Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny


 Forum > Kościoły a... > Kwestie moralne Nowy wątek Odpowiedz
 YXUS
 |  Wersja do druku
Gość forum: Celibat TAK czy NIE
 październik 27 2005 14:43  (Czytany 1524 razy)  


Witam!!!!
Osobiscie uważam że celibat powinien byc zniesiony i to z kilku przyczyn:
Po pierwsze został wprowadzony przez Kosciol średniowiecza po to aby Kościół dziedziczył majątek po duchownych, w innym razie dziedziczyłaby jego rodzina. Czy to ma cos wspolnego z posluga i oddaniem Bogu???????
Po drugie człowiek zostal stworzony przez Boga takim jaki jest i moim zdaniem dewiacja i "wykolejeniem" jest zmuszac czlowieka aby postępował wbrew naturze. To moze tylko doprowadzic do zboczen i wykretow, co zreszta widac na codzien i czego opisywac nie trzeba.
W Kosciele protestanckim pastorzy maja zony i nalezalo by zadac pytanie czy przez to mniej poswiecaja sie służbie Bogu??? A moze robią to lepiej niz wiekszosc katolickich księży? Nie żyją w zakłamaniu, ich rodziny mogą stanowić przykład chrzescijanskich rodzin, w sprawach sexu oraz wychowania dzieci mogą mieć cos do powiedzenia.
Jakie są Wasze opinie na ten temat???????

===

 
 Cytat 
Małgorzata Karska-Wilczek
 październik 27 2005 17:11   
Forum

Status: offline

Zarejestrowany: 10/14/05
Postów:: 52

Trochę się powtórzę, bo wezmę kilka wycinków z tego co już napisałam na ten temat w komentarzach innym. Najpierw odnośnie artykułu jednego księdza postulującego w tej witrynie o małżeństwa dla księży, argumentującego tą potrzebę niedolą dzieci osób duchownych. Ale te pytania zastosuj do siebie.
Czy jesteś postulującym o to by duchowny mógł mieć jednocześnie żonę i dalej zajmował się nawracaniem pozostałych parafianek swoimi klejnotami? Wprawdzie uruchamia mi się tylko kobieca wyobraźnia na ogarnięcie takich ewentualnych norm, przez co jawi mi się mgliście jako skrzyżowanie mormoństwa w wersji kapłanskiej z łaskawym tolerowaniem małżeństwa monogamicznego (udzielaniem sakramentu na takowe dla frajerów, a dokladnie - frajerek, ponieważ prawo dotyczące zdrady uległoby przemieszczeniu na niekorzyść tej płci, biorąc się z nowego rodzaju świętości - świętości żon takich księży, która to świętość biłaby Jezusową na łeb na szyję z prostej zależności - odstępowanie od więzi z tymi kobietami przez ich mężów stałoby się czyjąś usankcjonowaną pracą, misją, a nie żadną zdradą, jak w przypadku Jezusa; i jeszcze - czy Kościół ostałby się, gdyby Jezus przestał być najwyższą świętością? Jak działałby Duch Swięty, zmuszony zmienić oznaczenia stygmatem Chrystusowym, na...? No właśnie - na co? W przypadku mężczyzn powiedzmy, że byłoby możliwe znaczenie - odpadaniem jąder, ale w przypadku kobiet? Dlatego w Kościołach, w których są usankcjonowane małżeństwa duchowieństwa z kobietami, Duch Święty nie działa w ogóle, bo nie może występować przeciw prokreacji tzn. kastrując świętych).
Kolejne moje pytanie:
Dlaczego ekumenizm nie ma granic?
Swego czasu byłam ekskomunikowana za NIE utrzymywanie pożycia płciowego w ramach związku cywilnego z buddystą. Na tzw. łono Kościoła mogłam wrócić za spawą odpustu (pożycia i tak nie utrzymuję, żeby zachować klepki w jako takim ładzie). Uważam, że to co dla mężczyzn jest wspaniełe w ramach ekumenizmu - dzielmy się swymi kobietami bez granic - dla kobiet jest jednak tylko koszmarem (czuję się sprzedana przez Kościół obcej mi religii).
I jeszcze pokażę Ci na czym (jako kobieta, a ty oceń czy - człowiek)opieram swój protest przeciw beatyfikacji papieża:
W związku ze śmiercią papieża Jana Pawła II, władze miasta w którym mieszkam wystawiły księgę kondolencyjną (nie pamiętam daty, tylko że był to poniedziałek, ale bez wątpienia jest ona znana w urzędzie). Zaplanowałam dokonanie wpisu pod wpływem słów ogłoszenia po mszy św. w niedzielę - "kto mógłby". Urząd nie był blisko (mieszkam o stację kolejową dalej), a ja nie mam ani samochodu, ani zdrowia, ale z mojego rachunku sumienia wynikała sprawność wstarczająca do dokonania takiej czynności.
Po dokonaniu adnotacji pożegnalnej w księdze, doświadczyłam wydarzenia, które uważam za swoistą karę od Boga za potraktowanie wpisu kondolencyjnego o zmarłym papieżu, jako swojego obowiązku - wyminął mnie proboszcz w swoim samochodzie, przewożący parafiankę prowadzącą dziecięcy chór kościelny, dom parafialny i świetlicę dla dzieci w domu parafialnym, i przeciął mi drogę skręcając pod dom tej pani, który w naszej miejscowości ma opinię wybudowanego przez proboszcza z pieniędzy przeznaczonych na budynek kościelny. Jego przejazd z tą panią przede mną nie mógł być czym innym jak celowym znęcaniem psychicznym nade mną (są inne drogi dojazdu), ponieważ ja zgłaszałam już temu księdzu swoje zgorszenie i prosiłam (pisemnie, imiennie), żeby nie zmuszał mnie do oglądania jego komitywy z tą panią w samochodzie. Z braku poprawy pisałam jeszcze do biskupa nad nim, aby mnie uwolnił od ogladania tych scenek, zabierając oboje tych państwa na inną placówkę, co przeszło bez reakcji. A ponieważ kara oglądania tego widoku dosięgła mnie bezpośrednio po podniesieniu (upamiętnieniu) przeze mnie papieża (jeszcze na drodze do domu), dlatego twierdzę, że nie jest możliwe, aby zmarły papież był osobą świętą (bo nie miał mocy wziąć mnie w obronę).
Poza tym wpis, ktrórego dokonałam w urzędzie miejskim zawierał błąd rzeczowy, pomimo że przygotowywałam go dzień wcześniej. Dopiero po fakcie (bodajże po kolejnej nocy) dotarła do mnie świadomość dokonania fauszywego świadectwa (znak błędnego kroku). Wpis oparłam na najsilniejszym dla mnie przeżyciu związanym z papieżem, którego poszukiwałam w pamięci. I był nim mój sen o osobistym spotkaniu z Janem Pawłem II. Sen o papiezu bliskim, uśmiechnietym, ale bez szczególnie zrozumiałego przesłania, więc go nie rozpamiętywałam, aż do tej okoliczności. W księdze miejskiej upamiętniłam ową impresję jako przyjęcie przez papieża znaku krzyża ode mnie na czoło. Podczas gdy w istocie (co pamięć odświeżyła mi później), papież (ze snu) poddał się wymalowaniu przeze mnie kolorowymi kredkami, krzyża egzekucyjnego, na lewym policzku swojej twarzy, i był to rodzaj pojednania między nami. Okoliczności (czasu) samego snu nie pamiętam. Przypuszczam, że musiał zaistnieć bezpośrednio po jakiejś wiadomości politycznej, która uspokoiła moje rozdarcie co do kwestii - czy papież wspiera Stany Zjednoczone w wojnie, czy - nie. W tym czasie denerwowało mnie, że papież na Anioł Pański tłumaczy ludziom, iż dla Boga pojęcie pokoju jest czym innym, niż dla człowieka. Jakby legitymizował tym zabijanie (byle w ramach wojny?) czy wręcz tworzył zasadność wojny brakiem przeistoczenia poszczególnych ludzi w osoby duchowne. Z jednej strony czułam się oskarżana przez papieża, że wojna toczy się poniekąd przeze mnie, jako jedną z tych nieprzeistoczonych (nierozumiejących co to pokój Pański) - szczególnie kiedy dostałam zupełnie niekatolicką odpowiedź na swoje rozterki od tygodnika Niedziela, że zło jest relatywne (zawsze jest ktoś - Kościół? - dla kogo jest dobrem). Z drugiej - nie odczuwałam swojej możliwości wyboru akurat w takim zakresie jak wyłączenie własnych emocji (i ich konsekwencji w postaci wyłączenia się zdolności mówienia, by móc stracić duszę - przeistoczyć).
Na swój wpis kondolencyjny musiałam oczekiwać z powodu dokonywania go przede mną przez chorą psychicznie sąsiadkę. Ten niedobry omen - ruchu w złym kierunku, za złym przewodem, przy którym się upieram (wyczekując możliwości dokonania , zamiast zrezygnować), niejako zwieńczył się przed opuszczeniem przeze mnie budynku urzędu, bo jego progi przestąpiła zakonnica zmierzająca do księgi kondolencyjnej.

Przeświadczenie o braku świętości Jana Pawła II wywodzę też ze sposobu udzielenia mi sakramentu namaszczenia chorych w naszej parafii, które miało miejsce po śmierci papieża.
Jako komunikat o zbliżaniu się mojej śmierci (jeszcze za życia papieża) odebrałam doświadczenie mistyczne polegające na rozpoczęciu się dnia wybiciem dzwonu wewnątrz mojego ciała. Za słuszne w takiej okoliczności uznałam staranie o sakrament namaszczenia chorych (niezależnie od interpretacji słyszanego uderzenia dzwonu, jestem przewlekle chora). Chętnych do wezwania dla mnie księdza nie znalazłam, ale już z rozpoczęciem próśb ustąpiła kontynuacja dzwonienia (w kolejnych dniach nie było II i III uderzenia, których spodziewałam się jako logicznych). Pierwsza osoba odmówiła mi, tłumacząc, że nie może się upokarzać przed kimś kto wybudował dom swojej "kochance" za pieniądze parafian, i w ogóle ma wątpliwości co do słuszności moich poczynań (poczytalności?), skoro zamierzam posłać syna do komunii św. w Kościele katolickim nie licząc się z odmienną wiarą jego ojca (ojciec deklarujący praktykę buddyzmu). Po drugiej odmawiającej - moim dorosłym synu, który uważał, że ośmieszy się przed księdzem wezwaniem do mnie w sprawie sakramentu - sama wystosowałam do proboszcza prośbę o sakrament namaszczenia chorych, wysyłając w tej sprawie list. Na tan list ksiądz nie odpowiedział (tak samo jak na wcześniejsze moje listy). Trapiona niepewnością czy może istnieje jakaś procedura kościelna, która nie pozwala osobom duchownym reagować na wezwania pisemne (syn studiował w tym czasie prawo kanonicznio-cywilne, ale niewie się na nim znał), po jakimś czasie osobiście poszłam prosić księdza o sakrament dla siebie (wedle woli nieba, jak uważałam), ale i ta forma była bezowocna - ksiądz wyznaczył inny dzień na ponowienie wizyty o bliżej nieokreślonej porze ("po południu", jakie akurat było) i mający wynikać z równie nieokreślonej przeszkody - mojego nieprzygotowania (wystosował zalecenie do przygotowania się). Na wyznaczony dzień zgłosiłam się do kościoła, ale już o nic nie prosiłam księdza zaabsorbowanego pokrzepianiem młodzieży sprzątającej dziedziniec kościelny i dorosłych parafianek ochotniczek (na tym tle też mieliśmy kiedyś spięcie, ponieważ mnie do pracy fizycznej przy budowie kościoła nie przyjął - niczym biblijnie, odrzucił kamień (tak mam na imię), chociaż innych budowniczych przyjął, zagadywał i sam nim był - budowlaniec z wyksztalcenia i funkcyjnie).
Wkrótce taki sakrament uzyskał papież (myślę, że bez problemów) i zmarł.
Pod wpływem powszechnych zachęt do przyjmowania nauk papieża, jako swoistego testamentu dla wiernych, po kilku tygodniach ponowiłam starania o ten sakrament, w poczuciu spełniania ostatniej woli papieża. Proboszcz znów wyznaczył dzień na ponowienie mojej wizyty, tym razem na konkretną godzinę i wyjaśniając, że wyznaczony dzień jest regułą do udzielania w nim sakramentu namaszczenia chorych (bodajże w dniu tygodnia, kiedy przyjął go papież, ale nie mogę porównać, bo nie wiem jaki dzień tygodnia wyznaczono Janowi Pawłowi II). Jeżeli proboszcz powielił na mnie przebieg sakramentu namaszczenia chorych, który dotyczył papieża, to była to ceremonia niezbieżna z opisem w książeczkach do nabożenstwa - bez wody święconej, bez gromnic, bez modlitw z rodziną (rodziny nie było, bo miejscem udzielania sakramentu była kancelaria parafialna,a nie dom), bez namaszczenia uszu, nozdrzy, ust i nóg, bez udzielenia Wiatyku, bez Hostii.
Dlatego uważam, że skoro osoba duchowna nie potrafiła spełnić posługi kapłańskiej nad taką intencją (naśladowania papieża w przyjęciu sakramentu), to jest niemożliwe, żeby zmarły papież był osobą świętą.

Małgorzata Karska-Wilczek

===

Xylomena
 
 Profil   Email 
 Cytat 
Gocek
 październik 27 2005 21:32   
Forum

Status: offline

Zarejestrowany: 10/07/05
Postów:: 1294

Najpierw należy zastanowić się, dlaczego wprowadzono celibat (czynnik materialny), ale nie chce mi się rozpisywać zbytnio. Po przeanalizowaniu zagadnienia możemy przyjąć jakieś stanowisko w tej sprawie. Osobiście jestem za zniesieniem celibatu, ale także spowiedzi świetęj

===

"Wydaje się, że wiara w cuda znika w jednej dziedzinie tylko po to, by zagnieździć się w innej." Karol Marks
 
 Profil   Email 
 Cytat 
Zawartość wygenerowana w: 0,07 sekund
Nowy wątek Odpowiedz



 
Zwykły temat Zwykły temat
Temat zamknięty. Temat zamknięty.
Gorący temat Gorący temat
Nowy post Nowy post
Gorący temat i nowe posty Gorący temat i nowe posty
Temat zamknięty i nowe posty Temat zamknięty i nowe posty
Zobacz posty gości 
Goście serwisu mogą wysyłać posty 
HTML dozwolony w ograniczonym zakresie 
Zawartość zmoderowana