", "wyznania wiary" (w formie historycznych dokumentów) itd. To zdaje się decydować bardziej w oczach "fachowców od wiary" niż… sama wiara. Dlatego też nic dziwnego, że nawet pojęcie "sukcesji apostolskiej" rozumieją oni raczej jako coś, co nazwać można "papierową genealogią" niż dziełem jakiegokolwiek ducha (również tego przez duże "D").

Grupowy interes…

Cóż można powiedzieć? Ja powiem za siebie, bo do tego na pewno mogę czuć się uprawniony: nie spodziewam się zbyt wiele dobrego po hierarchach i kościelnych oficjelach. Oni ZAWSZE będą ekumenizm starali się realizować tak, by za żadną cenę nie uszczuplić swoich wpływów i pozycji, bez względu na to, jak się to będzie miało do interesów chrześcijaństwa. Jeśli pozycje te będą zagrożone - to będą starali się zastopować ten proces tak, jak robili to przez cale setki lat.

Tak jak prawdą jest, że nasz własny Kościół (Kościół Rzymskokatolicki) NIE zainicjował dialogu ekumenicznego (rozpoczęli go protestanci), tak prawdą jest również, że ci protestanci rozpoczęli go dopiero wtedy, gdy wielu spośród ich własnych wiernych bratało się już "na najniższym szczeblu" między sobą, bez względu na denominacje. Im bardziej zacierały się (w oczach zwykłych ludzi) różnice między denominacjami, tym bardziej liderzy zaczęli odczuwać (wreszcie!) potrzebę "zrobienia czegoś", żeby nie zostać po prostu "wysadzonymi" ze swych pozycji liderów. Nie należy tego rozumieć jako rezultatu jakiegokolwiek zorganizowanego "ruchu oddolnego", gdyż nie miał on przywódców, co najwyżej pionierów. Pionierami zaś byli 'bezimienni', 'szarzy', pokorni (i niepokorni tez!) ludzie, wytrwale drepczący do swych kościołów każdej niedzieli i mający znajomych oraz krewnych drepczących w tym samym czasie do INNYCH kościołów.

Samo życie stworzyło nam ekumenizm, a nie taki czy inny pastor, biskup czy papież, nie mówiąc już o żadnych gremiach, których członkowie lubią 'obradować', 'dyskutować', 'uzgadniać', podpisywać papierki i ściskać dłonie przed kamerami. Jestem w stanie się wręcz założyć, że to nie interkomunia katolicko-protestancka stanie się faktem, gdy papież ją zatwierdzi; to on ją zatwierdzi wtedy, gdy będzie ona już niemal stuprocentowym faktem.

Respekt dla różnorodności

Chciałbym być jednak dobrze tutaj zrozumiany: choć nie uznaję wieżę w postaci dogmatów, nie jestem jednak ich wrogiem (brzydzę się jednak posługiwaniem się nimi w celu dzielenia ludzi na "wierzących" i "bluźnierców" w zależności od stosunku, jaki wobec nich zajmują oraz w zależności od "widzimisie" hierarchów). Niechaj sobie istnieją rozmaite formy doktrynerstwa, komu (i jak?) szkodzi sam fakt ich istnienia? Najlepszą drogą do budowania jedności jest jednak to, co się już od dawna robi (obojętnie z czyjej inicjatywy): wspólna działalność charytatywna, kontakty osobiste, czy praktykowana zarówno przez osoby indywidualne jak i przez wiele Kościołów oficjalnie interkomunia (tam, gdzie to możliwe) czy wspólna liturgia. Łączyć można bowiem jedynie 'przy użyciu' tych elementów, które są dogmatycznie 'neutralne', a zatem nie są odrzucane przez którąkolwiek ze 'stron'.

Działania obliczone na efekt 'propagandowy' przez liderów w postaci podpisywanych wspólnie dokumentów oficjalnych, jak choćby podpisany ostatnio katolicko-anglikański dokument o roli Marii w historii Zbawienia, to niepotrzebne 'rekwizyty' i gra pozorów: bo ci, którzy tej świętej przypisują jakąkolwiek szczególną rolę, nie muszą już w jej sprawie podpisywać żadnych dokumentów. Ci zaś, którzy Jej kult odrzucają w jakiejkolwiek formie, mogą przyjąć taki dokument jako "policzek" dla swoich własnych wierzeń, w których nie ma miejsca na cos, co nazywają bałwochwalstwem (w tym wypadku: "mariochwalstwem") i odnieść mogą nawet wrażenie, że ktoś im "w imię jedności" będzie kiedyś próbował np. narzucić dogmaty maryjne.

Wszystko to wskazuje, że nawet określenie, jakim się posługujemy "kryzys wiary" jest najzupełniej błędne i mylące. To nie tyle wiara jest w kryzysie ile poszczególne formy religijne, co jest procesem jak najbardziej naturalnym. Jeśli np. ktoś dziś utyskuje na fakt, że rośnie wśród chrześcijan liczba ludzi traktujących Chrystusa nie jako boga, lecz jako "guru" oraz wierzących nie w zmartwychwstanie ciał przy końcu świata, lecz w reinkarnacje, to niechaj uświadomi sobie, że to również jest formą wiary; tak, również forma wiary w Chrystusa, jeśli koniecznie chce wiedzieć. A jeszcze lepiej, by uświadomił sobie, że tak zawsze już było, od samego początku chrześcijaństwa, że było ono wewnętrznie zróżnicowane.

Orygenesa potępiono dwa wieki po jego śmierci za poglądy, które głosił (a na pewno nie zmienił ich w międzyczasie, będąc w grobie; KTO się zatem zmienił?). I nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Pierwszym, który tworzył zaczątki tego, co dziś nazywamy "Nowym Testamentem" przez grupowanie głównych starożytnych pism chrześcijańskich, był heretyk (najprawdopodobniej gnostyk) Marcjon. I też nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Nie można też jemu zarzucić "kryzysu wiary". Gnostyk Walentyn omal nie został 'papieżem' w II wieku ("niechrześcijanin"? A może "apostata"?). Próbowano na wszelkie sposoby twierdzić, że Katarzy nie byli chrześcijanami, choć ich chrystocentryzm nie tylko nie ustępował chrystocentryzmowi oficjalnego Kościoła Rzymskokatolickiego, ale (kto wie?) może go wręcz przerastał.

Nie jest zatem prawdą, że istota chrześcijaństwa "było i jest" uznanie Chrystusa za boga (lub Boga, przez duże "B") tak jak nie jest istota buddyzmu uznawanie Buddy za b(B)oga. Istotą chrześcijaństwa jest uznanie Chrystusa za głównego 'nośnika' boskości, a jak ten Chrystus jest przy tym osobiście interpretowany (jako Bóg, bóg-człowiek, człowiek, święty, prorok, duch czy nauczyciel, albo wręcz jako mit oparty na prawdzie) to już zupełnie inna sprawa.

Oczywiście, że w dalszym ciągu poszczególne Kościoły i wspólnoty będą mogły uważać swój rodzaj wiary za najpełniejszy (dlatego przecie się go trzymają!), niechby jednak uświadomiły sobie, że chrześcijaństwo jest pojęciem znacznie szerszym. Jak długo bowiem tych "lodów" nie da się przełamać, tak długo cały 'dialog teologiczny' okazywać się będzie strata czasu (a i pieniędzy też).

Uwaga na Saturna!

Rozumienie jedności jako totalnego eklezjalnego zjednoczenia to najgorszy wróg samej jedności. Doprowadzi jedynie do kolejnych nietolerancji wobec tych, których przyszli "führerzy" uznają za "wyłamujących się z ducha jedności chrześcijańskiej". Nie będzie w takim 'zjednoczonym' Kościele już miejsca na żaden dialog, będzie za to dzika kampania "utrwalania zdobyczy ekumenizmu" w postaci nagonek na rozmaitych "zaplutych karłów" wcześniejszego pluralizmu oraz 'rozbicia'.

Każda indywidualna forma wyrażania pobożności i rozumienia Boga będzie przez Biurokratów Wiary i innych 'komisarzy' postrzegana jako niebezpieczeństwo i zwalczana jako herezja, "robota rozbijacka", "bluźnierstwo" i "świętokradztwo" wołające o pomstę do… (niekoniecznie "Nieba", zapewne do jakiejś formy "Świętego Oficjum").

'Trojki parafialne' nie będą może chodziły od apteki do apteki żądając wycofania środków antykoncepcyjnych (choć i to zdarzyć się może), za to mogą (i będą) pojawiać się naciski na władze lokalne lub pracodawców, by pozwalniać z pracy "jednostki wrogie" ustalonemu odgórnie "chrześcijaństwu". Czyżbyśmy rzeczywiście nie wiedzieli jak takie metody działają? Pamięć nas już tutaj zawodzi czy wyobraźnia?

Magazyn SR: Między mitem a dogmatem - przestrzeń żywej wiary

Poglądy wyrażone w niniejszym artykule nie są opiniami redakcji Ekumenicznego Serwisu Informacyjnego kosciol.pl



Opcje Artykułu

Trackback

Trackback URL for this entry: http://www.kosciol.pl/trackback.php/20031102194052346

No trackback comments for this entry.
Uwaga na 'ekumenicznego' Saturna! | 31 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Uwaga na \'ekumenicznego\' Saturna!
mateusz nie, 2 lis 2003, 20:57:15
Jeszcze nie przeczytałem całego artykułu, ale już mam jedną uwagę - co do mormonów. Mormonów nie uważa się za chrześcijan, ponieważ są politeistami: wierzą że każda planeta ma swojego własnego Boga, oraz w to że każdy z nas może stać się Bogiem kolejnej planety. Chrześcijanie \"niestety\" muszą uznawać przynajmniej dwa dogmaty - o Trójjedynym Bogu, oraz o podwójnej naturze Chrystusa (są to zasady Światowej Rady Kościołów).

Co oczywiście nie oznacza, że mormoni nie mogą być dobrymi ludźmi. Akurat co do zachowania mormonów, to my chrześcijanie moglibyśmy brać z nich przykład.

---
Mateusz
 
Podziekowanie
montsegur pon, 3 lis 2003, 13:32:32
Przy okazji chcialbym podziekowac p. red. Dariuszowi Brunczowi za powstawianie polskiej czcionki wszedzie tam w moim artykule, gdzie byla potrzebna. Ja nie dysponuje polska czcionka, wiec p. Dariusz wprowadzil poprawki, a troche czasu to musialo zajac, bo tekst az tak krotki nie jest. Jeszcze raz zatem: Thanks, \"Dario\"!

Cheers!!!
 
Ktory Bog...
montsegur sob, 8 lis 2003, 03:12:25
Dla mnie, Panie Jacku, jest jeden tylko Bog. Nie nazywam go \'chrzescijanskim\', bo gdyby tak robic, jak Pan, by pytac jaki Bog jest moim bogiem i czy jest to rzeczywiscie ten chrzescijanski, to mogloby to (przynajmniej w domysle) oznaczac, ze SA jeszcze jacys inni bogowie, co dla mnie - jak mawiaja nasi zachodni sasiedzi \"kommt nicht in Frage\" (\"nie wchodzi w rachube\"). To mogloby wrecz sugerowac, ze jestem bardziej wswoich wierzeniach monoteistczny niz np. Pan (ale to sprawa do dyskusji).

Natomiast nie widze jeszcze w komentarzach odniesienia do glownej tezy mojego artykulu, ktora nie jest dywagacja nt. charakteru dogmatu, lecz wizja totalnego aparatu w postaci Swiatowego Zjednoczonego Kosciola Chrzescijanskiego (SZKC), nazywanego \'Saturnem\'. Poniewaz odniesien nie widze, wiec moge zalozyc, ze nikt tutaj takiego kosciola nie chce. No, moze prawie nikt, bo jeden tylko \"Integrysta\" stwierdzil, ze nie zgadza sie \"z calym artykulem\". Nie podal jednak szczegolowych powodow. Wiec dalej czekam, Panie Jakubie!

Milego weekendu wszystkim!!!

Cheers!!!
 
Uwaga na \'ekumenicznego\' Saturna!
montsegur pon, 10 lis 2003, 11:53:55
A ja serdecznie Panu jeszcze raz dziekuje za wlaczenie sie do tej dyskusji. Ja sie oczywiscie domyslam, ze Pan nie chce tworzenia jakiegokolwiek nowego kosciola. \'SZKC\' to - by tak rzec - \"fikcja literacka\", za ktora kryc sie moze jakikolwiek organizm zjednoczonego chrzescijanstwa. Biorac pod uwage rozmiary Kosciola Katolickiego, jest calkiem prawdopodobne oczywiscie, ze to ON bedzie owym SZKC, bez formalnego nazywania siebie w ten sposob. Ja tez jestem czlonkiem KK i w zwiazku z tym nie chcialem z gory sugerowac, ze to moj kosciol moze stac sie \"Saturnem\", dlatego wolalem z gory \"zlagodzic\" sposob wyrazania sie o nim. Obojetnie jednak ktory kosciol to bedzie tym SZKC, jesli przewazy w ekumenizmie nurt \"jeden koscio - wspolna hierarchia\", to KK moze stac sie takim \"Saturnem\", jakim juz bywal w przeszlosci. Zapewne bedzie sie poslugiwal metodami bardziej cywilizowanymi niz stosy lub palenie ludzi zywcem w piecach, po uprzednim nasmarowaniu ich tluszczem, ale tolerancji to ja sie w takim \'organizmie\' nie spodziewam. Taki czy inny hierarcha lub nawet jakis nadgorliwy swiecki bedzie tam traktowal \"wylamujacych sie\" jak nie przymierzajac \'ekumen\' z \'batem\' w postaci encyklik i innych oficjalnych dokumentow regulujacych i reglamentujacych zasady wiary.

Cheers!!!
 
Uwaga na \'ekumenicznego\' Saturna!
montsegur pią, 14 lis 2003, 04:47:28
Panie Tomaszu,
Tutaj nawiazuje do naszej wymiany zdan dotyczacej stanowiska pewnego anglikanskiego hierarchy w sprawie badan genetycznych. A dlaczego tutaj? Bo w jednym ze swych komentarzy stwierdzil Pan, ze w takiej sprawie (t.j. gdy ktos reprezentuje stanowisko takie jak ten hierarcha) nie ma (z Panskiej strony) ekumenizmu czy woli dialogu.

Blad ten ma taki charakter, ze Pan akurat TEN DIALOG PROWADZI!!! Sadze, ze Pan troche wlasnie (moze podswiadomie) ulega wrazeniu wciaz, ze ekumenizm MUSI byc jakies wspolne stanowisko w kazdej sprawie. Pomijajac juz fakt, ze nie bedzie wspolnych stanowisk we wszystkich sprawach (bo to niemozliwe), najwazniejsze jest, ze ich wcale byc nie musi. MOZE byc (jesli tak sie zlozy), ale nie musi.

Juz samo to, ze mozemy sobie rozmawiac (i to calkiem kulturalnie i szczerze) na najbardziej nawet drazliwe tematy, jest takim dialogiem. Bo jak jeszcze mozna wyjasnic Panska WOLE polemizowania z pogladem hierarchy innego kosciola niz wlasny i to jeszcze z dalekiej Australii? Tak wiec nawet, jesli sie Panu wydaje, ze Pan dialogu nie prowadzi, w istocie Pan to jednak robi. Poglad zas, ze \"MUSIMY\" moec wspolne stanowisko, to wlasnie maly, krzywy usmieszek \"Saturna\".

Cheers!!!
 

Szukaj

Menu Użytkownika





Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
Nie pamiętasz hasła?

Polecamy





EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wszystkich Świętych i Halloween
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Sonda

    Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    1/1: Czy stosowanie kary śmierci jest zgodne z postawą chrześcijańską?

    Zdecydowanie tak 83,05%
    Raczej tak 1,66%
    Raczej nie 2,91%
    Zdecydowanie nie 11,65%
    Nie wiem 0,73%

    | 4,266 głosów | 0 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń