Mgła: horror egzystencjalny

wto, 18 mar 2008, 17:20:26

Autor: Teodor Lacher

Gdyby Bóg był, nie pozwoliłby na to zło – mówi jedna z bohaterek prozy Stephena Kinga. Reżyser "Mgły " – ostatniej ekranizacji powieści mistrza grozy - bez skrupułów zainfekował swoje dzieło kalką hollywoodzką: zły, fundamentalistyczny i nieludzki jest przeciwnik aborcji i in vitro. Ale końcowe sceny "The Mist" wywracają ten banalny schemat do góry nogami: zadanie śmierci w imię współczucia jest najgorszą pomyłką człowieka. Nie spotkałem jeszcze w Hollywood tak ostrej krytyki eutanazji.

"Najlepszy horror ostatnich dziecięciu lat" (slogan reklamowy) nie jest mistrzostwem gatunku. Można za to wyśledzić w filmie Frank Darabonta wątki przesłania pokrewnego "Osadzie". Jako horror film jest do bólu przewidywalny. Plastikowe potwory i nieprzekonywająca gra aktorów plasują tę adaptację powieści Stephena Kinga daleko w tyle za "Zieloną milą" czy "Skazanymi na Shawshank". A jednak - z projekcji "Mist" wynosi się niepokój metafizyczny. To dzięki ostatniej scenie, która transcenduje filmową konstrukcję i przenosi środki charakterystyczne dla filmu grozy na drugi plan. Mamy więc szekspirowską tragedię z Jurassic Park w tle.

Sprzeczności towarzyszą Mgle od początku do końca. I trafiają za nią aż do dystrybutorów, którzy w wersji kinowej okroili film z 20 najważniejszychminut. Film promowany jako klasyk gatunku utrzymany był w klimacie nieco ostrzejszym, aniżeli Jurassic Park. Napięcie zniweczone zostało przez serię niedoróbek, emocjonalny dysonans między wyzwaniami filmowej fikcji a wysiłkiem aktorów oraz falstart w początkowych scenach, które doszczętnie odarły film z tajemniczości charakterystycznej dla twórczości Kinga.

Drażni w reżyserii Darabonta nachalnie wyeksponowany podział filmowych postaci na złych i wstecznych popleczników najbardziej wyrazistej bohaterki Mgły znakomicie odegranej przez Marcię Gay Harden pani Carmody i dobrych, szlachetnych "liberałów". Absolutnie naturalny instynkt religijny nie odbił się żadnym echem w filmie. Ukazane zostały postawy ekstremalne – powiedzmy otwarcie - karykaturalne, bez żadnego środka.

Jesteśmy karani za sprzeciwianie się woli Boga – obsesyjnie powtarza Carmody (Marcia Gay Harden), a widz utwierdza się z każdą minutą filmu w przekonaniu, że odwołanie się do Boga w chwili katastrofy to zjawisko o podłożu fundamentalistycznym i patologicznym. Obrzydzenie do religijnego przeżywania cierpienia i zła osiąga punkt krytyczny wtedy, gdy dochodzi do samosądu na żołnierzu, którego religijny tłum oskarża o sprowadzenie nieszczęścia.

Nie chce mi się wierzyć w przekonanie reżysera do takich środków artystycznego wyrazu, które pachną ideologiczną nienawiścią do przeciwników aborcji. David Drayton grany przez Thomasa Jane wynosi swojego synka poza oszalały tłum i z grupą przyjaciół opuszcza sklep. Z tą chwilą kończy się horror – o ile się kiedykolwiek zaczął.

Cezurą w filmie jest też muzyka. Utwór Dead Can Dance, z płyty “The Serpent Egg”, oddziela nas swoim nastrojem od zwodniczego kiczu i wprowadza w tragedię o wiele gorszą niż nalot obrzydliwych robali na ziemię.

Drayton uznał, że jego walka jest przegrana. Chcąc zaoszczędzić bólu swojemu dziecku i przyjaciołom – wśród nich dziewczynie, z którą zaczyna go coś łączyć – zabija ich po kolei. Dla niego samego nie starczyło kulki. Wychodzi z samochodu, klęka. Z mgły wyłania się czołg. To nadchodząca pomoc. Żołnierze likwidują robaki a mgła opada. David Drayton klęczy w udręce.

Końcówka różni się od tej, którą znamy z książki. Mistrz, Stephen King przyjął z uznaniem pomysł Franka. Reżyser, a zarazem scenarzysta filmu podjął realne wątki: wojna (kojarzenie akcji z Bałkanami), nastrój katastrofizmu w amerykańskim społeczeństwie, fundamentalistyczna interpretacja nieszczęść spotykających Amerykę, i jakże autentyczne – czyż więc nie osobiste – potraktowanie problemu życia, śmierci i nadziei.

To pytanie nie zostaje postawione wprost, ale jest ono konsekwencją rozczarowania wolnością wyboru głównego bohatera: czy wolno nam utracić nadzieję? Reżyser bez wahania odpowiada widzowi, że nie. Klamrą spinającą film jest osoba matki kilkorga dzieci pozostawionych w domu nieopodal sklepu. Wchodzi w mgłę, bo ośmioletnia córka nie poradzi sobie z rodzeństwem. Powiedziałam im, że nie będzie mnie tylko kilka minut. Na ich miłość…Wszyscy ją ostrzegają: nie rób tego, skazujesz się na pewną śmierć. Mówi też tak Drayton.

Pozbawieni nadziei popełniamy zbrodnię. Tracimy na własne życzenie intuicję dyktującą właściwe postępowanie. W jednym z transporterów jedzie matka Wiktora, ze wszystkimi swoimi dziećmi – cali i zdrowi. Wymieniają się spojrzeniami z Draytonem. Ta milcząca konfrontacja zamyka film i nie pozostawia złudzeń co do intencji autora: świat ocali tylko prawdziwa miłość. Trzeba się obawiać ludzi, którzy nie są do niej zdolni.

David Drayton trafił do piekła, tak jak mu to przeciwdziała demoniczna pani Carmody. Będzie musiał żyć z świadomością, że zabił własne dziecko.

T.L.

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20080316034927470