Czy Kościół jest wizerunkowym monolitem?

wto, 13 gru 2011, 21:37:47

Autor: Marcin Stanowiec

W dzienniku "Rzeczpospolita" ukazał się tekst Tomasza Terlikowskiego, w którym redaktor naczelny "Frondy" odnosi się do zakazu wypowiedzi dla ks. Bonieckiego. Budzi mój sprzeciw warunkowanie powodzenia misji Kościoła takim zakazem.

"Środowisko Tygodnika Powszechnego nie może się szczycić absolutną lojalnością wobec Jana Pawła II" - z tym się zgadzam. "Polemika z Kościołem hierarchicznym - kolejna teza artykułu Tomasza Terlikowskiego - burzy jego wizerunek i osłabia skuteczność jego oddziaływania". Ta jest nie do przyjęcia dla kogoś rozumiejącego problemy współczesnego Kościoła. Publicysta posuwa się jeszcze dalej: - postawa księdza Bonieckiego uniemożliwia publiczne zaistnienie Kościoła we właściwych proporcjach - uważa.

Powiedziałbym, że jest odwrotnie. W całościowej strategii komunikacyjnej Kościoła (której brak - oczywiście) musi się znaleźć miejsce dla lewicy, rozumianej politycznie i eklezjalnie. Mówiąc politycznie mam na myśli konieczność dialogu i jakiejkolwiek relacji z takim ewenementem jak Ruch Palikota.

Tygodnik Powszechny został zepchnięty na peryferia nie dlatego, że pisali w nim ludzie powątpiewający w słuszność linii dyktowanej przez Watykan. Skuteczność Tygodnika i przekładanie jego pomysłów na konkretne rozwiązania polityczne (np. aborcja, krzyż w koronie) śmiertelnie zaniepokoiła hierarchię i wypchnęła zasłużone czasopismo z parafialnych stoisk.

To samo można powiedzieć o przyczynach niepokoju Terlikowskiego. Kościół proponowany przez Frondę ma być przede wszystkim skuteczny. Głosowania sejmowe powinny przebiegać według planu założonego przez katolików zaangażowanych w obronę ludzkiego życia, tradycyjnego małżeństwa czy krzyża.

Mnie natomiast ekscytuje nie tyle wynik głosowania, które, powiedzmy szczerze, są wtórne do stanu świadomości, ale intelektualna konfrontacja, rozumowe ważenie za i przeciw.

Droga do uczciwej debaty, w której każdy może zabrać głos, wiedzie dzisiaj nie inaczej jak przez coś na kształt marketingu, bo tak współczesna demokracja liberalna ukształtowała sobie agorę. Źle to, czy dobrze - nieważne. Taki stan rzeczy mamy. Ludzie porozumiewają się ze sobą z pomocą speców od public relations - to taki dzisiejszy kod, sygnalizacja zrozumiała dla zinfantylizowanego elektoratu. Czy jednak słusznym posunięciem jest odbarwianie języka Kościoła i redukowanie go do spójnego, oczywistego systemu?

Po pierwsze nie zgadzam się z takim pomysłem przez wzgląd na immanentną naturę Ludu Bożego i sens teologii. Po drugie nie zgadzam się z takim punktem widzenia, ponieważ wcale tak spójna taktyka nie pomnoży skuteczności Kościoła.

 

Jedność Ludu Bożego nie polega na zajmowaniu jednego stanowiska we wszystkich sprawach. Poszukiwanie Królestwa Bożego na ziemi opiera się na miłości do Jezusa Chrystusa, który ogarnia wszystkich ludzi. Kościół ustami biskupów musi być czasami sztywny. Ich oświadczenia zawierają zasadę: tak - tak, nie - nie. Ale Kościół teologów i duszpasterzy może i powinien być elastyczny i dialogujący. (Rodzi się pytanie o destrukcyjną tendencję do klerykalizacji laikatu, kóry miast przemieniać świat od wewnątrz, jak drożdże ciasto staje do nieustającej wojny i poszukuje w świecie wrogów. Czy to nie uboczny skutek mylnego uświęcania własnej podmiotowości politycznej?). Stanowisko księdza Bonieckiego w sprawie sejmowego krzyża było próbą zbliżenia się do ludzi myślących w innych kategoriach światopoglądowych, niż większość biskupów. Odcięcie się od dialogu i obrażanie - przykładowo - na niedoświadczoną politycznie młodzież to ślepy i niebezpieczny zaułek, w którym Kościół znajdował się wielekroć w swojej historii i zawsze ze szkodą dla ewangelizacji.


Bierzmy przykład z rabinów. Zawsze wśród tego egzotycznego dla nas grona znajdzie się ktoś odmiennego, niż reszta, zdania. Dzięki temu Żydzi mogą powiedzieć: nie wszyscy tak myślimy, jesteśmy różni. A to znaczy, że nie możemy Żydów wkładać do jednego worka i obrażać się na cały naród wybrany.

Ksiądz Boniecki wie, kto jest głową w Ciele Chrystusa. Jest doświadczonym i mądrym kapłanem, który uchylił furtkę zbuntowanym owieczkom. Nie zamykajmy tej furtki i pozwólmy dalej przez nią zapraszać ludzi "z drogi" do wnętrza Kościoła, tak jak to robi kontrowersyjny marianin. Nie ma to nic wspólnego z podwójną lojalnością czy tym bardziej moralnością.

Incydent z Bonieckim nasuwa mi kolejne skojarzenie. Gdyby nie wachlarz nastrojów politycznych w episkopacie, kto mógłby w klimacie życzliwości i nie zacietrzewienia dialogować z obecnym rządem i uzyskać możliwie najlepszy dla episkopatu kompromis?

A będzie gorąco. Związki partnerskie, in vitro, finasowanie Kościoła niecierpliwią rządową agendę. Obok zasadniczego tonu potrzebna będzie w przedstawieniu racji Kościoła postawa otwartości.


W sztywności (nie mylić z odejściem od zasad) proponowanej Kościołowi przez Terlikowskiego upatrywałbym porażkę katolików świeckich, którzy nie potrafią uformować zwycięskiej formacji politycznej w społeczeństwie w 90 procentach katolickim. 

 

Przyznam, że boję się sytuacji, w której jedynym wiernym oparciem hierarchii będą ludzie pokroju Frondy. "Katoprawicy" brakuje lekkości. Jest ciężkawa, nieatrakcyjna i niebłyskotliwa. Zamiast zaprezentować argumentację mądrzejszą od tej, którą szermuje Boniecki wyzywa adwersarzy od lewaków. A z takiej pogardy dla przeciwników nic dobrego nie wyrośnie. Nie chciałbym Kościoła na jej wzór.

Pożytek z Bonieckiego jest taki, że możemy odnaleźć wreszcie mądre i niepodważalne uzasadnienie swojego stanowiska, któremu żaden marketing nie zaszkodzi. Ale bez dialogu z Bonieckim i "lewakami" jest to niemożliwe.

Wierzę w rozum (dał go nam Pan Bóg, żebyśmy go używali) i w prawdę. W marketing oczywiście też. Ale nie zastąpi on zaplecza intelektualnego, którego brak jest podstawową bolączką prawicy i polskiego katolicyzmu. (Równie absurdalne jest monopolizowanie katolickiej inteligencji przez Tygodnik Powszechny, ale czy ta w wydaniu Frondy i Rzeczpospolitej jest wystarczająco głęboka?). Sekowanie Bonieckich tylko pogłębia ten przykry stan rzeczy.

Z tych samych powodów bronię Radia Maryja, któremu Tygodnik Powszechny i Gazeta Wyborcza odmawiają prawa do życia w obecnym kształcie, bo - jakże inaczej - szkodzi to Kościołowi.

Dopóki Radio Maryja i Tygodnik Powszechny stanowią swoiste ekstremum niewpływające znacząco na kurs głównej masy katolickiej uznaję ich odziaływanie za przejaw zdrowej demokracji w Kościele, której owocem jest przygarnięcie i dialog z ludźmi w pewien sposób przez Kościół zaniedbanymi lub na tyle trudnymi, że oficjalne ich powitanie w głównej nawie byłoby dla episkopatu nieco kłopotliwe.

W opinii Piotra Żyłki z Deon.pl zawarta jest cała masa argumentów, które rewersowane mogą posłużyć obrońcom Tygodnika Powszechnego. I to jest paradoks. Zaoszczędzę sobie czasu na pisanie. Odsyłam Tomasza Terlikowskiego do artykułu "Demonizowanie Radia Maryja" versus "Demonizowanie księdza Bonieckiego".

Marketing społeczny, PR, komunikacja itd. są ważne dla Kościoła, ale nie najważniejsze. Nie stoją ponad tajemnicą Ludu Bożego, koniecznością wewnętrznego dialogu i intelektualnego fermentu. A jeśli jest inaczej to nie mówmy o Kościele. Będzie to wtedy kościelna instytucja. Żeby nie być zrozumianym źle. Proszę o zastanowienie się nad rozkładem akcentów. Tak samo jak red. Terlikowski sądzę, że Kościół albo popracuje nad swoim wizerunkiem, albo zniknie praktycznie z pola debaty społecznej. Punktem wyjście dla tych działań społecznych powinna być - w moim odczuciu - rozsądna otwartość, której kontestatorski styl sprzyja, ponieważ zmusza nas do zracjonalizowania ortodoksji. W ten sposób odnalezione odpowiedzi zapewnią Kościołowi sukces, wcześniej czy później. Zasłanianie indolencji intelektualnej zwieraniem szyków nic nie pomoże.


Demonizowanie Radia Maryja
Dorabianie gęby Kościołowi

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20111213213747290