In vitro - o co w tym tak naprawdę chodzi?

czw, 31 sty 2008, 15:34:32

Autor: Jan Schulz

Zdecydowana większość Polaków (w tym katolików) traktuje zapłodnienie in vitro jako alternatywę dla metod naturalnych. Bynajmniej nie dostrzega żadnego zła w tym zabiegu. Koronny argument duchowieństwa przypominający, że nowe życie powinno powstawać w atmosferze miłosnego zespolenia małżonków nie znajduje oddźwięku w sumieniach ludzi wierzących. Dlaczego tak się dzieje?


Pewne tematy rozpalają naszą wyobraźnię do czerwoności. Tak jest i w tym przypadku. Niepokoi fakt, że temperatura debaty na temat pozaustrojowych metod zapładniania zdaje się przybierać zależność odwrotnie proporcjonalną do siły i kultury argumentów.

Przyrównywanie in vitro do wyrafinowanej aborcji, choć trafne, może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Forma przekazu jest nie mniej cenna od treści, a bywa, że to właśnie ona decyduje o opowiedzeniu się po którejś ze stron.

Małżeństwa decydujące sie na tą metodę prokreacji nie mają złych intencji stąd dialog z nimi powinien być prowadzony w atmosferze życzliwości bez niepotrzebnych wielkich słów.

Warto przypomnieć na marginesie, że to, co podpowiada nam sumienie jest dla nas moralnie wiążące. Jednak dzieje się tak tylko wtedy, gdy towarzyszy nam świadomość, że sumienie może nas wprowadzać w błąd. Stąd konieczność ciągłej nad nim pracy. Mamy zatem nie tylko prawo, ale i obowiązek kierować się tym, co podpowiada nam nasza najlepsza wiedza przy jednoczesnym zobowiązaniu do permanentnego rozwijania tej wiedzy.

Racje przytaczane przez księży i biskupów są niewątpliwie słuszne. W pełni zrozumiałe stają sie jednak wtedy, gdy umieszcza się je na tle ogólniejszych rozważań. Etyka chrześcijańska tworzy bowiem spójną całość i pewne jej wnioski mogą być niezrozumiałe bez uwzglednienia jej ogólnofilozoficznych założeń. Nie należy zatem powoływać sie na sumienie, jeśli zanidbuje się samokształcenie w tym względzie.

Co ważniejsze namysł nad moralnym statusem zabiegu in vitro może stać się okazją do refleksji nad własną chrześcijańską tożsamością, skłonić do zadania sobie pytania: o co w tym tak naprawdę chodzi?

Ogólnie można powiedzieć, że Kościół proponuje nam takie rozwiazania, które przydają naszemu życiu sens. Przykładem takiego najlepszego rozwiązania w kontekście omawianego problemu jest decyzja o adopcji.

Oto czynimy częścią rodziny małego człowieka, którego rozwój osobowy jest w pewnym sensie zagrożony. Truizmem jest już dzisiaj stwierdzenie, że żadna instytucja nie jest w stanie zastąpić naturalnej rodziny.

Mamy tu niewątpliwie do czynienia z pewną formą poświęcenia. Ostatecznie dziecko nie jest nasze. Nie będzie do nas podobne, nie odziedziczy po nas pewnych cech, którymi można się pochwalić przed rodziną i znajomymi. Towarzyszy nam jednak myśl, że stajemy się darem dla kogoś, kogo los był niepewny. To dziecko kiedyś dowie się o naszym geście i samo będzie promowało kulturę miłości.

Decydujac się na przygarnięcie porzuconego dziecka człowiek przy okazji zaświadcza, że jest czymś wiecej niż tylko ciałem i psychiką. Poprzez ten akt pokazuje, że jest w nim obecny także pierwiastek duchowy wyrażajacy się w wewnętrznej wolności. Z punktu widzenia biologii sprzyjanie cudzym genom jest czymś niezrozumiałym. Człowiek natomiast jest wolny, bo potrafi oprzeć się silniejszemu przyrodniczemu motywowi skłaniającego go do przekazania swoich genów.

Oczywiście nikt nie jest zobowiązany moralnie do adopcji. Nie można dowieść w sposób logiczny słuszności takiego rozwiązania. Warto jednak pamiętać, że dążenie do minimalizmu etycznego jest czymś głęboko niezgodnym z duchem chrześcijaństwa.

Czy tym, co nas tak fascynuje w nauce Jezusa nie jest właśnie pewien maksymalizm, dążenie do pełni człowieczeństwa? Zadania, jakie wynikają z bycia chrześcijaninem są wprawdzie trudne, ale ostatecznie dają radość i poczucie spełnienia.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20080131153433513